piątek, 3 stycznia 2014

5

- LOUIS! - krzyknął Zayn do telefonu. Szlochy przyjaciela nic nie wyjaśniały, a on natychmiast potrzebował prawdziwej odpowiedzi. - Czy Harry żyje? Kurwa, żyje czy…

- Nie… Nie wiem. Tylko go zabrali i…

- Do jakiego szpitala? - Gdy tylko Louis podał mu adres, Zayn się rozłączył. Jego żołądek skręcał się na myśl o tym, że nie wiedział, w jakim stanie jest Harry. Mdłości były nie do zniesienia i zanim zdążył pomyśleć o pojechaniu do szpitala, zgiął się wpół, starając zwalczyć żółć napływającą mu do gardła.Proszę, żyj, powtarzał w myślach. Proszę, żyj.

_______

Chłopcy, bladzi i roztrzęsieni siedzieli w poczekalni razem z rodziną Harry’ego. Było tam jeszcze kilku ludzi, ale Zayn nie zwracał na to uwagi, szczególnie po tym, jak zauważył mamę Harry’ego. Anne była roztrzęsiona; tak jak każda matka, której syn miał wypadek i nie wiadomo, czy przeżyje. Zayn podszedł do niej, przytłoczony wyrzutami sumienia, bo z pewnością to, co się stało, było jego winą. Harry miał wypadek po opuszczeniu jego mieszkania, po usłyszeniu „Nie mogę”, kiedy jedyne, czego chłopak pragnął, to miłość. Jak mógł w ogóle myśleć o rozmowie z Anne, skoro on to spowodował?

Nie był pewien, dlaczego nagle przestał oddychać, kiedy kobieta przyciągnęła go do siebie i mocno przytuliła. Może powodem było to, że Anne była osobą, którą Harry kochał najbardziej, a on wszystko zrujnował. Wina była druzgocąca.

- Przykro mi – wyjąkał, a ona zapewniła go, że przecież nie jest niczemu winny. Ale gdyby tylko wiedziała.

Zayn odsunął się od niej, nie będąc w stanie spojrzeć jej w oczy i podszedł do przyjaciół ze wzrokiem wbitym w podłogę. Przed nimi nie mógł niczego ukryć i być może już znali prawdę. Liam i Niall zamknęli go w uścisku. Louis tylko zmierzył go spojrzeniem.

Chłopcy usiedli razem. Zayn i Liam obok siebie, Niall i Louis ustawili sobie krzesła naprzeciwko nich. Zrobili coś na kształt kółka modlitewnego, każdy z tą samą myślą w głowie. Zayn liczył, że może jeśli pomyślą o tym wystarczająco mocno, to wszechświat lub cokolwiek tam na górze spełni ich życzenie i przywróci im Harry’ego.

Oczy Zayna i Louisa się spotkały. Przepraszam, próbował wymówić wzrokiem. Nie obchodzi mnie to, odpowiadał wyraz twarzy Louisa. To był ostatni raz tego dnia, kiedy Zayn na niego spojrzał.

Czas upływał. Minuty, godziny, a Zayn już sam nie zwracał na to uwagi. Były chwile, że tak bardzo zatracał się w swoim żalu, że zapominał, gdzie jest i zastanawiał się, dlaczego Harry nie mamrocze głupot przy jego uchu. Jesteś w szpitalu, powtarzał sobie. Harry jest w jednym z tych białych pokoi. Potem mijała chwila i znów się zapominał. Jesteś w szpitalu…

Drzwi otworzyły się i do poczekalni wszedł lekarz. Jego twarz była blada i posępna. Zayna znów naszły mdłości, więc pochylił się i oparł łokcie na kolanach, po czym zakrył twarz ramionami, palcami przeczesując włosy. Nie miał zamiaru tego słuchać. Nie miał zamiaru słuchać słów lekarza typu „Przykro mi” oraz „Zrobiliśmy to, co byliśmy w stanie” i nie miał zamiaru wysłuchiwać dalszej części.

Ale lekarz nie powiedział nic takiego.

Zayn wyłapał kilka szczegółów. „Zmiażdżone żebra”, „złamana ręka” i coś, co wyjątkowo się wyróżniało - „poważny uraz głowy”. Harry przeżył, ale ledwo. Nie wiadomo było, kiedy się obudzi i czy w ogóle to nastąpi. Na nic nie reagował. „Nie wygląda to obiecująco”, ale będą próbować.

I wtedy nadeszły słowa, których Zayn tak bardzo się obawiał:

- Przykro mi.

W tej chwili dotarło do Zayna to, jak bardzo nienawidził tych słów. „Przykro mi”. Nic już nie znaczyły; był to tylko werbalny znak na „jesteś sam”. Wcześniej wiele razy wymówił je do Harry’ego.

- Chcę czegoś więcej, Zayn.

- Przykro mi.

Tylko najbliższej rodzinie wolno było zobaczyć się z Harrym, lecz Anne nalegała, by chłopcy również mogli do niego wejść. Pomysł ten nie podobał się Zaynowi, lecz poszedł w tyle za innymi. Czuł się jak na drodze ku własnej śmierci, każdy krok był coraz trudniejszy. Nie chciał widzieć się z Harrym. Nie chciał patrzeć na to, co spowodowało jego tchórzostwo. Chociaż może to była odpowiednia kara dla Zayna; z tą myślą podążył do sali za małą grupką. Zobaczy Harry’ego tylko po to, aby się ukarać.

Skupili się wokół łóżka. Wzdychania, szlochy i brzęczenie szpitalnego sprzętu. Okropny podkład muzyczny. Zayn przystanął tuż za progiem i dobrze mu było z tym, że widok zasłonili mu wszyscy, którym zależało, by dowiedzieć się, w jakim stanie był Harry. On nie był chętny. Nie chciał tego widzieć. Ale przypomniał sobie, że to była kara i musi przez to przejść.

W końcu ktoś się przesunął i Zaynowi mignął widok Harry’ego lub raczej tego, co z niego zostało. Stracił czucie we własnym ciele. Jego piękny chłopiec był mieszaniną bandaży, zadrapań i krwi. Pokój zaczął się kręcić, więc oparł się o futrynę drzwi, ostro zaczerpując powietrza. Czuł, jakby tlen nie docierał do jego płuc. Chciał zemdleć, zbierało mu się na wymioty. Był pewien, że gdzieś mijał toaletę.

Zayn odnalazł łazienkę, wpadł do środka i zatrzasnął za sobą drzwi. W ciągu kilku sekund pochylił się nad toaletą i zaczął wymiotować. Łzy rozmazały mu widok, lecz przed oczami miał tylko obraz loków Harry’ego, wystających spod bandaży. To tylko wywołało kolejną falę nudności.

Kiedy jego żołądek został całkowicie opróżniony ze swojej zawartości, Zayn zauważył, że cały się trzęsie i nie może wstać. Siedział więc na podłodze oparty o ścianę, tępo wpatrując się przed siebie. To nie wygląda obiecująco, jego umysł powtarzał słowa lekarza. Przykro mi.

Z zadumy wyrwał go dźwięk walenia do drzwi i głos Nialla, wołającego jego imię. Zayn nie odpowiedział. Zamknął oczy.

____________

Tłumaczenie należy do mnie. Kopiowanie zabronione.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz