wtorek, 11 marca 2014

się we znaki i choć bardzo chciał oprzeć swoją ciężką głowę o szklaną powierzchnie i dać zmęczonym powiekom się zamknąć, to nie mógł przecież zniszczyć, staranie zrobionego dzisiejszego ranka quiffa. Do przejechania zostało mu jeszcze pięć przystanków, a potem kilka przecznic do przejścia, żeby wrócić do domu. Patrzył na oświetlone ulice miasta Bradford, w którym mieszkał od urodzenia. Wszystko było tu takie znajome, nie było miejsca gdzie nie spotkałby swoich znajomych, lecz nie czuł się tutaj jak w domu. Już nie. Od kiedy ten pieprzony Liam wprowadził się do ich domu i był traktowany jak komplet filiżanek z porcelany. Zayna nic go nie obchodziło, że jego jedyna rodzina czyli mama zginęła w wypadku, a on cudem przeżył. Nic go nie obchodziło, że nie miał się gdzie podziać i że jego mama Patricia dobrodusznie postanowiła, przygarnąć go pod swój dach. To nie było tak, że Malik nie próbował go polubić, bo próbował, ale jakaś wewnętrzna bariera nie pozwalała mu się przełamać i obdarzyć szatyna przynajmniej uczuciem tolerancji. Mulata drażnił każdy ruch nowego lokatora. Każde słowo, sposób w jaki chodził, a najbardziej drażniło go jak słyszał jego cichy płacz za zamkniętymi drzwiami pokoju. Nigdy nie miał ochoty wejść do środka, przytulić go i pocieszyć, a wręcz przeciwnie, chciał mu powiedzieć jaką jest słabą ciotą i że mógłby przepłakać tu całą noc, a nikogo i tak to by nie obchodziło. Nie zrobił tego jedynie ze względu na swoją mamę, która i tak była już kłębkiem nerwów.

Szedł pustymi ulicami, patrząc jak światło latarni próbuje przebić się przez wysokie drzewa. Minął plac zabaw, na którym kilku nastolatków paliło papierosy. Przed nim wyłonił się długi szereg domków jednorodzinnych, stanął przed drzwiami domu z czerwonej cegły, nerwowo przeszukując kieszenie w celu znalezienia kluczy, gdy drzwi otworzył się na oścież, a w nich stał nie kto inny jak znienawidzony przez niego Liam. Nie wysilał się na powiedzenie ‘Cześć’, zamiast tego pchnął go ręką na ścianę, a sam przeszedł do kuchni, w której znalazł mamę krzątającą się przy kuchence.

-Zaraz podam ci obiad kochanie- ciepłym głosem przywitała syna.
-Nie jestem głodny – odpowiedział jej oschle.
-Nie było cię w domu cały dzień, nie przyjmuję do wiadomości, że nie jesteś głodny.
-To sobie nie przyjmuj…
-Zayn!
-Tak się nazywam- przewrócił oczami w jej kierunku.
-Na litość boską! Kiedy się tak zmieniłeś? – je oczy wyrażały smutek i strach o jej jedynego syna-jedynego przedstawiciela męskiej części rodu Malików.
-Myślę, że znasz odpowiedź na to pytanie – odprychnął jej i usiadł przy kuchennym stole, łapiąc w ręce pierwszą lepszą gazetę i udając zaciekawionego artykułem. Patricia jedynie westchnęła głęboko i otuliła Zayna ramionami.
-Czy ty znów paliłeś? – po jej matczynym policzku spłynęła łza bezsilności.
-Od kiedy obchodzi cię moje zdrowie? – zrzucił jej dłonie z barków.
-Zawsze mnie obchodziło!
-Nie pieprz głupot, gdyby cię obchodziło nie pozwoliła byś mieszkać tutaj temu przybłędzie, przez którego codziennie zbiera mi się na wymioty! – odepchnął mamę od siebie, kierując się do drzwi, ale został złapany za rękaw kurtki.
-Jak możesz tak do mnie mówić?! Nie widzisz, że się o ciebie martwię? Nie widzisz jak codziennie urabiam sobie ręce po łokcie, krążąc miedzy pracą, domem i szkołą, żeby zapewnić wam wygodę, jedzenie i bezpieczeństwo?
-Mnie nie musisz wozić, ani zabierać ze szkoły tak jak naszego kochanego pieszczoszka „Liama”, który boi się wsiąść nawet w jakiś cholerny autobus! – strącił jej rękę ze swojego ubrania i ponownie odwrócił się do drzwi za framugą których dostrzegł trzęsące się ciało Liama – Długo już tu stoisz złamasie? Mam nadzieje, że usłyszałeś wszystko i wyniesiesz się stąd szybciej niż się pojawiłeś – mocno pchnął go na ścianę za nim, a sam wspiął się schodami na piętro i głośno zatrzasnął drzwi.

Patricia próbując się nie rozkleić podeszła do Liama oferując mu swoją dłoń. Szatyn odwzajemnił gest podając jej swoją ręką, a rękaw jego bluzy zsunął się w dół, odsłaniając zarówno wyblaknięte blizny jak i świeże, czerwone, jeszcze krwawiące rany. Chłopak nerwowo podniósł się do pionu i naciągnął ubranie. Mama Zayna stała w osłupieniu, z wyciągniętą ręką, której z szoku nie opuściła.

-Liam…ja, ja ci pomóc słońce? – trzymała się resztkami sił, żeby nie wybuchnąć płaczem.
-To nic takiego – wyszeptał i pobiegł schodami do swojego pokoju.

Kobieta oparła się plecami o zimną ścianę i zsunęła się po niej, siadając na drewnianej podłodze. Nie powinna płakać, powinna być silna, ale nie dawała już rady. Może powinna komuś powiedzieć o problemie Liama? To byłaby tylko kolejna komplikacja w jej i tak już poplatanym życiu…gdyby ona zginęła, mama Liama- Karen, na pewno zrobiłaby dla jej syna to samo, więc dlaczego odczuwa, że popełniła błąd biorąc go do siebie?

~☆~

Zayn nerwowo postukiwał o blat ławki, którą dzielił z Niallem- jego przyjacielem od kiedy pamiętał. Trwała lekcja matematyki, której mulat nie był w stanie pojąć nie ważne jak się starał. Najprostsze równanie było drogą przez mękę, a napisanie sprawdzianu na ocenę dopuszczającą, okupione godzinami spędzonymi z nosem w książkach. Pech chciał, ze nauczycielka matematyki, uwzięłam się na nim i poniżała przy całej klasie, a w tej szkole nikt nie mógł poniżać Malika. Wszyscy bali się go od czasu, gdy całkowicie zmienił wygląd, zamieniając kolorowe koszulki na ciężkie skóry łączone z ciemnymi tshirtami, a luźne spodnie zastąpiły ciasno opięte rurki z licznymi dziurami i przetarciami. Nie obce były mu papierosy, alkohol i przemoc. Łatwo się domyślić kiedy tak się zmienił. Tak, właśnie wtedy gdy szatyn z trochę przydługimi włosami i stylem ucznia klasy mat-fiz na stałe zagościł nie tylko w jego domu, ale także w jego klasie, bo przecież jego mama uważała za genialny pomysł umieszczenie ich razem, żeby mogli się poznać i pomagać sobie nawzajem. Mogliby, gdyby tylko Zayn nie żywił do niego nienawiści w czystej postaci.

Ta lekcja nie różniła się od innych. Malik wywołany na środek klasy do rozwiązania zadania na tablicy. Nikt nie spodziewał się po nim, że zrobi chociaż pół przykładu poprawnie, a on sam nawet się nie starał. Stał z kredą którą przerzucał z ręki do ręki.

-Tak myślałam, panie Malik- nauczycielka spojrzała na niego drwiącym wzrokiem – Najprostszy przykład z kartkówki jest za trudny? Może powinieneś wrócić do podstawówki nauczyć się podstaw, bo maturalna klasa liceum jest dla ciebie na wyraźnie za wysokim poziomie.
-Mogę już wrócić do ławki, czy sorka chciałaby mi powiedzieć coś więcej? – spojrzał na nią zupełnie bez żadnych uczuć. Nie raz obrywało mu się od niej, więc kolejny raz nie robił mu różnicy.
-Właściwie to myślę, że postoisz tutaj i popatrzysz jaką wiedzę powinien mieć uczeń w twoim wieku

Zayn wywrócił tylko oczami i oparł plecy o ścianę, zakładając ręce na piersi – Liam Payne do tablicy! – oczy całej klasy zwróciły się na bazgrającego w zeszycie szatyna.

-Może ktoś innym mógłby je rozwiązać? Nie czuję się pewnie z zadaniami tego typu – skłamał, zaciskając pięści na kartce. Doskonale wiedział, że gdyby teraz ośmieszył Zayna, w domu rozpętałaby się prawdziwa burza.
-Nie czujesz się pewnie?! – nauczycielka zaśmiała się – Masz komplet punktów, więc nie wymyślaj tylko szoruj do tablicy!

Payne niechętnie wstał z ławki i szedł jak na ścięcie pod tablicę. Czuł wzrok całej klasy na swoich barkach, a w szczególności te karmelowe oczy, które płonęły teraz ze złości i już wiedział, że dzisiaj stanie się coś przez co będzie cierpiał. Nie unosząc wzroku, zabrał Zaynowi kredę z rąk w momencie gdy jego własne pociły się niemiłosiernie. Powoli kreślił liczby na tablicy…mógłby przecież celowo pomylić jakieś liczby, ale wtedy sorka podejrzewałaby go o ściąganie na teście. Bił się z własnymi myślami, zastanawiając się czy ważniejsze są oceny czy przyzwoite relacje z mulatem. Ale jeśli skopałby swoje oceny to mógłby zapomnieć o stypendium, które umożliwiłoby mu wyrwanie się z domu Malików, gdzie przeżywał piekło na ziemi.

~☆~

I teraz wciągnięty do składziku woźnego, z przyciśniętą do szyi ręką i wbijającym się w krocze kolanem, był pewien, że na tamtej lekcji podjął złą decyzje.

-Co to miało być kurwa?! Co to miało być, pytam się! – mulat przyciskał swoją rękę mocniej, i mocniej na zaczerwienionej już szyi szatyna – Teraz to jesteś taki cichy? – uderzył go pięścią w brzuch, na co Liam odpowiedział próbą zgięcia się w pół, jednak Malik nie zamierzał tak szybko odpuścić i pchnął go mocniej na szafkę, z której spadły ścierki wprost na głowę Payna, zakrywając mu twarz – Tak wyglądasz dużo lepiej śmieciu, ale chcę, żebyś widział co zmierzam zrobić – ściągnął biały materiał z przerażonych oczu chłopaka, który tworzył w swojej głowie różne scenariusze ,ale przez myśl mu nie przeszło, że gdy materiał opadnie, zobaczy twarz Malika, którego oczy wyglądały jak w amoku, a w prawej ręce będzie trzymał połyskujące ostrze noża.– A teraz posłuchaj – mulat jeździł po szyi szatyna zimną stalową powierzchnią, kreśląc tylko sobie znane wzory – Jeśli jeszcze raz spróbujesz w jakikolwiek sposób poniżyć mnie na oczach szkoły, klasy, a nawet pojedynczej osoby to uwierz mi, nie zawaham się użyć tego na twojej bladej skórze, a żebyś nie myślał, że to tylko puste obietnice – podwinął rękaw bluzy Liama – Dostaniesz tu małą próbkę – już chciał przejechać ostrzem po cienkiej skórze roztrzęsionego chłopaka, gdy jego oczom ukazały się dziesiątki wyblakłych i całkiem świeżych kresek.
- Zostaw to, proszę…-Payne próbował wyrwać się z ciasnego uścisku mulata i zasłonić rękaw, ale kolejny raz jego plecy zderzyły się z pułkami metalowej szafki, które wbijały mu się tak mocno, że mógł być pewny, że zostaną po nich ślady.
-Widzę, że nie będę musiał niepotrzebnie się męczyć, bo nasza mała ciota sama robi sobie krzywdę - Zayn przybliżył się do ucha szatyna i cicho szepnął – Mam nadzieje, że wiesz, że nie jesteś nikomu potrzebny i dzisiaj znów porozmawiasz ze swoją jedyną przyjaciółką żyletką – popchnął go mocno na szafę, przez co Liamowi zgięły się nogi i osunął się na ziemie, uderzany kartonami, które pospadały z półek. Malik wyszedł z pomieszczenia, mocno trzaskając drzwiami, a wcześniej nie zapominając posłać swojej ofierze wzroku pełnego pogardy.

~☆~

To było dla Liama za wiele, naprawdę za wiele. Wybiegł ze składziku z torbą w dłoni, biegnąc wprost do wyjścia ze szkoły. Potrącił po drodze kilka osób i wypadł jak oparzony przez drzwi, zbiegając po schodach. Biegł do domu, tracąc oddech, ale to nie miało teraz znaczenia. Jego płuca próbowały nadążyć za szaleńczym tempem wymiany powietrza, a serca pompowało krew jak najszybciej dawało radę. Ból przeszywał mu całą klatkę piersiową, a zimne powietrze sprawiało, że jego gardło paliło nie do zniesienia. Tłumił wszystkie ostrzeżenia dawane mu przez organizm i wpadł do domu, uspokajając się w przedpokoju. Jakby nigdy nic zdjął buty, odwiesił kurtkę i powitał Patricie pocałunkiem w policzek.

-Czemu jesteś tak szybko w domu słońce?- pogładziła czule jego zaróżowiony policzek – Zayn ci coś zrobił?
-Niee! – powiedział trochę zbyt gwałtownie, ale znów wziął głęboki oddech i skłamał patrząc kobiecie prosto w oczy – źle się poczułem to wszystko i jeśli to nie problem pójdę się położyć.
-Zawołam cię na obiad, gdy Zayn wróci do domu – potarła ramię chłopaka i wróciła do krojenia warzyw.

Liam powoli wspinał się po schodach. Stopień po stopni, nigdzie się nie śpiesząc. Przyglądał się dokładnie każdemu zdjęciu wiszącemu na ścianie, każdej drobnej zmarszczce na twarzy Patrici i każdemu uśmiechowi małego Zayna. Wyglądali na szczęśliwych, a on im tylko zawadzał. Łazienka znajdowała się na końcu korytarza. Sunął stopami po miękkiej, brązowej wykładzinę, palcami prawej ręki błądząc po ścianach długiego korytarza. Dotykał każdego przedmiotu jakby próbował ostatni raz delektować uczuciem dotyku. Przekręcił mosiężną gałkę i przekroczył próg łazienki, czując pod stopami zimną powierzchnie płytek. Odkręcił kurek z ciepłą wodą, która lała się do wanny. Otworzył swoją czarną kosmetyczkę, wyjmując z niej opakowanie po kremie, w którym ukryte były różne żyletki. Niektóre z nich były już stare i stępione, ale miał do nich sentyment. Wybrał nową, jeszcze nie wyjętą z szeleszczącego papierka i ułożył ją na brzegu wanny. Powoli zdejmował kolejne części swojego ubrania, studiując każdy element swojego ciała. Od czubka głowy, przez umięśnioną klatkę, pocięte ręce i uda, aż po chude łydki i nieduże stopy. Przesuwał palcem po bliznach zatrzymując się na każdej po kolei i przypominając sobie jej historię. Wszystko odbywało się jakby to był odwieczny rytuał. Przekręcił kurek i zanurzył swoje ciało w otulającej go, ciepłej wodzie. Papierek z żyletki spadł na podłogę, a jej ostrze odbijało się od żarówek, tworząc jasne palmy na ścianach. Pierwsza kreska była lekka, jakby przywitanie się ze starym przyjacielem. Kolejna, trochę głębsza, ale wciąż za daleko od nadgarstków, pozwalała rozkoszować się przyjemnym bólem i pieczeniem, kojąc zmysły i uwalniając od problemów. Wreszcie przyszedł czas na tę właściwą kreskę, która miała oddzielić ciało od duszy i dać wieczny spokój. Wbił się w skórę powoli, czując jak nierówna powierzchnia żyletki szarpie jego skórę. Nie wahał się ani przez chwilę, gdy przeciągnął żyletkę przez długość swojego nadgarstka, przecinając kolejne żyły, z których ciurkiem popłynęły strużki czerwonej cieczy. Krew zabarwiła przezroczystą wodę na pomarańczowo, a Liam osunął się, głową opadając na bok wanny. Krew sączyła się pod wodą, a jego oczy spowiła ciemna przesłona. Zdążył już tylko pomyśleć ‘Nareszcie…’ zanim kompletnie odpłynął do krainy wiecznego snu.

~☆~

-Zayn w łazience na górze! Proszę przyjdź szybko! – mama Zayna krzyczała, gdy usłyszała poruszenie na dole.
-Idę mamo! – mulat wspiął się po schodach i dotarł do łazienki w kilka sekund. Zobaczył zakrwawione, blade jak śnieg ciało Liama, którego usta przypomniały kolorem dojrzałą śliwkę. Naokoło wszystko było ubrudzone krwią, a jego mama próbowała zacisnąć kawałek ręcznika na nadgarstku szatyna.
-Zadzwoń na pogotowie! Błagam cię synku, zadzwoń – zatroskany głos kobiety, rozczulił zimne jak kamień serca jej syna, który niechętnie wyjął komórkę i wybrał numer pogotowia.
-Same problemy z nim – Zayn opierając się o framugę, z pogardą spoglądał na ledwo żywe ciało chłopaka, którego głowa leżała teraz na kolanach Patrici.
-Zamknij się Zayn! Rozumiesz?! Zamknij się! – z oczu jego matki płynęły rzewne łzy – Jak możesz być dupkiem nawet w takiej sytuacji? Ostatnio żałuję, że cię urodziłam! – schowała bezradnie twarz w dłoniach, próbując zatrzymać potoki łez, spadające na zimną twarz Liama.
-Ja przynajmniej nie jestem taką słabą cipką jak on – odwrócił się napięcie i spokojnym krokiem wrócił do kuchni. Znad talerza pełnego jedzenia, obserwował jak dwóch sanitariuszy wynosi wiotkie ciało szatyna z domu, a następnie spoczęły na nim zawiedzione oczy jego mamy.
-Wrócę wieczorem…zadzwonię jeśli się obudzi – położyła rękę na jego ramieniu, którą zrzucił wracając do posiłku. Bezradna kobieta patrzyła chwilę w osłupieniu na kogoś, kto kiedyś był jej synem, ale teraz sama nie wiedziała kim jest osoba wyglądająca tak samo jak jej kochany i opiekuńczy chłopczyk, który uwielbiał się uśmiechać i pomagać ludziom. Nie, zdecydowanie nie rozpoznawała w nim swojego dziecka, którego od zawsze pragnęła.
-Więc mam nadzieje, że nie zadzwonisz – wypalił, gdy znajdowała się już przy drzwiach, ale pomimo tego doskonale słyszała, nadzieję w jego głosie…’Boże…jak mogłam wychować kogoś, kto pragnie śmierci drugiego człowieka…’ pomyślała i zatrzasnęła mocno drzwi.

~☆~

Zayn krążył bez większego sensu po pokojach w domu. Stanął przez białym drzwiami ,prowadzącymi do pokoju Liama i pomyślał, że może to dobry moment na poszperanie w nim. W końcu może będzie musiał spakować te rzeczy do pudeł, gdyby „nie daj boże” nie poszczęściło się lekarzom i nie odratowaliby jego kochanego współlokatora. Krzątał się po pomieszczeniu, oglądając książki i przerzucając stertę ubrań leżących na łóżku. Zawiedziony brakiem czegoś co mogłoby go zaciekawić, opadł głową na poduszkę. Kręcił głową na boki, pragnąc zniwelować nieprzyjemne gniecenie, które nie pozwalało mu się odprężyć. Sfrustrowany sięgnął pod poduszkę, gdzie jego ręka natrafiła na okładkę grubego zeszytu. Otworzył go na przypadkowej stronie z łatwością stwierdzając, że był to pamiętnik. Nie przejął się zupełnie, że to nie jego własność, wertował kolejne strony, co jakiś czas wybuchając śmiechem, gdy czytał chaotyczne wpisy Liama o jego problemach, cięciu się, nieprzespanych nocach, kiedy nagle jego wzrok przykuł duży nagłówek ‘Zayn Malik’. Z zaciekawieniem czytał wpis o sobie, w którym szatyn zachwycał się jego idealnymi włosami, czekoladową skóra, karmelowymi oczami i jak to określił Liam „głosem amanta”. Szczególnie to ostatnie słowo doprowadziło go do wybuchu śmiechu tak intensywnego, że jego oczy zaczęły łzawić. Starł spodem ręki mokre policzki i wrócił do lektury pamiętnika, czytając uważnie każdą z dziesięciu stron jakie zostały na niego poświęcone, następnie odkładając go na poprzednie miejsce, usłyszał jak w pokoju obok rozdzwonił się dźwięk jego telefonu. Poprawił pościel i opuścił pokój z zadziornym uśmiechem na ustach. Podniósł wibrujący telefon, po drugiej stronie słysząc szczęśliwy głos matki, mówiącej mu że Payne się obudził. Zakończył krótką rozmowę, podchodząc do okna i uderzając komórka o wewnętrzną powierzchnie swojej dłoni. ‘Zabawa się dopiero rozpoczyna’ pomyślał, a kącik jego ust uniósł się automatycznie w górę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz