środa, 12 marca 2014

* - Co to kurwa jest? – Louis patrzył na wyspę, gdy ich łódka dobijała do lądu.

- Co? – Harry spytał, odchylając się do tyłu w swoim miejscu. Wiatr dmuchał w jego twarz, gdy łódź prześlizgiwała się przed wodę z kapitanem pod pokładem.

- To. – Louis wskazał palcem wyspę.

- Wyspa. Kupiłem ją kilka lat temu i tak jak Zayn zaplanował, spędzimy tu następne trzy tygodnie – Harry wymamrotał, przymykając oczy za okularami słonecznymi.

- Nie spędzę trzech tygodni na jakieś gównianej, małej wyspie, dzięki bardzo – Louis warknął. Harry wzdrygnął się nieznacznie, ale nie odezwał się. Louis klapnął na miejsce na przeciwko niego, piorunując wzrokiem wyspę, gdy podpływali coraz bliżej i bliżej.

Dobili do portu i Harry wyszedł, łapiąc swoje walizki. Spojrzał w dół na Louisa, który wciąż nie ruszył się z miejsca i nie wyglądało na to, że miał zamiar zrobić to w najbliższym czasie. - Idziesz?

- Poradzę sobie, dzięki – Louis warknął szorstko. Harry westchnął, stawiając swoje walizki na doku* i wszedł z powrotem na łódź, biorąc walizki Louisa i układając je przy swoich, zanim cofnął się po raz kolejny i wziął Louisa w swoje ramiona.

- Hej! – Louis sapnął, automatycznie sięgając, by odepchnąć ramię Harry’ego.

- To jest romantyczne – Harry wymamrotał, gramoląc się na pomost z szarpiącym się Louisem w ramionach. Skinął na kapitana, który zaczął odbijać od portu, gdy Louis wystartował z wiązanką przekleństw i wrzasków, a kiedy łódź była w bezpiecznej odległości, Harry zbliżył się na skraj pomostu.

- Nie – nie, nie mógłbyś – Louis sapnął, gdy Harry trzymał go nad wodą.

- Oh, nie mógłbym? – Harry uśmiechnął się z ironią, zanim wrzucił Louis do wody. Skrzyżował ramiona na piersi i czekał na pomoście, aż Louis wypłynie na powierzchnie, dławiąc się wodą, z grzywką przyklejoną do czoła. - Idę do domu i ugotuję coś. Weź swoje torby i to jest tylko w dół ścieżki, w przerwie pomiędzy drzewami. Jeśli nie będzie cię za godzinę, zacznę cię szukać.

Z tym, Harry chwycił swoje dwie torby, zostawiając Louisa cztery i skierował się do małego domu ulokowanego kawałek w głąb lasu. Wszedł do środka, zadowolony, że Zayn załatwił kogoś, kto posprzątał tutaj trochę przed ich przyjazdem. Wszystkie okna zostały otwarte, pozwalając bryzie przewiewać przez nie. Postawił swoje walizki na podłodze w sypialni, decydując, że jeśli Louis chce, mogą dzielić ją razem, chyba że woli wziąć mniejszy pokój albo kanapę.

Przeszedł do kuchni, zadowolony zastaniem jej całkowicie zaopatrzonej i wyciągnął dwa steki, z nadzieją, że gotowanie pozwoli mu odciąć się od myśli zaprzątających jego głowę.

Mięso było w połowie usmażone, kiedy drzwi otworzyły się zamachem i Harry zobaczył ciągle ociekającego wodą Louisa, szarpiącego się ze swoimi walizkami.

- Teraz żałujesz, że spakowałeś tyle rzeczy? – Harry uśmiechnął się, na co Louis zwęził oczy, przechodząc przez niewielki dom.

Prysznic włączył się kilka minut później i Harry westchnął, pozwalając mięsu dosmażać się, gdy sam zajął się sałatką.

Właśnie nakładał jedzenie na talerze, kiedy Louis wyszedł z łazienki z włosami wciąż nieco wilgotnymi i najwyraźniej wysuszonymi ręcznikiem, sądząc po sposobie w jaki sterczały w różnych kierunkach. Harry wskazał na talerz, ale Louis tylko przeszedł za nim, otwierając losowo szafki kuchenne, aż znalazł tą ze szklankami w środku i wziął jedną, nalewając do niej wody z kranu.

Harry wywrócił oczami, wymijając Louisa i zajął miejsce przy stole, garbiąc się w krześle.

- To nie jest dobre dla twoich pleców – Louis powiedział wreszcie, siadając naprzeciwko Harry’ego, który tylko zgarbił się bardziej na swoim miejscu. - Wspaniale, kiedy będziesz starym kaleką z chorymi plecami, nie myśl, że będę służyć ci pomocą. Ostrzegałem.

- A ty masz wory pod oczami – Harry oznajmił, wskazując na głębokie fioletowe siniaki pod oczami Louisa, które wyglądały jakby były spowodowane kilkoma miesiącami nieprzespanych nocy.

- Wybacz, obudziłem się o pieprzonej wpół do szóstej rano, dziękuję bardzo – Louis warknął, przekrawając swój stek. Harry wzruszył tylko ramionami, wbijając widelec w środek swojego mięsa i podnosząc go do ust, by odgryźć kawałek. Louis zmarszczył nos, szturchając widelcem sałatkę przez chwilę, zanim wreszcie wziął odrobinę do buzi.

- Nie otrułem tego – Harry powiedział prosto, gdy Louis przeżuwał powoli i tylko wzruszył ramionami, biorąc kęs swojego jedzenia, na co Harry wywrócił oczami, kontynuując jedzenie.

Noc nie była łatwa. Louis wściekł się, że to Harry zajmował sypialnię, a Harry tłumaczył to faktem, że to on płacił za wszystko, potem Louis narzekał, że jego materac nie był wystarczająco miękki, więc Harry powiedział mu, że jeśli chce mieć miękko, może spać na plaży. Louis krzyczał na niego jeszcze trochę, aż Harry wstał i cisnął w niego kilkoma poduszkami, za co Louis zaczął na niego wręcz wrzeszczeć. Harry wsadził słuchawki do uszu, zagłuszając krzyki Louisa głośną muzyką, gdy położył się do łóżka.

~*~

Kilka następnych dni nie różniły się zbyt bardzo, z wyjątkiem że były chyba gorsze. Nie byli zmuszeni do tak bliskiego przebywania ze sobą od czasu gdy Louis miał dwadzieścia cztery lata, trochę zanim ich problemy się zaczęły i zdecydowali spędzić weekend w chacie góralskiej w Szwecji, a skończyli zasypani przez śnieg przez ponad tydzień. To był wspaniały tydzień.

Ten tydzień nie był.

Kłócili się niemal o wszystko – było za gorąco, chodziło zbyt wiele robaków, była tylko jedna łazienka, więc ktoś musiał czekać w korytarzu, aż prysznic się zwolni. Jednego dnia Harry zrobił wafle, a Louis zdecydował, że nie ma na nie ochoty i po prostu nie jadł nic aż do lunchu.

To były cztery dni i obydwoje chodzili swoimi ścieżkami – Louis nie wiedział, że Harry wybił pięścią dziurę w ścianie pralni. Nie zauważył nawet otarć na jego knykciach.

Obecnie, kłócili się o to, że Harry zjadł ostatniego banana.

- Ty sobie kurwa ze mnie żartujesz? – Harry warknął, wskazując na miskę owoców na stole. - Zostały jeszcze cztery banany!

- One są zbyt zielone, Harold – Louis odwarknął, a Harry zwęził oczy, bo Louis wiedział bardzo dobrze, jak bardzo nienawidził tego przezwiska. Jego tata nazywał go tak, gdy był dzieckiem, a potem zanim wyjechał do Doncaster, kiedy ujawnił się w Holmes Chapel, dzieciaki, które się nad nim znęcały.

- Nawet nie lubisz bananów, Lewis – Harry wycedził. Louis zacisnął wargi, a jego policzki zróżowiały trochę w złości.

- Nie o to chodzi!

- Nie o to chodzi? Nie lubisz bananów i wcale nie są zbyt kurwa zielone, więc o co chodzi? – Harry warknął, robiąc krok w stronę Louisa. Louis zrobił krok w tył. Harry się przybliżył.

- Cóż, może gdybyś liczył się bardziej z ludźmi wokół siebie, nie skończylibyśmy w tak popieprzonej sytuacji! – Louis odszczekał, gdy Harry znowu przybliżył się i Louis tym razem nie cofnął się, stojąc twardo na ziemi.

- Moja wina? Mógłbyś zjeść dosłownie wszystko w tym pierdolonym domu, a ty wybrałeś coś, czego nawet nie lubisz! – Harry stał tak blisko, że ich nosy niemal się stykały. Louis oddychał ciężko, jego pierś unosiła się i opadała szybko, włosy były ciągle trochę bałaganem, a oczy zwężone.

- Cóż, kurwa, przepraszam, że – Louis urwał w połowie zdania, kiedy Harry pochylił się i przycisnął swoje usta do ust niebieskookiego. Louis znieruchomiał w szoku przez ułamek sekundy, bo nie był pewien, kiedy był ostatni raz, gdy on i Harry się całowali, po czym odepchnął go, przez co Harry zatoczył się i cofnął nieznaczenie, kompletnie zaskoczony. Podniósł spojrzenie, by zobaczyć Louisa piorunującego go wzrokiem.

- Co to kurwa miało być? – wysyczał. Harry zamarzł.

- Nic. – Odpowiedział cicho, potrząsając głową, zanim odwrócił się i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi do sypialni, gdy Louis ciągle krzyczał w kuchni, by nie odchodził w czasie kłótni.

Harry osunął się na drzwi, ślizgając się w dół, aż nie siedział na podłodze, z głową opartą o drzwi, gdy łzy powoli torowały sobie ścieżkę w dół jego policzków.

~*~

Następnego ranka, Louis – jak zwykle – siedział na stole, gdy Harry wszedł do kuchni. Sączył swoją herbatę, a jego niebieskie oczy śledziły nad brzegiem kubka, jak Harry miotał się po kuchni. Miał na sobie tylko parę obcisłych, czarnych bokserek, przez co jego tatuaże były wyraźnie wyeksponowane. Louisowi wydawało się, że zauważył kilka nowych, ale nie pytał.

Obserwował jak Harry robił sobie jajka i czekał, aż coś powie, bo ostatnio to on zawsze rozpoczynał ich rozmowę, dziś jednak milczał, odwrócony plecami do Louisa, gdy przygotowywał jedzenie.

Louis patrzył, jak nakłada na talerz jajka, chwyta kubek i wrzuca do niego torebkę herbaty, po czym wypełnia go wrzącą wodą, zanim sięga po widelec i kładzie go na talerz. Podniósł kubek i talerz i natychmiast wyszedł z kuchni, przechodząc obok Louisa i kompletnie go ignorując.

Louis słyszał jak drzwi otwierają się i zamykają, a gdy odwrócił się, zobaczył, jak Harry znika w kierunku plaży. Louis obserwował go przez moment, zanim wstał, by spróbować znaleźć coś do jedzenia, jako że to Harry zwykle robił mu śniadanie – większość posiłków tak właściwie. Louis nie umiał gotować do cholery.

Po tym nie wiedział Harry’ego przez większość przedpołudnia. Wziął prysznic po kilku godzinach, nienawidząc uczucia bycia klejącym i spoconym w wilgotnym upale, a kiedy wyszedł, przeszedł do kuchni, gdzie spostrzegł deskę do krojenia i nóż na blacie, a obok chleb.

Harry przyszedł, kiedy był pod prysznicem, by zrobić sobie lunch i zaraz po tym wyszedł.

Louis westchnął, decydując, że najlepiej będzie zrobić sobie kanapkę.

Kiedy wreszcie zobaczył Harry’ego wieczorem, była niemal ósma, a Harry był tylko w parze dżinsowych spodenek.

- Gdzie ty do cholery byłeś? – Louis spytał, siedząc na kanapie z książką w dłoniach, gdy Harry przekroczył pokój. Harry wzruszył ramionami, otwierając lodówkę. - Serio? – Louis prychnął, wstając i przechodząc do kuchni, gdzie Harry nalewał sobie soku do szklanki.

- Najpierw zostaliśmy wysłani na jakąś prywatną wyspę, którą posiadasz od Bóg wie jak długo, a potem po prostu zaczynasz mnie ignorować? Naprawdę, co się z tobą kurwa dzieje?

- Idę do łóżka – Harry powiedział krótko, wkładając sok z powrotem do lodówki, zanim zabrał szklankę i wyszedł z kuchni, kierując się do sypialni. Louis odwrócił się i patrzył jak odchodzi, a jego szczęka opadła nieznacznie.

- Żartujesz sobie ze mnie, pra – urwał, gdy drzwi od sypialni Harry’ego zamknęły się z hukiem.

Następne kilka dni wyglądały w większości tak samo, z Harrym unikającym Louisa za wszystkie skarby świata, nie odzywającym się, nie patrzącym na niego, ledwo nawet przebywającym z nim w jednym pomieszczeniu przez więcej niż minutę.

To było około siódmej wieczorem, a oni byli na wyspie od ponad tygodnia – od dziewięciu dni, właściwie – kiedy Louis miał wreszcie dość. Harry przechodził przez pokój z włosami ciągle nieco wilgotnymi po prysznicu i Louis pękł, właśnie wtedy, gdy Harry mijał go jedynie w bokserkach, tak jakby Louisa w ogóle tam nie było.

- Poważnie, zamierzasz ignorować mnie przed następne dwa tygodnie? – Louis warknął, wstając, by ruszyć za Harrym przez pokój. Harry nie zatrzymywał się. - Żartujesz sobie ze mnie? Po prostu spójrz na mnie przez minutę do cholery! Uwiązłem tu z tobą, przynajmniej udawaj, że jestem w pokoju!

Harry przystanął, odwracając nieznaczenie głowę w jego stronę. Jego brwi były zmarszczone, a usta ściągnięte, gdy odwrócił się i stał twarzą w twarz z Louisem.

- Uwiązłeś ze mną? Ty uwiązłeś ze mną? – spytał. Jego głos był cichy, ale jednocześnie szorstki.

- Cóż, to nie tak, że jesteś ostatnio do zniesienia – Louis zauważył, krzyżując ramiona na piersi. Harry otworzył usta, by potem je zamknąć, śmiejąc się sucho. - Co?

- Ja jestem tym, który nie jest do zniesienia? I to mówi ten, którego musiałem przestraszyć odcięciem moich pieniędzy, żeby go tutaj przytargać. Ten, który wyleciał na kilka tygodni bez zapowiedzi i ani nie odbierał moich telefonów. – Harry potrząsnął głową. -Przepraszam, że jestem taki trudny.

- Wiesz, że to wszystko nie jest tak! Nie myśl, że jesteś jakiś wielki i niezwykły i że wszystko co idzie źle, jest moją winą – Louis warknął. - To ty próbowałeś mi się narzucać ostatnio.

- Narzucać się – Harry odetchnął, potrząsając głową, zanim spotkał spojrzenie Louisa po raz pierwszy od czasu, który wydawał się być wiecznością. - Cóż, przepraszam, niebiosa wybaczcie, że próbowałem i pocałowałem swojego męża. Mój błąd. Nigdy więcej tego nie zrobię, przepraszam za kłopot.

- Harry, ja – Louis zaczął, a jego serce ściskało się na widok zaszklonych, szeroko otwartych zielonych oczu, niemal nie tak ciemnych i złych jak były przez ostatnie miesiące. Wszystkie lata i wyczerpanie odeszły w niepamięć, gdy łza stoczyła się po policzku Harry’ego i znów wyglądał jak siedemnastoletni chłopiec, który przyszedł do domu Louisa o drugiej po południu, zawodząc płaczem, po tym jak jego kot zdechł.

- Nie, to w porządku. Łapię. Ludzie się zmieniają, cokolwiek. To nie tak, że nie próbowałem, gdy zaczęliśmy się kłócić, ale nieważne – Harry mówił, kierując się do drzwi.

- Wiesz, może z tobą będącym takim dupkiem – może to jest powód dlaczego rozglądam się za prawnikiem – Louis warknął.

Harry zatrzymał się w drzwiach, odwracając się, by spojrzeć Louisa. Jego oczy tonęły w łzach, a Louis miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. - Swoją drogą, nie wiedziałeś o wyspie, bo kupiłem ją dla ciebie jako prezent na naszą rocznicę ślubu dwa lata temu.

Louis zrobił krok w przód, ale Harry trzasnął drzwiami, a Louis poczuł się jak najgorszy człowiek na świecie.

- Kurwa – jęknął, próbując iść, ale jego kolana trzęsły się, gdy upadł na podłogę.

Pamiętał tą rocznicę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz