niedziela, 9 marca 2014

*Wtorkowe Popołudnie

Czasami Louis zastanawiał się po co w ogóle zawraca sobie głowę szkołą. Gdyby uczył się w domu, mógłby spędzać więcej czasu ćwicząc, zamiast marnować ośmiu godzin, siedząc w klasie i ledwie uważając na to co mówi nauczyciel. Poza tym i tak nie był jakoś szczególnie dobry w niczym co nie wiązało się z lodem. Jasne, jego stopnie były przyzwoite… Prawdopodobnie nawet wystarczające, żeby mógł dostać się na uniwersytet… Ale nie miał pojęcia, co właściwie miałby tam robić. Wszystkim czego kiedykolwiek chciał, było łyżwiarstwo. Koniec.

Z radością spędził by cały czas jeżdżąc na łyżwach, gdyby mógł. Na lodzie czuł się… Inaczej. Nic go nie ograniczało i nie czuł się więcej uziemiony w swoim niezdarnym ciele. Minęło wiele lat odkąd zaczął jeździć, ale nadal czuł się tak jak kiedy zaczynał. Wolny, spokojny i co najważniejsze, w domu. Ludzie, którzy nie jeździli na łyżwach, nie rozumieli tego. Nie rozumieli tego uczucia wolności, które dawało mu łyżwiarstwo. Powiew zimnego wiatru na twarzy, delikatne ruchy łyżew na lodzie i adrenalina, która pojawiała się w jego żyłach, kiedy przyspieszał. To były rzeczy dla których żył.

Łyżwiarstwo było całym jego życiem. Może brzmiało to głupio, biorąc pod uwagę jak młody był i ile miał jeszcze do przeżycia, ale Louis wiedział, że będzie jeździł już zawsze, niezależnie od wszystkiego.

Ale pomimo tego, że łyżwiarstwo było jedną z najważniejszych rzeczy w jego życiu, nie mógł jeździć w każdej chwili, każdego dnia – tak jak chciał. Jego matka by mu nie pozwoliła. Kiedy tylko zaczął temat nauczania w domu, Jay od razu go odrzuciła, nie chcąc by jej syn był wyrwany z normalnego życia (Co było normalne? Życie bez łyżwiarstwa? Jeśli tak, to Louisa nie obchodziło czy był nienormalny). Jednak jego matka znalazła idealne rozwiązanie. Zapisała go do Akademii Szmaragdowych Wzgórz, prawdopodobnie najlepszej szkoły w Anglii, jeśli na równi stawiało się edukację i sport. Tomlinson nie mógł narzekać. W końcu w kampusie były dwa lodowiska na których mógł ćwiczyć praktycznie o każdej porze (nie można oczywiście było zostawać po godzinach, jak robił to Louis, ale, hej! YOLO*). Mimo to nadal nie mógł wykrzesać radości, kiedy szedł na lekcje.

Właściwie, Louis mógł stwierdzić, że większość dni szkolnych, mogła zostać podsumowana jednym słowem. Przeciętne. Tak samo było dziś. Po lekcji angielskiego i tym małym… Wypadku, reszta godzin spędzonych w szkole zlała się w mieszaninę kolorów, dźwięków i ćwiczeń umysłowych. Dzięki Bogu nie musiał więcej oglądać Harry’ego. Lou był pewien, że spędzenie z nim jednej godziny, było dla niego więcej niż by chciał.

W końcu zadzwonił ostatni dzwonek, ogłaszając wolność, która miała trwać do następnego okropnego poranka. Louis i Zayn opuścili klasę historii i ruszyli w stronę lodowiska. Zwykle szli razem, nawet jeśli spacer był krótki, a ich rozmowa nie miała zbytniej głębi. To był jeden z nielicznych momentów w ciągu dnia, kiedy mogli po prostu spędzić ze sobą czas, nie siedząc w ławce czy pracując nad swoim hobby.

-Nie rozumiem po co Henrykowi VIII były te wszystkie żony – odezwał się Zayn marszcząc brwi (Widzicie? Żadnej głębi) – Jasne, na pewno często się pieprzył, ale czy naprawdę musiał się z nimi wszystkimi ożenić?

-Żeby zdobyć dziedzica, owszem musiał – Louis poprawił pasek swojej torby na ramieniu.

Słuchał Zayna tylko jednym uchem, ale w ich spacerach chodziło raczej o obecność tego drugiego. Jego umysł zajęty był studiowaniem wszystkich umiejętności wymaganych do egzaminu, mimo że znał je już wszystkie na pamięć. Mimo to wiedział, że nie będzie miał szansy ich przećwiczyć aż do późnego wieczora. Treningi po zajęciach były tylko dla łyżwiarzy biorących udział w zawodach i mogli ćwiczyć tylko to z czym startowali.

-Pewnie masz rację. Może gdyby był ostrożniejszy nie zapłodnił by ich wszystkich. Właśnie dlatego faceci są lepsi. Żadnych niespodziewanych ciąży

-Czy mam rozumieć, że oficjalnie skończyłeś z…? – zaczął Louis, zerkając na niego.

-Oczywiście, że nie! – przerwał mu Zayn, patrząc na niego, jakby powiedział coś przerażającego – Wiesz, że ja…

-Nie wierzę w ogłaszanie mojej seksualności światu, albo ograniczanie się do jednej płci – dokończył Louis, naśladując obronny ton, którego zawsze używał Malik, kiedy zaczynali rozmawiać na temat jego orientacji.

-Ja tak nie mówię! – mulat uderzył go w ramię.

-Cokolwiek powiesz, Zayney

Sprzeczali się tak jeszcze przez chwilkę, zanim Zayn ponownie podjął temat żon Henryka VIII, oznajmiając, że nie powinien zabijać Anne Boelyn, bo to tylko jego plemniki ponosiły winę za to, że żona króla nie urodziła chłopca. Louis próbował się skupić, ale nie ważne jak bardzo się starał, w jego głowie ciągle pojawiał się obraz jego, zawalającego swojego potrójnego aksla. Co sprawiało mu tylko problemów? Przecież do tej pory zawsze był perfekcyjny. Następne zdanie wypowiedziane przez przyjaciela, natychmiast wyrwało go z tych ponurych rozmyślań.

-Więc, co zaszło dziś między tobą, a Stylesem?

-Co masz na myśli? – szatyn spojrzał na wyższego chłopaka zaalarmowany.

-Plotki głoszą, że pokazałeś mu co nieco – Zayn sugestywnie poruszył brwiami – Czyżbyśmy zmieniali opinię o kapitanie hokeistów?

-Wiedziałem, że ludzie będą przesadzać – Louis nie wiedział czy się zaśmiać, czy westchnąć i w końcu wydał z siebie dziwny burkliwy odgłos, mając nadzieję, że Malik nie usłyszał jego słów.

Chłopak uniósł brwi – Więc to się zdarzyło? I mi nie powiedziałeś? – Jego przyjaciel kretyn wyglądał na załamanego tą wiadomością. Ułożył dłoń na klatce piersiowej w miejscu, gdzie znajdowało się serce – Lou, jestem załamany.

-Nic się nie zdarzyło! – zaoponował Louis – On po prostu jak zwykle zachowywał się jak dupek…

-Więc zdecydowałeś się dać mu lekcję, rozbierając się? Naprawdę zastanawiam się skąd te plotki o byciu gejem – mruknął sarkastycznie.

-Ja się nie rozebrałem – w końcu bycie bez koszulki się nie liczyło – Ja tylko zdjąłem sweter i założyłem go z powrotem, ale tym razem dobrze.

-Na środku korytarza – dodał mulat – To musiało wyglądać jakbyś po prostu urządził mu striptiz.

Louis wrócił myślami do wyrazu twarzy Harry’ego. Rumieńce na policzkach i zaskoczenie w zielonych oczach. To naprawdę tak wyglądało.

-Jasne – warknął sarkastycznie – Bo nie mam nic innego do roboty tylko wzdychać do Harry’ego Stylesa.

-Właśnie – przerwał mu Malik, zerkając na zegarek – Chyba powinieneś się pospieszyć. Za dziesięć minut zaczyna się trening.

-CO? – ramiona Louisa opadły – Muszę lecieć!

Puścił się biegiem zostawiając przyjaciela w korytarzu, pędząc w kierunku lodowiska i modląc się, by nie potknąć się o swoje stopy. Zayn miał rację. Naprawdę potrzebował zegarka, chyba że chciał zaczynać treningi bez ćwiczeń rozciągających i rozgrzewających. Musiał się naprawdę spiąć.

Dziedziniec był prawie pusty. Większość ludzi siedziała w swoich sypialniach albo byli na zajęciach dodatkowych na które się zapisali, więc Tomlinson z łatwością przebiegł przez dziedziniec. Byłby pogrążony, gdyby musiał ćwiczyć bez rozgrzania się.

W pośpiechu niemal wpadł na automatyczne drzwi, bo nie mógł zwolnić, żeby poczekać aż drzwi się otworzą. Kiedy w końcu uchyliły się wystarczająco, zaczął przepychać się przez zatłoczony korytarz skręcając w lewo, w stronę Lodowiska Olimpijskiego, z którego najczęściej korzystali łyżwiarze figurowi. Szybko zerknął w stronę zegara zawieszonego na środku korytarza. Miał siedem minut. Idealnie.

-Louis!

Chłopak nie odwrócił się. Był zbyt zajęty i zbyt skupiony. Musiał się dostać na trening. Poza tym nawet nie poznał głosu, który go wołał. Zgadywał, że to był jeden z jego „fanów”: młodszych łyżwiarzy, którzy uważali go za idola, bo zdołał zdobyć dla Szmaragdowych Wzgórz więcej medali, niż którykolwiek z jego poprzedników.

-Louis, zaczekaj!

-Nie teraz! – zawołał szatyn przez ramię, nadal nie spoglądając na osobę, która go wołała.

Zacisnął dłoń na srebrnej klamce drzwi prowadzących na lodowisko i wbiegł do środka od razu zmierzając do szatni. Większość drużyny już tam była, rozciągając się i unosząc brwi, widząc Louisa w pośpiechu przebiegającego obok nich.

Wbiegł do szatni i praktycznie zerwał sweter z siebie, przebierając się tak szybko jak tylko mógł. Upewnił się, że jego spodnie, podkoszulka i kurtka były założone na dobrą stronę po czym opadł na ławkę i pospiesznie zaczął zakładać łyżwy. Louis przeklinał się w duchu, że pozwolił Zaynowi go zagadać i nie zwracał uwagi na czas. Pierwszą rzeczą, którą zrobi po treningu, będzie pójście do szkolnego sklepu i kupienie sobie nowego zegarka. Chłopak, szybko zawiązał łyżwy. Wtedy ponownie usłyszał tajemniczy głos.

-Louis, naprawdę muszę z tobą porozmawiać.

Louis podskoczył lekko, ale nie podniósł wzroku.

-Posłuchaj – mruknął – Naprawdę chciałbym pogadać, ale mam trening za jakieś dziesięć sekund, więc jeśli to może zaczekać… - podniósł wzrok i nagle wszystko co miał zamiar powiedzieć wyparowało z jego głowy.

Harry Styles stał w szatni.

Louis był oszołomiony. Jego dłonie zamarły, a on podskoczył prostując się. Otworzył usta gotów powiedzieć coś w stylu „Co ty tu do cholery robisz?”.

-Znasz moje imię – Był gotów kopnąć sam siebie, kiedy te słowa opuściły jego usta. Nigdy jeszcze się tak nie wygłupił.

-Słucham?

Louis odkaszlnął cicho – Moje imię – Jego głos brzmiał zabawnie. Czemu? – Po prostu doszedłem do wniosku, że myślisz, że brzmi ono „Tancerzyk”.

-Tak… Właśnie o tym chciałem z tobą pogadać – mruknął zmieszany, przeczesując swoje loki palcami.

-Nie mam czasu – uciął Louis chłodno – Mam trening.

-O-och… Oczywiście – wyjąkał Harry.

Louis oparł się chęci uniesienia brwi w zaskoczeniu. To było dla niego nowe. Harry denerwujący się czymkolwiek? W końcu to był Harry Styles, kapitan drużyny hokejowej Akademii Szmaragdowych Wzgórz, złoty chłopiec. Czemu on się denerwował.

-Ja właściwie też… Może potem?

Louis zdusił śmiech, i minął chłopaka, zakładając rękawiczki.

-Jeśli chce ci się czekać do osiemnastej, to czemu nie. Jeśli nie to… - wzruszył ramionami.

Nie mówiąc nic więcej, Louis opuścił szatnię, czując jak jego serce bije w nienaturalnie szybkim tempie. O czym do cholery Harry Styles chciał z nim pogadać? Oczekiwał przeprosin za to co się stało? Bo jeśli tak, to mógł się odpieprzyć. Nie było mowy, żeby Louis przepraszał za coś co sprawiło, że poczuł się tak dobrze.

Prawdopodobnie to nie było to czego chciał Styles. Po co miał by się przejmować Louisem? W końcu nie rozmawiali ze sobą, a wrogie spojrzenia, które posyłał mu Louis, zdawały się mówić wystarczająco. Pewnie chciał po prostu zrobić jakąś głupią uwagę na temat tej całej sytuacji. Dupek.

-Hej Lou – nagle zielonooki chłopak wyparował z jego umysło. Eleanor podeszła do niego, uśmiechając się i natychmiast poprawiając nastrój Louisa.

Jakoś dziewczyna sprawiała, że ubrania do jazdy na łyżwach wyglądały uroczo. Louis nachylił się i szybko cmoknął ją w usta.

-Hej – uśmiechnął się, kiedy odsunął się od niej – Co u ciebie?

-Chciałabym, żebyśmy mieli więcej czasu przed treningami – uśmiechnęła się szeroko i Louis poczuł szarpanie w dolnych częściach brzucha. Minął prawie tydzień odkąd ostatnio uprawiali seks i tęsknił za tym. Cholernie.

-Może później, jeśli będziesz miała szczęście – puścił oko, po czym razem podeszli do barierki.

Na jego szczęście ich trenerka spóźniała się, dając Louisowi kilka minut na rozciągnięcie się. Oparł nogę na barierce i nachylił się do niej, dopóki nie poczuł jak jego spięte mięśnie się rozciągają.

-Czemu Harry Styles, wychodzi z naszych szatni? – chciała wiedzieć Eleanor. Jej ton był zaborczy.

Calder podobnie jak inni łyżwiarze figurowi nie lubiła, kiedy hokeiści wchodzili na ich lodowisko, ale nienawidziła, kiedy widziała ich w szatniach. To oczywiście było hipokryzją, biorąc pod uwagę, że oni cały czas używali szatni na wschodnim lodowisku, ale nikt nie lubił o tym mówić.

-Najwyraźniej chciał ze mną pogadać – wzruszył ramionami Louis, jakby to nie było nic ważnego.

Wszyscy wiedzieli, że kiedy Harry Styles chciał z tobą rozmawiać, to było coś wielkiego. Przynajmniej dla innych.

Oczy jego dziewczyny rozszerzyły się znacznie.

-Czy ty mówisz poważnie? O czym? – równie dobrze jak inni, wiedziała o niechęci którą żywili do siebie nawzajem.

-Nie mam pojęcia.

-Czy to ma coś wspólnego z tym, że zdjąłeś swoją koszulkę na środku korytarza?

-Ty też? – jęknął Louis, unosząc wzrok.

Jego dziewczyna – kochał to, że mógł ją tak nazywać – wyglądała jakby chciała odpowiedzieć, ale przeszkodził jej w tym donośny głos, dając im do zrozumienia, że ich trener się pojawił.

-To, że się spóźniłem nie znaczy, że macie po prostu stać i robić jakieś kółko zapoznawcze. Na lód!

Łyżwiarze podskoczyli zaskoczeni, zamarli na moment, a potem zaczęli przepychać się w kierunku lodowiska, jakby walczyli o życie. Louis jako jeden ze stojących bliżej wejścia, uniknął zostania zmiażdżonym, ciągnąc Eleanor ze sobą.

Gdyby ktoś oglądał trening z trybun, zobaczyłby gromadę łyżwiarzy, poruszających się w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Ich ruchy zlewały się, a po chwili grupa nastolatków zdawała się być niemal jak jeden łyżwiarz, który z łatwością poruszał się po gładkiej tafli.

Po kilku okrążeniach, łyżwiarze zwolnili i w końcu zatrzymali się jeden za drugim na wąskiej czerwonej linii. Ich trener z łatwością wsunął się na lód, a poruszał się z taką gracją, że każdy by uznał, że był urodzony do bycia łyżwiarzem figurowym.

Simon Cowell był jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym trenerem w kraju. Był ostry, niegrzeczny i głośny, ale z grupy zwykłych łyżwiarzy zrobił z nich artystów. Trener Cowell zatrzymał się przed grupą, przesuwając po nich wzrokiem. To był niemal rytuał, powtarzany na początku każdego treningu. Trener ustawiał ich w linii, mierząc ich wzrokiem po czym zaczął wywoływać ich jedno po drugim (zaczynając od tego, który jego zdaniem na ostatnim treningu poradził sobie najgorzej) każąc im zrobić podskok, obrót, albo cokolwiek co wybrał by ich torturować.

-Marie – zawołał trener.

Niska, dziewczynka przypominająca mysz, wysunęła się przed szereg, czerwieniąc się lekko.

-Wczoraj wszystkie twoje lutzy wyglądały poczwarnie – oznajmił sztywno.

Louis skrzywił się, zerkając na dziewczynę z sympatią.

-Podwójny lutz – dorzucił trener.

Młodsza dziewczyna wzięła drżący wdech i przygotowała się do wykonania figury. Przez jej nerwy wyszło to nieco chwiejnie, jednak i tak oderwała się od lodu z gracją, zbierając pochwały od grupy.

Trener Cowell, nie krzyczał i to była zazwyczaj jedyna pochwała dla kogoś, kto wykonał ćwiczenie dobrze. Kontynuował wywoływanie nazwisk, aż Louis został na linii jako jedyny. Całą siłą woli, powstrzymywał się od szerokiego uśmiechu, który cisnął mu się na usta. Dobrze było wiedzieć, że jego dodatkowe treningi się opłacały.

-Lay back spin – rzucił trener, zerkając na Louisa.

Chłopak zrelaksował się, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że bał się. Bał się, że trener poprosi go o wykonanie potrójnego aksla. Nie mógł sprawić, że Simon pomyśli o nim jak o słabym ogniwie, zwłaszcza, że ich pierwsze zawody w tym semestrze miały się odbyć w przyszłym tygodniu.

Po tym trening minął bez większych problemów. Louis mimo wszystko pozostał zrelaksowany. Nie chodziło jedynie o zawalenie potrójnego aksla, ale jeśli miał być szczery, nie mógł wyrzucić z głowy Harry’ego Stylesa. Nie ważne jak bardzo się starał, obraz chłopaka z lokami, zielonymi oczami i dołeczkami w policzkach cały czas pojawiał się w jego głowie. Louis powiedział sobie, że to dlatego, że zastanawiał się co też Harry chciał mu powiedzieć i przestał o tym myśleć.

Kiedy trening dobiegł końca, trener pozwolił im odejść, żegnając ich tylko krótkim „Jutro o piętnastej” mimo tego, że każdego dnia ćwiczyli o tej samej godzinie i nie musiał im o tym przypominać. Kiedy szatyn zeskoczył z lodowiska był wyczerpany. Niespiesznie ruszył w kierunku szatni. Harry nie czekał na niego po treningu, ale Louis tego nie oczekiwał. Nie mówił nawet na poważnie, kiedy rzucił ten pomysł, więc wątpił, żeby drugi chłopak w ogóle o tym myślał.

Kiedy przebrał się w swoje ubrania, opuścił szatnię i lodowisko z torbą jak zwykle przewieszoną przez ramię. Wtedy usłyszał jak ktoś go woła.

-Louis! – zawołał Harry wstając z miejsca w którym siedział i podbiegając do niego.

Louis wytrzeszczył na niego oczy, mierząc go wzrokiem. Wyglądał… Inaczej… Tylko o tym Louis był w stanie pomyśleć. Nie miał na sobie opuszczonych nisko dżinsów, żadnego ściśle przylegającego do ciała swetra czy kurtki drużyny, a na jego twarzy nie było śladu uśmieszku za który Louis często chciał mu przyłożyć. Ubrany był w zwykłe szare dresowe spodnie i białą koszulkę w serek. Jego loki były upchnięte pod szarym beanie. Jednak największą zmianą był wyraz jego twarzy. Wyglądał na otwartego, a w jego oczach błyskały iskierki, powodując, że wyglądał niemal jakby… Dało się go lubić.

-Zostałeś – powiedział Louis, unosząc brwi. Słyszał zaskoczenie we własnym głosie.

-Nie dałeś mi wyboru, czyż nie? – Harry uniósł lekko kącik ust, a oczy Louisa uchwyciły ruch.

-Racja – jego głos brzmiał sztywno i formalnie. Nigdy nie mówił tak do ludzi.

Zazwyczaj był wesoły, pełny energii, zawsze uśmiechnięty czy żartujący, ale w Harrym było coś co wyciągało z niego to co najgorsze.

-Chciałeś ze mną pogadać?

Harry westchnął i przeczesał loki palcami, powodując, że Louis automatycznie przypomniał sobie wcześniejszą sytuację.

-Ja chciałem… Przeprosić za to jak zachowywałem się wcześniej. Byłem dupkiem.

Louis aż otworzył usta ze zdziwienia. Co do cholery? To o to chodziło? Harry przepraszał go, nie groził mu, że zrobi z jego życia piekło i nie nabijał się z jego sportu? Szczerze mówiąc to była ostatnia rzecz której Louis by się spodziewał. Stał tam jak słup soli, czekając aż Harry wybuchnie śmiechem i powie, że żartował, albo co gorsza obudzi się i okaże się, że to tylko sen.

Harry przełknął ciężko i czekał uważnie obserwując Louisa.

-Ja… Uh… - Louis próbował coś powiedzieć, jednak nie mógł wymyślić nic sensownego – W porządku. Nie ma sprawy.

-Świetnie – Harry’emu wyraźnie ulżyło, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech – W takim razie do zobaczenia.

-Jasne – Niestety. Louis odwrócił się i odszedł, kręcąc głową zdziwiony.

To nie miało sensu. Znał Harry’ego od lat i chłopak ani razu nie przeprosił za nic co zrobił… Więc czemu teraz to zrobił? Co mogło zmienić hokeistę tak, że zaczął przejmować się szatynem? Tak myśląc Tomlinson opuścił halę i ruszył w kierunku sklepu, powtarzając sobie, że przeprosiny Stylesa nic nie znaczyły.



Louis otworzył drzwi i praktycznie wpadł do swojej sypialni, ledwie radząc sobie z zamknięciem za sobą drzwi. Odrzucił torbę z łyżwami i padł na dywan, zwijając się na nim w kulkę.

-Ciężki trening?

Louis uniósł głowę. Zayn stał przed sztalugą ustawioną przy jedynym oknie w pokoju, które teraz było otwarte na oścież. Chłopak w jednej dłoni trzymał pędzel, a w drugiej jointa, gapiąc się na swojego współlokatora z uniesionymi brwiami.

-Już jesteś na haju? – spytał z niedowierzaniem starszy chłopak, ignorując pytanie przyjaciela. Oczywiście, że trening był ciężki. Jak zawsze. To była droga do zostania zwycięzcą.

Zayn wzruszył ramionami i wywrócił oczami, które jak teraz zauważył Louis, były czerwone i szkliste.

-Południe już minęło – oznajmił Zayn.



Teraz to Louis wywrócił oczami. Zasada „po południa” miała być żartem. Louis ustanowił ją, kiedy Zayn obudził go o szóstej rano kompletnie naćpany. Mimo to chłopak z Bradford wziął to na poważnie i zaczynał palić dopiero kiedy wrócił z zajęć. Louisa naprawdę nie powinien zaskakiwać stan Zayna. Spacer do sklepu zajął mu jakiś czas i teraz na zegarze wybiła dziewiętnasta.

Zayn był artystą. Był prawdziwym artystą, malującym arcydzieła artystą. Zaczęło się od komiksów, kiedy był młodszy i po jakimś czasie to przekształciło się w rysunki, aż w końcu zaczął wyrażać miłość malując. Palić zaczął kiedy w wieku czternastu lat odwiedził jedną z lokalnych galerii by spytać o rady malarza. Jak to mulat wyjaśnił Louisowi, nie palił dla rozrywki, tylko wtedy kiedy był czymś zainspirowany i chciał to uwiecznić. Kiedy coś takiego się działo brunet w jakiś tajemniczy sposób zawsze zdobywał dawkę nielegalnej substancji, by, jak on to ujął, uwydatniała jego kreatywność.

Ich pokój wydawał się być ciaśniejszy, chociaż zawsze był mały, nawet kiedy oba łóżka ustawili przy przeciwnych ścianach. Zayn zatrzymywał wszystkie swoje prace (naprawdę), aż w końcu było ich za dużo i musiał odesłać je do domu. Raz powiedział Louisowi, że u siebie miał cały pokój, który był pełen jego dzieł.

Ale nawet jeśli pokój był mały, zagracony i zawsze czuć było słodką woń marihuany, to szatyn czuł się w nim jak w domu.

Podźwignął się z podłogi i doczłapał do łóżka, padając na nie i wtulając się w ciepłą kołdrę. Kiedy jego powieki opadły, w jego umyśle nagle pojawił się Harry Styles. Nie ten zbyt pewny siebie idiota, który doprowadzał Louisa do szału, ale ten niewinnie wyglądający chłopiec, który najwyraźniej zaczął czuć się winny za te wszystkie lata, kiedy był dupkiem. Tomlinson natychmiast otworzył oczy, nie pozwalając sobie myśleć o tym dłużej. Zamiast tego wyobraził sobie Eleanor. Jej długie, brązowe włosy i miękkie, różowe usta. Eleanor.

-Wszystko w porządku Lou? – spytał Zayn zerkając na niego ze swojego miejsca – Chyba trochę odleciałeś…

-Mów za siebie - mruknął Louis, zerkając na przyjaciela.

-Ledwie jestem na haju – prychnął – Co z tobą?

Louis westchnął, ale zdecydował, że nie ma powodu, żeby nie mówić o tym Zaynowi. Słowa zaczęły opuszczać jego usta, tworząc całą historię od sytuacji po angielskim, przez sytuację w szatni, aż do dziwnej rozmowy po treningu. Zayn wysłuchał wszystkiego, zanim się odezwał.

-To jest cholernie dziwne, stary – oznajmił, wyglądając na zaskoczonego – Co do diabła wstąpiło w tego Stylesa?

Też się zastanawiam, Louis wzruszył ramionami.

-Może nakłonił go do tego Liam, czy coś. Payne jest jedynym hokeistą, który nie jest kretynem.

-No i jest gorący – dorzucił Zayn, a na jego twarzy pojawiło się rozmarzenie.

-Och nie – mruknął Louis z wielkimi oczami – Nie możesz lubić hokeisty.

-Kto mówił cokolwiek o lubieniu go? Ja tylko mówię o tym, że jest niezły. Nie przeszkadzało by mi, gdybym mógł go…

-Fuj! – jęknął Louis, chowając głowę pod poduszką, by nie słyszeć słów Zayna – Nie chcę teraz tego słuchać… Ani nigdy.

Zayn zaśmiał się, ale potem umilkł, zostawiając Louisa z jego myślami. Zwykle szatyn wykorzystywał czas pomiędzy treningami po zajęciach, a treningami po godzinach, żeby odrobić pracę domową, albo jeśli miał szczęście – pospać, jednak dziś ze wszystkimi pytaniami nie dającymi mu spokoju, miałby szczęście, gdyby mógł zrobić cokolwiek.

*YOLO (eng. You Only Live Once)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz