poniedziałek, 10 marca 2014

Po tych wszystkich latach spędzonych w pojedynkę, Louis czuł się raczej dziwnie, mając przy sobie kogoś, kto z taką uwagą studiował każdy jego ruch. Mózg Harry’ego był jak encyklopedia, skrupulatnie zapamiętując i katalogując każde słowo, każdy gest.

To był dziwny miesiąc, z Harrym okupującym jego prywatną przestrzeń, ale Louis nie mógł do końca powiedzieć, że miał coś przeciwko. Może dlatego, że Harry był jednym z najpiękniejszych, najbardziej niewinnych i uprzejmych bytów, jakie kiedykolwiek spotkał.

Następnego dnia, gdy Louis miał wolne, wyszli kupić Harry’emu ubrania, szybko odkrywając, że chłopak czuł pociąg do klasycznych koszulek z logo zespołów, obcisłych jeansów oraz workowatych swetrów, wpływając znacząco na konsternację Louisa, jako że wyglądały one całkiem apetycznie na wysokiej i szczupłej sylwetce anioła.

To było interesujące, jednakże wykańczające doświadczenie, z Harrym obserwującym i zadającym niekończące się pytania na temat wszystkiego, na co się natknęli, od samochodów, przed drzewa, na komórkach kończąc. Wybrali całkiem sporą ilość ubrań, kilka dodatków oraz zaszli do księgarni, gdzie Harry z zapałem przeglądał półki, bez narzekania nosząc wszystkie torby z zakupami, podczas gdy Louis zebrał materiały pomocnicze: książki historyczne, zarówno dotyczące czasów starożytnych jak i współczesnych, podręczniki do nauki gramatyki i języka, a także dla kaprysu bardzo fajną książkę o sztuce współczesnej. Miały być one podstawą wykształcenia Harry’ego i rozpoczęcie od historii ludzkości wydawało się logiczne. Nie potrafił wyrazić ulgi, jakiej doznał, kiedy okazało się, że Harry umiał czytać i pisać, nie żeby Harry sam wiedział, gdzie i jak się tego nauczył. Po prostu wiedział, jak to robić i natychmiast zatopił się po uszy w książkach, ucząc się wszystkiego, czego tylko mógł.

Louis wychodził wczesnym wieczorem do pracy, zostawiając Harry’ego rozciągniętego na kanapie, gdzie czytał, żeby wrócić kilka godzin później i znaleźć go na tym samym miejscu, wciąż pogrążonego po uszy w lekturze. Albo oglądającego dramaty w telewizji, co do których odczuwał niezdrową fascynację, albo śpiącego, będąc zwiniętym niczym kot wokół stosu książek.

Zainteresowania Harry’ego były różnorodne, poczynając od całego świata ludzi po wszechświat nowinek, i rzucał się na tyle tematów, na ile mógł, często imponując Louisowi swoim oddaniem. Tak jak wtedy, gdy Louis wrócił do domu i odnalazł go przy kuchenny stole, z otwartą wielką książką przed oczami i jedną z rąk w powietrzu, gdy wyrysowywał ruchy swoimi palcami. Louis rzucił mu zaintrygowane spojrzenie.

- Co ty, do diabła, wyprawiasz? - zapytał, naturalnie zaciekawiony.

Oczy Harry’ego nawet nie podniosły się znad książki, kontynuując czytanie i gestykulację.

- Uczę się języka migowego.

Louis parsknął, odstawiając torbę.

- Języka migowego? Po co?

Harry wzruszył ramionami, zamykając książkę, gdy wstał, żeby zacząć przygotowywać obiad.

- Nigdy nie wiesz, czy kiedyś ci się nie przyda…

Jedzenie oraz książki kucharskie były kolejną fascynacją, ku zadowolonemu zaskoczeniu Louisa, kiedy wrócił do domu, a Harry gotował obiad. To prawda, chłopak kilka razy zadrasnął się nożem i oparzył, ale jedzenie było wspaniałe. Louis był zdumiony tym, jak szybko wysoki anioł się uczył, jednak nie umiał powstrzymać parsknięcia, gdy którejś nocy Harry wygadał się, że prawdopodobnie powinien sobie znaleźć pracę. Siedzieli przy stole w kuchni, z zapałem opróżniając pudełko lodów z kawałkami czekolady. Obaj sięgali łyżkami prosto do pudełka, gdyż żaden nie chciał pobrudzić miski - miski trzeba było czyścić, a to tylko niepotrzebne zawracanie głowy, poza tym, o wiele zabawniej było angażować się w bitwy na łyżeczki, żeby zdecydować, czyja jest następna kolej.

- Prawdopodobnie powinienem zacząć pracować… - odezwał się znikąd Harry, gdy nabrał z pudełka kolejną łyżkę pełną lodów, zmuszając Louisa do wydania wspomnianego parsknięcia.

- Nie wiem, czy jesteś na to gotowy…

- Widziałeś, jak szybko się uczę, a znalezienie pracy nie może być takie krótkie. Poza tym, nie mogę pozwolić ci zajmować się mną bez końca…

Louis zatrzymał się z łyżeczką w połowie drogi do ust. Może Harry miał rację, szatyn nie mógł go zmusić do zostania. Ale dlaczego myśl, że anioł ewentualnie się wyprowadzi, pozostawiła w jego piersi uczucie ołowianej ciężkości? Szybko zrozumiał, że naprawdę chciał zatrzymać pobliżu ten chudy, niezdarny, seksowny skrawek anielskiego tyłka. Nie tylko dlatego, że Harry był piękny, komicznie czarujący i świetnie gotował. Przede wszystkim z powodu tego, że po raz pierwszy od czasu swojego wygnania nie czuł się samotny. Miał je z kim dzielić i nie zdawał sobie z tego sprawy, dopóki Harry nie przywiódł do stołu tego pomysłu o wyprowadzce. Westchnął, ponownie unosząc łyżeczkę do ust i zjadając lodowo-słodką mieszankę, choć okazało się, że już dłużej nie sprawia mu to przyjemności.

- Nie musisz odchodzić, jeśli nie chcesz… - zmusił się do powiedzenia, tak po prostu.

- Nie masz nic przeciwko, że tu jestem? To znaczy, tylko zawracam ci głowę… - odpowiedział Harry, wyginając odrobinę wargi do dołu.

Louis pozwolił swojej wolnej ręce spocząć na nagim ramieniu Harry’ego, gdzie skóra była miękka, ciepła i tak kusząca, że chciał ją pogłaskać, przebiec palcami w górę i w dół wyrzeźbionej ręki, ale oparł się tej pokusie.

- Nie zawracasz mi głowy, ani troszeczkę. Chcę, żebyś został, jak długo czyni cię to szczęśliwym.

Harry uśmiechnął się szeroko, unosząc do góry jedynie kąciki ust.

- Naprawdę tak uważasz?

- Tak. Zostań tak długo, jak chcesz.

- Wiesz, to znaczy, że prawdopodobnie utknąłeś ze mną na zawsze… i mam na myśli, że dosłownie na zawsze - dokuczył mu Harry żartobliwie, mierzwiąc mu włosy wolną ręką.

Czemu, och czemu serce Louisa zapłonęło na te słowa, trzepocząc w piersi jak ptaszek uwięziony w klatce? Warto było poświęcić temu kilka chwil zastanowienia.

Harry, jakkolwiek czując ulgę z zapewnień Louisa, że mógł zostać tak długo, jak chciał, wciąż nie przestawał szukać sobie pracy. Fakt, że nie miał w niczym absolutnie żadnego doświadczenia czyniło to raczej kłopotliwym zadaniem, ale szukał i szukał, przedzierając się przez ogłoszenia w gazecie. Aż coś malutkiego na samym spodzie strony przykuło jego wzrok.

Jego miłość do gotowania wreszcie mogła się przydać.

***

- Znalazłem pracę! - wykrzyknął Harry, kiedy tego wieczora wrócił do domu.

Louis rozciągał się na kanapie w salonie, mając na sobie jedynie jeansy i chłodząc się przy piwie. Cały dzień spędził w barze, pomagając Paulowi przy kilku naprawach, wdzięczny, że z tego powodu nie musiał dzisiaj pracować. Ożywił się na te słowa, siadając prosto z pytającym spojrzeniem.

- Naprawdę? Co to za praca?

Harry był niewiarygodnie podekscytowany, uśmiechając się szeroko, gdy zrzucił z siebie czarną koszulę wyjściową.

- W tym nowym bistro nie tak daleko stąd, które dopiero co otworzyli. Szukali pomocy do kuchni i mnie zatrudnili!

- Och, kochany… powiedziałeś im, że nie masz żadnego doświadczenia, tak?

Harry rzucił swoją koszulę na oparcie fotela, czując ulgę, że wreszcie zazna odrobinę zimniejszego powiewu na odsłoniętej skórze, i idąc do kuchni, żeby nalać sobie szklankę wody. Louis starał się zmusić go do noszenia ubrań przez cały czas, jako uzasadnienia używając przeziębienia, albo sezonu grypowego, albo nawet tego, że skóra nie mogła być zbyt często wystawiana na działanie powietrza, ale Harry wciąż spacerował po mieszkaniu półnago i Louis mógł jedynie przeklinać niebiosa. Woda w dalszym ciągu była jego ulubionym napojem, tak po prostu, chociaż sok pomarańczowy plasował się tuż za nią.

- Powiedziałem kucharzowi, że lubię gotować i jestem dostępny przez cały czas. Zdaje się, że tyle mu wystarczyło. To całkiem spokojne miejsce, kuchnia francuska, a kucharz jest dosyć młody, więc może nie ma jeszcze wyczucia do interesów…

Louis roześmiał się, wstając, żeby dołączyć w kuchni do wysokiego chłopca o kręconych włosach.

- Najwyraźniej nie posiada wyczucia do interesów, skoro zatrudnił takiego niezdarnego chłopaka jak ty… - powiedział Louis dokuczliwie, opierając się z westchnieniem zadowolenia o chłodną lodówkę.

Fala gorąca wciąż nie ustępowała, a słońce w połowie lipca nie pomagało, przypiekając powierzchnię asfaltu, aż wydostawała się z niego płynna masa, czyniąc powietrze błyszczącym od żaru. Harry z uśmieszkiem wygiął brew w kierunku śniadego demona.

- Powinieneś być ze mnie dumny, teraz przynajmniej mogę płacić czynsz…

Louis parsknął, odstawiając swoje piwo na blat, żeby otworzyć kuchenne okno, i wpuszczając do środka bryzę.

- Możesz pomóc z zakupami, w końcu sam zjadasz większość z nich… aż się zastanawiam, gdzie to wszystko wędruje… - odpowiedział, z w połowie ukrytym uznaniem mierząc wzrokiem wyrzeźbioną klatkę piersiową Harry’ego oraz brzuch; tylko w połowie ukrytym, ponieważ niezręczny anioł był za bardzo nieświadomy, żeby chociaż zauważyć kierowaną ku sobie uwagę.

- Pewnie, w takim razie będę płacił za jedzenie. Co sprawia, że zastanawiam się, co być chciał na kolację?

- Jest tak gorąco, że wolałbym raczej iść na drinka. Masz ochotę?

- Jasne, uczcijmy fakt, że udało mi się znaleźć pracę bez nadmiernego kłamania…

Świętowanie było dobrym pomysłem do pewnego momentu. Było dobre, dopóki nie zdecydowali się opuścić zwyczajnego, luźnego baru, gdzie obaj spokojnie wypili po kilka piw, żeby sprawdzić nowy popularny klub, o którym Louis usłyszał wcześniej od Zayna. To był miły klub, w porządku? Odrobinę mniej wyrafinowany, niż własne mieszkanie Louisa, ale muzyka dudniła seksownie, barmanki ładnie wyglądały, a goście byli młodzi i piękni.

No i drinki były tanie. Nawet zbyt tanie, jako że Louis i Harry opróżniali kieliszek za kieliszkiem, z czego anioł podpił się na tyle, by naprawdę pozwolić Louisowi pokazać sobie, jak się tańczy. O ile ocieranie się o siebie i obmacywanie można nazwać tańcem. Dali muzyce przejąć kontrolę nad swoimi ciałami, prowadzeni przez namiętny rytm oraz nacisk ciał wokół nich, a także przez naturalną, niekontrolowaną intymność, którą nieświadomie wybudowali poprzez spędzanie razem tak dużo czasu. Ich ruchy były pełne gracji, wyważone, idealne pomimo alkoholu płynącego w żyłach, jakby ich ciała zostały stworzone, żeby poruszać się wspólnie. Ich oczy spotkały się w ciemności, para należąca do Louisa w odcieniu nieskończonego błękitu omamiała Harry’ego, aby ten pochylił się do dołu, wystarczająco nisko, żeby ich oddechy się zmieszały, zanim nie zatrzymał się gwałtownie.

Harry’ego ogarnęło uczucie obezwładnienia, otrzeźwiając go w jednej chwili. Wyrwał się z objęć Louisa, żeby wyjść na taras, starając się z całych sił przywrócić oddechowi normalne tempo. Usiadł na ławce, próbując uporządkować pogmatwane uczucia w sercu.

Uczucia i emocje, które tak bardzo starał się stłumić - ponieważ to one były przyczyną jego doszczętnego upadku - teraz wypływały na powierzchnię. Pojawiały się w odwecie za każdym razem, gdy Louis się zaśmiał, dokuczał mu, przy każdym spojrzeniu tych stale zmieniających się niebieskich oczu, każdym dotyku - nieważne jak zdawkowy by był - tych miękkich, choć mocnych i smukłych palców. Starał się to ukrywać, jak tylko umiał najlepiej, zgrywając głupiego, żeby Louis nie poczuł się źle z tego powodu, ale sam zauważał te skradane spojrzenia, zagryzanie warg, ponętne rumieńce na policzkach demona, kiedy Harry chodził po mieszkaniu bez koszulki. I to go przerażało. Tak bardzo bał się znowu pokochać, że po prostu nie mógł sobie pozwolić poczuć. Jeszcze nie teraz.

Lekkie kroki odbiły się echem po wybrukowanym tarasie, zatrzymując się zaraz obok miejsca, w którym siedział na ławce, a ciepła ręka chwyciła go za ramię.

- Hej… wszystko okej, Harry?

Głos Louisa był trochę niewyraźny, jego kroki niepewne, ale nie potrafił ukryć zaniepokojenia w swoim tonie. Harry westchnął i pociągnął go obok siebie na ławkę, wystraszając demona, który wydał z siebie cichy okrzyk z powodu szybkiego ruchu, żeby następnie zachichotać pijacko, gdy oparł się o anioła.

- Nic mi nie jest, tylko zakręciło mi się lekko w głowie.

- To przez to cholerne gorąco i lasery.

Harry ponownie westchnął.

- Taa… pewnie tak… - skłamał, nie bardzo przekonywująco, ale wystarczająco, aby pijany Louis przytaknął na zgodę.

Demon wyłowił papierosy ze swojej kieszeni, wyciągając jednego dla siebie i dla kaprysu drugiego dla Harry’ego.

- Chodź, zapal ze mną.

Harry zachichotał, czego dźwięk był tym razem szczery, gdy zwędził zapalniczkę z rąk Louisa, zanim pijany chłopak zrobił sobie krzywdę, i zapalił oba papierosy. Zaciągnął się powoli i zakaszlał, wyjmując papierosa z ust ze skrzywioną miną. Demon wybuchnął śmiechem, kiedy zaciągnął się własnym, poklepując Harry’ego po plecach.

- Ten towar jest plugawy… - odezwał się Harry, a mimo to zaciągnął się ponownie, załapując procedurę.

Palili w ciszy, opierając się o siebie na małej ławce i spoglądając w górę na księżyc, stanowiący nagi skrawek srebrzystego światła na nocnym niebie.

- Chcesz wracać do domu? - wymamrotał Louis przy ramieniu Harry’ego, a z każdą mijającą minutą jego ciało stawało się cięższe od snu.

- No, zabierzmy cię do łóżka… - odpowiedział tamten, wyjmując telefon Louisa z jego kieszeni, żeby zadzwonić po taksówkę.

Louis nawet nie zaprotestował, kiedy Harry bez problemu podniósł go na ręce, aby zanieść go do czekającej taksówki. Już głęboko spał.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz