poniedziałek, 10 marca 2014

Zaczęło się w salonie Zayna. Gorący, ponaglający seks na jego pluszowym dywanie, zaspokojenie przyjemności, bez zobowiązań. Potem w jego sypialni, samochodzie, a kiedy byli szczególnie napaleni, w chłodnym magazynie baru, z towarzyszącym temu uderzeniem adrenaliny z powodu możliwości bycia przyłapanym. A następnie w łóżku Louisa, gdy wiedział na pewno, że jego pięknego współlokatora nie było w domu. To był niezły układ - obaj wyzbywali się frustracji seksualnej, czerpiąc obopólną satysfakcję z sytuacji. Ale czegoś brakowało.

Louis może i czuł się fizycznie zaspokojony, ale część emocjonalna była już czymś całkiem innym. Choć na początku obcowanie z Harrym było w pewnym sensie niełatwe, teraz anioł zaadaptował się nieźle do ziemskiego życia i spędzali ze sobą coraz mniej i mniej czasu. To raniło Louisa, głęboko, nie żeby kiedykolwiek się do tego przyznał, ale fakt, że Harry prawie w ogóle nie bywał w domu, był dla niego ciężki do zniesienia. Czuł się samotny… znowu.

Minęły trzy miesiące odkąd Harry znalazł pracę w bistro, gdzie szybko wspiął się po szczeblach hierarchii, zbliżając się do głównego kucharza. Miał on na imię Niall i Harry z gwiazdkami w oczach długo opowiadał o jego talencie, gdy wrócił do domu, żeby obwieścić Louisowi, że Niall mianował go pomocnikiem szefa kuchni.

To było małe bistro, z dwudziestoma miejscami do siedzenia oraz niedużą załogą składającą się z siedmiu pracowników, która je prowadziła. Na początku rozwijało się powoli, ale szybko stawali się ofiarami - bardzo szczęśliwymi ofiarami, warto dodać - własnego sukcesu, co oznaczało dla wszystkich więcej pracy i poświęcenia. Harry najbardziej ze wszystkich rzucał się całym sercem i duszą w wir zajęć, z entuzjazmem przyjmując na siebie nowe obowiązki.

Louis był porażony jego pasją i niewiarygodnym talentem, ale zawsze kiedy wracał do domu, zastając pogaszone światła oraz ciszę osiadłą w powietrzu, jego serce sprawiało wrażenie ołowiu w klatce piersiowej. Ale skąd mógł wiedzieć, że Harry pogrążał się w pracy, żeby nie myśleć o Louisie.

Demon odnalazł ukojenie w byciu zgniatanym pomiędzy materacem a ciepłym ciałem Zayna, Harry z kolei w staniu na swoim miejscu przy blacie, siekając i ze skrajną ostrożnością układając jedzenie na talerzach. Ponieważ od czasu wypadku po pijanemu w klubie Louis tak głęboko wszedł mu pod skórę, że w żaden inny sposób nie potrafił sobie z tym poradzić, jak tylko unikać szatyna, bez względu na to, ile cierpienia przynosił mu widok rozczarowania w tych niebieskich oczach za każdym razem, gdy wybiegał do bistra, nawet wtedy, gdy miał wolny dzień. Tamta noc zachwiała całym jego nowym światem.

Ale nie dzisiaj. Nie pracował i zamierzał to wykorzystać, nie robiąc nic, co wymagało wysiłku. Ta ciągła szarada go wykańczała, co powoli zaczynało pokazywać się na jego twarzy: jego skóra była blada i naciągnięta, policzki zapadnięte, a pod oczami miał ciemne kółka. Tak bardzo potrzebował odpoczynku, że Niall nalegał, żeby został w domu przez co najmniej jeden lub dwa dni, które miały wystarczyć, aby przestał wyglądać jakby miał skonać na swoim miejscu pracy.

Harry wciągnął swe długie nogi i ramiona, rozwalając się na futonie niczym przerośnięty pająk i ziewając, gdy usiadł prosto w bladoniebieskiej pościeli. Louis przystosował pokój gościnny, w którym mógł zostać, dzięki czemu przestali ingerować w swoją prywatność, albo raczej Harry przestał ingerować w prywatność szatyna. To był obszerny pokój z wielkim oknem, małą komodą i szafką na książki, a także z największym materacem, jaki udało się Harry’emu znaleźć, który był na tyle duży, by pomieścić wygodnie jego wysoką sylwetkę. Zdjął narzutę ze swojego nagiego ciała, jako że szybko odkrył, iż o wiele bardziej woli spać w negliżu, niż ubrany, i wstał z niskiego łóżka, ponownie się rozciągając. Odsłonił zasłonę, a światło słoneczne zaczęło przenikać do pokoju bladozłotymi smugami, lądując na drewnianej podłodze.

To był jasny i słoneczny dzień października, może mógłby wyjść gdzieś po śniadaniu, sprawdzić lokalne parki, gdzie ścieżki przybrane były pięknymi czerwieniami i odcieniami złota. To brzmiało jak plan. Podszedł do komody i wyciągnął bokserki oraz parę ciemnoszarych jeansów, szybko naciągając je na siebie i nie zawracając sobie na razie głowy koszulką. Z jakiegoś powodu zawsze udawało mu się poczuć za ciepło, a chłód mieszkania dawał wrażenie świeżego powiewu na jego skórze.

Wyszedł ze swojego pokoju i przystanął. Louis siedział na kanapie w salonie, wciąż mając na sobie ubrania, które włożył do pracy ostatniej nocy, wyglądające na trochę znoszone. Zwinął się w kulkę wokół poduszek, z włosami stojącymi we wszystkich kierunkach i napuchniętymi ustawi. Wszystkim, co Harry miał ochotę zrobić, było pospieszenie do niego i otoczenie jego smukłego ciała w kruszącym kości uścisku, ale powstrzymał się, po cichu podchodząc do kanapy, aby zobaczyć, że długie rzęsy Louisa unoszą się do góry w dostrzegalnym bólu. Mimo to uśmiechnął się do wysokiego anioła, popychając się do pozycji siedzącej.

- Hej… - wychrypiał, przebiegając trzęsącą się ręką przez swoje włosy i krzywiąc się z powodu ich splątania.

Harry zmarszczył brwi i usiadł obok niego.

- Wszystko z tobą w porządku? Kiedy wróciłeś do domu? W nocy strasznie padało…

Louis przytaknął, krzywiąc się, gdy szybki ruch jego głowy wywołał przeszywający ból w czaszce i za oczami.

- Wróciłem do domu trzy godziny temu i… i wydaje mi się, że jestem chory… - odpowiedział niewyraźnym głosem, niemal wyskakując ze skóry, kiedy Harry przyciągnął go bliżej siebie, przesuwając delikatną dłonią po boku jego twarzy, żeby przycisnąć ją lekko do jego spoconego czoła.

Louis rozluźnił się, zamykając oczy, gdy chłodna ręka Harry’ego spoczęła na jego skórze, i niemal wzdychając, kiedy ją stamtąd zabrał.

- Zdecydowanie masz gorączkę. Umyjmy cię i przebierzmy w ciepłe ubrania. Zajmę się tobą… - zapewnił go Harry, podciągając szatyna z kanapy, tylko po to, by złapać go, kiedy smukły demon zachwiał się na nogach.

To było co najmniej żenujące, Louis zarumienił się, gdy został przyciśnięty mocno do bardzo nagiej klatki piersiowej Harry’ego. Minęło sporo czasu, odkąd po raz ostatni był tak blisko anioła i jego skóra wydawała się nawet gładsza, niż pamiętał, ku jego znacznemu przerażeniu. Spróbował się słabo odsunąć, ale Harry zachichotał i tylko przytrzymał go mocniej.

- Od dawna nie trzymałem cię w ten sposób, daj mi się tym nacieszyć… - wymruczał wbrew sobie, wbrew głosowi w jego głowie, który krzyczał, że znajdował się na bardzo niepewnym gruncie i byłoby mądrzej, gdyby po prostu wypuścił szatyna.

Zwyczajnie nie chciał tego słuchać. Nie teraz, kiedy przyciskał do ciebie to delikatne ciało, a ramiona Louisa z własnej woli obejmowały go w pasie. Trzymał go przez krótką chwilę, ciesząc się każdą sekundą i wypuszczając go moment przed tym, gdy sytuacja stałaby się kłopotliwa, po czym zaciągnął Louisa za rękę do łazienki.

- No chodź, przyrządzimy ci gorącą kąpiel…

***

Louis leżał w ogniście gorącej wodzie, wzdychając z przyjemności, gdy jego ciało wreszcie rozgrzało się po raz pierwszy w ciągu kilku godzin (poza tym czułym i zaimprowizowanym uściskiem, jakim otoczył go Harry wcześniej). Jego policzki zapłonęły na myśl o muskularnej klatce piersiowej, tych wyrzeźbionych ramionach, które go obejmowały oraz przyjemności, która eksplodowała w jego sercu z powodu bezpośredniego dotyku wysokiego anioła. Jak cudowne wrażenie pozostawiały te dłonie, kiedy delikatnie zdjęły mokre ubrania z ciała Louisa, kiedy z ostrożną troską otarły miękkimi pociągnięciami rozsmarowany na jego twarzy pot. Tęsknił za tymi rękoma, tą skórą i za tym niskim mruczeniem głosu, nieważne jak mocno starał się na początku unikać tych niewinnych kontaktów.

Jak, do diabła, miał to rozumieć? Oczywiście czuł do Harry’ego coś więcej, niż zwykły pociąg, ale w żadnym wypadku nie potrafił dojść do tego, co to było. Najwyraźniej miał ciężki orzech do zgryzienia, co wprawiało jego serce w szybsze bicie, kiedy napotykał wzrokiem te piwne oczy.

Louis słyszał, że Harry krząta się w kuchni, bez dwóch zdań przygotowując śniadanie, i w jego żołądku zaburczało na myśl o czymś ciepłym do zjedzenia. Przy odrobinie szczęścia będzie to coś, co podziała kojąco na jego gardło, które aktualnie sprawiało wrażenie gruboziarnistego papieru ściernego. Przeklął swój brak rozsądku. Spędził noc w pracy, po czym poszedł prosto do Zayna na brutalną rundkę pieprzenia, która pozostawiła ich obu trzęsących się i sapiących na niezasłanym łóżku. Zayn zaoferował Louisowi nocleg w swoim mieszkaniu, biorąc pod uwagę to, że był niemal ranek, kiedy szatyn doszedł do siebie na tyle, aby stanąć na nogach. Ale demon odrzucił ofertę, wracając do domu piechotą w czasie lodowatego deszczu i wypalając papierosa za papierosem. Zawsze odrzucał propozycje Zayna co do noclegu; część niego była przekonana, że jeśli kiedykolwiek spędzi u niego noc, przestaną być jedynie przyjaciółmi, którzy się pieprzą. To nie było racjonalne, ale upierał się przy swoim. I teraz najwyraźniej złapał przeziębienie, a wszystko przez to, iż zakładał, że Zayn zbytnio się do niego przywiąże, jeśli zasną razem po seksie. Westchnął, zanurzając się głębiej w gorącą wodę, aż wszystko oprócz jego twarzy zostało zatopione w przynoszącym ulgę cieple.

Przynajmniej nie był dzisiaj sam - to jedna rzecz, z jakiej się cieszył.

Harry nalewał mu do kubka herbatę z cytryną, kiedy Louis wyłonił się z łazienki, czysty i zaróżowiony od gorącej wody, mając na sobie spodnie od dresu, ciemno grafitową bluzę oraz skarpetki w paski na stopach. Zadrżał, mimo że Harry podkręcił ogrzewanie, przyprawiając anioła z kręconymi włosami o uśmieszek na ustach, gdy ten odstawił szklankę, obchodząc blat, żeby zaprowadzić Louisa na kanapę w salonie, gdzie ułożył stos poduszek i narzut, a wszystko po to, żeby szatynowi było wygodnie. Louis zachichotał, gdy Harry owinął go w gruby koc, zachowując się jak matka i będąc uroczym, kiedy upewnił się, że demonowi było ciepło i przytulnie na sofie, po czym wrócił do kuchni, żeby sprowadzić herbatę.

- Trzymaj, to herbata cytrynowa z miodem. Czytałem, że działa kojąco na gardło. - Harry owinął rękę Louisa wokół ciepłego kubka, uśmiechając się, gdy chłopak pociągnął wolno jeden łyk, za którym podążył jęk przyjemności.

Gorący napój był jak pieszczota dla jego obolałego gardła.

- Naprawdę działa, dziękuję.

Uśmiech, który rozjaśnił twarz Harry’ego był olśniewająco piękny, tak bardzo, że musiał dwukrotnie powtórzyć swoje pytanie, ponieważ umysł Louisa był zupełnie gdzie indziej.

- Przepraszam, co?

Harry zachichotał.

- Zrobiłem rosół, chcesz trochę?

Louis uśmiechnął się głupawo, pokrywając rumieńcem.

- Tak, poproszę.

Spędzili większość dnia na kanapie, oglądając kupę filmów, z Louisem zajadającym zupę i herbatę, oraz Harrym panikującym za każdym razem, gdy szatyn kaszlną lub kichnął. Na początku siedzieli na przeciwległych końcach sofy, ale powoli, choć pewnie, migrowali w kierunku środka, żeby skończyć po stronie Harry’ego, wtuleni jeden w drugiego. Chłopak był zmęczony widokiem Louisa trzęsącego się co kilka minut i zignorował jego protesty, gdy wśliznął pod niego swoje ramię, wciągając sobie speszonego demona na kolana, a następnie kładąc całą długość jego ciała obok siebie. W pełni pod kocem. Louis wymamrotał słabo, że nic mu nie jest, ustępując szybko, kiedy ramiona Harry’ego owinęły go w pasie, przyciskając jego plecy do swojej wspaniale gorącej klatki piersiowej.

- Przestaniesz się wiercić, czy muszę na ciebie wejść? - powiedział dokuczliwie Harry, a jego miękkie usta musnęły małżowinę ucha Louisa, wysyłając w dół jego kręgosłupa dreszcze, które nie miały nic wspólnego z gorączką.

Czy ten mężczyzna zdawał sobie w ogóle sprawę z tego, co jego słowa robiły z mózgiem Louisa?

- Nie… nie, od teraz nie będę się ruszał… - wymamrotał Louis, szczęśliwy, że był odwrócony do niego tyłem, ponieważ jego twarz prawdopodobnie przybrała czerwony kolor pomidora.

Ułożyli się wygodnie, a Harry otoczył go promieniującym ciepłem, bezpieczeństwem swoich silnych ramion, i po raz pierwszy od tygodni Louis poczuł się spokojny, pogrążając się w wolnym od snów śnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz