wtorek, 11 marca 2014

Boże Narodzenie przyszło i poszło, nie przynosząc większego postępu pomiędzy dwoma chłopakami. To, że jeden z nich nie miał chwili wytchnienia, bo pracował w przemyśle gastronomicznym, wcale nie było pomocne. Gwiazdka i Sylwester zostały zarezerwowane, zatrzymując Nialla i Harry’ego w bistrze, ale tych kilka dni było szalonych także dla dwóch barmanów, którzy uczcili nadejście nowego roku, baraszkując z rozmachem w magazynie. Po raz ostatni. Sprawy pomiędzy Niallem i Zaynem robiły się poważne, powoli choć pewnie, i ostatnią rzeczą, jakiej chciał Louis, było zepsucie tego przez swoje samolubne potrzeby. Dlatego musiał skupić się na własnych uczuciach, nie żeby było to choć odrobinę zdrowsze. Ledwo sypiał, spędzając noce na snuciu refleksji na temat, jak porazić sobie z nagromadzonym w klatce piersiowej ciężarem, tą gorączką, która go trawiła.

Gdzieś głęboko w jego umyśle wciąż znajdowało się ziarno sceptycyzmu, że Harry mógłby się w nim zakochać. Był demonem koszącym duszę, a jedyne błogosławieństwo, jakiego dostąpił, stanowił wygląd odziedziczony po matce-demonie. Harrym był wszystkim, czym nie był Louis.

W zadumaniu popijał swoją kawę, kiedy Harry wyłonił się z łazienki, z mokrymi lokami przyklejonymi do śliskiej od wody skóry. Właśnie spędził większą część godziny pod prysznicem, myśląc o życiu i tym, jak chciał poprowadzić swoje, aż woda zrobiła się zima i musiał wyjść ze strachu przed śmiercią z wychłodzenia. Nie oczekiwał, że Louis już wstanie i będzie gotowy i poczuł się odrobinę odsłonięty w samym ręczniku wokół umięśnionych bioder, kiedy poczłapał do blatu, żeby wziąć własną filiżankę ciepła.

- Hej… - wymamrotał, unosząc kubek z szafki, a jego policzki pokryły się niekontrolowanym rumieńcem.

Czemu nagle stał się taki świadomy samego siebie? Może dlatego, że Harry zrozumiał, iż to ciało nie było jedynie pojemnikiem na duszę, do ukazania czego używano intymnego dotyku. Czegoś prywatnego, co robisz dla swojego ukochanego. Harry był tak zagubiony w myślach, że nie uświadamiał sobie, że wylewa kawę do zlewu, zamiast wypełnić nią swoją szklankę, dopóki Louis nie parsknął śmiechem.

- Co ty robisz?

Zarejestrowanie słów, które opuściły usta szatyna zajęło Harry’emu sekundę, a kiedy wreszcie to zauważył, połowa dzbanka już przepadła. Wyrzucił z siebie niezłą wiązankę przekleństw (japierdolęcodochuja), z łatwością charakterystyczną dla kogoś, kto choć trochę ćwiczył, co zaskoczyło nawet Louisa.

- Wow, to było całkiem imponujące… Nie wiedziałem, że anioły przeklinają - powiedział z przekąsem, wstając z krzesła, żeby skontrolować swój tost, który właśnie wyskoczył z opiekacza.

Harry rzucił mu zirytowane spojrzenie, gdy wreszcie udało mu się nalać sobie szklankę płynnego życia.

- Byłego anioła, pamiętasz? Poza tym, potrzebowałem czegoś, co mógłbym powiedzieć, kiedy się oparzę albo skaleczę, albo zrobię obie te rzeczy jednocześnie…

Louis zachichotał, wyciągając kromkę z tostera i krzywiąc się, kiedy zobaczył, że była ona spalona na węgiel. Ten toster był tanią kupą gówna.

- Pokażesz mi to oparzenie, którego nabawiłeś się wczoraj? Jak się goi?

Louis sięgnął po lewą rękę Harry’ego, łapiąc ją zanim Harry zdążył zaprotestować i obracając ją spodem do góry, żeby przyjrzeć się czerwonemu oparzeniu, które rysowało się linią w poprzek smukłego nadgarstka mężczyzny. Jego skóra była ciepła, miękka i wilgotna po prysznicu i Louis cieszył się kontaktem odrobinę bardziej, niż oczekiwał.

- Już wygląda lepiej, ale powinieneś coś na to położyć.

Harry wzruszył ramionami, w sekrecie ciesząc się z faktu, że Louis wciąż trzymał jego rękę, gdy podniósł swoją kawę do ust. Upił ją ostrożnie, pojękując z zadowoleniem z powodu ciepła, jakie rozlało się po jego kościach.

- Bandaż tylko przeszkadza, nic mi nie jest. Po prostu przestanę dotykać gorących patelni gołą skórą - powiedział z przekorą, biorąc kolejny łyk kawy, podczas gdy Louis wywrócił oczami, z grymasem na twarzy powracając do swojego spalonego tosta.

- Chyba nie zamierzasz tego zjeść? - zapytał Harry z niedowierzaniem, gdy Louis ze zrezygnowanym westchnięciem wyciągnął z szafki talerz.

- Już dwa razy próbowałem zrobić tego przeklętego tosta i nie będę próbował ponownie…

Harry odstawił szklankę i wyrwał mu tosta z rąk, wyrzucając go do śmieci, zanim Louis zdążył go powstrzymać.

- Heeeeej! Moje śniadanie!

Harry spojrzał na niego rzeczowo.

- Nie będziesz tego jadł na moich oczach, nie ma mowy. Założę na siebie jakieś dresy, a potem robię śniadanie. Nikt nie będzie jadł spalonych tostów, kiedy ja jestem w pobliżu, wierz mi…

Louis uśmiechnął się głupkowato, gdy Harry zniknął w swojej sypialni, aby się ubrać. Anioł chciał mu zrobić śniadanie, więc kim był demon, żeby się kłócić?

***

Louis nie mógł zaprzeczyć - był całkiem szczęśliwy, że Harry wyrzucił jego spalonego tosta, gdy odgryzał kolejny kawałek chrupiącego-z-wierzchu-i-miękkiego-w-środku gofra domowej roboty. Kiedy lub gdzie wysoki anioł znalazł patelnię do gofrów, w ogóle go nie obchodziło, jak długo w jego przyszłości znajdowało się ich więcej. Poza goframi były też karmelizowane gruszki, sos czekoladowy i bita śmietana i Louis uzmysłowił sobie, że naprawdę dobrze zrobił pozwalając Harry’emu zaopatrywać ich w jedzenie, ponieważ on sam z pewnością nie kupił żadnej z tych rzeczy. Ale znowu, nie przejmował się tym, jak długo było tego więcej. Przy odrobinie szczęścia będzie też świadkiem częstszego gotowania bez koszulki, jako że Harry nie kłopotał się zarzuceniem niczego na plecy, nie żeby Louis kiedykolwiek narzekał.

Harry obserwował, jak demon jadł z zadowolonym uśmieszkiem, niespiesznie konsumując własne śniadanie i śmiejąc się, kiedy odrobinka czekoladowego sosu wylądowała na nosie Louisa. Sięgnął przez blat stołu i starł ją delikatnym pociągnięciem kciuka, zdając sobie sprawę z intymności tego gestu dopiero kiedy Louis zarumienił się, sprawiając, że jego własna twarz zrobiła się gorąca. W roztargnieniu zlizał sos ze swojego palca, czym tylko przyprawił demona o głębszy rumieniec, a potem podjął przerwane jedzenie, żeby dać sobie wymówkę do patrzenia w dół na swój talerz, a nie na bardzo, bardzo pięknego mężczyznę, siedzącego naprzeciwko.

- Skończę gruby, jeśli nadal będziesz karmił mnie takimi rzeczami… - wymamrotał Louis, przerywając ciszę. Ulżyło mu, kiedy Harry zachichotał w odpowiedzi.

- Naprawdę? To nie tak, że odrobina mięsa na twoich kościach byłaby całkowicie zła.

Louis spojrzał na niego z przekorą.

- Twierdzisz, że jestem za chudy?

Harry potrząsnął wściekle głową, nagle wyglądając bardzo poważnie.

- Nie! Nie… jesteś idealny… jesteś oszałamiający - wymruczał, urywając i pozwalając tym słowom osiąść pomiędzy nimi. - Ale martwię się, że ostatnio nie dbasz o siebie za dobrze. Wyglądasz, jakbyś potrzebował odpoczynku, a to sprawia, że chcę się tobą zaopiekować…

Louis westchnął. Był zmęczony, naprawdę bardzo zmęczony, ledwo w ogóle sypiał z powodu bałaganu w swoim sercu. Kiedy sprawy pomiędzy nimi przybrały taki obrót? Kiedy ten strach przed własnymi uczuciami i niepewnością przejął kontrolę nad wszystkim innym? Chciał po prostu wstać ze swojego krzesła i pospieszyć do tego mężczyzny, który stał się tak ważną częścią jego życia, że szatyn nie potrafił nawet wyobrazić sobie przyszłości bez niego, objąć go ramionami, przebiec palcami przez te loki. Posiąść to ciało, to serce i duszę, jako swoje i nikogo innego. Ale nie mógł. Jeszcze nie, jeszcze nie teraz…

- Louis? Louis, wszystko okej?

Ciepły głos wywabił go z ciemności własnych myśli i Louis wzdrygnął się, wymuszając chichot, żeby zakryć swój dyskomfort.

- Tak. Naprawdę jestem zmęczony.

- Dlaczego nie zostaniesz dzisiaj w domu? Nie planuj niczego, odpręż się i prześpij.

Nie miało znaczenia, gdzie Louis się znajdował, chaos w jego głowie pozostawał taki sam.

- Paul zadecydował, że w tym tygodniu nie otwieramy, bo po Sylwestrze nic się nie dzieje, żeby odnowić cały bar. Nie martw się, będę w domu przez najbliższych kilka dni.

Harry uśmiechnął się, uspokojony.

- To dobrze. Naprawdę na to zasługujesz. Miałem cię zapytać, bo cóż, od jakiegoś czasu chciałem cię przedstawić naszemu cukiernikowi. Jej grafik jest inny od mojego, więc nigdy nie była w pobliżu, kiedy zachodziłeś, ale jesteśmy całkiem blisko i chciałbym, żebyście się poznali. Jest naprawę słodka i zaprosiła nas do siebie jutro, żebyśmy spędzili trochę czasu z jej rodziną. Coś w rodzaju spóźnionego Bożego Narodzenia. Zaprosiła Perrie, Nialla i mnie i powiedziała nam, żebyśmy zaprosili swoich… najbliższych przyjaciół, więc Niall zaprosił Zayna. Byłbym szczęśliwy, gdybyś poszedł ze mną…

To nieśmiałe zaproszenie sprawiło, że w klatce piersiowej Louisa wybuchło gorąco, przypływ zawrotów głowy, który groził wylaniem się w jego głosie, kiedy zgadzał się z uśmiechem.

- Tak, oczywiście. Z przyjemnością będę twoją osobą towarzyszącą…

***

Z zewnątrz dom był uroczy - pomalowany na różowy kolor, z białymi wykończeniami przy oknach i drzwiach, a wokół kolumn werandy oraz futryny drzwi wejściowych wciąż migotały białe światełka bożonarodzeniowe. Na podjeździe bawiły się dwie dziewczynki, lepiąc bałwana i przerywając zajęcie, kiedy niższa zauważyła dwóch zbliżających się mężczyzn. Wyższa zaczęła do nich machać, podczas gdy mniejsza dziewczynka ruszyła w ich stronę na chwiejnych nogach. Harry uśmiechnął się, kiedy pokonał kilka kroków, dzielących go od malutkiej dziewczynki, podnosząc ją na ręce, gdy wybuchła szczęśliwym śmiechem, efektywnie zatrzymując Louisa w miejscu. Wyraźnie znała anioła, owijając swoje drobne ramiona wokół jego szyi i jednocześnie składając tubalny pocałunek na jego policzku.

- Wujek Harry! Spóźniłeś się, wszyscy już są… - wymamrotała swoim cienkim głosikiem, gdy Harry oparł ją sobie wygodnie na biodrze.

Była malutka i nie mogła mieć więcej niż pięć lat, ubrana w nieskazitelnie białą kurtkę, różową czapkę i szalik. Jej skóra była bardzo jasna, a włosy upięte na kokardkę. Wyższa dziewczynka też podeszła, mając na sobie czerwoną kurtkę i nauszniki, a szeroki uśmiech na jej twarzy uwydatnił dołeczki w jej policzkach. Uścisnęła Harry’ego w pasie i chłopak zachichotał, poklepując ją po plecach.

- Co u was dwóch? Tęskniłyście za mną?

- Musisz powiedzieć mamie i tacie, żeby poszli na randkę albo gdzieś, to znowu będziesz mógł przyjść nas popilnować!

Harry parsknął, przebiegając palcami przez blond loki wyższej dziewczynki.

- Chodzi wam tylko o ciastka z kawałkami czekolady, które dla was robię…

- Nie! To dlatego, że nie każesz nam iść spać, kiedy przychodzi pora! - poprawiła go malutka dziewczynka w jego ramionach, wprawiając Harry’ego w śmiech.

Starsza spojrzała nieśmiało na Louisa i uśmiechnęła się, zachęcając tym brązowowłosego demona, żeby podszedł bliżej.

- Kto z tobą przyszedł, wujku Harry? Twój chłopak? - zapytała młodsza, obrzucając Harry’ego zaintrygowanym spojrzeniem.

Harry zarumienił się i zachichotał.

- Ma na imię Louis, mieszkamy razem i jest bardzo bliskim przyjacielem - dodał, spod rzęs patrząc kątem oka na Louisa. - Louis, to jest Heidi, najstarsza córka Lou.

Wyższa dziewczynka odsunęła się od Harry’ego i uśmiechnęła się lekko i nieśmiało, a jej policzki pokraśniały. Długie blond włosy opadły jej na oczy.

- Miło mi cię poznać - wymamrotała mniejsza dziewczyna, odrobinę zawstydzona.

Louis odwzajemnił uśmiech i skłonił się jak książę rozmawiający z księżniczką.

- Cała przyjemność po mojej stronie.

- A ten mały potworek tutaj, to jej młodsza siostra, Lux - powiedział Harry z przekorą, zarabiając uderzenie w nos od wspomnianego potworka, co sprawiło, że zachichotał.

- Nie jestem potworkiem, to ty jesteś potworkiem… Nie wierz w to, co mówi, to tylko potworek - wyjaśniła Louisowi rzeczowo, ściągając rękawicę, żeby wyciągnąć o niego rękę w bardzo dorosłym geście, przez co Harry wybuchnął śmiechem. - Miło cię poznać.

Louis z uśmiechem złapał jej rękę, potrząsając malutkimi, zmarzniętymi palcami.

- Ciebie też.

Lux obróciła się do Harry’ego z lekko zawstydzonym uśmieszkiem i powiedziała tym swoim rzeczowym tonem:

- Jest bardzo ładny.

Louis poczuł gorąco i rumieniec na twarzy, gdy nerwowo zmierzwił swoje włosy, a Harry uchwycił jego spojrzenie. Mógł wyczytać szczęście w tych złoto-zielonych tęczówkach i jego serce wybuchło tysiącem iskier.

- Tak. Tak, jest bardzo ładny - odpowiedział anioł do małej dziewczynki, niosąc ją w kierunku wejścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz