*Środa
Louis wcale nie panikował. W końcu minęły już dwa dni… To by było żałosne z jego strony. Nie. Nie panikował z powodu małego incydentu na łyżwach. A mówiąc incydent miał na myśli sytuację w której zderzył się z Harrym. Nie mógł zaprzeczyć, że czucie silnych ramion hokeisty wokół siebie, było interesującym doświadczeniem. Interesującym. Oczywiście miał na myśli, że było to uczucie, jakby uderzył go piorun i poraził go prądem.
A potem podniósł wzrok i zobaczył, że Harry się w niego wpatruje. Louis musiał być oszołomiony adrenaliną, bo sposób w jaki Harry na niego patrzył… Tak jakby widział najpięknięjszą i najbardziej zadziwiającą rzecz na świecie. Louisowi zaschło w ustach, więc zwilżył wargi językiem (i nie myślcie, że nie zauważył, jak oczy Harry’ego śledzą ten ruch).
I wtedy Harry się nachylił… Słodki Jezu, nachylił się i Louis był zagubiony, bo nagle próbował sobie przypomnieć dlaczego jego usta nie powinny wyglądać tak zapraszająco jak w tamtym momencie. Próbował sobie przypomnieć dlaczego dzieliło ich tyle przestrzeni.
Ale chwilę później czar prysł, bo Styles odwrócił głowę by szepnąć coś do jego ucha i oczywiście to właśnie miał zamiar zrobić od samego początku. Harry był hetero. Nie miał powodu, by całować Louisa. A on miał Eleanor. Dziewczynę swoich marzeń i nie miał powodu, by całować Harry’ego. Ale w tamtej chwili, przez ten jeden krótki moment, kiedy wydawało się jakby Ziemia przestała się kręcić i cały świat zamarł, chciał to zrobić.
Więc krótko mówiąc, Louis nie panikował. On odchodził od zmysłów do cholery!
Poza tym czuł się idiotycznie z tego powodu. Przecież ludzie myśleli o całowaniu osób z którymi nie byli w związk, cały czas, co nie? To się właśnie stało, tak? Po prostu było to dziwne, bo Louis nigdy wcześniej nie pomyślał o pocałowaniu chłopaka (pomimo plotek o jego domniemanym gejostwie). A może jednak…? On i Zayn byli przyjaciółmi od lat. Na pewno taka myśl kiedyś pojawiła się w jego głowie (nie, tak naprawdę to wcale nie).
Wiecie, może wcale tego nie chciał. To po prostu było jedną z możliwości. To wszystko. Nie zrobiłby tego, bo jest z Eleanor i przecież jest hetero. Nic się nie musiało zmieniać.
I nic się nie zmieniło. Wtorek minął bez żadnych dziwnych sytuacji. Louis i Harry podjęli decyzję, by pracować nad projektem w osobności, bo obaj wiedzieli, że gdyby robili to razem, nic by nie napisali, a żaden z nich nie chciał zawalić zadania. Praca Tomlinsona była przeciętna. To było najlepsze co mógł o niej powiedzieć. Miał nadzieję, że okaże się lepsza, skoro interesował się tematem. Najwyraźniej od tego nie dostawało się nagle niesamowitych zdolności.
Louis zaczął się zastanawiać, czy Harry będzie chciał przeczytać jego pracę. Oczywiście nie miał z tym problemu i musiał przyznać (tylko odrobinę zawstydzony) że umierał z ciekawości, co napisał o nim Harry. Nie był zarozumiały, po prostu było coś nęcącego w czytaniu co napisał o nim Styles.
-Dzień dobry, Lou – usłyszał głos, niebezpiecznie blisko swojego ucha.
Łyżwiarz podskoczył i obrócił się na swoim krześle, by spojrzeć na Harry’ego, który jak zwykle siedział obok. Chłopak wyglądał świetnie, nie żeby kiedykolwiek wyglądał źle i… Cholera, jak to możliwe, że Louis nawet gadając sam do siebie mówił chaotycznie? W każdym razie, Harry miał na sobie prostą marynarkę (w której wyglądał niesamowicie) i parę beżowych spodni, które idealnie pasowały i… Louis odkaszlnął.
-Hej, Curly – odparł mając nadzieję, że brzmi na wyluzowanego.*
-Jak leci? – hokeista wyszczerzył się, ukazując idealnie białe zęby.
-Dobrze – i nawet jeśli to była prawda, jego wieczorne treningi ponownie stały się normą, nagle zaczął żałować, że nie użył innego przymiotnika. Czegoś bardziej efektownego – A u ciebie?
-Nie narzekam – chłopak wzruszył ramionami po czym na chwilę odwrócił wzrok, wyglądając na zamyślonego. – Hej, słuchaj – zaczął po chwili, ponownie zerkając na Louisa. – Mam świetny pomysł.
Szatyn oczekiwał pytania o pracę, więc słysząc to uniósł brwi, zainteresowany.
-Tak? Pamiętasz co się stało ostatnio gdy miałeś „świetny pomysł”?
Czemu to powiedział? Teraz przez to znowu myślał o Poniedziałku.
Harry prychnął, jakby to co mówił Louis było absurdalne. Nie miał w stu procentach racji.
-To się nie liczy. Przy okazji, wciąż czekam, aż mi powiesz co to za przysługa – oznajmił. – Powinienem się bać?
Uśmiechnął się szerzej, a wyobraźnia Louisa nieco wymknęła się spod kontroli, gdy myślał o tym co mógłby zrobić, by wywołać u Harry’ego taki uśmiech.
-Jeszcze nie – pokręcił głową. Szczerze nie miał pojęcia kiedy poprosi Harry’ego o przysługę. Bo co Harry mógł mu zaoferować?
-W każdym razie – kontynuował chłopak z Cheshire – Twoje zawody są w Sobotę, nie?
Stwierdzenie, że był zaskoczony, nie było wystarczające, bo Louisa powaliło to, że Harry pamiętał.
-Tak…? – uciął, zachęcając, by chłopak kontynuował.
-Myślałem, żeby potem urządzić imprezę. Wiesz, żeby uczcić twoje zwycięstwo – Harry uśmiechał się, jednak w jego oczach błysnęło coś co sprawiało wrażenie, jakby się denerwował.
-Ale… Ale co jeśli nie wygram? – łyżwiarzowi trudno było sklecić odpowiedź, ponieważ opadła mu szczęka.
Harry chciał urządzić imprezę? Dla niego? Jedyne co Zayn kiedykolwiek zaproponoał, było podzielenie się swoją trawką (co było bardzo hojnym gestem, jeśli chodzi o chłopaka z Bradford, ale jednak…).
-Wygrasz – powiedział hokeista, pewny siebie, machając ręką na protest Louisa.
Jak on mógł być tak pewien? Mam na myśli… Louis nie myślał, że przegra, ale dziwne było słyszeć to z ust kogoś innego, z taką wiarą w jego możliwości. To było… Przyjemne.
-Mówisz serio? – szatyn musiał spytać.
-Twoje wątpliwości są do bani, Lou – odparł Harry z kamienną miną.
-Musiałem się upewnić. Mogłeś żartować.
-Nonsens – prychnął Styles. - Ja nigdy nie żartuję.
Louis wywrócił oczami.
-Gdzie byśmy w ogóle poszli? - Imprezy na kampusie ssały bardziej niż jeden z chłopaków, którego Louis przyłapał na numerku ze swoim najlepszym przyjacielem, kilka lat temu. - I teraz jak o tym myślę… To kto by w ogóle przyszedł?
-Jest takie miejsce w mieście. Należy do brata Nialla. Pozwala mu go używać, więc Niall i Liam na pewno będą, Zayn oczywiście też - odparł. - Poza tym jestem niemal pewien, że wszyscy z chęcią pójdą na imprezę, jeśli tylko będzie darmowe piwo.
-Och, więc to taka impreza – Louis poczuł jak się uśmiecha. Nie był na jednej z tych imprez od jakiegoś czasu.
-Tak – powiedział hokeista, wyczuwając podekscytowanie Louisa. - Niall zawsze urządza świetne imprezy. Ostatnio urwał mi się film w połowie i obudziłem się nagi w wannie, cały w niebieskiej, brokatowej farbie do ciała, którą ktoś napisał „Jestem pyszną brytyjską jagódką. Było świetnie.
Louis zaśmiał się tak głośno, że pewnie było to nieodpowiednie, biorąc pod uwagę to gdzie byli, ale nie próbował się nawert powstrzymać. Kilku uczniów, odwróciło się, rzucając im spojrzenia typu „What The Fuck”, ale szatyn nadal nie mógł przestać.
-Teraz, kiedy mi o tym powiedziałeś, myślę, że wybiorę jednak spokojne świętowanie z moją mamą – wykrztusił między spazmami śmiechu. - To o wiele bezpieczniejsze.
-Lou, żyje się tylko raz** - wytknął Harry. - Jeśli nigdy nie obudziłeś się w wannie, pokryty niebieskim brokatem, to pytam czy w ogóle żyłeś.
-Och, kiedy tak to ujmujesz…
Harry nieco się wyprostował, z uśmiechem i szczerą radością wymalowaną na twarzy.
-Więc pójdziesz?
-Chyba muszę, prawda? W końcu jestem gościem honorowym – Louis starał się brzmieć na ważnego, ale szczerze ta impreza pewnie miała by miejsce, nawet gdyby zdecydował się nagle zniknąć z powierzchni Ziemi. - Ale możesz obiecać, że nie obudzę się z napisem na ciele, który będzie głosił, że jestem smacznym owocem?
-Nie składam obietnic, których nie mogę dotrzymać.
-Kto by pomyślał, że jesteś taki honorowy – prychnął szatyn, kręcąc głową.
-Najwyraźniej ty tak nie myślałeś tamtego dnia.
To natychmiast otrzeźwiło Louisa. Jego oczy rozszerzyły się w szoku, a oddech zamarł w piersi, kiedy wpatrywał się w Harry’ego z niedowierzaniem. Czy on naprawdę odnosił się do prawie-pocałunku, jeśli można to było tak nazwać… Czy insynuował, że Louis mógłby go pocałować mimo tego, że miał dziewczynę?
-Wiesz – Harry od razu sprecyzował. - Kiedy razem spaliśmy? Byłeś jak przytulaśna ośmiornica. Praktycznie błagałeś o to. - Uśmiechnął się szeroko, i puścił Louisowi oko.
Łyżwarz poczuł, jak z jego ciała odpływa napięcie, mimo że Harry nadal zachowywał się jak idiota.
-Zamknij się – odparł chłopak, krzywiąc się teatralnie. - A mówienie ‘spaliśmy razem’ brzmi skandalicznie, młody Stylesie.
-Czy ktoś powiedział skandalicznie? - zaśpiewał znajomy głos, którego właściciel po chwili pojawił się w ich polu widzenia i usiadł na biurku Louisa.
Zayn znowu miał wyraz twarzy, mówiący „jest najlepszy dzień na świecie” i niezależnie od tego jak Louis ucieszył się widząc swojego najlepszego przyjaciela, poczuł ukłucie złości, że brunet im przerwał.
-Louis i ja dyskutowaliśmy o naszym pożyciu seksualnym – odparł Harry poważnie. - Które, swoją droga, ma się świetnie.
Jeśli Zayn był zaskoczony, tym jak lekko Harry to powiedział, nie okazał tego. Zamiast tego zaśmiał się i zerknął na przyjaciela.
-To dlatego byłeś ostatnio taki obolały….
Louis wywrócił oczami.
-Teraz ty gadaj, Malik. Jak Liam?
Harry prychnął, a policzki Zayna przybrały bardzo interesujący odcień różu, ale jego uśmiech nie zniknął.
-Nic nie powiem… Ale mówiąc o Liamie – klasnął w dłonie i zatarł je. - Słyszałem, że idziemy na imprezę w weekend. - Spojrzał na Harry’ego, szukając potwierdzenia. - To prawda?
-Prawda – Harry pokiwał – Dla wielkiego Tommo, we własnej osobie. Oczywiście alkohol będzie zapewniony.
-Wchodzę w to – jakimś cudem uśmiech mulata zrobił się jeszcze szerszy. Cholera, w którymś momencie, musiały go zacząć boleć od tego policzki. - Zawsze jestem w nastroju, by się upić.
-Tak, wiemy Zayn – powiedział Louis. - A swoją drogą, jak idzie twoja praca, Mr. Partytime?
Malik wyglądał, jakby nie mógł się mniej przejmować zadaniem.
-Czemu mamy gadać o tym, skoro możemy rozmawiać o twojej sobotniej imprezie?
Krótko mówiąc, to był sposób Zayna, by powiedzieć, że idzie beznadziejnie. Liam i Zayn, inaczej niż Harry i Louis, machnęli ręką na zadanie i spędzili weekend jak nowi najlepsi przyjaciele. Tomlinson był niemal pewien, że Liam już skończył swoje wypracowanie i myślał, że Malik też to zrobił. Inaczej ta rozmowa nie miała by miejsca. W rzeczywistości jednak, chłopak z Bradford odkładał pisanie na ostatnią chwilę, zarywając noce. Dopiero kończył i kładł się spać, kiedy Louis już wstawał na swój poranny trening. A jednak, jakimś cudem, nadal żył i nie zasypiał, będąc jak zwykle radosny. Jego praca pewnie mimo wszystko była lepsza od wypracowania Louisa.
-A ja myślałem, że mam wygrać dla siebie, ale nie. Muszę wygrać, żebyś mógł iść na imprezę i upić się do nieprzytomności – powiedział Louis sucho.
-W takim razie wygraj dla mnie – wtrącił Harry, zanim Zayn mógł zacząć się bronić. - Przyniosę nawet pluszaka, żeby rzucić go dla ciebie na lód.
-Dla mnie? Wygrałeś. Zrób to, a będę mógł umrzeć jako szczęśliwy człowiek – obaj się zaśmiali, obojętni na fakt, że Zayn patrzy to na niego, to na Harry’ego, marszcząc czoło. Jakby czuł, że coś między nimi jest, ale nie był pewny co.
-W takim razie zobaczymy się po lekcjach, tak Lou? – rzucił Zayn, wyrywając chłopców z rozmarzenia.
-Oczywiście – odparł Louis, niepewien dlaczego Malik pytał. Zawsze szli razem na lekcje (przynajmniej na te na które chodzili razem), więc czemu musiał się upewniać?
-Świetnie. Do zobaczenia – i z tymi słowami odszedł, zostawiając Harry’ego i Louisa samych.
Szatyn był nieco zaskoczony jego nagłym zniknięciem, ale zanim chłopcy mogli to przedyskutować, pan Turner przywołał klasę do porządku i musieli zamilknąć. Podczas gdy nauczyciel ględził o tym jak jest pewny że ich prace będą przyzwoite, niebieskooki zastanawiał się czy Harry był tak samo podekscytowany Sobotnim przyjęciem. Może było za wcześnie, żeby się tak ekscytować, zwłaszcza, że do imprezy było jeszcze kilka dni, ale sam fakt, że coś takiego miało się wydarzyć, był niesamowity. Louis nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek była impreza urządzona specjalnie dla niego, która oczywiście nie była jego urodzinami (nigdy tak nie było). Więc to było specjalne.
Jego umysł wyciszył głos pana Tylera, jak to zawsze robił, pozwalając myślom powędrować do Soboty. Oczywiście powinien myśleć o zawodach, ale szczerze mówiąc, nawet się nimi nie martwił. Ćwiczył tygodniami i prawie zawsze był najlepszy na treningach, więc jeśli w ciągu tych kilku dni, jakoś magicznie, nie stanie się najgorszym łyżwiarzem w historii, to nie był to powód do zmartwień. Ale impreza nim była.
Czy będzie dużo ludzi? Zastanawiał się. Co będzie gorsze: bycie w zatłoczonym miejscu z grupą ludzi, których w ogóle się nie zna, czy bycie w takim miejscu tylko z grupką ludzi w których obecności nie czuje się pewnie? Tak czy siak, Louis nie był pewien, czy to miało by jakiekolwiek znaczenie, skoro i tak pewnie będzie pijany. W końcu i tak nie mieli treningów dzień po zawodach. Jak wiele hokeistów tam będzie? Ile łyżwiarzy figurowych? Czy będą jacyś łyżwiarze figurowi? Czy powinien zapraszać Eleanor?
Z jakiegoś powodu, kiedy tylko przyszło mu to do głowy, jego oczy powędrowały ku Harry’emu. Wyglądał na znudzonego, i leniwie rysował coś na biurku. Ale chwilę potem, jakby wyczuł spojrzenie Louisa, oderwał wzrok od blatu i rozejrzał się, dostrzegając, że szatyn na niego patrzy. I uśmiechnął się. Louis poczuł jak jego gardło się zaciska i zdecydował, że nie. Zdecydowanie nie powinien zapraszać Eleanor.
~*~
Środowa Noc
To powinna być normalna noc. Patrząc na to wstecz, wszystko powinno pójść normalnie. Nic w jego codziennej rutynie nie powinno się zmienić. Wszystko powinno po prostu posuwać się naprzód, jak zawsze.
Ale tak nie było.
Wszystko szło świetnie. Louis na krótką chwilę zamknął oczy, pozwalając nogom nieść go po lodzie i łączyć ze sobą poszczególne ruchy. Kilkakrotnie zmieniał układ przechodząc od kroków na egzamin, do tych na zawody. Akurat kończył program na zawody, kończąc swój flying-sit spin… I wtedy to usłyszał.
Po arenie rozległ się głośny, głuchy hałas i nagle rozległ się czyjś głos.
-Cholera!
Louis był tak zaskoczony, że potknął się o własne stopy i wylądował płasko na lodzie, z dłońmi ślizgającymi się po nawierzchni, poszukując podparcia. Nie mógł się ruszyć, nie mógł myśleć, nie mógł nawet oddychać.
Bo nie był sam na lodowisku.
Był niemal pewny, że w tej chwili świat przestał się kręcić. Albo po prostu przewrócił się na oś. Albo po prostu zamarł, bo tak to właśnie wyglądało dla Louisa. Jego serce zamarło na chwilę, po czym zaczęło bić dwa razy szybciej, waląc o klatkę piersiową tak mocno, że Louis zastanawiał się jakim cudem jeszcze z niej nie wyskoczyło. Został przyłapany. Po miesiącach bycia ostrożnym i zupełnie bezpiecznym, wreszcie został złapany. To był koniec.
Nie będzie mógł brać udziału w sobotnich zawodach. Nie było możliwości, żeby mu na to pozwolili. Pewnie dostanie szlaban do końca życia i zostanie zawieszony, co zniszczyło by całą jego karierę do końca sezonu. Krótko mówiąc, miał przerąbane.
Wydawało się jakby całe jego ciało było niezdolne do wykonania jakiegokolwiek ruchu, ale Louisowi to nie przeszkadzało, bo nie sądził, by był przygotowany zmierzyć się z konsekwencjami. O wiele bardziej wolał by po prostu zostać na lodzie, w swoim małym świecie, niż podnieść się i przygotować na nieuniknione. Bo miał zostać ukarany za robienie tego co kocha, a to było nie fair.
Minęło trzydzieści sekund, potem czterdzieści pięć, potem minuta. Nikt nic nie powiedział. Nikt nie wszedł przez zamknięte drzwi, wskazując oskarżająco na Louisa i oznajmiając, że wpadł w kłopoty. Nikt nic nie zrobił. Louis zmarszczył brwi, prostując się i rozglądając się, nadal klęcząc na tafli lodu. Czemu ten ktoś jeszcze nic nie powiedział? Został złapany, rozumiał to. Więc dlaczego ta osoba czekała?
Szatyn powoli i niepewnie stanął na nogach, marszcząc czoło i rozglądając się dookoła, szukając osoby, która go przyłapała. Chłopak nie dostrzegł żadnego ruchu, co tylko zdziwiło go jeszcze bardziej. Może ten ktoś chciał wezwać posiłki, czy coś.
Nie chcąc tego sprawdzać, Louis zeskoczył z lodu, i pospiesznie zdjął łyżwy, wciskając je do torby i zarzucając ją na ramię. Wcisnął buty na nogi i poderwał się, pędząc ku drzwiom. Jego dłoń zacisnęła się na klamce, gdy ponownie to usłyszał. Ten sam głuchy hałas, (tym razem stłumiony) i odgłos wydychanego powietrza.
Louis zamarł. Rozpoznał ten hałas. Ktoś był na trybunach. W takim razie nie został złapany przez pracowników. Osoba na trybunach najwyraźniej, podobnie jak Louis, wolała zostać niezauważona.
Jego serce podskoczyło do gardła, kiedy odwrócił się i spojrzał na rzędy krzeseł.
-Kto tam jest? – zawołał, zaskoczony tym jak pewnie brzmiał. – Wychodź. Natychmiast.
Nikt nie odpowiedział. Teraz poza strachem, czuł również irytacje. Kiedy już chciał znowu krzyknąć zza krzeseł wyłoniła się osoba. Szczęka Louisa opadła do podłogi, bo tą osobą był Harry Styles.
-Harry? – szatyn odetchnął, nie zdając sobie sprawy z tego, że wstrzymywał oddech, a jego strach nagle zniknął.
W porządku. To był tylko Harry. Nie musiał się bać. Ale z drugiej strony… Dlaczego on w ogóle tu był? Dlaczego chował się za trybunami w środku nocy, nie chcąc zostać złapanym?
-Co ty tu robisz?
-Ja… - Harry nie mógł spojrzeć na łyżwiarza. Uparcie wbijał wzrok w podłogę, a Tomlinson niemal czuł wstyd, który od niego bił.
-Harry? – Niebieskooki ponownie zmarszczył brwi, podchodząc do Stylesa, nadal nic nie rozumiejąc.
-Louis… - teraz hokeista podniósł wzrok i przygryzł wargę. – Mogę to wyjaśnić.
Łyżwiarz wzdrygnął się na to zdanie. Słowa „mogę to wyjaśnić” nigdy nie sygnalizowały nic dobrego. W zasadzie, używało się ich, kiedy zostało się przyłapanym na czymś, czego nie powinno się robić, bo było złe. Co było winą Harry’ego?
I wtedy uderzyło go to, jak tona cegieł.
-Czy ty… Czy ty mnie szpiegowałeś? – Słowa opuściły jego usta i Louis nie mógł nawet spróbować ich powstrzymać, bo to było jak uderzenie w brzuch. Harry nic nie powiedział, po prostu patrzył na chłopaka bez słowa. – O mój Boże – mruknął Tomlinson bez tchu – Szpiegowałeś mnie.
Teraz to wszystko miało sens. Wspomniał mu, że trener Cowell dał mu wolny dzień i powiedział mu, że nie jest pewny co do swoich zdolności. Jakoś… Jakoś, trener zwerbował Harry’ego i poprosił go, by obserwował Louisa. Żeby się upewnić, że był gotowy do zawodów. Dlatego Styles był taki pewien co do jego zdolności… Bo widział je na własne oczy.
-Nie mogę w to uwierzyć – mruknął pod nosem, patrząc na chłopaka nieufnie. – Dlatego robiłeś to wszystko? To był twój… Motyw?
Louis czuł się, jakby miał wymiotować. Był tak głupi. Tak niesamowicie głupi. I niesamowicie wściekły.
-Pieprz się, Harry Stylesie – Imię i nazwisko. Jak zupełni nieznajomi, którymi przecież byli, bo Louis nie był pewien, czy w ogóle znał Harry’ego.
Z tymi słowami, odwrócił się i odszedł. Jakaś jego część (wielka, wielka część) chciała, by Harry go zatrzymał i wytłumaczył dlaczego tam był. Powiedział, że szatyn się myli.
Ale nic nie zrobił, więc oczywiście Louis miał rację.
*na wyluzowanego - w oryginale było cool as a cucumber, co znaczy mniej więcej tyle co na luzie, spokojnie
**YOLOOOO ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz