niedziela, 9 marca 2014

*Oddychaj, upomniał sam siebie Louis. Łatwo mówić, trudniej zrobić. Zwykle zimne powietrze na lodowisku wyostrzało jego zmysły i ułatwiało mu oddychanie, ale dziś była to dla niego męka. Nawet bez ciepłej kurtki, którą zdjął kwadrans po przyjściu rano na lodowisko, pocił się jak mysz.

Szatyn zacisnął powieki, i splótł palce swoich okrytych rękawiczkami dłoni, próbując się wyciszyć i nie słyszeć kakofonii dźwięków wydawanych przez ludzi dookoła. Łyżwiarzy w różnym wieku o różnych poziomach zaawansowania, którzy co chwila go mijali.

Czy oni nie rozumieli, że trenował, by zdać test, do którego jego osobista trenerka – Karen, wreszcie go dopuściła? Nie rozumieli, że musiał zdać ten test jak najlepiej, żeby móc rywalizować z seniorami i może, ewentualnie, zostać zauważonym przez łowcę talentów? Czy to nic dla nich nie znaczyło?

Kogo on oszukiwał? Oczywiście, że nie. Według nich większość łyżwiarzy figurowych była bezlitośnie skupiona na sobie i próżna.

Chłopak natychmiast otworzył oczy i zaczął się poruszać, zręcznie omijając innych łyżwiarzy, którzy nie patrzyli gdzie jadą. Kiedy dotarł do barierki po przeciwnej stronie lodowiska, obrócił się i zaczął jechać tyłem, rysując pętle na gładkiej tafli i poruszając się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Nie przerywając, ponownie się obrócił, unosząc prawą nogę, uginając kolano lewej, tak bardzo jak tylko mógł i odrywając się od zimnego lodu, obracając się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Raz, drugi i…

-Cholera! – krzyknął Louis, kiedy jego łyżwy ponownie uderzyły o powierzchnię lodowiska, o pół obrotu za wcześnie, powodując przenikliwy ból w kolanach i prawie doprowadzając do utraty równowagi.

Chłopak zapewne czułby ulgę, że nie upadł na twarz na oczach innych łyżwiarzy, bo to nie było coś z czym chciał się borykać tego ranka, ani kiedykolwiek, jednak jego ulga ustąpiła miejsca białej wściekłości.

To było więcej niż frustrujące, że Louisowi, który jeździł odkąd miał cztery lata, nadal zdarzały się takie wpadki, kiedy wykonywał za mało lub za dużo obrotów, lub były one po prostu zbyt… Szalone. Był siedemnastoletnim łyżwiarzem figurowym na poziomie seniorów, do diabła, nie jakimś nowicjuszem na trójce*! Co prawda, nie był jeszcze do końca na poziomie seniorów, ale już wkrótce miało się to zmienić. Czekał na przystąpienie do tego testu, przez prawie pół roku, dokładnie tyle ile upłynęło od jego poprzedniego testu. Był gotowy… Byłby gotowy, ale teraz, kiedy test się zbliżał jego potrójny aksel nagle zdecydował, że utrudni mu życie. Lepiej być nie mogło!

Chłopak potrząsnął ramionami i kilka razy zatoczył głową kółka, próbując się pozbyć negatywnej energii z jego ciała. Jazda figurowa w złym nastroju nie miała sensu, zwłaszcza, że zazwyczaj wtedy było jeszcze gorzej. Po chwili się uspokoił i otworzył oczy z zamiarem powtórzenia obrotów, w skupieniu, kiedy…

-Księżniczko Lodu! – głos odbił się echem od ścian, wyrywając Louisa ze stanu pełnego skupienia.

Szatyn jęknął i spojrzał w sufit, po cichu przeklinając Boga, po czym zerknął za Zayna, swojego głośnego i nieznośnego współlokatora/najlepszego przyjaciela, który stał przy barierce. Zayn uśmiechał się jakby przeżywał najlepszy ranek swojego życia, zupełnie inaczej niż Louis, któremu początek dnia przysporzył tylu problemów.

-Co? – odparł Louis nie ruszając się z miejsca.

Wiedział, że to było niegrzeczne, ale w tej chwili nic go to nie obchodziło.

-Zaraz zaczynają się lekcje, dupku – ogłosił Zayn, jakby nie znajdowali się w miejscu publicznym.

Kilka młodszych, łyżwiarek pisnęło, a jedna nawet zakryła uszy dłońmi (naprawdę!), jakby dzięki temu mogła nie słyszeć wulgarnego języka Zayna.

Louis podjechał do Zayna i zeskoczył z lodu.

-Zayney, kochanie, musisz używać takiego języka, przy naszych pre-juveniles*, tego pięknego poranka?

-Lady G mówi, taki się urodziłem – wzruszył ramionami chłopak.

Niebieskooki musiał się zaśmiać, słysząc złość w jego głosie.

-Przecież ty nawet nie słuchasz Lady Gagi – wytknął mu – Nie możesz tego użyć jako wymówki.

Brunet zdecydował się to zignorować i po prostu wyciągnął w stronę Louisa jabłko, batonik zbożowy i duży termos pełen zielonej herbaty – śniadanie Louisa.

Jedną z najlepszych rzeczy w Maliku było to, że rozumiał on bezgraniczne oddanie Louisa, łyżwiarstwu (rozumiał również fakt, że jego przyjaciel zwlekał się z łóżka o wpół do piątej, żeby ćwiczyć przed szkołą) i zaczął przynosić mu śniadanie, ponieważ „Jestem wspaniałym przyjacielem, a ty potrzebujesz dużo energii.”

-Cholernie cię kocham – Louis wziął jedzenie, i upił łyk zielonej herbaty dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego jak spragniony był.

Wyminął Zayna i opadł na ławkę, rozpoczynając bolesny proces zdejmowania łyżew. Czując ból w stopach, już mógł powiedzieć, że nie będzie to przyjemne i miał tylko nadzieję, że nie będzie miał zbyt wielu pęcherzy.

-Jak poszło? – spytał brunet opierając się o barierki, wyglądając bosko, bez starania się o to, co od czasu do czasu wzbudzało w szatynie zazdrość.

Na lodzie mógł być pełen gracji, ale kiedy z niego zszedł jego ruchy robiły się niezdarne i dziwaczne.

-Byłoby lepiej, gdyby lodowisko nie było pełne tych… Ludzi – chłopak starał się powiedzieć to spokojnie, jednak ostatnie słowo, które opuściło jego usta było przesączone jadem.

Przez ludzie miał na myśli amatorów. Tych, którzy jeździli tylko po to, żeby cokolwiek zrobić, tak naprawdę nie mając pojęcia co robią.

-Mój potrójny aksel, znowu sprawia mi problemy, ale dam sobie z tym radę.

-Potrzebujesz tego do tego swojego…? – Zayn zawsze odmawiał nazywania tego poprawnie, mimo tego, że znał nazwę.

-Delikatnie mówiąc – niebieskooki próbował się uśmiechnąć, jednak powaga sytuacji nie pozwoliła mu na to.

Wszyscy mężczyźni jeżdżący figurowo, musieli umieć zrobić potrójnego aksla, jeśli chcieli być traktowani poważnie.

-Może gdybym przestał jeść tak dużo cholernych węglowodanów, mój tyłek nie byłby tak wielki i wtedy potrafiłbym to zrobić.

-Stary, gadasz jak dziewczyna – wytknął mu Zayn.

W odpowiedzi Louis wybuchł śmiechem, a jego przyjaciel delikatnie pokręcił głową, kątem oka obserwując jak szatyn zdejmuje łyżwy. Nie miał żadnych bąbli, tylko zaczerwienioną, w paru miejscach, skórę.

-Może po prostu wyszedłeś z formy. Ile godzin wczoraj spałeś? Cztery?

Louis spiął się nieco, słysząc to. Zayn nie znał powodu przez który wracał do pokoju dopiero o północy. Myślał, że szatyn wymykał się ze swoją uroczą, zabawną, mądrą i do tego łyżwiarką figurową, dziewczyną – Eleanor. Szczerze mówiąc czasami chciał żeby tak było. Louis był nią zauroczony od zeszłego roku i w końcu latem zebrał się na odwagę, by gdzieś ją zaprosić. Była dla niego idealna i nigdy się razem nie nudzili.

Ale nie, powodem było to, że każdej nocy zostawał na lodowisku do późna, ćwicząc. Robił to od początku roku szkolnego, kiedy to Karen zaczęła rozważać dopuszczenie go do testu na seniora. Kiedy po raz pierwszy został po godzinach, był niesamowicie przerażony (co było głupie, bo Louis robił rzeczy wiele gorsze niż nie przestrzeganie godziny policyjnej), ale teraz zdążył się już przyzwyczaić, a co najlepsze, był coraz lepszy. Nie będzie miał problemów ze zdaniem testu. W jego głowie nie było co do tego wątpliwości.

-Cztery i pół – poprawił go Louis, kiedy z zaciśniętymi zębami masował stopę w której poczuł skurcz – El jest tego warta.

Przełknął falę winy, która towarzyszyła mu zawsze, kiedy okłamywał przyjaciela, ale nie ważne jak bardzo bolało go bycie nieszczerym, wyjawienie prawdy byłoby jeszcze gorsze. Zayn na pewno próbowałby powstrzymać go od ćwiczenia tak długo, a to była ostatnia rzecz jakiej Louis potrzebował.

-Jak było? – spytał z szerokim uśmiechem na ustach.

Louis zerknął na niego z tym samym wyrazem twarzy, który przybierał zawsze, gdy Zayn próbował wyciągnąć szczegóły jego życia seksualnego, po czym wepchnął łyżwy do torby, i złapał kurtkę, zerkając jeszcze na zegar. Był kwadrans po siódmej, a jego pierwsza lekcja zaczynała się o wpół do.

-Cholera. Zobaczymy się w klasie! – krzyknął, mijając Zayna i bięgnąc tak szybko jak tylko mógł do jednej z szatni.

Był na wschodnim lodowisku, czyli tym najczęściej używanym przez drużynę hokejową, przez co prysznice były obrzydliwe. Niestety wschodnie było jedynym otwartym przed zajęciami, a Louis próbował spędzać na lodzie jak najwięcej czasu.

Wziął szybki prysznic i jeszcze szybciej wytarł się i szybko wrzucił na siebie szkolny mundurek, biały sweter i bordowe rurki. Na stopy wsunął swoje tomsy i szybko wybiegł z szatni, ze spuszczaną głową, biegnąc przez duży dziedziniec, który oddzielał lodowisko od reszty szkoły.

Akademia Szmaragdowych Wzgórz, była naprawdę dużym miejscem, z pewnością jedną z największych szkół w Anglii. Sam akademik był wystarczająco duży, żeby nowi uczniowie się w nim zgubili, a doliczając sale szkolne, tereny rekreacyjne i centra sportowe, Akademia była praktycznie jednym dużym miastem. Właściwie przez zgubienie się poznał Zayna.

-Cholera, jestem spóźniony – mruknął Louis sam do siebie, jeszcze raz zerkając na mapę szkoły.

Było to bezsensowne, gdy był kompletnie, beznadziejnie zgubiony.

-Potrzebujesz pomocy, stary? - ciemnowłosy chłopak wyszedł zza drzewa i powodując, że Louis podskoczył przerażony.

-Chryste! – zawołał chłopak z Doncaster, przyciskając dłoń do klatki piersiowej w miejscu gdzie teraz przyspieszonym rytmem biło jego serce – Matka ci nie mówiła, żeby się tak nie zakradać?

-A twoja ci nie mówiła, żebyś nie był dupkiem dla ludzi, którzy starają się ci pomóc?

Louis zmrużył oczy, uważnie lustrując chłopaka. Wnioskując po luźnym szarym swetrze, nieco opuszczonych spodniach, butach i włosach, które praktycznie zaprzeczały istnieniu grawitacji, Louis mógł niemal natychmiast powiedzieć, że ten chłopak nie był łyżwiarzem. Nie był dla niego konkurencją. Następny powód, żeby się z nim zaprzyjaźnić.

-Jestem Louis – powiedział po chwili wyciągając dłoń w kierunku chłopaka.

Brunet uśmiechnął się szeroko i podszedł bliżej. Mimo młodego wieku, Louis mógł wyczuć woń marihuany.

-Zayn – chłopak uścisnął jego dłoń.

I tak to się zaczęło.

Louis i Zayn nie mieli dużo wspólnego. Cholera, nie mieli ze sobą prawie nic wspólnego! Louis większość czasu spędzał na lodowisku, ucząc się, albo z Eleanor, a Zayn praktycznie cały czas był na haju** lub pracował nad nowym obrazem, ale może to dlatego tak dobrze się dogadywali. Dopełniali się zamiast być swoimi klonami.

W każdym razie, Louis uczęszczał do Akademii już czwarty rok i znał wszystkie skróty i przejścia niemalże na pamięć. Tak właśnie udało mu się wpaść do Sali w której odbywały się pierwsze tego dnia zajęcia – Angielski, około trzy sekundy przed dzwonkiem. Opadł na swoje krzesło, z tyłu klasy, obok Zayna, który posłał mu uśmieszek, kiedy szatyn próbował złapać oddech.

-Ledwo zdążyłeś – stwierdził brunet, jakby nie było to oczywiste – Może powinieneś kupić sobie zegarek – zakpił.

-Może miałbym zegarek, gdyby mój zawszony najlepszy przyjaciel, nie wrzucił mi go do basenu, kiedy był naćpany – odgryzł się Louis.

Zayn uniósł ręce w geście obronnym.

-A tak swoją drogą, podoba mi się twój sweter. Tak noszą je teraz dzieciaki w tych czasach?

Louis zmarszczył brwi i zerknął w dół, z trudnością powstrzymując jęk, kiedy zobaczył, że w pośpiechu założył ubranie na lewą stronę.

-Świetnie – mruknął zapadając się w swoim siedzeniu.

-Dobrze klaso, spokój proszę – zawołał pan Turner nauczyciel angielskiego, zerkając przelotnie na uczniów. Pięćdziesięciolatek wyglądał tego dnia wyjątkowo niedorzecznie. Jego marynarka była nieco za mała i ledwo dopinała się na brzuchu nauczyciela, a jego przetłuszczone, siwe włosy przylepiały się do głowy. On był jednym z tych nauczycieli, którzy żyli i oddychali swoim przedmiotem, ciągle nawijając o tym jak piękny jest, albo jakie uczucia wywołuje. Poza tym opowiadał wszystko w tak sztywny i niemal wymuszony, oceniając po jego sztywnej posturze.

Mimo to, uczniowie dookoła Louisa, natychmiastowo ucichli.

-Dziękuję – kontynuował nauczyciel – Wczoraj każdy z was miał napisać wypracowanie na zadany temat. Zakładam, że każdy to zrobił.

Klasa wydała z siebie zgodny jęk.

-Tak, tak, jestem pewien, że jedna strona pracy domowej, była dla was tak obciążająca, biorąc pod uwagę to jak bardzo jesteście zajęci.

Ja jestem, pomyślał Louis gorzko. Szkoła tylko jeszcze bardziej go rozpraszała.

-Bardzo mi przykro, że musiałem was oderwać od waszych zajęć – wcale nie było mu przykro – Ale muszę spytać…

Głośny śmiech przerwał mu, a dwóch chłopców weszło do Sali, nie przejmując się faktem, że się spóźnili. Nawet bez ich za dużych bluz z logiem szkoły, Louis wszędzie by ich poznał. Ten z niebieskimi oczami, blond włosami i irlandzkim akcentem, nazywał się Niall Horan, a drugi chłopak, wysoki, z potarganą burzą brązowych loków, zielonymi oczami i bladą skórą, to Harry Styles, i obaj uważali, że skoro są w drużynie hokejowej, to zasady ich nie obowiązują.

Pan Turner zaśmiał się, ledwie zauważalnie unosząc kącik ust.

-Panie Styles, Panie Horan, musicie pozbyć się nawyku spóźniania się na zajęcia – oznajmił. Jego słowa miały ich ostrzec, jednak jego ton ich rozpieszczał – Nie chcielibyśmy, żebyście nie mogli zagrać na piątkowym meczu.

Harry wywrócił oczami, a Niall ledwie opanował śmiech.

-To się już więcej nie powtórzy, profesorze – obiecał Harry, udając szczerość.

Oczywiście było to kłamstwo i każdy o tym wiedział. Harry spóźniał się na zajęcia przynajmniej dwa razy w tygodniu, głównie dlatego, że mógł.

On i Niall zajęli miejsca na środku klasy, gdzie już siedział ich przyjaciel, Liam Payne, a Louis mógł poczuć jak jego wnętrzności skręcają się z nienawiści. Nienawidził hokeistów (w końcu każdy mógł się nauczyć jak pchać krążek po lodzie, a zrobienie potrójnego aksla naprawdę wymagało wysiłku), nienawidził tego jak kochali ich nauczyciele i tego jak ich faworyzowali. Nienawidził tego, że pozostali uczniowie, niemal płaszczyli się przed nimi, kiedy hokeista dał im ten zaszczyt i odezwał się do nich, ale najbardziej ze wszystkiego nienawidził Harry’ego Stylesa. Nienawidził jego zarozumiałości, jego tak zwanego „uroku osobistego” i tego, że wszyscy myśleli, że Harry jest zrobiony ze złota. Nie był. Był dupkiem, po prostu kolejnym głupawym hokeistą, którego nie obchodziło nic poza nim samym.

-Jak mówiłem – zaczął ponownie Turner – Proszę o prace i przygotujcie się na najgorsze, bo jestem niemal pewien, że większość z was zawaliła robotę.

Reszta lekcji polegała na tym, że pan Turner cały czas tylko mówił o tym, że jutro zaczną pierwszy grupowy projekt w tym roku szkolnym. Dla Louisa nie brzmiało to źle, dopóki nie usłyszał, że to nauczyciel wybierze im partnerów. Szatyn powstrzymał jęk. Wiedział, że anglista, nigdy nie pozwoli mu pracować z Zaynem. Mężczyzna lubił uprzykrzać Louisowi życie tak bardzo jak tylko mógł.

Kiedy dzwonek zadzwonił, Louis i Zayn razem opuścili salę, ale po chwili rozstali się, by udać się w dwóch różnych kierunkach. Louis na fizykę, a jego przyjaciel na matematykę. Korytarze były jak zwykle pełne uczniów, a większość w nich nosiła barwy Szmaragdowych Wzgórz – szmaragdową zieleń (a to zaskoczenie!) i biały. Jakby nie wystarczało, że są w szkole. Musieli też ją „nosić”. Na szczęście dla niego Louis był już przyzwyczajony do manewrowania między grupą nieskoordynowanych ruchowo łyżwiarzy i przepychanie się przez tłum szło mu bez problemu. Już miał wejść do Sali, kiedy usłyszał głos, wołający go.

-Hej, Tancerzyku!

Louis zamarł. Znał to przezwisko, słyszał je latami. Tylko drużyna hokeistów zwracała się tak do łyżwiarzy figurowych. Szatyn powoli odwrócił się, by spojrzeć w twarz osobie, która tak go nazwała.

Harry Styles stał tylko kilka metrów dalej, z Niallem i Liamem po obu stronach, patrząc się na niebieskookiego, jakby ten był najzabawniejszą rzeczą na świecie.

-Co? – warknął chłopak. Nie był w nastroju na użeranie się z Harrym.

-Po prostu zastanawiałem się, czy zawsze nosisz sweter na lewą stronę, czy to tylko na dziś – Niall zaśmiał się, chociaż nie było w tym nic śmiesznego, a Liam tylko spojrzał na przyjaciela zdenerwowany.

Louis zerknął w dół na swój sweter, po czym podniósł wzrok patrząc prosto w oczy Harry’ego. Było mnóstwo odpowiedzi, którymi chłopak mógł zaskoczyć hokeistę, ale wszystko to wypadało słabo w porównaniu do tego co miał zamiar zrobić.

Nie myśląc nad tym ani chwili dłużej, chwycił rąbek swetra i ściągnął go, odsłaniając nagą klatkę piersiową. Kilka uczniów zatrzymało się przypatrując się z zaciekawieniem całemu zajściu, a kilkoro nawet gwizdnęło głośno z uznaniem. Zignorował ich wszystkich i spokojnie przewrócił sweter na drugą stronę, by po chwili ponownie go założyć.

Dopiero wtedy jeszcze raz spojrzał w zielone oczy Harry’ego Stylesa, który przypatrywał się mu z szokiem i czymś jeszcze, czego Louis nie potrafił nazwać, w zielonych tęczówkach, które zdecydowanie pociemniały.

-Lepiej? – spytał, uśmiechając się do hokeistów, po czym odwrócił się na pięcie i wszedł do klasy.

Nie obchodziło go to, że pozostali uczniowie mogli uznać, że jest szalony, albo naćpany. Poczuł się dobrze, po postawił się Harry’emu, a widząc ich miny, kiedy zdjął sweter, poczuł się jeszcze lepiej

Wiedział, że to prawdopodobnie tylko sprawi, że plotki o jego orientacji będą jeszcze głośniejsze, ale nie mógł być na to mniej obojętny.

Dosłownie sekundę później zajął swoje miejsce w klasie, podczas gdy Harry Styles nadal tkwił w tym samym miejscu w którym stał wcześniej. Poczuł, że zaschło mu w ustach, na Louisa Tomlinsona bez koszulki. To był widok o którego zobaczeniu marzył przez ostatnie tygodnie, jednak w jego głowie wszystko działo się w kompletnie innej sytuacji niż teraz.

A teraz, kiedy jego marzenie się spełniło, w głowie Harry’ego kołatało się tylko jedno słowo: cholera.



*Łyżwiarstwo, a dokładniej stopnie zaawansowania dzielą się tak: Podstawowy od 1 do 8, Freestylowy od 1 do 8, Pre-Preliminary, Preliminary, Pre-Juvenile, Juvenile, Intermediate, Novice, Junior, Senior. Od Pre-Preliminary wzwyż zdaje się najróżniejsze egzaminy i testy zdolności, żeby przejść na wyższy poziom. Po konsultacjach z najróżniejszymi źródłami, tych stopni zaawansowania się nie tłumaczy na polski. To są nazwy obowiązujące na świecie i trzeba to zaakceptować :)

** W oryginale Ali napisała: „high as a kite” co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „wysoko jak latawiec”, jednak w mowie potocznej i w odniesieniu do narkotyków, znaczy właśnie „na haju”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz