*Oczami Lou*
Powiedziałem Stanowi, że już nie potrzebuje jego pomocy w udawaniu mojego chłopaka. Odkąd Harry przyszedł do mnie, gdy wymiotowałem i dowiedział się wszystkiego o moim ojcu, chorobie jest ciągle przy mnie. Pamiętam jak pięknie pachniały róże, które położył między nas, gdy leżałem zapłakany i musiałem wyglądać okropnie z zapuchniętymi, przekrwionymi oczami, mokrymi od łez policzkami, całą spoconą grzywką i fryzurą w całkowitym nieładzie, moją prawą dłoń pokrywały ślady moich zębów, które ocierały się o nie gdy wymuszałem wymioty. Mimo to pocałował mnie najczulej jak umiał i ciągle mogę sobie doskonale przypomnieć ja smakowały jego malinowe usta, które naparły na mnie w pewnym, ale zarazem delikatnym pocałunku. Początkowo nie wiedziałem jak mam się zachować, ale odwzajemniłem tą pieszczotę, a moje dłonie powędrowały pod jego koszulkę. Loczek odpowiedział mi tym samym i gdybym nie przypomniał sobie, że mój oddech najprawdopodobniej nie pachniał najlepiej skończylibyśmy nadzy i mokrzy od potu. Jednak osunąłem się od niego i muskając wargami jego policzek poszedłem w stronę łazienki i gorączkowo zacząłem szorować zęby. Harry poderwał się za mną…domyślam się, że przestraszył się, że znów pójdę wymiotować, ale gdy zobaczył co robię jago silne ramiona złapały mnie od tyłu i zastygłem w najcieplejszym i najcudowniejszym uścisku.
_Następnego dnia_
Obudziły mnie śmiechy dobiegające z kuchni na dole. Byłem prawie pewny, że dziewczynki znów kłócą się o jakieś pierdoły więc niespiesznie zamknąłem drzwi łazienki i wziąłem zimny, orzeźwiający prysznic. Gdy ciepłe powietrze suszarki zaczęło osuszać moje włosy usłyszałem dźwięk zamykanych drzwi, ale nie przejmując się tym oddałem się porannej toalecie. Wychodząc z pokoju potknąłem się o moją małą siostrę Daisy, która siedziała na białej podłodze i rysowała coś nieporadnie kredkami na kartce.
-Um…Daisy co robisz w moim pokoju?- zapytałem niepewnie.
-Rysuję niespodzianke!- odpowiedziała radośnie i popatrzyła na mnie niewinnymi oczkami.
-Dla mnie?
-Nieeee Louuuuuis! Dla Harry’ego! –odpowiedziała słodkim głosikiem.
-Dla Harry’ego?-zdziwiłem się.-A gdzie on teraz jest?
-Na dole bawi się z Phoebe, dlatego nie przeszkadzaj mi, bo musze to szybko skończyć i dać mu, żebym była jego ulubioną dziewczyną!- powiedziała posyłając mi zirytowane spojrzenie. A ja nie przerywałem jej dalszej pracy i skierowałem się w stronę schodów.
‘Dziewczyną…może gdy je lubił miałabyś szansę siostrzyczko’ zaśmiałem się i z uśmiechem na ustach ruszyłem szerokimi, białymi schodami w stronę salonu. Wybuchnąłem śmiechem widząc jak Hazza nieporadnie próbuje ściągnąć z pleców drugą bliźniaczkę i oboje przy tym śmieją się w wniebogłosy. Przez moją głowę przemknęła myśl ‘byłby dobrym ojcem’ , ale szybko wyrzuciłem ją z głowy przypominając sobie wydarzenia minionego wieczoru przez, które nadal odczuwałem zażenowanie.
-Harry?- posłałem mu ciepłe spojrzenie.
-Boo bear- krzyknął i podbiegł do mnie, gdy ostatecznie udało mu się ściągnąć Phoebe z siebie.
-No nie…moja mama już Ci wypaplała jak mnie nazywa? Przekupiłeś ją uśmiechem Styles, tak?- powiedziałem złamany, że najwyraźniej zdążył już oczarować moją mamę.
-Oj ktoś tu ma zły dzień ty mój Boo Bearze- powiedział przedrzeźniając mnie i złożył lekki pocałunek na moim czole.-Chodź już bo spóźnimy się na pierwsze lekcje.
Nie zdążyłem wyrazić swojego oburzenia, gdy ciepła dłoń splotła się z moją i poczułem powiew wiatru na mojej skórze. Niestety ciepły dotyk nie trwał zbyt długo, bo gdy tylko przekroczyliśmy moje ogrodzenie loczek puścił moją dłoń i szedł obok mnie. Nie chciałem poruszać tego tematu, bo wiedziałem, że jeszcze nie jest gotowy, żeby się ujawnić, ale na mojej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, który Harry zignorował i zaczął mi opowiadać o podbojach miłosnych jego przyjaciela Zayna. Prawdę mówiąc wyłączyłem się w połowie jego wywodu i zastanawiałem się czy będę znów musiał z nim rozmawiać na temat mojej choroby…naprawdę tego nie chciałem…nie chciałem żeby wiedział ktokolwiek, a już na pewno nie Harry. Przeczuwałem, że będzie mnie namawiać na terapię, ale to wiązałoby się z powiedzeniem prawdy mojej mamie czego chciałem za wszelką cenę uniknąć. Wystarczyło, że mój ojciec złamał jej serce i kilkakrotnie uderzył…nie mogła wiedzieć co jeszcze przez niego się działo. Teraz miała Marka mojego ojczyma i pierwszy raz od lat widziałem na jej twarzy promienny uśmiech i słyszałem śmiech. Śmiech o którym prawie zapomniałem, gdy nasze życie toczyło się w ciągłym strachu. Moje przemyślenia zostały przerwane przez dobrze znany mi głos.
-Louis! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?- popatrzyły na mnie szmaragdowe oczy.
-Co? Ja…ja no tak, tak tylko się zamyśliłem-odparłem szybko.
-Tak myślałem…nic dla Ciebie nie znaczy…nie warto mnie słuchać…-powiedział udając poważnego i obrażonego, ale odwrócił się przodem do mnie i szybko rozglądając się wokół nas skradł mi całusa w usta i rzucił- Widzimy się po lekcjach Boo!
Lekcje mijały wolno i nawet historie Stana o jego weekendzie nie wystarczały, żebym nie zasypiał co lekcje na ławce. W mojej głowie plątały się zielone oczy, loczki i te cudowne dołeczki w policzkach, więc gdy dzwonek obwieścił koniec lekcji pognałem do wyjścia gdzie czekał na mnie mój Hazza. Gdy szliśmy leniwie w stronę jego domu opowiadał o niesprawiedliwej (jego zdaniem) ocenie z eseju. I używał mocnych słów w kierunku swojej sorki przez co parokrotnie ugodziłem go w bok i kazałem mu się wyrażać. Śmiał się ze mnie i przedrzeźniał jak to on określił ‘moje poczucie dorosłości’.
-Mamo jestem w domu!-krzykną, gdy przekroczyliśmy próg jego mieszkania, a do naszych nosów przedostał się cudowny zapach spaghetti.
-Rozbieraj się kochanie, właśnie skończyłam robić obiad. Mam nadzieje, że ty i Louis zjecie?- spytała Anne wyglądając z kuchni.
-Właściwie to ja nie jestem głodny- próbowałem się wykręcić od propozycji, ale Anne była nieugięta.
-Takie chudziny muszą coś zjeść po ciężkim dniu! Szybko nakrywajcie do stołu zanim wystygnie.
Widziałem przepraszający wzrok Loczka, ale posłusznie udałem się do kuchni i zjadłem cały posiłek z i wielkim trudem i od razu odczułem ogromne wyrzuty sumienia. Posprzątaliśmy po sobie i udaliśmy się do pokoju Hazzy.
-Znam świetny sposób na spalanie kalorii-powiedział radosnym głosem i poszedł w stronę swojej szafy szukając czegoś w niej.
-Harry…nie sądze, że seks gdy twoja mama jest w domu był dobrym pomysłem…-odparłem śmiejąc się.
-Nie o tym myślałem!- odpowiedział i rzucił we mnie szarym dresem.-Chodź pójdziemy pobiegać.
Nie miałem szansy sprzeciwić się i już po chwili biegaliśmy po naszym osiedlu, ale we mnie gotowało się coraz bardziej. W moje głowie powstawały obrazy jak całe jedzenie gromadzi się w moim brzuchu i wydawałem się sobie 3razy grubszy niż jestem. Każdy kolejny krok wydawał mi się udręką, bo jak takiemu grubasowi może być łatwo biec? I wtedy nie wytrzymałem, przyśpieszyłem tępa i co sił gnałem w stronę mojego mojego domu nie zwracając uwagi na krzyki młodszego chłopaka za mną.
Ostatkiem sił biegłem, gdy znalazłem się już na ulicy na której znajdował się mój domu. Pchnąłem drzwi i mijając mamę na schodach wbiegłem do łazienki zatrzaskując za sobą drzwi, przekręcając zamek i przykładając do klamki krzesło na wypadek gdyby Loczek próbował się dostać do środka.
Klęknąłem nad muszlą i jednym ruchem pchnąłem oba palce głęboko w gardło i zwracając obiad z domu Stylesów. Krztusiłem się, w moich oczach pojawiły się łzy. Gwałtownie odwróciłem się gdy ktoś chwycił za klamkę i usłyszałem ciche prośby Harry’ego.
-Lou…proszę nie rób mi tego…proszę wyjdź kochanie…nie rób tego…-próbował przekonywać mnie do wyjścia, ale gdy usłyszał kolejną cześć zwracanego posiłku usłyszałem jak opada bezsilnie na ziemie i opiera swoje plecy o drzwi. Nie chciałem, żeby wysłuchiwał jak się męczę więc puściłem wodę, która spływał do wanny i kolejny raz dwa palce wylądowały głęboko w moim opuchniętym przełyku.
*Oczami Harry’ego*
Nie wiedziałem co mogę dla niego więcej zrobić…jeszcze nigdy nie czułem się tak bezsilny, gdy słyszałem kolejne odgłosy krztuszenia się, a Lou nie chciał mi otworzyć. Postanowiłem tym razem poczekać, aż sam do mnie wyjdzie więc gdy usłyszałem szum wody podniosłem się spod zimnych drzwi i opadłem na puchate łóżko zachodząc szlochem. Nie mogłem mu pomóc, pomimo że bardzo się starałem i celowo nie poruszałem tego tematu, żeby nie było mu ciężej.
20minut później dźwięk przekręcanego zamka wyrwał mnie z rozmyślań i płaczu, a w drzwiach stał cały blady Louis. Jego palce były czerwone i sugerowały czynność, którą wykonywał chwilę wcześniej. Niebieskie tęczówki przykryła czerwień małych żyłek na oku, a po policzkach płynęły strużki łez. Popatrzył na mnie chwilę zmęczonym i bezradnym wzrokiem po czym obrócił się do umywalki i nabrał wody w usta starannie je płucząc.
-Lou…-zacząłem cicho, ale nie dane mi było dokończyć, bo szatyn upadł na posadzkę z wielkim hukiem, a ja rzuciłem się do ratowania go głośno krzyczą imię jego mamy. Wbiegła do łazienki i przerażona zadzwoniła na pogotowie. Prawdopodobnie z powodu ogromnego szoku z tego czasu w mojej głowie przenikają się niepełne wspomnienia dźwięku ambulansu, białych kitli lekarzy, którzy próbowali wznowić akcję serca, ratowników, którzy musieli mnie trzymać, gdy krzyczałem do Lou, żeby się obudził…ale mój Boo Bear się nie obudził.
I tak spędzam nad jego łóżkiem już siódmy dzień. Musiałem opowiedzieć lekarzom o jego problemie, a Jay zalała się łzami i zemdlała, gdy się o tym dowiedziała. Przepraszałem szatyna milion razy, za to że im powiedziałem mając nadzieje, że gdziekolwiek jest słyszy mnie i się niedługo obudzi. Moja mama wspierał Jay w trudnych chwilach i wspólnie czekaliśmy aż Lou…nasz LouLou wróci.
_Tydzień później_
-Mamo szybko wezwij lekarza!-zawołałem wybiegając z sali na korytarz i krzycząc do mojej rodzicielki, która kurczowo obejmowała ramieniem zapłakaną Jay.-Louis zacisnął moją dłoń!
Szybko powstało zamieszanie i gdy wreszcie wpuszczono mnie do pokoju niebieskookiemu płynęły łzy po policzkach, a w rogu pokoju na fotelu siedziała jego równie załamana mama. Niepewnie ruszyłem w stronę jego łóżka, ale w połowie drogi zatrzymał mnie stanowczy głos.
-Wyjdź-powiedział poważnie, nie nawiązując kontaktu wzrokowego ze mną. Nie ruszyłem się zdezorientowany z miejsca cięgla spoglądając na jego bladą twarz.- WYJDŹ STĄD DO CHOLERY, NIE ROZUMIESZ?!-krzyknął zdecydowanie w moim kierunku.
-Ale Lou…Boo Bear…co się…-nie dał mi było dokończyć.
-To koniec nie rozumiesz? Wyjdź, nie chce Cię już nigdy więcej oglądać…-powiedział stanowczo, ale opuścił głowę w dół i odwrócił się na bok przez co nie mogłem zobaczyć jego twarzy.
Wybiegłem z sali mijając moja mamę, potrącając kilka pielęgniarek i o mały włos nie wpadając pod samochód przed głównym wejściem do szpitala. Biegłem kilka przecznic dopóki nie przekroczyłem ogrodzenia parku i padłem na ławkę roztrzęsiony tym co się prze chwilą wydarzyło. Mało myśląc wyciągnąłem telefon i wystukałem dobrze znany mi numer na klawiaturze…
-Zayn? Przyjeżdżam dzisiaj…potrzebuję rozrywki w starym stylu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz