czwartek, 2 stycznia 2014

496

Harry krzyczał na Louisa w frustracji i bólu; nigdy wcześniej nie krzyczał na niego tak, jak teraz. Jednak najgorszą rzeczą w tym wszystkim było to, że Louis na to nie zasłużył. Nie aż tak bardzo. Louis wpatrywał się w Harry’ego z przerażoną miną, a Harry po prostu odmówił jakiejkolwiek rozmowy z nim. Wszystko, co Louis chciał to zacząć normalną konwersację ze swoim chłopakiem (może pocałunek, albo dwa?), ale wcale się na to nie zapowiadało. To było jak czekanie na deszcz pośrodku pustyni.

Harry krzyczał na Louisa i rzucał bardzo złe słowa w jego kierunku, ale nie były one aż tak bardzo złe. Może dlatego, że oboje wiedzieli, że Harry nie miał na myśli tych słów, które krzyczał teraz, ale nie ważne jak bardzo Harry nie miał ich na myśli, te słowa złamały Louisa. I działania, jakie powstały, również.

„Nie potrzebuję Cię, Tomlinson! Jestem Harry Pieprzony Styles i mogę mieć każdego na tym gównianym świecie! Ale wybrałem Ciebie i, kurwa, nie wiem dlaczego! Jesteś bezwartościowy! Nie kocham Cię! NIENAWIDZĘ CIĘ! W prawdzie, nie mogę stać i patrzeć na Ciebie w tym momencie, idioto!” Harry splunął na Louisa z takim jadem, że Louis mało wierzył w słowa, które słyszał.

Następną rzeczą, jaką wiedział Louis było to, że krzyk wreszcie ustąpi. I tak się stało. Harry wyszedł, trzaskając drzwiami. Choć może wcale tak mocno nimi nie trzasnął, a był to po prostu odgłos łamiącego się serca Louisa. Po policzkach Louisa zaczęły spływać niekontrolowane łzy. Louis osunął się na ziemię, chowając twarz w dłoniach i przecierając palcami oczy – był bardzo zły. Może było to przez to, co Harry powiedział, albo przez to, że Louis mu uwierzył. W prawdzie, Louis wiedział to od początku. Wiedział, że jest bezwartościowy; wiedział, że jest gruby; wiedział, że nie wygląda dobrze i wiedział, że nie potrafi śpiewać – w porównaniu do reszty chłopaków. Wiedział to, ale słowa Harry’ego były jak bolący przypominacz.

Widzicie, Harry był tym wszystkim; Louis nie był. Tak przynajmniej Louis myślał. Harry był piękny, gorący, przystojny i seksowny. Miał głos anioła i był wartościowy. Miał cudowną figurę – ciało, z którego był dumny, że mógł nazywać swoim. Louis teraz nie był pewny, czy będzie mógł je nazywać jeszcze kiedykolwiek swoim.

Umysł Louisa był jednym, wielkim bałaganem. Zachowanie i słowa Harry’ego ciągle huczały w jego głowie, nie ważne jak bardzo starał się o nich zapomnieć. Chociaż, teraz nie był pewny, czy mógłby zapomnieć. Harry nienawidzi go. Jego ostatnie słowa „Kocham Cię”; jego ostatnie obietnice, były tylko kłamstwem. Tak okrutnym kłamstwem. Jak Louis mógł je zapomnieć? Chyba, że… Louis będzie prosił siebie samego, by tak nie myśleć. Zbyt wiele samobójstw popełnili ludzie w ostatnich latach, ale może to dlatego, że było to aż tak atrakcyjne. To pomaga wszystkim innym, więc dlaczego nie jemu? Poza tym… I tak był bezwartościowy.

Nikt by za nim nie tęsknił. Dobrze, może było to trochę kłamstwem. Jego mama by tęskniła, wiedział to bardzo dobrze. I jego siostry też. Mogłyby za nim bardzo tęsknić. Każdy z nich musiałby jakoś iść dalej. Przejmowali się, chociaż… Nie przejmowali się wystarczająco. Louis nie winił ich o to.

Zespół. Wiedział, że oni mieliby się dobrze. Harry mógłby prawdopodobnie wyśmiewać się teraz z niego przy nich. Harry mógłby się śmiać i powiedzieć „dobry czas”. Louis był tego pewien. Niall może mógłby za nim troszkę tęsknić, on i Louis są ze sobą blisko, ale on mógłby nauczyć się życia dalej bez niego. Liam też mógłby za nim tęsknić, ale on w końcu jest Daddy Direction i poradziłby sobie. Mógłby się może trochę załamać i starać się pocieszyć Nialla, a Zayn przejąłby rolę tatusia. Dobra, Zayn. Zayn mógłby się gniewać. Zayn mógłby być wściekły, że stracił jednego ze swoich przyjaciół. Ale Liam jako Daddy Direction wreszcie by wszystkich pozbierał do kupy i wszyscy mieliby się dobrze ponownie. Louis mógłby odejść i zespół miałby się dobrze bez niego.

Simon. Louis w tej chwili zaśmiał się pod nosem na myśl, że Simon miałby za nim tęsknić. Oczywiście, że nie tęskniłby. To samo tyczy się Managamentu. W oczach Louisa oni go nienawidzili. Dając mu brodę (oczywiście, Eleanor była jedną z jego najlepszych przyjaciółek, ale no dalej!), dając mu tak mało solówek i w ogóle. Nie przejęliby się. Gdyby się dowiedzieli prawdopodobnie pokręciliby z głowa politowaniem i stwierdzili, że przecież i tak co minutę giną tysiące ludzi na świecie. Zastąpiliby go bardzo szybko jakimś nowym; lepszym członkiem.

Louis wstał, wciąż mając myśli w rozsypce. Byłby zdolny to zrobić. Popełnić samobójstwo. To brzmiało całkiem miło, w tym momencie. Tak zamierzał. Wieczny sen, jak kto lubi. Poczuł, że cały ciężar spadł z jego ramion. Nie zauważył tego wcześniej; ale myślał o tym już od dłuższego czasu. Być może trudno było w to uwierzyć, ale Louis prawie… Nienawidził siebie. Nienawiść. Tak mocne słowo. Mimo, że to jedyne słowo, jakiego mógł teraz użyć. Nienawidził siebie.

Louis poszedł wolnym krokiem do łazienki. Idąc tiptopkami dotarł na miejsce. Łzy zbierały się w jego oczach ponownie. Teraz uświadomił sobie, że on sam będzie tęsknił za wieloma osobami. Będzie tęsknił za sceną, za piosenkami, za Harry’m, za chłopakami, za rodziną, siostrami, mamą, za wszystkimi przyjaciółmi, za fanami… O Boże, fani. Myśl, jak zareagowaliby fani, dowiadując się, że Louis nie żyje zawładnęła jego umysłem. Wiedział, że jedynymi osobami, które mogły go jako tako lubić to fani. Było dużo kont na twitterze i tumblrze przeznaczonym tylko dla niego; nie mógł temu zaprzeczyć. Potrzebował ich tak bardzo, ale i tak musiał się pożegnać.

Louis przycupnął w łazience z laptopem na kolanach. Jak on mógł pożegnać się ze swoimi fanami? Chryste, to było takie trudne. W końcu, nie mógł tak po prostu napisać: „Idę popełnić samobójstwo. To wszystko było dobre! Kocham Was, żegnajcie! Xx” Louis myślał… Musiał to zrobić. Kliknął „Compose A Tweet”: „Cześć. Nazywam się Louis Tomlinson. Jestem w zespole. Niesamowicie kocham ten zespół. I moją rodzinę i przyjaciół. A moje życie jest całkowicie psychiczne…”

Napisał tweeta I przeskanował go parę razy wzrokiem w poszukiwaniu błędów językowych lub gramatycznych, po czym kliknął “tweet” i udostępnił go. Zanim wyłączył stronę, wszedł w mentions i patrzył na przybywające RT tweeta, podczas gdy jego policzki zalewała kolejna fala łez. Naprawdę będzie za tym tęsknił. Będzie tęsknił za fanami bardzo mocno… Bardziej niż za czymkolwiek innym, tak przypuszczał; wykluczając Harry’ego, jego przyjaciół i rodzinę. Jego fani byli najlepszymi fanami na świecie (dosłownie) i nie mógł marzyć o lepszych fanach. Chociaż czuł się samolubnie i myśl o tym, że to, co ma zamiar zrobić było jedynym rozwiązaniem… Szczerze trochę go dobijała. Louis po prostu nie zdawał sobie z tego sprawy.

„… Ale jeśli nie możesz prosić siebie albo tą jedną osobę o zadbanie o Ciebie, po co się męczyć? Do widzenia. Xx” Napisał kolejnego tweeta i wcisnął „tweet” zanim zdążyłby siebie zatrzymać. Nie chciał siebie zatrzymać. Nie mógłby siebie zatrzymać. Louis patrzył jeszcze przez chwile na swoje mentions po czym zamknął szybko laptopa i odniósł go do pokoju, nie chcąc znosić zmartwionych tweetów od fanów, wyprowadzających go z tego, co zamierzał. Musiał to zrobić. Po prostu musiał.

Ogarniając się, Louis wstał i wziął pięć płytkich oddechów, zanim z powrotem wrócił do łazienki. Louis niejasno zarejestrował lekkie brzęczenie telefonu, ale dlaczego miałby się przejmować tym, od kogo była ta wiadomość? Ta mała wiadomość to był prosty i krótki tweet od Harry’ego, mówiący: „BooBear, o co chodzi? Właśnie wracam do domu. X”
Louis nigdy nie zobaczył tego tweeta.

Louis szedł małymi kroczkami do łazienki i jak już do niej dotarł, najszybciej jak mógł oparł się rękami o zlew, chcąc się uspokoić. Louis nie pamiętał dlaczego znowu zaczął płakać, ale wiedział jak wiele łez już spłynęło w dół jego twarzy. Czy Louis naprawdę zamierzał to zrobić? Zabić się, po tym wszystkim, co wypracował? Po tym wszystkim, co osiągnął? Tak. Odpowiedź brzmiała: „tak”.
Louis myślał o swojej decyzji. Powiesić się? Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Plus, nigdy nie będzie miał na to odwagi. „Żałosny” – pomyślał Louis. Louis myślał, że jest po prostu żałosny. Więc, nie wieszanie się. Podciąć sobie żyły? Ktoś mógł przyjść i zabrać go do szpitala zanim całkowicie umrze. Pigułki? Louis uznał to za jedyny rozsądny wybór, ale wtedy pomyślał, co w ogóle było sensownego w samobójstwie?

Z drżącym oddechem, Louis sięgnął ręką do apteczki. Dopiero teraz Louis zdał sobie sprawę z tego, że trzęsie się niesamowicie, ale to miało dla niego znaczenie tylko przez krótka minutę. Już miał się zabić. Louis powoli odkręcił butelkę, bojąc się, że przez swoje drgawki ją upuści. Następnie, delikatnie przewrócił butelkę do góry dnem i postukał w nią. Czekał, aż kilka pigułek wysypie się na jego dłoń.

To było to. Słodki Jezu, to było to. Cały zapłakany spojrzał w sufit. Zmrużył swoje oczy. Chciał to zrobić. Zdobyć się na to. Chciał umrzeć.
I jak już wyczyścił swój umysł z niepotrzebnych myśli, przyłożył dłoń do swoich ust i przechylił głowę, aby połknąć pigułki. Był gotowy. Dajcie mu umrzeć.
Nagle Louis poczuł, że pigułki wypadły mu z ręki na podłogę. Louis zapłakał boleśnie, a jego oczy pokierowały się na osobę, przez którą pigułki upadły. Tą osobą nie był nikt inny, jak Harry Pieprzony Styles.

Louis zaczął bardziej płakać i chciał uderzyć Harry’ego w klatkę piersiową, ale on złapał Louisa za nadgarstki chroniąc się przed uderzeniem, także płacząc.
„ZOBACZ CO ZROBIŁEŚ! PO PROSTU SPÓJRZ! ZOBACZ, HARRY! DLACZEGO PO PROSTU NIE POZWOLIŁEŚ MI UMRZEĆ? CHCĘ TEGO! HARRY!” Louis krzyczał przeraźliwie, szarpiąc koszulkę Harry’ego.
Harry odwrócił się i popchnął Louisa na podłogę, lecąc razem z nim. Ciasno oplótł go ramionami, aby Louis nie mógł mu się wydostać. Louis był wrakiem; wił się i kopał, próbując uciec od Harry’ego, wziąć czerwone i białe tabletki, które były rozsypane po całej łazience. Harry zacisnął chwyt na Louisie, płacząc.

W końcu… Louis dał za wygraną i zaczął mocniej płakać w klatkę piersiową Harry’ego. Może nawet mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Harry wziął głęboki oddech i zaczął głaskać włosy Louisa, starając się go uspokoić, ale co mogło uspokoić Louisa, kiedy był w takim stanie, jak w tej chwili? Nic. Absolutnie nic.
„Harry…” Louis płakał, jego oddech był niechlujny i sprawiał mu ból.
„Dlaczego, Lou? Dlaczego…” Harry spytał, jego głos był szorstki i chrapliwy, chociaż zabrzmiał bardziej jak zdławiony krzyk.
„Nie… Nie wiem, Harry… Jestem… Jestem nikim. Tak jak powiedziałeś, bezwartościowy.” Louis wyszeptał i Harry mocniej zacisnął uchwyt wokół niego, nienawidząc siebie za to, co powiedział.
„Louis, proszę nie. Jesteś wszystkim. Jesteś dla mnie wszystkim. Naprawdę nie miałem tego na myśli. Proszę, nie rób tego więcej… Dobrze?” Harry spytał, choć brzmiało to bardziej jak błaganie.
“M-Mogę spróbować. Harry, co jest nie mną nie tak?” Louis zapytał, z bólem w głosie, który był nie do zniesienia.
„Nic, jesteś niesamowity. Proszę, nie zapominaj tego.” Harry wyszeptał, pierwszy raz patrząc w dół, na Louisa.
„Kocham Cię, Harry…” Powiedział Louis, bardzo zmęczony. Harry przyjrzał mu się, kiedy Louis zamknął swoje oczy.
Policzki Louisa były całe mokre od łez, jego oczy były czerwone od płakania zanim się zamknęły, a jego włosy były rozwiane na wszystkie strony od ciągnięcia za nie.
„Ja też Cię kocham, Louis.” Powiedział cicho. Dopiero wtedy Harry zobaczył, że Louis spał. Zasnął. Po prostu zasnął. Zapadł w wieczny sen. Harry nawet nie zauważył, kiedy Louis połknął parę tabletek, leżących na kafelkach.
„Wygląda jak Anioł…” Harry powiedział do siebie cicho.
Anioł. Tak, to było to. Złamany Anioł. Harry ma nadzieję, że będzie mógł śpiewać razem z innymi Aniołami; w niebie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz