wtorek, 11 marca 2014

Płatki śniegu wirowały na zewnątrz, gdy stałem za szybą i przypatrywałem się pojedynczym śnieżynkom, które spadały w dół, by ostatecznie złączyć się z innymi, od dłuższej chwili leżącymi na chodniku.

Mocniej zaciągnąłem kołnierz na twarz, chcąc odgrodzić ją od zimnego powietrza, które uderzyło we mnie wraz z chwilą opuszczenia budynku. Kończyłem właśnie swoją zmianę w klubie i jedyne czego chciałem to łóżko, ciepła pościel i sen.

Westchnąłem cicho i przeszedłem przez ulicę. Było późno. Zawsze kończyłem pracę około trzeciej nad ranem, więc ruch był niewielki, a ulica prawie opustoszała.

Przeszedłem kilka metrów i skręciłem w ciemną uliczkę, dzięki której mogłem szybciej dostać się do swojego małego, ciepłego mieszkania.

Moje buty lekko skrzypiały na świeżym śniegu, jednak na tyle cicho, bym mógł usłyszeć konwersację. Prowadziły ją trzy wysokie postacie, opierające się o ścianę budynku, zaraz obok wejścia do jednego z magazynów sklepu spożywczego, znajdującego się na sąsiedniej ulicy. Zatrzymałem się na sekundę i obejrzałem się przez ramię, rozważając powrót i pójście zwykłą drogą, jednak byłem już przy końcu uliczki, więc westchnąłem cicho i ponownie ruszyłem przed siebie.
Najwyższa z postaci o szerokich i umięśnionych ramionach i krótko ściętych włosach, które odstawały na wszystkie strony, zerknęła w moją stronę, jednak zamiast nie zwrócić na mnie uwagi, ruchem ręki nakazała zachować ciszę swoim dwóm towarzyszom. Zwolniłem, by w każdym momencie móc zawrócić i sięgnąłem dłonią do czapki, aby bardziej naciągnąć ją na czoło.

Lekki podmuch wiatru uniósł płatki śniegu ku mojej twarzy, na chwile uniemożliwiając dostrzeżenie czegokolwiek, oprócz białych śnieżynek. Zrobiłem dwa chwiejne kroki przed siebie i zderzyłem się z czymś zimnym i twardym jak marmur lub coś podobnego. Zamrugałem szybko powiekami, dostrzegając młodego mężczyznę, który chwilę temu stał kawałek dalej z dwójką innych ludzi.
Jakim cudem znalazł się tak szybko obok mnie?
Odwróciłem się na pięcie, chcąc uciec stamtąd jak najszybciej się da, jednak ręka owijająca się wokół mojej talii, uniemożliwiła mi jakikolwiek ruch. I mężczyzna wydał się jeszcze bardziej silniejszy niż wskazywał na to jego wygląd.

-Dokąd się tak śpieszysz, mój drogi? -wychrypiał cicho do mojego ucha, sprawiając, że chęć ucieczki wzmocniła się we mnie jeszcze bardziej, a nieznana mi dotąd siła, pochodząca gdzieś z wnętrza mojego ciała, wręcz krzyczała, żebym uciekał. Szamotałem się na boki, chcąc odgonić napastnika, jednak ten z łatwością unieruchomił moje nadgarstki i przyparł mnie do zimnej ściany, wpatrując się w moją twarz wielkimi złotymi tęczówkami.

Nie sprzeciwiaj się. A nic ci się nie stanie.

Pokręciłem głową, by wyrzucić cichy szept z mojej głowy, który narastał i odbijał się echem. Nagle czułem się jakby moja głowa była pustym białym pokojem, bez drzwi, okien i jakiegokolwiek wyjścia, a słowa krążą między ścianami, co chwilę wzmacniając swoją siłę.

Bądź grzeczny, a nie będzie bolało.

-Zostaw mnie! -wyswobodziłem jedną z dłoni z jego uścisku i wymierzyłem mocny i precyzyjny cios w blady policzek mężczyzny, jednak ten nawet się nie zachwiał. Mruknął niezadowolony, a jego tęczówki zaczęły ciemnieć i stawać się nieco czerwone.

Wstrzymałem oddech, przerażony tym co widziałem w jego oczach i nagle stałem się bezbronny. Bezbronny i niezdolny do jakiegokolwiek ruchu.
Ponownie złapał oba moje nadgarstki i zerknął przelotnie na moją szyję, owiniętą granatowym, ciepłym szalem, który dostałem kilka dni temu.

Sięgnął do niego wolną dłonią i jednym, bardo szybkim- prawie niewidocznym- pociągnięciem, zerwał go z mojej szyi i rzucił za siebie. Oblizał wargi końcem języka i pochylił się, drażniąc zimnym oddechem moją skórę. Zamknąłem oczy, chcąc się obudzić i stwierdzić, że to tylko głupi sen, jednak gdy poczułem jak przejeżdża nosem, wzdłuż mojej szyi, a jego oddech się wzmacnia, wiedziałem, że to wszystko jest cholernie realne.

-Kurwa! Ile razy do cholery mam ci powtarzać, żebyś się opanował?!- głośny krzyk rozdarł ciszę, niczym wystrzał pistoletu, a po kilku sekundach, mocne szarpnięcie uwolniło mnie od napastnika i upadłem na ziemię, automatycznie podciągając nogi do klatki piersiowej i hamując szloch, który piął się w górę mojego gardła.

-Jesteś pierdolonym idiotą, który nie potrafi słuchać rozkazów! -uniosłem wzrok, dostrzegając, niskiego mężczyznę, który przypierał do ściany mojego napastnika, szczelnie owijając dłoń wokół jego szyi- Ile razy do kurwy mam ci jeszcze powtórzyć, że jesteśmy zagrożeni?! Mogą nas nakryć!
Chłopak uwięziony w jego uścisku zakaszlał, starając się pobrać chociaż trochę cennego tlenu między spierzchnięte wargi. Brunet trzymał go jeszcze przez chwile, po czym zabrał szybko dłoń, pozwalając mu opaść z głuchym hukiem na ziemię.
Mężczyzna chwycił się za gardło łapiąc głębokie oddechy i tym samym wprawiając swoje olbrzymie ciało w mocne wstrząsy, a moje oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, gdy niższy z nich zaczął podchodzić w moją stronę. Był ostrożny, ale w jego ruchach kryła się pewność siebie i jestem pewny, iż przeczuwał, że nie ucieknę.

I miał rację.
Chwyciłem odruchowo swoją torbę i przysunąłem ją do twarzy, mimo tego, że nie mogła mnie przed niczym obronić, a szczególnie przed kimś, kto krył w swoim niewielkim ciele tak wielką moc.
Delikatny dotyk na ramieniu, sprawił, że na sekundę przestałem drżeć, tak, jakby moje ciało czuło się bezpiecznie w przeciwieństwie do rozumu i wszystkiego innego.
-Z-zostaw m-mnie- wyszeptałem cicho, przesuwając się na tyle, by strącić jego dłoń z mojej ręki.
-Cii, nic ci nie zrobię- odpowiedział równie cicho i wsunął przedramię pod moje drżące kolana, obejmując je silnym i pewnym uściskiem.
-Zostaw!- krzyknąłem, zachrypniętym głosem i wygiąłem się w mocny łuk aby ominąć w ten sposób jego dłonie, lecz był silny. Zbyt silny jak na swój wygląd.
Uniósł mnie do góry i zmarszczył na chwilę brwi, wpatrując się w moją twarz, tak, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiał.
-Będę tego cholernie żałował..-wyszeptał cicho- Trzymaj się, Harry..-dodał nieco głośniej i przytulił mnie mocno do swojego torsu.
-S-skąd…-wyszeptałem, jednak nie dane było mi dokończyć, ponieważ podszedł do ściany i ugiął delikatnie kolana, niewiarygodnie szybko znajdując się na dachu budynku. Przyspieszył, wyrywając z mojego gardła głośny krzyk strachu.

Byłem przerażony. Bardzo, cholernie bardzo przerażony.

Zacisnąłem mocno powieki, gdy przeskoczył nad kilkoma wąskimi uliczkami, które oddzielały budynki, usłyszałem głuchy trzask i wszystko ustało. Cichy szelest, sprawił że otworzyłem oczy i zamrugałem kilka razy.
Jedyne co widziałem to mleczny sufit mojego pokoju. Uniosłem się szybko i rozejrzałem dookoła.

Okno…
Było otwarte.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz