*Poniedziałkowy Ranek
Swoimi słowami, opisz partnera jak najlepiej potrafisz.
To idiotyczna instrukcja, pomyślał Louis, siedząc w klasie Pana Turnera, i z wielkim trudem (jak zawsze) usiłując pozostać przytomnym. Czyich słów miałby użyć, jeśli nie swoich? Miał znaleźć jakiegoś genialnego pisarza, który zrobiłby to za niego? Idiotyzm. Poza tym, przecież całe zadanie, było przecież głupie.
Zacznij od konkretów. Zainteresowania, hobby, ulubione, rzeczy które partner lubi, a których nie itp.
To było łatwiejsze. Lubi – filmy Disneya opowiadające o jeleniach, powodowanie zamieszek w miejscach publicznych, tłuste, pełne cholesterolu jedzenie. Nie lubi – bałagan. Hobby – hokej (oczywiście) oraz porywanie łyżwiarzy figurowych. Zainteresowania – cóż, to przecież to samo co hobby, prawda?
Louis westchnął i przetarł oczy, mając nadzieję, że doda mu to trochę kreatywności. Przecież znał Harry’ego całkiem nieźle. Więc dlaczego miał takie problemy z tą cholerną pracą? Może dlatego, że pisanie nigdy nie było mocną stroną chłopaka. Mam na myśli… Całkiem nieźle składał zdania, ale brakowało im płynności i innych rzeczy… Właśnie dlatego wolał po prostu mówić.
Jego oczy powędrowały do Harry’ego, który siedział obok niego (Tomlinson nie przyznałby się jak przyjemnie się czuł, widząc, że hokeista nadal czuje potrzebę robienia tego), obserwując jak chłopak pisze, bez problemów, które miał Louis. Jego palce latały po klawiaturze laptopa, zapisując fakt po fakcie, z życia Louisa. Nagle niebieskooki poczuł palącą chęć, by zajrzeć przez jego ramię i przeczytać co Styles o nim pisał. Oparł się pokusie, zakładając, że pewnie i tak byłby rozczarowany, W końcu, jeśli Harry był chociaż trochę do niego podobny, to miała to być kolejna, nudna szkolna praca.
Pomysł uderzył go jak grom z jasnego nieba, sprawiając, że Louis spojrzał na pustą stronę w Wordzie z wielkimi oczami. Harry nie był jak Louis. W zasadzie, nie był nawet taki, jak Louis myślał, że jest. I o to właśnie chodziło.
Umieszczając palce na klawiaturze, pochylił się i zaczął pisać.
Kiedy po raz pierwszy spotkałem Harry’ego Stylesa, moje oczekiwania nie były wysokie. Myślałem, że jest arogancki, nieuprzejmy i po prostu nie jest kimś z kim chciałbym spędzić więcej czasu. Ale Harry Styles jest zupełnie inny niż ludzie myślą…
—
Poniedziałkowa Noc
Louis zdołał opuścić swój pokój bez zbędnych insynuacji ze strony Zayna… W końcu Tomlinson robił tylko to co zwykle. Harry czekał na niego, kiedy chłopak opuścił budynek. Stał tyłem do łyżwiarza, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, obserwując gwiazdy. Na twarzy szatyna wykwitł uśmiech. Podkradł się na palcach do hokeisty. Kiedy do niego dotarł, wziął głęboki wdech po czym wypuścił powietrze z płuc i opuścił dłonie na ramiona Harry’ego.
Styles podskoczył i wyrwał się do przodu. Odwrócił się z szerokimi oczami, tylko po to, by zobaczyć histerycznie śmiejącego się Louisa.
-Powinieneś… Zobaczyć… Swoją m-minę – wykrztusił, między spazmami. Spojrzenie, które zielonooki posłał łyżwiarzowi, spowodowało tylko, że tamten zaczął śmiać się głośniej - Bezcenna
-Kretyn - warknął Harry, odchodząc.
-Och, nie bądź taki, Curly! – powiedział Louis, goniąc go. Harry tylko zerknął w kierunku niebieskookiego – No weź! Musisz mi przebaczyć. Zrobię wszystko co chcesz.
-Wszystko? – Harry zwolnił, zerkając na Tomlinsona przez ramię, unosząc brew pytająco.
-Wszystko – szatyn gorliwie pokiwał głową.
Modlił się tylko, by jego przyjaciel nie miał jakiegoś pokręconego poczucia humoru.
-Hmm – Harry pogłaskał, wyimaginowaną brodę.
Louis zaczął się zastanawiać, czy Harry w ogóle mógłby zapuścić prawdziwą brodę. Pewnie nie. Był na to zbyt uroczy.
Chwila, uroczy? Nie, nie uroczy. O przyjaciołach nie myśli się, że są uroczy, prawda? Zwłaszcza o przyjaciołach, którzy byli mężczyznami. Poza tym, przecież nie pomyślał o tym tak szczerze. Po prostu te dołeczki… Ugh… To wszystko mieszało mu w głowie.
-Naprawdę chciałbym zobaczyć jak grasz w hokeja.
Louis zakrztusił się ze śmiechu, patrząc na Harry’ego jakby ten postradał zmysły.
-Zagram w hokeja w dniu, kiedy ty włożysz łyżwy figurowe.
Harry zerknął na niego i natychmiast uniósł brwi.
-Akceptuję wyzwanie.
-Czekaj… Co? – wykrztusił Lou, nie wierząc w to co usłyszał. – Mówisz serio?
-Śmiertelnie – zielonooki chłopak uśmiechał się szeroko, pewny siebie.
Louis myślał przez chwilę. W zasadzie, to były uczciwe warunki, jak się o tym myślało. Jasne, Louis nigdy nawet nie trzymał łyżew lub kija do hokeja, ani nie przesuwał krążka po lodzie, ale Harry też nigdy nie jeździł na łyżwach figurowych, które miały toe picks. To będzie dla niego zdecydowanie łatwiejsze, niż dla Harry’ego.
-Zróbmy to – Wow, niezłe słownictwo, Lou.
-Moglibyśmy uczynić to bardziej interesującym – zasugerował Harry, z demonicznym błyskiem w oku.
To zainteresowało Louisa.
-Jak? Jeśli wygram, będę mógł ogolić twoją głowę?
-Jeśli myślisz, że kiedykolwiek założę się o moje włosy, to grubo się mylisz, Tomlinson – Harry wyglądał na oburzonego.
-Jak to możliwe, że z ciebie taka diwa? Ja jestem łyżwiarzem figurowym, pamiętasz? – Prychnął szatyn.
-Jak mógłbym zapomnieć? – W jego tonie było coś dziwnego, ale Louis nie mógł określić co. Nie mógł zrozumieć głębi czy ukrytego znaczenia, tych trzech słów. – Myślałem… Przegrany wisi zwycięzcy przysługę.
-Ale chodzi o przysługę seksualną? – Louis chciał umrzeć, kiedy tylko te słowa opuściły jego usta, bo serio? Czemu musiał to mówić? Mogli już sobie tak żartować?
Harry wywrócił oczami (a Louis miał nigdy nie wiedzieć, jak jego serce przyspieszyło na ten komentarz).
-Jezu, po raz ostatnim nie jestem dziwką!
-Technicznie rzecz biorąc, ja bym był, gdybym przegrał, więc trzymajmy się zwykłych przysług – oznajmił Louis.
-Dobry pomysł – zachichotał Styles.
-Więc, jeśli strzelę bramkę w hokeju, ja wygrywam, a jeśli ustoisz prosto w łyżwach figurowych, ty wygrywasz. Stoi? – Louis wyciągnął rękę. Uścisk dłoni, zawsze pieczętowały umowę.
Harry zerknął na dłoń łyżwiarza i wydawał się wahać przez chwilę, króciutki moment, zanim ją chwycił.
-Stoi.
Hala zdawała się pojawić przed nimi z nikąd, w mgnieniu oka. Louis był zbyt zajęty ich rozmową, by zauważyć budynek powoli pojawiający się na horyzoncie. Był dopiero kwadrans po dziewiątej, więc światła nadal się paliły. Louis nie widział nikogo w środku, ale wiedział, że stróże jeszcze wszystko zamykają.
-Chodź – szepnął Harry, ponaglając Louisa ruchem ręki. – Robię to cały czas.
Ja też. Louis bezwiednie pomyślał o tym jak Harry by zareagował, gdyby znał jego sekret. Powiedziałby, że nadtreningi są mu nie potrzebne, czy zrozumiał by jego oddanie, jedynej rzeczy którą kiedykolwiek kochał? Po raz pierwszy Louis czuł potrzebę powiedzenia komuś, co naprawdę robił w nocy (okay, wow, to zabrzmiało jakby był wampirem albo prostytutką). To uczucie go przestraszyło. Nigdy nie powiedział Zaynowi. Zaynowi, który był jego najlepszym przyjacielem, jego wsparciem… Czemu myślał, że mógłby powiedzieć Harry’emu.
Nie miał czasu by dłużej nad tym myśleć, bo Harry wemknął się do środka, nawet nie zerkając do tyłu, by zobaczyć czy Louis idzie za nim. Oczywiście, że szedł, opierając się pokusie, by wyprzedzić hokeistę i poprowadzić. To było dziwne… Ufanie w tej sprawie Harry’emu, zwłaszcza, gdy Louis był pewien, że on zaliczył więcej nocnych eskapad na lodowisko. Mimo to pozwolił poprowadzić się chłopakowi, mając nadzieję, że uda mu się utrzymać sekret.
W korytarzu nikogo nie było. Ślepy fart. Harry nie odezwał się ani słowem, po prostu ruszył w kierunku areny Olimpijskiej. Serce Louisa zatrzepotało. On zawsze tam ćwiczył w nocy (poza tym, arena Wschodnia nie była, aż tak dostępna). Zupełnie jakby Harry wiedział.
Kiedy byli na lodowisku, ich szczęście nagle zniknęło. Kilkoro łyżwiarzy stało blisko szatni, zbyt daleko by ich dostrzec, ale zagradzali im drogę.
-Cholera – mruknął Louis, potem szybko zakrywając usta dłonią, mając nadzieję, że nie usłyszeli.
-Jest w porządku. Chodź – Harry chwycił przegub łyżwiarza. To było podobne do chwil w których Styles chwytał go za dłoń, ale tym razem Lou poczuł dreszcz.
Louis zdecydował, że później się będzie nad tym zastanawiał, bo teraz był zajęty, nie rozumieniem co robił Harry. Przemknęli niedaleko nieświadomych niczego łyżwiarzy. Louis odetchnął, kiedy zdał sobie sprawę, że zmierzali na trybuny. Zrozumiał, że mieli się ukryć pod nimi… Świetny pomysł. To było świetne miejsce do schowania się i Louis zaczął się zastanawiać, dlaczego nigdy nie pomyślał o ukryciu się tam. Może powinien zacząć tak robić.
Harry puścił jego nadgarstek, kiedy wdrapali się na trybunę i szybko ukrył się za barierkami, ciągnąc Louisa za sobą.
-Dzięki – odetchnął łyżwiarz.
-A teraz czekamy.
Chłopcy siedzieli w absolutnej ciszy. Pewnie powinna być ona boleśnie nudna, ale nie była. W Harry’m po prostu było coś takiego. Ich cisza nie była pełna napięcia, pomimo powagi sytuacji. Serce Louisa biło jak oszalałe, chociaż nie miało to sensu, bo przecież robił to cały czas i już dawno przestał się tym denerwować. To przez nową kryjówkę. Na pewno. W każdym razie, Louis zajął się słuchaniem spokojnego oddechu Stylesa, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że powoli zaczął oddychać w tym samym tempie, a ich oddechy zgrały się w harmonijną jedość.
Nie trwało to długo. W końcu przyszli tam kwadrans przed zamknięciem lodowiska. Niedługo później światła zgasły, pogrążając lodowisko w niemal zupełnej ciemności… Cóż, w zupełnej ciemności, na trybunach.
-Harry? – spytał Louis szeptem.
Wyciągnął dłoń, szukając chłopaka z lokami.
Nagle poczuł ramię wokół talii i niemal wyskoczył ze skóry (emocje, które przez niego przebiegły były czymś nowym). Niemal nie zauważył, że Harry szepnął „jestem tu”, bo był zbyt skupiony na tym z jaką łatwością się w siebie wpasowali i -jak przyjemnym było czuć ramię Harry’ego wokół siebie.
-Gotowy? –spytał hokeista.
Louis cicho potwierdził i opuścili kryjówkę, podchodząc do ławki i rozglądając się dookoła, by upewnić się, że są sami.
—
Znalezienie pary łyżew dla nich obu, było łatwiejsze, niż Harry się tego spodziewał. W weekendy, lodowiska Szmaragodwych Wzgórz były czasami otwarte dla ludzi z zewnątrz i każda arena miała własną wypożyczalnę łyżew, która nie była nawet strzeżona. W zasadzie, każdy mógł po prostu przeskoczyć przez blat i ukraść parę. Więc to właśnie zrobili.
Mimo tego, że przynieśli swoje własne łyżwy, porzucili je przy ławce, skoro i tak nie mieli ich używać. Chłopcy odnaleźli szybko swoje rozmiary (Harry zauważył jak Louis się skrzywił na myśl, o używaniu obcych mu łyżew) i założyli je. Łyżwy figurowe były zdecydowanie inne. Po pierwsze, to był cud, że Harry znalazł swój rozmiar. Z jakiegoś powodu były węższe. Po drugie, wyglądały one tak delikatnie, po prostu czarna skóra, zamiast dużej ilości dodatków jak w łyżwach hokeistów.
Kiedy byli gotowi, przysunęli się do barierek lodowiska i weszli na nie. Moment prawdy.
-Denerwujesz się? – spytał Louis, mierząc Harry’ego wzrokiem, który sprawiał, że Styles musiał się uszczypnąć, by przypomnieć sobie, że Louis nie obczajał*.
Prychnął, by ukryć swoje emocje i zerknął na łyżwy na nogach.
-Mówisz serio? – Harry nie martwił się ani trochę. Jeździł jak zawodowiec odkąd był dzieckiem. To nie mogło się zmienić tylko dlatego, że łyżwy, które miał na sobie, nie były łyżwami do hokeja. Nic nie mogło pójść źle. Wygra zakład.
Harry przegapił rozbawione spojrzenie, które rzucił mu Louis, chociaż powinno być to dla niego alarmująco. Tomlinson wzruszył ramionami, a Harry ruszył. Jego stopy z łatwością ślizgały się po powierzchni. Styles rzucił szatynowi zwycięskie spojrzenie. Chłopak obserwował go z oczekiwaniem, ruszając ręką, jakby mówił w takim razie, dawaj.
Harry zachichotał cicho i ponownie ruszył. Łyżwy gładko sunęły po lodzie. To było tak łatwe jak chodzenie. Easy, breezy, Beautiful**… Chwila, nie. To było Covergirl, ale wiecie o co chodzi. Teraz zakład nie wydawał mu się być fair. Nadal poruszając się, nachylił się, opierając wagę na palcach, przygotowując się do przyspieszenia i…
Leżał płasko na lodzie. Zaskoczyło go to, ale udało mu się nie upaść na twarz. Mimo to, zabolało (ciało i duma). Zakaszlał, próbując złapać oddech. Przerwał mu ktoś, wybuchający, całkiem głośnym, śmiechem.
Harry nie wiedział czy posłać drugiemu wściekłe spojrzenie, czy ukryć twarz, zawstydzony. Zdecydował się na to pierwsze, posyłając Louisowi spojrzenie, które mogło by ściąć mleko, jednak niemal natychmiast złagodniał, kiedy spojrzał na twarz Tomlinsona.
Oczy chłopaka były pełne światła, sprawiając, że błękit błyszczał w sposób jakiego Harry jeszcze nigdy nie widział Jego policzki były zarumienione od śmiania się i szerokiego uśmiechu. I jego śmiech… Był inny. Był lekki, wesoły i beztroski i sprawiał, że Harry chciał chodzić po księżycu*** i wyleczyć raka i zakochiwać się ponownie i ponownie, bo to był dźwięk czystej radości, bez zahamowani.
Chłopak wyglądał w łyżwach hokejowych o wiele lepiej niż on sam w figurowych, co było jawną niesprawiedliwością. I jeśli miał być szczery, męski charakter łyżew w połączeniu z delikatną urodą Louisa, wyglądały niemal… Gorąco.
Louis podjechał do Harry’ego, zatrzymując się gwałtownie kawałek od niego, pryskając w niego lodem spod ostrzy łyżew. To wystarczyło, by grymas Harry’ego ponownie się pojawił. Przeklęty śmiech i przeklęty Louis.
-Nie możesz tak jeździć – poinformował go Tomlinson, zerkając w dół na chłopaka.
Zielonooki skrzywił się i podniósł się z lodu, wycierając dłonie o dżinsy.
-Jak? – spytał, nie do końca rozumiejąc. Łyżwiarstwo to łyżwiarstwo, nie?
Louis chwycił jego dłoń i Harry był pewien, że nigdy nie chwalił się za bycie takim idiotą, jak wtedy.
-Pokażę ci – odezwał się niebieskooki.
-Co my robimy? – spytał, nie mogąc się powstrzymać.
Nie żeby mu to przeszkadzało. Mogli by teraz skakać z dachu budynku, a Harry’ego by to nie obchodziło, dopóki Louis trzymał by jego dłoń.
-Nie możesz jeździć w łyżwach figurowych tak jak jeździsz w hokejowych – powiedział szatyn jakby to było oczywiste.
-To nie ma sensu. Tobie w hokejowych idzie świetnie! – Chłopak wydął wargi, i jak sześciolatek, wskazał na stopy Louisa, by udowodnić, że ma rację.
Louis wywrócił oczami i poklepał policzek Harry’ego (i tak, on pewnie zarumienił się jak jakaś szczebiocząca trzynastolatka).
-Niezależnie od tego jak uroczo wyglądasz, nie powinieneś marszczyć brwi. Dostaniesz zmarszczek, skarbie.
Skarbie? SKARBIE? Nie, nie nie. Harry ledwie znosił ksywki a co dopiero pieszczotliwe określenia, takie jak „skarb”.
-Powód z którego ja mam się dobrze, a ty nie…
-Ja myślę, że mam się świetnie – mruknął Harry.
Louis zerknął na niego, a jego spojrzenie wyraźnie mówiło możesz się teraz na chwilę zamknąć.
-Nie chcę urazić twojego ego, ale to nie prawda. I jak mówiłem, to dlatego, że ty nie jesteś przyzwyczajony do toe pick.
-Tego kolczastego czegoś – Harry pokiwał głową.
Pewnie brzmiał jak idiora, ale co z tego. Teraz skupiał się tylko na tym, by nie upaść na twarz.
-Tak. Hokeiści ich nie mają, więc możesz opierać wagę na palcach, by poruszać się szybciej. Kiedy masz na sobie łyżwy figurowe, twoja waga musi się opierać na śródstopiu – Louis kiwnął głową, uśmiechając się złośliwie. – Wiesz co się dzieje, kiedy za bardzo się pochylisz.
-Jesteś okropny, wiesz? – Harry zazgrzytał zębami, próbując nie wyglądać na rozbawionego.
Louis nie odpowiedział i puścił dłoń hokeisty. Chłopak natychmiast przechylił się do przodu i ponownie by upadł, gdyby Louis go nie złapał.
-Pamiętaj, że to ja ratuję cię przed upadkiem na twarz – oznajmił, posyłając Stylesowi krótki uśmiech.
-W takim razie pokaż mi jak to zrobić, oh sassy lord of the skates – to brzmiało bardziej gejowsko, niż chciał.
Więc Louis mu pokazał. Nadal trzymając dłoń chłopaka, ruszył, utrzymując pionową postawę i jedynie zginając kolana z każdym ruchem („Tak się przyspiesza”). To było trudne, ale w końcu Harry’emu jakoś udało się załapać i przynajmniej nie upadał na lód co dziesięć sekund. W końcu zaczęło mu wychodzić i Louis puścił jego dłoń, pozwalając chłopakowi z lokami zrobić koło wokół lodowiska.
To było zupełnie inne niż jazda w łyżwach hokejowych. Może to miało coś wspólnego z obecnością Louisa, ale chłopak czuł się jakby jeździł po raz pierwszy. Lekki jak piórko, wolny jak ptak. Nie było nic o co się martwił (oprócz toe picks, oczywiście).
Skończył robić łuk, kiedy Louis do niego podjechał, niemal wpadając na młodszego chłopaka i go przewracając. Harry automatycznie objął łyżwiarza w talii, próbując zachować równowagę, kiedy zachwiali się na łyżwach. Szatyn z kolei zacisnął pięści na jego koszulce, chowając w niej twarz. Dla każdego mogło to wyglądać jakby się po prostu przytulali (czy to było żałosne, że Harry chciał by tak było?).
Nawet jeśli tak nie było, Harry i tak zacieśnił uścisk, nie rozluźniając go, dopóki Louis nie odsunął by się pierwszy. Ale on tego nie robił. Nawet kiedy się już nie ruszali i stali stabilnie, przez kilka długich chwil łyżwiarz nadal chwytał się koszulki Stylesa. Serce hokeisty podskoczyło do gardła, bo Louis się nie odsuwał.
Zerknął na drugiego chłopaka ciekawsko, jakby pytał czemu wciąż się go trzyma. Tomlinson powoli rozluźnił chwyt dłoni na materiale i podniósł wzrok. Zaskoczenie w jego oczach sprawiało, jakby pytał Harry’ego o to samo. Jego oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy spotkały oczy Stylesa. Serce zielonookiego przyspieszyło. Louis oblizał usta i Harry mógł przysiąc, że umrze w tym momencie. Ten ruch był taki kuszący, że Harry chciał zrobić to samo, z tym drobnym wyjątkiem, że chciał by język Louisa przesuwał się po jego wargach lub vice versa.
Jego ciało powoli pochyliło się do Louisa, wbrew jego woli. Louis nie zrobił tego samego, ale się nie odsunął. Styles był pewien, że jego serce zaraz wybuchnie. To było to. Ten moment. Miał w końcu pocałować Louisa. A tamten miał zamiar mu na to pozwolić.
Ale kiedy ich usta znalazły się cal od siebie, tak, że on i Tomlinson oddychali tym samym gorącym powietrzem, w jego głowie pojawił się obraz Eleanor. Nie lubił jej (było to oczywiście spowodowane czystą zazdrością), ale mógł sobie wyobrazić jej zszokowaną minę, gdy Louis jej powie, że Harry Styles go pocałował.
I stchórzył.
W ostatniej chwili odwrócił głowę, tak, że jego usta dotknęły ucha Louisa.
-Naprawdę powinieneś bardziej uważać.
Louis natychmiast od niego odskoczył… Czy on się rumienił? Zdecydownanie… Pokiwał głową szybko.
-Uhm… T-tak… Masz rację – wyjąkał. – Przepraszam.
-Wydaje mi się, że wiszę ci przysługę – zaśmiał się, chociaż w tej chwili chciał tylko umrzeć.
-Tak, chyba tak… Chociaż nigdy nie spróbowałem moich sił w hokeju – wyszczerzył się Louis.
-Tak, ale ja i tak zawaliłem jazdę łyżwach figurowych – wytknął Harry.
-Racja.
-Więc, co to będzie?
Louis wziął głęboki wdech i spojrzał na Harry’ego zamyślony, jakby szukał czegoś wypisanego w jego twarzy.
-Dam ci znać.
*obczajać (ang. Check out)
** Easy, breezy, Beautiful – linijka z piosenki śpiewanej przez Janelle Monae w reklamie kosmetyków firmy Covergirl.
***Chodzić po księżycu (oryg. Walk on the moon) – dla anglików oznacza to, że jesteś tak zakochany i czujesz się tak lekki jakbyś był, chodząc po księżycu
Wszelkich pseudonimów oraz słownictwa związanego z łyżwiarstwem, nie tłumaczyłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz