piątek, 14 marca 2014

*- Nie. Po prostu nie. Nie mogę tego zrobić, nie mogę… Muszę się wycofać.

Louis rzucił sweter, który trzymał w ręce z powrotem do szafy, skąd go wyciągnął, wzdychając dramatycznie i opadł na łóżko. Przetarł energicznie pięściami oczy, jakby chciał oczyścić umysł z kryjącego się tam wahania i ponownego rozpatrywania swojej decyzji.

- Zayn – jęknął Louis. - Dlaczego? Dlaczego ja to robię?

Zayn tylko zaśmiał się, siedząc na podłodze, w roztargnieniu mieszając łyżką w swojej filiżance herbaty.

- Zachowujesz się tak, jakby był to jakiś gigantyczny problem dla ciebie. To tylko weekend z Harrym, nie leczenie kanałowe.

Louis skrzywił się z miejsca, w którym leżał.

- Chyba wolałbym to drugie.

- Nie sądzę – zauważył w zamyśleniu Zayn. - Poza tym, nie powinieneś skończyć się pakować? Oni mogą tu być w każdej chwili, a Harry zaraz po nich.

Louis podniósł się i zerknął na zegarek zamontowany na ścianie. Cholera, Zayn miał rację. Jego przyjaciel przyszedł prawie godzinę temu i nie zrobił nic, oprócz oglądania Louisa, gdy robi wszystko, tylko się nie pakuje. Przez swój upór i rozdrażnienie kompletnie odłożył obowiązek spakowania się. Gdyby miał zabrać swoją walizkę w stanie, w którym znajdowała się w tym momencie, miałby tylko parę bielizny i prezerwatywę, którą Zayn miał czelność wrzucić jako jakiś rodzaj dowcipu.

- Nie miałem wolnego weekendu dla siebie od kiedy Rosie się urodziła – wyznał prawdziwie Louis, praktycznie wyrywając drzwi szafy i sięgając po ubrania, będące bezpośrednio w zasięgu jego ręki. Wyciągnął kilka koszulek w paski i jedną jednobarwną – na dokładkę – i wrzucił je do otwartej walizki, leżącej koło Zayna. - Więc jestem pewien, że rozumiesz moje wahanie, dotyczące tego wyjazdu. I, wybacz, ale dlaczego ty tutaj w ogóle jesteś?

Zayn udał oburzenie.

- Nie mogę już tutaj przychodzić?

- Nie, oczywiście, że… To znaczy, zamknij się – wystękał Louis, badając parę kąpielówek i zastanawiając się, czy warto je zapakować. - Powiedziałem ci, że nie musisz opiekować się Rosie w ten weekend, więc jesteś wolny.

- Wiem, ale jestem tutaj dla ciebie. Wsparcie emocjonalne i te inne bzdury – wyjawił Zayn.

- Rozumiem. Zatem zabierz to swoje wsparcie emocjonalne oraz te inne bzdury i sprawdź, czy Rosie się już obudziła, okej?

Zayn stanął na równe nogi i odłożył swoją herbatę na stolik nocny. Dosięgnął ręką ramienia Louisa i lekko go klepnął.

- Stary, niepotrzebnie się denerwujesz – rzekł luźno jego przyjaciel, masując miejsce, w którym trzymał dłoń. - Harry chce cię po prostu wyciągnąć z domu. I, szczerze mówiąc, to ci się przyda.

- Nawet nie wiem, gdzie jedziemy. - I to była prawda. Harry nie podzielił się z nim ich celem podróży, a nawet naumyślnie unikał odpowiadania na pytania, które otwarcie zadawał Louis.

Ale Zayn tylko odsunął swoją rękę od Louisa i wzruszył ramionami.

- To nic takiego.

A potem zaoferował mu figlarne puszczenie oczka, zanim wyszedł z pokoju.

Louis potrząsnął głową, pochylił się i poukładał ubrania w walizce, kompletnie niezadowolony z faktu, że Zayn wydawał się spiskować z Harrym. Oczywiście, że było to coś wielkiego; cała ta sprawa była bardzo ważna na różnych poziomach, a najbardziej oczywistym było, że Tomlinson nigdy nie wyjeżdżał w weekendy bez Rosie. Fakt, że tak łatwo zgodził się na wyjazd z Harrym musiał coś znaczyć, przynajmniej w jakimś stopniu jego podświadomości. Odkrył, że mówienie Harry’emu „nie” stawało się coraz trudniejsze, a po tym wszystkim, co wydarzyło się między nimi w ciągu ostatnich kilku tygodni, zrozumiał, że było to praktycznie niemożliwe.

I, co najważniejsze, dlaczego drugiemu chłopakowi w pierwszej kolejności aż tak bardzo zależało na wspólnym weekendzie? Zayn miał rację; oni nie byli przyjaciółmi. Ale nie byli także kimś więcej i podczas gdy niekoniecznie niepokoiło to Louisa, dzieląca ich swoboda już tak. Tu nie było żadnych zasad, żadnego protokołu, mówiącego, co jeden koleś powinien robić z drugim – koleś, który był jego przyjacielem od pieprzenia się.

No, może nie do końca przyjacielem od pieprzenia się. Już nie, zrozumiał Louis. W końcu, nie robili… tego od czasu, gdy Harry wyjechał nagrywać album. I podczas gdy to również go nie martwiło – w porządku, może jednak trochę – to znaczyło, że nie było w ich przypadku żadnych określeń, żadnych etykiet, które odzwierciedlałyby to, kim byli.

Ale Louis pamiętał, że Harry wspomniał, iż chce, by wszystko wróciło do normalnego stanu rzeczy – cokolwiek to znaczyło. Chowając ostatnią partię ubrań do walizki, Louis doszedł do wniosku, że Harry po prostu tęsknił za seksem, a ta podróż była najlepszym sposobem, by znowu to zrobić. Louis był łatwym celem.

Słysząc otwierające się za sobą drzwi, Louis wypalił:

- Czy ja jestem dziwką?

- Dziwką! - powtórzył charakterystyczny głos Rosie.

Louis odwrócił się, by zobaczyć małą dziewczynkę, bujającą się z poranną energią w ramionach swojego ojca chrzestnego. Natomiast Zayn miał rozbawiony, jednak trochę przerażony wyraz twarzy. Louis wściekle przeklął na siebie pod nosem, po czym podszedł i dał swojej córce całusa w policzek.

- Dzień dobry, robaczku. I nie, nie… nie to słowo. Powiedziałem, hm, oliwka, kiwka…

- Śliwka – zasugerował Zayn, ratując Louisa przed dalszym zażenowaniem. - Twój tatuś powiedział śliwka.

Pozornie zadowolona z tego wyjaśnienia, Rosie zaklaskała w uciesze.

- Śliwka, Zaynie! Śliwka!

Zayn złożył buziaka na czole swojej chrześnicy, posyłając Louisowi zdezorientowane spojrzenie ze zmarszczonymi brwiami.

- Dlaczego uważasz, że jesteś… śliwką?

- Ponieważ co będzie, jeżeli okaże się, że Harry interesuje się mną tylko dla s-e-k-s-u, a ja chętnie się mu poddaję? - Nie mógł pozwolić, by Rosie podłapała kolejne nieodpowiednie wyrażenie. Ale mała dziewczyna tylko obserwowała tę wymianę zdań z intensywną ciekawością.

- Chryste, Lou – powiedział Zayn, choć raczej brzmiało to jak szydzenie. - Bardzo daleko ci do śliwki. W całym swoim życiu byłeś tylko w dwóch poważnych związkach, w czym jeden z nich zrobił z ciebie ojca. Myślę, że spokojnie mogę rzec, iż jeżeli chodzi o zobowiązanie, jesteś tak zobowiązany jak tylko się da. I mam na myśli najlepszy możliwy sposób, oczywiście.

Louis wsłuchiwał się w słowa Zayna, ignorując jego rażący sarkazm. Już miał coś powiedzieć, kiedy usłyszał donośne pukanie z salonu, a następnie stłumione głosy, dochodzące zza drzwi frontowych.

- Są tutaj – wyśpiewał Zayn, zwracając swą uwagę na Rosie. - Babcia tutaj jest, Ro! I twoje ciocie!

- Ba? - zagruchała Rosie. - Ciocie?

- Miejmy to za sobą – wymruczał Louis, wymijając Zayna i Rosie w drodze do salonu. - Chcę przebrnąć przez ten poranek z tak małą ilością strat moralnych jak to tylko możliwe.

- To znaczy? - spytał Zayn, wciąż trzymając Rosie i podążając za nim do salonu.

- To znaczy, że chciałbym zachować jak najwięcej szczegółów z dala od nich. I ich spotkanie z Harrym się do tego zalicza – wyjaśnił pokornie Louis. Otworzył drzwi i pozdrowił swoją rodzinę donośnym głosem, którego zazwyczaj nie używał. - Witajcie, Tomlinsonowie!

Natychmiastowo chór dziewczęcych okrzyków zakłócił ciszę w ówcześnie spokojnym mieszkaniu Louisa. Omal się nie przewrócił, gdy mała dziewczynka rzuciła się na niego, objęła mocno w pasie i zanurzyła swoją twarz w jego torsie. Reszta dziewczyn minęła ich i wypełniła pokój, a Zayn i Rosie przyglądali się temu wszystkiemu.

- Jesteś taka duża, Daisy! - wyznał Louis, odsuwając małą dziewczynkę od swojej talii, by dobrze jej się przyjrzeć. Uśmiechnęła się do niego szeroko, ukazując kilka brakujących zębów.

- A co ze mną, Louis? - spytał identyczny głos. Phoebe podeszła do niego na palcach z wysoko uniesioną głową i nosem w powietrzu.

Louis pochylił się i dał bliźniaczkom po całusie w czoło.

- Obydwie urosłyście. Jesteście jak potwory, serio. - Zwrócił uwagę na Lottie i Fizzy, które zebrały się wokół Zayna i atakowały Rosie łaskotkami i deszczem lekkich pocałunków. - Hej! Wy dwie! Jesteście zbyt dorosłe, by przytulić się do swojego brata?

Lottie i Fizzy wymruczały pod nosem krótkie przeprosiny i podeszły z niewinnymi uśmieszkami, przylegając do obu jego stron. Zamknął oczy i uśmiechnął się, wdychając bardzo znajomy zapach młodości, domu i swoich sióstr. Zdecydowanie minęło zbyt wiele czasu, od kiedy ostatni raz je widział.

- Gdzie mama? - spytał, gdy oderwali się od siebie.

- Tutaj. - Jay weszła do środka z wielką torbą podróżną i kilkoma reklamówkami jedzenia w rękach. Twarz miała przyozdobioną ciepłym uśmiechem, pod którym rozpłynęło się serce Louisa i sprawiło, że zatęsknił za domem. - Trochę tu posępnie, nieprawdaż?

Louis wywrócił oczami i złożył na policzku mamy krótki pocałunek.

- Po co to wszystko?

- Nie byłam pewna zawartości twojej spiżarni – odpowiedziała lekko, zostawiając wszystko przy drzwiach. Jej oczy rozszerzyły się na widok Rosie w ramionach Zayna. - O mój Boże, ona jest taka duża! - Praktycznie podbiegła do tej dwójki, przelotnie mamrocząc powitanie dla chłopaka, który dobrowolnie przekazał Rosie jej babci.

- Babcia! - oznajmiła Rosie, składając mokrego całusa na czole Jay.

Louis patrzył, jak Jay i bliźniaczki walczą o czułości Rosie, podczas gdy Lottie i Fizzy ciągnęły Zayna za ręce, prosząc go o opinię na temat ich strojów. Zayn posłał swojemu najlepszemu przyjacielowi przerażone spojrzenie, na co Louis zareagował wzruszeniem ramion. Jego mieszkanie w tym momencie było żywsze niż kiedykolwiek i nagle zapragnął go nie opuszczać. Nawet jeżeli Rosie była zachwycona nowym napływem uwagi kierowanej w jej stronę.

- Kiedy wyjeżdżasz? - zaciekawiła się w końcu Jay, stając w drzwiach kuchennych po delikatnym opuszczeniu Rosie na podłogę, gdzie Phoebe i Daisy mogły porządnie ją połaskotać i pobawić się jej włosami. W tym samym czasie Lottie i Fizzy udało się zaciągnąć Zayna w stronę kanapy i sprawić, by obejrzał z nimi telewizję.

Louis oderwał się od chaosu panującego w salonie i spojrzał na swój telefon.

- Um, w zasadzie to w każdej chwili.

- Tak właściwie to z kim uciekasz?

- Nie uciekam – poprawił Louis. - I to nie jest twój interes.

Mama Tomlinsona wywróciła oczami i zaśmiała się beztrosko.

- Przecież wiesz, że i tak niebawem się dowiem. Zmuszę Zayna do powiedzenia mi wszystkiego jak tylko wyjdziesz.

Zaparło mu dech w piersiach z podstępności jego mamy.

- Nie zrobisz tego! - krzyknął.

- Nie jechałam aż do Londynu w sobotni poranek po nic – powiedziała, wzruszając ramionami.

- A spędzenie czasu z twoją wnuczką nie jest wystarczającą zachętą?

- Och, oczywiście, że jest – rzekła, puszczając mu oczko. - Ale dowiedzenie się w co zaangażowany jest mój syn jest tylko dodatkową korzyścią.

- Nie jestem zaangażowany… - zaczął, kierując w jej stronę oskarżycielski palec, lecz przeszkodziła mu wibracja telefonu, oznajmiająca nową wiadomość tekstową.

Wiadomość od Harry’ego brzmiała prosto: czekam na zewnątrz ;)

- Na mnie już pora – powiedział z roztargnieniem, wkładając telefon do kieszeni i kierując się do sypialni, by zabrać walizkę. - W porządku, staraj się nie zrobić zbytniego bałaganu, dobrze?

- Myślę, że ciebie w tym nie pobiję – zadrwiła Jay.

Louis zmarszczył brwi. Okrążył pokój i podarował szybkie całusy wszystkim, w pośpiechu przez przypadek wliczając w to Zayna. Pocałunek dla Rosie był szczególnie długi, nawet jeżeli nie chciała się ona odrywać od zabawy ze swoimi ciociami.

- Bądź grzeczna – rzekł, bardziej się do niej przybliżając. Wiedział, że musi się wkrótce odsunąć, inaczej nigdy nie opuści mieszkania. - I lepiej, żebym nie wrócił i nie znalazł cię całej w kolczykach i tatuażach.

- Dobrze! - oznajmiła entuzjastycznym głosem i Louis musiał dać jej jednego – albo sześć – ostatnich całusów, zanim uwolnił ją od siebie i pozostawił na weekend z nowymi opiekunkami.

- Daj Zaynowi spokój – wyszeptał Louis do ucha swojej mamy, gdy zaciągnął ją do uścisku. - Nic ci nie powie.

- Zobaczymy – wyznała, klepiąc go czule po policzku. - A teraz idź! I baw się dobrze!

- Dzięki, mamo. - I po ostatecznym spojrzeniu na swoją córkę, bawiącą się z jego siostrami, opuścił mieszkanie.

* * *

Harry był cichy przez pierwszą część ich jazdy samochodem. Louis dobrze wiedział, by nie zadawać żadnych pytań na początku drogi, zwłaszcza, że jego zapytania były bezceremonialnie ignorowane kilka dni temu. Ale zaczynał się niecierpliwić; niepewny i nieprzekonany do miejsca, w które wiózł go Harry. Nawet uśmiech drugiego chłopaka sprawił, że był niepewny, jakby planował coś, na co Louis w życiu by się nie zgodził. Ale zagryzł tylko wargę, słuchając radia i uderzając palcami o kolano, podczas gdy wyglądał przez okno.

- Niecierpliwmy się, co? - spytał Harry, przerywając ciszę.

- Co dokładnie będziemy robić w ten weekend? - wypalił Louis zanim mógł się powstrzymać. Ale Harry tylko uniósł brew, ukazując jeden ze swoich dołeczków w policzku, gdy uśmiechnął się przebiegle.

- Nie byłoby żadnej zabawy, gdybym ci powiedział, prawda?

Louis mruknął pod nosem i ponownie przeniósł uwagę na mijające go krajobrazy. Zdecydowanie byli już poza Londynem, ponieważ wszystko dookoła przyozdabiały rozległe przestrzenie zielonych pól. Poczuł nagłą ulgę; nieczęsto znajdował się poza granicami miasta. Złożył sobie cichą obietnicę, by podróżować z Rosie więcej, jeżeli pozwoli na to czas.

Śmiech Harry’ego wyrwał go z zamyślenia.

- Jesteś taki uroczy, gdy się frustrujesz. Wiedziałeś o tym?

Louis założył ręce na piersi z rozdrażnieniem.

- Mogę przynajmniej wiedzieć gdzie się udajemy?

Harry westchnął, nie spuszczając wzroku z drogi, gdy potrząsnął głową.

- Jesteś taki niecierpliwy, Lou. Ale widząc, że wciąż zostało nam trochę czasu, zanim dotrzemy na miejsce i wolałbym, żebyś był zadowolony przez resztę naszej podróży, mogę ci powiedzieć, dokąd zmierzamy. Jedziemy do mojego domu.

Louis zamrugał.

- Twojego domu?

- Domu moich rodziców – poprawił się.

- Domu twoich… twoich rodziców? Co my tam, do diaska, będziemy robić?

- Nie denerwuj się, ponieważ to nic takiego – rzekł Harry, rozbawiony. - Moja siostra właśnie się wyprowadziła, a mama z ojczymem również wyjechali na weekend. Mamy całe miejsce dla siebie. Dodatkowo, nie zostajemy w głównym budynku. Będziemy w domku wypoczynkowym na tyłach.

- Domku wypoczynkowym?

- Tak, jest w ogródku – wyjaśnił. - Sprowadziłem tutaj chłopaków, kiedy staliśmy się zespołem. To świetne miejsce do przemyśleń, zrelaksowania się i spędzenia czasu z przyjaciółmi. Pasuje ci to?

Louis wywrócił oczami na końcowy sarkazm Harry’ego i lekko uderzył go pięścią w ramię.

- Nie bądź nieuprzejmy.

Harry wyciągnął wolną rękę i klepnął Louisa w nogę. Louis skrzywił się i pstryknął Harry’ego w ucho, zmuszając go do odwetu w postaci uszczypnięcia boku starszego chłopaka. Kontynuowali swoją małą walkę przez chwilę, planując i szybko realizując swoje ataki, zanim druga osoba zdążyła zareagować. Harry miał ten problem, że był rozpraszany przez jazdę samochodem, co umożliwiło Louisowi uderzanie go celniej.

Ale po kilku minutach obydwoje byli bez tchu po głośnym śmianiu się i Louis nie zauważył nawet, kiedy palce Harry’ego wślizgnęły się pomiędzy jego na dźwigni do zmiany biegów.

Rozważył odsunięcie dłoni, ale ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Zamiast tego pozwolił, by znajome ciepło skóry Harry’ego otuliło jego zmysły i wkrótce jego powieki zaczęły robić się ciężkie, zachęcając go do krótkiej drzemki. Nie mógł powstrzymać się przed patrzeniem na drugiego chłopaka, który nucił pod nosem i kiwał głową w rytm muzyki płynącej z radia. Wydawało mu się, że mógł sobie to wyobrazić, kiedy Harry posłał w jego stronę uśmiech i wzmocnił uścisk na jego ręce, ale to było wszystko o czymś śnił, gdy odpłyną do krainy snów.

Dochodziło południe, gdy dotarli do domu Harry’ego i Louis poczuł, jak drugi chłopak lekko szarpie go za rękaw. Niemądrze pomyślał, że niebo musi być bardziej niebieskie, a trawa bardziej zielona w Holmes Chapel i kiedy Harry zaśmiał się z niego, zrozumiał, że wypowiedział tę myśl na głos.

Widok prawdziwego domu, nie mieszkania jak ten jego czy Zayna, był wystarczającym, by Louis zagapił się na moment. Podążał z tyłu, gdy Harry prowadził go za dom, przez żwirowy podjazd, obok basenu i w stronę domku wypoczynkowego, gdzie będą przebywać. Wszystko dookoła było tak niewytłumaczalnie proste, ale zarazem cudowne, jakby Louis mógłby już nigdy nie mieć szansy na odwiedzenie takiego miejsca jak to.

- Tu jest pięknie – powiedział, gdy położyli swoje bagaże w salonie w domku letniskowym.

Harry wzruszył ramionami, rozglądając się dookoła.

- To nic wielkiego, ale to zawsze miła ucieczka od wszystkiego – wyznał, po czym dodał: - Cieszę się, że mogłem cię tutaj zabrać.

Louis wyjrzał przez okno na drzewa i trawę, jakby były jakąś rzadkością. Uwielbiał mieszkać w mieście, jednakże wyobrażał sobie podwórko wystarczająco duże, by Rosie i jej przyjaciele mogli po nim biegać i obiecał sobie, że weźmie ją do parku, jak tylko wróci do domu.

Odwrócił się w stronę Harry’ego, który wydawał się uśmiechać na jego pełną podziwu reakcję.

- Ja też.

* * *

Reszta dnia wydawała się zlewać w jedno i Louis nie mógł powstrzymać się, a wpełznąć w nieprzewidywane szczęście, spowodowane byciem z daleka od domu i, co było już mniej niespodziewane, byciem z Harrym.

Ich pierwszy dzień razem był lepszy niż Louis mógłby sobie wyobrażać. Wypełniony był słońcem, kręconymi włosami, orzeźwiającą trawą, różowymi wargami, niebieskim niebem, różanymi policzkami, świeżym powietrzem i zielonymi oczami – to był Harry, to było szczęście i wszystko, czego Louis potrzebował i chciał, mimo że nie zdawał sobie z tego sprawy.

Zapomniał o prostych radościach w życiu jak bombardowanie lodówki w głównym domu czy bycie wepchniętym do basenu w pełni ubranym. Spędzili niezliczoną ilość czasu w wodzie, chlapiąc się nawzajem, unosząc na wodzie obok siebie i goniąc po dnie basenu, dopóki nie przesiąknęli chlorem i byli wykończeni od ciągłego śmiania się. Całe poranne niezdecydowanie wydawało się odległym wspomnieniem i wszystkim, czym chciał zajmować się Louis, był Harry, jego uśmiech i dźwięk jego śmiechu.

Popołudnie spędzili na spacerowaniu po Holmes Chapel. Harry wydawał się zadowolony ze swojej roli przewodnika, a Louis z przyjemnością podążał za nim wszędzie, gdzie tylko się udał. Każdy krok wydawał się jak wchodzenie w życie kogoś innego albo podróż po świecie, który nie należał do niego. Wiedział, że to tylko tymczasowe i przelotne, jednak trzymał się tego, robiąc temu miejsce w swoim umyśle, gdyby kiedykolwiek chciał wrócić do tych momentów, kiedy byli tylko we dwoje – nikt więcej.

Louis nie potrafił przeoczyć jak ożywiony wydawał się Harry. Nawet jeżeli przypadkowy fan zakłócił ich przechadzkę i poprosił o autograf – coś, co Louis wiedział, że będzie przytrafiało się coraz częściej z upływem czasu – miał wrażenie, że był zbyt chętny do spełnienia tej prośby, za każdym razem uśmiechając się szeroko. Jego kroki zdawały się lekkie jak powietrze, a zdania kończył czymś na kształt śmiechu. To było zaraźliwe i Louis cały przepełniony był tym uczuciem.

Do domku letniskowego wrócili zanim słońce zdążyło zajść i Harry wpadł na pomysł ogniska po kolacji. Louis próbował przypomnieć sobie swoje ostatnie ognisko, ale odbywało się ono zbyt dawno temu, by pomyślnie wrócić do niego wspomnieniami. Kupili pianki, czekoladę oraz przygotowali krakersy i Louis nie mógł powstrzymać uśmiechu, widząc, jak Harry zmaga się z rozpaleniem ognia. To było kojące i dziwnie normalne.

Louis przyniósł dwa krzesła z wewnątrz razem z kocami dla nich obojga. To był raczej ciepły dzień, ale teraz zrobiło się już chłodno. Louis otulił się kocem, po czym usiadł na krześle. Wskazał, by Harry zrobił to samo, ale był bardziej niż zaskoczony, kiedy kędzierzawy chłopak zignorował swoje krzesło i koc, w zamian siadając na kolanach Louisa.

- O, cześć – wyszeptał Louis, lekko się śmiejąc na na uczucie łaskotania, które spowodowały włosy Harry’ego, ocierające się o jego policzek.

- Cześć – odpowiedział Harry, kładąc głowę na ramieniu Louisa. - Wciąż ci zimno?

- Nie, nie bardzo.

- A mi tak – oznajmił Harry i znalazł drogę, by wpełznąć pod ten sam koc, co Louis.

- Cieszę się, że mój koc i ja możemy ci pomóc – rzekł pełen radości.

Harry zamruczał zadowolony i zadomowił się na kolanach Louisa. Troszkę się kręcił i Louis poczuł, jak jego spodnie robią się ciaśniejsze pod wpływem ruchów chłopaka. Ale Harry zdawał się tego nie zauważyć, kiedy wziął ręce Louisa i owinął je sobie dookoła talii, wreszcie usadowiając się w wygodnej pozycji.

- Znacznie lepiej – mruknął Harry, zatapiając nos w szyi Louisa.

Louis głęboko przełknął ślinę. Od czasu, kiedy wspólnie zasnęli w łóżku, to pierwszy moment, kiedy ponownie są ze sobą tak blisko. Mimo że doskonale zdawał sobie sprawę z ich licznych kontaktów w ciągu dnia – wygłupy, trzymanie się za ręce w samochodzie, zabawy w basenie, stopy ocierające się o siebie pod stołem w czasie obiadu – to wydawało się niebywale intymne. Ale im więcej o tym myślał, zdał sobie sprawę, że nie ma nic przeciwko. Ułożył podbródek na głowie Harry’ego, wdychając nikł zapach chloru i palących się patyków na ognisku.

- Mógłbym zasnąć w takiej pozycji – oznajmił Harry po kilku minutach wpatrywania się w pomarańczowe języki ognia.

- Wciąż mamy trochę do zjedzenia – ostrożnie przypomniał mu Louis.

- Hmm. - Odwrócił głowę, przez co jego nos delikatnie gilgotał szczękę Louisa, przyprawiając go o dreszcze, biegnące wzdłuż kręgosłupa. - Nie mam na to ochoty.

Louis spróbował się zaśmiać, ale wyszedł z tego dziwny dźwięk.

- Zatem… Na co masz ochotę?

Zamiast odpowiedzieć, Harry pozwolił sobie zbadać przestrzeń pod linią szczęki Louisa. Coś, co zaczęło się jak lekkie łaskotanie, szybko przerodziło się w coś bardziej intensywnego, gdy Harry otulał gorącym oddechem szyję Louisa. Louis zadrżał na tę sensację, wiercąc się pod ciężarem drugiego chłopaka. I kiedy jego oddech został zastąpiony delikatnymi nadgryzieniami i pocałunkami, Louis mógłby przysiąc, że dawno nie zareagował na nic tak burzliwie.

- Haz – wymruczał, odurzony. - Harry…

- Hm? - Harry zanucił w szyję Louisa. - Tak dobrze?

- Harry… ale, tu jest ognisko, Harry…

- Pieprzyć ognisko.

Harry uniósł się i delikatnie, a zarazem ostrożnie, złączył swoje wargi z Louisa. Obydwoje wydawali się pamiętać kontekst ich ostatniego pocałunku – pijackiego, nieproszonego i pełnego złości – ale ten zdecydowanie taki nie był. Louis był zaskoczony jak łatwo było oddać się tej przyjemności, jakby było to coś, co robił przez całe swoje życie i coś, co mógłby robić do jego końca. Nie chcieli jeszcze przekraczać granic; zamiast tego poświecili czas na ponowne zjednoczeni się, zaznajomienie się ze swoim smakiem i dotykiem.

Louis wyjął rękę spod koca i niewinne ułożył ją na ciepłym policzku Harry’ego. Wszystko było gorące i nie byli w stanie powiedzieć, w ilu procentach była to zasługa ogniska. Ręka Harry’ego dołączyła do tej Louisa, a jego palce swobodnie wsunęły się pomiędzy jego, jakby tam było ich miejsce.

Trwali w tej pozycji niezliczoną ilość czasu, przytuleni do siebie i całując się tak, jakby nigdy wcześniej tego nie robili. Zanim Louis wiedział, co się dziele, Harry odrzucił koc na bok i pociągnął go w stronę domku letniskowego. Pozwolił na to, śledząc go do wnętrza, gdzie opadli na kanapę ze splątanymi kończynami, obdarowując się namiętnymi pocałunkami.

Louis nawet nie podskoczył, kiedy jedna z dłoni Harry’ego zabłądziła pod jego koszulkę i przesuwała się po powierzchni zaczerwienionej skóry. Przygotował się do nieuchronnego momentu, w którym paznokcie wbiją się w niego, zostawiając za sobą różowe, półksiężycowe ślady. Ale tak się nie stało. Coś sprawiło, że ruchy Harry’ego były zaskakująco łagodne; nawet teraz jego dłoń tylko cnotliwie wędrowała po konturach piersi Louisa.

- Lou… - zamruczał Harry po oderwaniu swoich warg od jego, by utworzyć ścieżkę pełną całusów na szyi Louisa. - Tęskniłem za tobą.

Louis miał problem z odnalezieniem odpowiednich słów poprzez upojenie tym, co robił mu Harry i co zamierzał z nim zrobić.

- Ciągle to mówisz – wyszeptał, mrugając powiekami, kiedy Harry odrobinę uniósł rąbek koszulki Louisa i przeniósł swoją uwagę na odkryty brzuch. - Przecież jestem tutaj.

Harry wydał z siebie taki dźwięk, jakby miał zamiar coś powiedzieć, ale Louis był szybszy. Starszy chłopak wyślizgnął się spod Harry’ego i obrócił ich tak, że teraz niebieskie oczy spoglądały w dół na zielone. Przyglądały mu się uważnie i Louis poczuł się tak niesamowicie, jakby mógł zrobić dla niego wszystko w tym momencie.

- Co robisz? - wydyszał Harry, podczas gdy Louis rozpiął mu spodnie i ściągnął je jednym, szybkim ruchem.

- Pozwól mi – oznajmił Louis naprzeciw miejsca na jego udzie, masując obszar dookoła niego.

Skupił uwagę na długości Harry’ego i składaniu delikatnych pocałunków blisko czubka, sprawiając, że urywany oddech uwolnił się z warg drugiego chłopaka. Ten dźwięk był dla niego jak elektryczność, paliwo do napędzania i kontynuowania tego, co zaczął.

Zduszony odgłos wyrwał się z Harry’ego, gdy Louis wziął go do ust. Nie miał nic przeciwko, gdy biodra Harry’ego wypinały się w górę, ani nie przejmował się, kiedy długie palce ciągnęły go za włosy. Sam fakt, że mógł być przy Harrym, fakt, że mógł mu to robić… Nie mógł ubrać w słowa wszystkiego, co czuł dzisiaj i miał nadzieję, że ta pieszczota na razie wystarczy.

Wkrótce Louis poczuł, jak ciało Harry’ego napina się pod nim i wiedział, że jest blisko. Podczas gdy dolna warga Harry’ego zrobiła się biała od ciągłego przygryzania, reszta jego twarzy przybrała odcień dorodnej czerwieni, a oczy były mocno zaciśnięte, gdy zbliżał się do spełnienia. Kiedy w końcu doszedł, zrobił to z głębokim, prawie gardłowym rykiem, a Louis przełknął wszystko z każdym drżeniem jego ciała.

Louis odsunął się powoli, wspinając ostrożnie w górę, by ucałować Harry’ego w policzek i ułożyć obok niego. Było raczej ciasno na tej kanapie, ale żaden z nich się tym nie przejmował.

Kiedy kilka minut później wróciła kontrola Harry’ego nad jego myślami, wysapał:

- A ty?

Louis zerknął na niego, ich spojrzenia się spotkały, a usta dzielił tylko cienki margines przestrzeni.

- Też za tobą tęskniłem.

Harry nic nie odpowiedział, ale Louis mógł zauważyć rozmyślenie i zadumę, błądzące po jego umyśle. Jego usta drgnęły, jakby był na skraju wypowiedzenia czegoś nieodwracalnego. Niemal słyszał bicie serca drugiego chłopaka poprzez ciszę, która nastąpiła i przez cały ten czas, wszystko, co robili, to przyglądali się sobie tak, jakby była to jedyna rzecz, którą chcieliby zrobić ponownie.

Minęło kilka minut, zanim Harry w końcu zbliżył się do Louisa, przesuwając dłoń na jego klatkę piersiową, tuż nad sercem. Jego zielone oczy zamigotały na chwilę, po czym zastygły w czymś, co Louis rozpoznawał, ale nie widział od dłuższego czasu. Zaparło mu dech w piersi.

- Lou?

- Haz?

- Koch…

Louis przysunął się do przodu, zmniejszając dzielącą ich odległość i złączył usta Harry’ego ze swoimi, całując go z niebywałą dzikością, zanim słowa mogły wydostać się na zewnątrz.

* * *

Tłumaczenie w pełni należy do mnie. Zabrania się kopiowania lub przypisywania sobie mojej pracy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz