niedziela, 9 marca 2014

*Nadal Czwartek Po południu

Harry nie miał tego na myśli. Naprawdę. Louis pewnie nawet nie zwrócił by uwagę na tego buziaka, gdyby nie słowa „Kocham cię, Lou”, które mu się wymknęły. Ale naprawdę nie mówił tego w romantycznym sensie! (okej, może jego część tak, ale to nawet nie był odpowiedni moment). Ale widząc jak Louis zrobił wielkie oczy, Harry bez trudności mógł stwierdzić, że przekreślił ich przyjaźń.

Świetnie.

Odsunął się od Louisa, uśmiechając się niepewnie, ale w sposób, który (miał nadzieję), nie pokazywał jego zdenerwowania.

-Jesteś moim najlepszym przyjacielem – powiedział szczerze. Tylko tyle mógł zrobić i miał nadzieję, że naprawi tym to co zrobił.

Louis odetchnął i mimo tego, że Harry’emu ulżyło, fakt, że łyżwiarz z taką ulgą przyjął to, że mówił „kocham cię” po przyjacielsku, spowodowało ukłucie w jego sercu. Spróbował, jednak zepchnąć tą myśl na dalszy plan. Louis był smutny i poza tym nie lubił Harry’ego. Mógł to zaakceptować. Musiał.

-Powiedział bym, że ty moim też, ale gdyby Zayn to usłyszał, zabił by mnie we śnie – małe zmarszczki, które pojawiły się wokół jego oczu, kiedy Lou się uśmiechnął, dały Harry’emu znak, że będzie w porządku.

Przynajmniej na razie.

Ale szczerze „teraz” było jedyną rzeczą o którą chłopak z Cheshire się martwił. Przyszłość była niepewna, a on nie miał zamiaru teraz nad nią myśleć. To co mieli, wystarczyło mu na teraz.

-Więc, wszystko w porządku? – spytał Harry, wypuszczając przyjaciela z objęć.

-Tak – odparł szybko szatyn. Jego ton brzmiał, jakby wolał nie mówić o czymkolwiek związanym z Eleanor, a on nie nalegał, by to robić.

Pokiwał głową i w tym momencie poczuł na policzku coś zimnego i mokrego. Zaskoczony uniósł wzrok, patrząc na niebo i dostrzegając, że jest pełne ciemnych, deszczowych chmur.

-Myślisz, że będzie padać? – spytał zerkając na przyjaciela, i właśnie wtedy lunęło.

Deszcz spadł na nich nagle, jakby nagle wszystkie chmury naraz postanowiły trochę poszaleć. Deszcz lał dookoła nich. Harry wydał z siebie piskliwy odgłos i uniósł ramiona, próbując osłonić loki przed deszczem, ale nie był sensu. W ciągu kilku sekund, jego włosy kompletnie przemokły. A Louis… Cóż.

Chłopak odchylił głowę w tył (dając Harry’emu wspaniały widok na jego wyeksponowaną szyję do której nagle chciał przyssać się ustami) i zaśmiał się, błyskając białymi zębami. Przeczesał swoje, mokre już, włosy palcami i spojrzał na Stylesa. Z jego obscenicznie długich rzęs kapały krople wody.

Przymiotniki, które przyszły mu do głowy, kiedy patrzył na starszego chłopaka, to między innymi oszałamiajcy i piękny. Ale potem zaczął się też zastanawiać jak Louis wyglądał by jako syren i czy syreni mogli by w ogóle jeździć na łyżwach i… Tak, zdecydowanie musiał przestać.

-Podoba ci się to co widzisz, Curly? – spytał Louis, wyrywając go z transu i przesadnie trzepocząc rzęsami.

Harry prychnął i wywrócił oczami (chociaż jego wewnętrzny głos mówił jezuchrystetakczynaprawdęmusiszpytać jak jakaś trzynastolatka).

-Oczywiście.

-Chodź, wracajmy – zaśmiał się Louis i wyciągnął w jego kierunku dłoń.

Hokeista bez wahania złapał go za dłoń, częściowo dlatego, że to była okazja, by potrzymać go za rękę, a po części dlatego, że lało jak z cebra i miał nadzieję, że Louis nie był w nastroju na przygody, bo naprawdę chciał dotrzeć w jakieś suche miejsce.

Biegli przez co tylko wydawali się być bardziej mokrzy, ale Louis uśmiechał się szeroko i śmiał się, więc Harry próbował się nie przejmować tym, że ociekał wodą. Po poślizgnięciu się na mokrej trawie, na podłodze w akademiku i na schodach prowadzących do pokoju Louisa, w końcu dotarli to sypialni, zamykając za sobą drzwi z ulgą. Szatyn natychmiast podbiegł do szafy w poszukiwaniu suchych ubrań.

-Nie mogę wiele zrobić w związku z twoimi mokrymi spodniami, ale proszę – Harry podniósł wzrok na czas, by złapać materiał lecący w jego stronę. Zerknął na Louisa, który po prostu puścił mu oko. –Rozbieraj się, Styles – powiedział chłopak w sposób, przez który Harry poczuł, że jego krew się gotuje.

Ale mimo wszystko, zrobił to bez zastanowienia nawet nie patrząc na ubranie ale potem zerknął w dół i oh.

Zaczął oddychać płytko, patrząc na swój tors, na którym miał sweter. To był ten sweter. Sweter, który Louis miał na sobie, kiedy Harry po raz pierwszy odezwał się do niego jak cywilizowany człowiek. Przebiegł palcami po materiale od razu znajdując przyjemność w dotyku delikatnego materiału… A potem nagle dostał w twarz parą spodni.

Harry krzyknął i odskoczył, upadając na tyłek. Louis po drugiej stronie pokoju wybuchł śmiechem, zginając się wpół ze śmiechu i… CHRYSTE, czy on nie miał na sobie koszulki?

-Przepraszam za to, Hazza – wykrztusił między spazmami śmiechu chłopak. –Ale twoja reakcja? Była tego warta.

Styles spojrzał na niego przez potargane włosy, które opadały mu na oczy (z determinacją cały czas patrząc na twarz Louisa).

-Dziękuję bardzo, Panie Tomlinson. Twoje poczucie humoru jest wspaniałe.

-Kochasz to – stwierdził krótko Louis, zakładając suchą koszulkę i wskakując na łóżko. –Więc co dzisiaj oglądamy?

Harry wzruszył ramionami, rozważając czy zmienić spodnie. Nogawki pary, którą Louis w niego rzucił, były odpowiedniej długości, więc zakładał, że były to spodnie Zayna.

-A co chcesz obejrzeć?

-Wybierz coś radosnego – poprosił tylko Louis.

Radosnego, Harry pokiwał głową. Mógł coś wybrać. Po przejrzeniu żałosnych rozmiarów kolekcję Louisa, w końcu wybrał jeden i włączył go, po czym dołączył do chłopaka na jego łóżku, zachowując odpowiednią odległość.

-To właśnie miłość? –spytał Tomlinson z niedowierzającym pół uśmiechem. – Serio?

-Co? – spytał niewzruszony Harry. – Kocham ten film.

Louis to zignorował.

-Czemu siedzisz tak daleko?

-W takiej odległości od siebie zazwyczaj siedzą normalni ludzie, Lou – prychnął loczek.

-Cóż, my jesteśmy normalni, nie sądzisz?

-Nie –przyznał Harry. –Chyba nie.

-Więc – Louis przysnął się bliżej, zmniejszając przestrzeń między nimi, unosząc brwi i uśmiechając się. Boże, pomyślał Harry, kiedy jego serce zabiło boleśnie. Jesteś taki piękny.

-Czekaj – Harry położył dłonie płasko na piersi Louisa, powstrzymując go od przysunięcia się bliżej. Chłopak zatrzymał się, zerkając na dłonie Stylesa, marszcząc brwi, jakby zastanawiał się, skąd one się tam wzięły. Kiedy podniósł głowę, spojrzał na zielonookiego chłopaka pytająco.

-Po prostu… Chciałem ci dać trochę przestrzeni osobistej – Harry przygryzł wargę.

-Serio? Ty nadal o tym? –westchnął chłopak, a na jego twarzy pojawiło się zdenerwowanie. –Harold, czy przeszkadza ci to jak blisko jesteśmy?

Powinienem skłamać. Zdecydowanie powinienem skłamać. Kłamstwo było by dobre. Świetne. Kłam, kłam, kłam.

-Ani trochę – mruknął.

Cholera jasna, Harry. Po prostu nie mógł się zmusić do powiedzenia czegoś innego, nie ważne czy miało to pomóc, czy nie. Kłamstwo byo by jak trucizna na jego języku.

-Dobrze. Mi też nie, i rozumiem, że chcesz mi dać „moją przestrzeń” po tym co się stało, ale naprawdę jej nie potrzebuję. To czego potrzebuję to zostać przytulonym przez jednego z moich najlepszych przyjaciół i obejrzeć super słodki film, aż nie będziemy już ani trochę męscy, okej?

Harry gapił się na niego przez chwilę, oceniając czy mówi szczerze. Nie było nic co wskazywało na coś innego niż szczerość. Bo czemu miał by kłamać? On i Eleanor nadal byli przyjaciółmi. I wtedy go uderzyło, że nic nie musiało się zmieniać. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

-Okej – powiedział, otwierając ramiona i pozwalając Louisowi się w niego wtulić.

Łyżwiarz uczepił się chłopaka z lokami, zarzucając nogi na jego kolana i obejmując go ramionami w talii, opierając głowę na ramieniu zielonookiego

Styles zachichotał i objął Louisa, splatając ich palce razem w sposób, który sprawiał, że to, by Louis się odsunął było niemożliwe.

-Lepiej? – spytał rozbawiony.

-O wiele – mruknął zadowolony chłopak.

Słowo miało tyle mocy, że Harry uczepił się Louisa jeszcze mocniej. Eleanor odeszła, w przyszłym tygodniu Louis miał egzamin, ale oni byli po prostu Louisem i Harrym. Loczek westchnął radośnie, wciągając zapach starszego chłopaka i myśląc Czy kiedykolwiek czuł się tak wspaniale?



Piątek Wieczór

Jedynym wydarzeniem w piątek, które na dłużej przykuło ich uwagę było ogłoszenie przez Pana Turnera, że w poniedziałek odda im ich eseje. Przeprosił również (co tak zszokowało Louisa, że niemal dostał ataku) za to jak surowo je ocenił, ale zrobił to dlatego, że jego złota rybka umarła, czy coś w tym stylu.

Prawdziwym wydarzeniem w piątek było jednak to: Mecz drużyny hokejowej.

To nie powinno być nic tak wielkiego. Louis był już na mnóstwie ich meczy, ale tym razem po raz pierwszy pójdzie na mecz po zerwaniu, przez co z jakiegoś powodu strasznie się denerwował. Zwłaszcza, kiedy przyznał sam sobie, że będzie tam tylko dla Harry’ego (tak, nadal zero dumy z Emerald Hills).

Tak czy siak, Louis był niemal pewien, że Eleanor i tak tam będzie, chociaż nie był pewien czy z Danielle. Dziewczyna usłyszała o ich zerwaniu i Louis podejrzewał, że nie zareagowała na to pozytywnie.

Zayn za to zniósł to całkiem nieźle. Zagroził, że złamie jej tylko dwa palce, a nie całą rękę i ogoli jej głowę, przeklinając przy tym 768 razy. W tej rozmowie było dużo słów, które rymowały się wieprzona i burwa. Ale całość mogła pójść o wiele gorzej.

Ale mimo tego, że Louis zapewnił go, że naprawdę jest w porządku, to chłopak z Bradford nalegał na towarzyszenie mu podczas meczu (mimo tego, że tak czy siak, by na niego poszedł, by zobaczyć Liama). Więc w ten sposób skończyli siedząc razem w najwyższym rzędzie sekcji dla uczniów, Louis ze skrzyżowanymi na piersi ramionami, próbując wyglądać na znudzonego, i Zayn bawiący się rąbkiem swetra i włosami, cały czas pytając czy wygląda w porządku

Jedyne co Louis mógł powiedzieć to „Tak, Zayn, wyglądasz świetnie” tyle razy, że chciał sobie wydłubać oczy łyżeczką.

Na szczęście niedługo później gra się zaczęła i Louis mógł się skupić się na czym innym. A tym czymś był Harry.

Poprzednia noc zaczęła się okropnie. Harry odsunął się od niego, co było tylko potwierdzeniem, że nie odwzajemniał jego uczuć. To bolało, Louis nie miał zamiaru kłamać. Bolało głównie dlatego, że głęboko w środku, miał nadzieję, że jeśli zaakceptuje swoje uczucia do Stylesa, to on je odwzajemni. Niestety tak nie było.

Ale musiał się do niego przytulić. Musiał być blisko Harry’ego. Musiał wiedzieć, że między nimi wszystko było w porządku i nic się nie zmieni. Nie zniósł by tego, gdyby coś się popsuło.

Drużyna Emerald Hills grała świetnie (bo, kiedy nie grali świetnie?), ale zaskakujące było to, że drużyna przeciwników, z miejsca o nazwie Myers Marshall, w obrzydliwych kolorach dziecinnej zieleni i pastelowej żółci, też grała całkiem nieźle. Nie aż tak dobrze jak EH, ale prawie.

Ale ich drużyna, nieźle dawała im popalić. Louis niemal czuł irytację bijącą od, powiedzmy szczerze, bardziej stereotypowych graczy. Zaczęli całkiem ostro, faulując członków drużyny Emerald Hills, nawet kiedy nie mieli krążka (Louis nie miał pojęcia dlaczego nie zostali za to ukarani) i ogólnie rzecz biorąc, będąc dupkami.

Próbował się tym nie przejmować, a mówiąc przejmować, miał na myśli zgrzytanie zębami i zaciskanie dłoni w pięści, bo tylko dzięki temu jeszcze się kontrolował. Głębokie wdechy były w tym momencie priorytetem. Ale dopóki Harry’emu, Liamowi czy Niallowi nic się nie stało, Louis mógł wytrzymać do końca meczu.

I kiedy tylko o tym pomyślał.

Usłyszał głośne chrupnięcie czy coś w tym stylu. Zerwał się na nogi, widząc, że ktoś został popchnięty na barierki. Stanął na palcach, wyciągnął szyję i zmrużył oczy próbując rozpoznać poszkodowanego. Kiedy zobaczył nieruchomą postać w uniformie Emerald Hills skuloną na powierzchni lodu, jego oczy się rozszerzyły ze strachu.

Następna rzecz musiała się wydarzyć, kiedy mrugnął, bo w następnej sekundzie cały świat się zatrzymał. Louis sam zamarł w przerażeniu, słysząc jak ktoś krzyczy jego imię.

-Louis! – głos rozległ się po lodwsku, jednak od razu został zagłuszony przez krzyki tłumu. Ale on i tak usłyszał. Harry. To był Harry.

Nie mógł oddychać. Nie przesadzał. Naprawdę czuł, jakby jego drogi oddechowe zostały zatkane i jakby z powietrze został wyssany cały tlen. Nie wiedział co robić. Ale wiedział, że Harry był ranny. Był ranny i z jakiegoś niezrozumiałego powodu Louis jeszcze nie był przy nim.

-Co ty wyprawiasz? – krzyknął na niego Zayn, szturchając go w ramię. Tomlinson spojrzał na niego niewidzącymi oczami. –Idź tam!

Tylko to potrzebował usłyszeć. Co jakiś czas krzycząc „przepraszam, przepraszam, przesuńcie się do cholery jasnej!” ruszył biegiem przez sekcję dla uczniów, przeskakując po kilka stopni na raz.

A potem już tylko pędził do Harry’ego, który go potrzebował. A jego myśli pędziły w znacznie szybszym tempie niż jego nogi. Harry go potrzebował. Może nie tak jak Louis potrzebował jego (jak tlenu w płucach czy śmiechu w złych chwilach), ale cholera, był ranny i to Louisa wołał.

Ludzie gapili się na niego, kiedy biegł. Teraz na całym lodowisku zapadła cisza. To była tradycja, kiedy jeden z graczy został ranny, więc jedynym odgłosem roznoszącym się po arenie, było uderzanie stóp Louisa o podłogę, kiedy przeszedł pod barierką trybun i pognał w kierunku ławki gospodarzy. Drugi dźwięk dochodził od Harry’ego. Były to małe płytkie oddechy, brzmiące jak ktoś kto bardzo chce powstrzymać ból,ale nie może.

Członkowie drużyny Harry’ego odsunęli się, kiedy Louis do nich dotarł, wszyscy zaskoczeni i zdziwieni. Czemu Louis Tomlinson biegł do hokeisty? Tylko jeden z nich wystąpił z tłumku i wskazał na Harry’ego. To był Jason.

-Idź – powiedział, wskazując na kapitana. –Myślę, że cię potrzebuje.

Tomlinson pokiwał głową i otworzył drzwi, wchoząc na lód, mijając sędziego, który próbował powstrzymać go od zabrudzenia czy uszkodzenia lodu, swoimi zwykłymi butami. Harry nie miał już kasku, ale nadal był skulony, dysząc głośno, z zaciśniętymi oczami. Z prawej nogi miał zdjętą łyżwę i w głowie Louisa pojawił się najgorszy możliwy scenariusz.

Niall i Liam stali przy głowie Harry’ego razem ze szkolnym trenerem, który wcześniej zajmował się ranami i skręceniami drużyny łyżwiarzy figurowych.

-Przepraszam – zaczął Louis, patrząc na trenera, kiedy zatrzymał się przy boku Harry’ego. – Co mu jest?

-Lou? – Harry otworzył oczy i sapnął. Jego głos załamał się na tej krótkiej sylabie.

-Co ty sobie zrbiłeś, Haz? – uśmiechnął się smutno Louis, klękając przy przyjacielu.

-To nic – mruknął Harry, drżącym głosem. Trener poruszył kostką Harry’ego w sposób, przez który Harry syknął z bólu. – To tylko zwichnięcie. Źle stanąłem – mruknął, posyłając przyjacielowi niepewny uśmiech.

Louis przygryzł wargę i chwycił przyjaciela za dłoń, pozwalając hokeiście uczepić się go tak mocno, jak on się go czepiał. Po chwili spojrzał na trenera.

-Co myślisz?

-Trudno powiedzieć – odparł… Matt, tak się chyba nazywał. –Będzie musiał mieć zrobiony rentgen, ale jest skręcona, jeśli nie złamana.

-Złamana? – Louis był łyżwiarzem. Wiedział co znczy złamanie kostki. Nawet skręcenie. Znaczyło słabą nogę, czyli słabą jazdę, czyli słabe występy. Nigdy w życiu nie liczył na nic tak bardzo jak na to, żeby tak nie było w tym wypadku.

Harry wydawał się czuć tak samo. Spojrzeli sobie w oczy i mimo tego, że Harry się uśmiechnął, Louis widział, że jego czy mówią Boję się i To nie może naprawdę się dziać.

-W takim razie musimy zabrać go do szpitala – powiedział Louis, nie odrywając oczu od Harry’ego. Ścisnął dłoń chłopaka, próbując go pocieszyć. Nie zostawię cię.

-Zgadzam się – powiedział Matt, ze sztywnym skinięciem. – Jeśli wy dwaj pomożecie… - wskazał głową na Nialla i Liama, dając znak, że mają pomóc Harry’emu przejść na ławkę.

Chłopcy natychmiast zabrali się do roboty, łapiąc przyjaciela pod pachami i pomagając mu stanąć na nie uszkodzonej nodze. Harry zacisnął zęby i sapnął, ale wszystko na razie było w porządku. Udało im się zejść z Harrym z lodu (bez większych problemów, bo Harry nadal miał jedną łyżwę), a potem do ławki. Towarzyszył im aplauz widzów, którym wyraźnie ulżyło.

Nie cieszyli by się tak, gdyby wiedzieli co to znaczy dla Harry’ego, pomyślał gorzko Louis, zły na ich głupotę. To mógł być dla niego koniec, a ich obchodziło tylko to, że znieśli go z lodu i gra może być kontynuowana.

Ale potem Harry spojrzał na niego, przygryzając dolną wargę i wykrztusił ciche „Możesz pójść ze mną?”, a wszystkie myśli zniknęły z jego głowy.

Szatyn poklepał Nialla po ramieniu, dając mu znak, że on pójdzie z Harrym dalej. Zajął miejsce Irlandczyka, wspierając Harry’ego i obejmując go ramieniem w pasie, podczas gdy Harry oparł ramię na jego barkach. Niebieskooki spojrzał prosto w oczy przyjaciela.

-Zawsze i wszędzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz