poniedziałek, 30 grudnia 2013

661

Tytuł: Wszyscy mamy tajemnice.

Gatunek: bromance, dramat

Połączenie: Ziall (Zayn&Niall)

Ilość słów: 2316

Strony: 6

Inspiracja: Timbaland - Apologize ft. OneRepublic, Eminem - Love The Way You Lie ft. Rihanna

Od autorki: Pomysł na tego jedno-parta nachodził mnie od marca, kiedy to zdanie, którym zaczyna się ten shot wpadło mi do głowy. Na pewno jest smutny i trudny. Nie znajdziecie tutaj szczęśliwego zakończenia. Mimo tego mam nadzieję, że wam się spodoba. Pisałam go dzisiaj w nocy, przy piosence The Wanted - Warzone. Wydaje mi się, że nocą pisanie przychodzi łatwiej… Przy okazji dziękuję Marceli za to, że jeszcze ze mną wytrzymuje - mimo wszystko. ;)

Opis: Uderzając drugiego człowieka, nie znęcasz się nad nim. Nie używasz przemocy. Ona rodzi się przy każdym słowie, geście i oskarżeniu. Bije twoje ambicje, sprawia, że krwawisz… Nie znika nawet wtedy, gdy przepraszasz. Przyzwyczaja się. Jest nieodzowną częścią twojego życia - nawet wtedy, gdy uciekasz.

AU (alternatywna rzeczywistość) – nie istnieje One Direction, chłopcy nie znają się.

Ostrzeżenie: Jeżeli nie jesteś zwolennikiem miłości pomiędzy dwoma mężczyznami, to lepiej tego nie czytaj. Nie przewiduję żadnej sceny +18, ale lepiej i tak zastanów się, czy chcesz to czytać.




I love the way you lie

Przymknął powieki, przypominając sobie, jak zamaszysty ruch ręki bruneta, przeciął powietrze, zostawiając czerwony ślad na jego alabastrowym policzku. Uniósł wówczas swoje niebieskie tęczówki i spojrzał na niego ze strachem w oczach, przykładając drżącą dłoń do zaczerwienionego, bolącego miejsca. Przetarł swoje zaszklone oczy, mieszając gorzkie łzy z cierpieniem, tworząc nową odsłonę smutku - teraźniejszość.

Zayn uderzył go w twarz, a potem powiedział, że to jego wina; mógł przewidzieć jego ruch i odsunąć się. Niall spojrzał na niego i przeprosił. Po kilku dniach było to samo. Bił go każdym słowem, gestem i oskarżeniem. Niall patrzył na niego i przepraszał. Nie wrócił do domu na noc – jeszcze nie spojrzał na niego, podszedł do lustra, spojrzał na siebie i przeprosił. Ta obca osoba w lustrze nie potrafiła mu jednak wybaczyć.

Niall uśmiechnął się lekko, wierzchem dłoni ścierając mokre łzy. Będzie dobrze, powtórzył w myślach. Będzie dobrze.

Wiedział, że zmysły czasem łudzą, a myśl jest od nich niezależna. Lecz jeszcze straszniejsza była tęsknota za tym, co nie było dane. Gdy tęsknił za bliskością fizyczną, choć ich ciała nigdy się nie połączyły; gdy tęsknił za trzymaniem go za rękę, pomimo tego, że nigdy nie miał okazji zapomnieć, która jest jego. Kiedy tęsknił za jego dłońmi błądzącymi po jego nagim ciele, chociaż ono nigdy nie stanęło im na drodze. Kiedy tęsknił za blaskiem oczu, w które nie mógł spojrzeć. I wreszcie – gdy wspominał, jak brunet obiecywał, że po raz pierwszy będą tak blisko. A teraz zostały tylko puste słowa. Zepsuty spadochron…

Wystarczyło ciche westchnienie i ból serca, rozlatującego się na miliardy kawałeczków. Czas płynął nieubłaganie. Siedział pochylony nad własnym życiem, twarz kryjąc w swoich słabych dłoniach. Tylko jego cichy, miarowy oddech był jedyną oznaką życia. Tak bardzo chciałby cofnąć czas. Wrócić pamięcią do czasów, gdy wszystko wydawało się takie łatwe. Takie proste. Do czasów, w których w końcu nadszedł spokój. Gdy w nerwach nie było stać Zayna na gorzkie słowa. Gdy nie chcieli ominąć tych rozmów, których chce się uniknąć. Gdy nie było prześladowań sumienia, ucieczek, chowania się i zmyślania. A przecież kłócili się… Kłócili się jak nikt inny. Wojny ich trwały zdecydowanie zbyt długo. Bili się słowami, oskarżeniami i gestami. Przechodzili przez ostre, raniące zdania, krwawiące zadrapania, mocne uderzenia i świeże siniaki. W swoich kłamstwach i zranieniach zapominali o miłości. Zapominał o niej On. Ten, który obiecywał, że zawsze będą razem. Ten, który mówił, że będą szczęśliwi. A on przepraszał. Przepraszał za słowa, których nie wypowiedział i za gesty, których nie wykonał. Przepraszał za wszystko, bo przecież kochał…

It’s too late to apologize, it’s too late

Płakał. Płakał tak smutno i żałośnie, jak jeszcze nigdy w życiu. Płakał, nie bojąc się ukazać słabości. Już teraz miał gdzieś to, kto może go zobaczyć i co może sobie o nim pomyśleć. Sęk w tym, ze płacz pomaga, ale tylko póki się płacze, kiedyś w końcu – chcąc czy nie chcąc – trzeba przestać i wówczas człowiek zazwyczaj czuje się jeszcze gorzej niż wcześniej. Tak było i w jego przypadku. Gdy łzy przestały płynąć, a szloch przemienił się w cichy jęk, Niall, ten wiecznie uśmiechnięty, tętniący optymizmem i humorem Niall, zaczął snuć coraz czarniejsze wizje dotyczące swojej śmierci. Widział siebie przygnębionego, zapomnianego przez przyjaciół, zapomnianego przez Niego, umierającego samotnie w tym wielkim pustym domu. Wciąż przeżywał na nowo tę chwilę, gdy dowiedział się, że On go nie szanuje. Jedną, krótką chwilę, która złamała jego życie, zgniotła je niczym nikomu niepotrzebną kartkę papieru, a w uszach wciąż brzęczały mu egoistyczne słowa będące jednoznacznym wyrokiem, nieodwołalnym orzeczeniem skazującym go na śmierć.

Nagle usłyszał, że ktoś otwiera drzwi. Szczelniej okrył się kołdrą. Nie miał ochoty na rozmowę. Z nikim.

- Spójrz na mnie – usłyszał pewny siebie, jak nigdy głos Zayna. Nie mógł się nie odwrócić. W jego tonie wyraźnie można było dostrzec determinację i nutę desperacji.

Zrzucił z siebie nakrycie i przewrócił się na drugi bok, natrafiając wzrokiem na jego czekoladowe tęczówki. Zayn był cały mokry, jego kruczoczarne włosy nieułożone, rozwiane i posklejane – przylegały do jego twarzy. Na policzkach miał czerwone ślady po lekkich smaganiach wiatru, które pod wpływem deszczu zostały doszczętnie ukazane. Miał ciemne oczy i zaciśnięte powieki, które po chwili otworzył. Mimo wszystko zdawał się emanować spokojem. Usiadł na brzegu łóżka i złapał rękę Nialla.

- Ja – zdołał tylko powiedzieć, ale blondyn potrząsnął głową.

- Milcz, - szepnął, mocniej ściskając podaną przez Zayna dłoń – teraz ja będę mówić – dokończył. – Nie możesz od tak pojawiać się w moim życiu, rujnując cały ład i porządek. Nie możesz mnie nękać, obiecywać i okłamywać. Nie teraz, gdy przechodzę detoks. Nie teraz, gdy się z ciebie wyleczyłem. Nie, kiedy zapominam…

- Już nie musisz się niczego bać. Jestem przy tobie, uratuję cię. Uratuję cię przed wszystkim i wszystkimi. Uratuję cię przed każdym…

- Nie uratujesz mnie przed sobą – przerwał mu. – Nie, kiedy twoja toksyczna strona zabija wszystko to, co razem budowaliśmy. Nie kiedy chcę zapomnieć. – Pokręcił głową, zbyt świadomy prawdziwości swoich słów. Miał powiedzieć więcej. Chciał, ale mulat mu na to nie pozwolił.

Przyłożył zimny opuszek palca do jego rozpalonych ust, a potem bez ostrzeżenia musnął jego wargi. Nie czekał na pozwolenie. Nie oczekiwał go. Spokojnie, z opanowaniem, obdarzał go jedną z najpiękniejszych pieszczot. Z uwielbieniem smakował jego warg, zatracając się w ich cudownym smaku. Pachniały imbirem. Ciepłą herbatą z cytryną i imbirem. Tym irlandzkim, pochodzącym ze szklistej zatoki. Ze szmaragdowej wyspy.

Pieszcząc jego dolną wargę, Zayn pogłębił pocałunek, z wolna wdzierając się w jego usta, językiem powoli penetrując ich wnętrze, smagając je delikatnymi ruchami ciepłego języka. Długie palce wplątując w jasne włosy Nialla, ręką przyciągnął go do siebie bliżej, jakby blondyn był odporny na jego znajome sztuczki. I rzeczywiście taki był. Z całą siłą woli, otwierając zaciśnięte powieki, oderwali się od siebie, pozostając bez tchu. Niall czym prędzej nabrał powietrza do płuc, czując szaleńcze bicie swojego serca i trzęsące się dłonie. Otworzył oczy, dopiero teraz orientując się, co właśnie miało miejsce. I oprócz przyjemności, jaką zadał mu Zayn, odnalazł jeszcze jedno, dotychczasowo nietowarzyszące mu uczucie.

Strach.

Strach przed tym, co miało nadejść.

- Zayn… - szepnął, odchrząkując. – Zayn, dobrze wiesz, że nie możemy. Nie pomagasz mi tym w rozgoryczeniu i zranieniu. Nie, kiedy boli mnie serce.

Przez ciemną twarz Zayna przeszedł niezauważalny cień. Zacisnął dłonie w pięści, z całych sił przygryzając dolną wargę, aż krwistoczerwona ciecz wypełniła jego usta, podsycając jego gniew swoim kuszącym zapachem.

- Sugerujesz, że to moja wina? – spytał spokojnie, wypluwając z ust zbierającą się w nich krew. – Mówisz, że to właśnie przeze mnie okłamujesz samego siebie? Wmawiasz mi, że to właśnie przeze mnie się leczysz? – jego cichy i melodyjny głos przeszedł w krzyk, z każdą kolejną chwilą mącąc spokój i przybierając na sile. Nowe, głośniejsze i drgające cząsteczki wypełniły przestrzeń, przyprawiając Nialla o zawrót głowy. Przymknął więc powieki, powoli kręcąc głową.

- To nie tak. Po prostu musimy od siebie odpocząć. Zbyt mocno się angażujemy… Ja angażuję się zbyt mocno – przerwał na chwilę, z ciekawością obserwując zdenerwowaną twarz bruneta. – Zayn, zrozum, musimy od siebie odpocząć – mruknął ledwo słyszalnie, jednak na tyle głośno, by gniew Zayna przybrał na sile, wypełniając powoli jego ciało nieopanowaną złością.

- Jeżeli nie możesz być ze mną, nie będziesz z nikim – krzyknął i nawet się nie zastanawiając, wymierzył mu siarczysty policzek prosto w bladą, przestraszoną twarz.

Siła uderzenia wygięła go do tyłu, a kiedy przyłożył dłoń do piekącego miejsca, w końcu poczuł ból. Rozszedł się po jego twarzy, komórkach i ciele niespiesznie. W mozolnej drodze smakując cierpienia. Napawając się jego wonią, smakiem i dotykiem. Powoli neutralizując każdy mięsień obolałego ciała. Poczuł go zbyt dobrze. Poczuł go i przymknął powieki, krztusząc się wpadającym przez otwarte okno powietrzem. Gdy je w końcu otworzył, nie ujrzał Zayna. Nie zobaczył go, ani nie poczuł furii widniejącej w jego ciemnych, roziskrzonych oczach. Nie poczuł jego obecności. Pozostał tylko ból… Czarna łza porywająca w sidła swojej namiętności.

Just gonna stand there and watch me burn, but that’s alright because I like the way it hurts

Kryształki deszczu dzwoniły na długich, wygiętych gałęziach wiekowego dębu. Uderzały o szybę okna, mącąc spokój i ciszę panującą wkoło. Londyn płakał. Raczył swoimi rzewnymi łzami każdy najmniejszy skrawek ziemi. Raczył nim ludzi i Nialla, ślepo wtulonego w ciepłe ciało swojego chłopaka.

Zayn wrócił i Niall przeprosił go. Przeprosił go za swoje słowa i lekkomyślne zachowanie. Przeprosił za to, że Zayn musiał go uderzyć. A on mu wybaczył, bo w końcu go kochał. Wybaczył mu wszystko i obiecał, że będzie jak dawniej. A Niall mu uwierzył, bo brunet obiecał. A skoro obiecał, to musiało to być prawdą. Niestety nie było…

Gdy blondyn nie przyniósł mu jego ulubionych papierosów, zrobił awanturę. Powiedział, że nie rozumie, dlaczego dalej tu z nim tkwi. Dlaczego pozwala mu się kochać. A potem go uderzył. Zadrapał alabastrowy policzek, sponiewierał kruche ciało. Polała się krew, padły przekleństwa – nie pomogło, wręcz pogorszyło sprawę. Podsyciło złość Zayna i wybuchło ze zdwojoną siłą.

Uderzył go lekko, mówiąc, że nic nie poczuje. Odczekał chwilę, napawając się widokiem bólu, jaki mu zadał i kazał przeprosić. Niall przeprosił go. Przeprosił go za to, że nie wykonał polecenia, ale Zayn mu nie wybaczył. Kopnął go mocno, rozkoszując się widokiem zwycięstwa. Powiedział mu, żeby przeprosił. Niall tego nie zrobił. Ledwo podnosząc się z podłogi, opadł na obolałe kolana, wypluwając z zakrwawionych ust nowy potok krwistoczerwonej cieczy. Nie przeprosił go nawet wtedy, gdy Zayn klęknął przy nim i opuszkiem palca przejechał po obolałym policzku. Brunet uśmiechnął się lekko i biorąc w swoje nieporadne dłonie jego zakrwawioną twarz, złożył pocałunek na opuchniętych ustach. Napawał się smakiem krwi, a gdy tylko się ulotniła, ponowił pieszczotę, zgarniając sponiewierane, kruche ciało blondyna w swoje silne i szeroko otwarte ramiona. Sięgając jego ucha, kazał przeprosić. Z szatańskim uśmiechem na zabarwionych krwią ustach, podniósł dłoń i uniósł delikatnie jego podbródek, zaglądając w przestraszone oczy.

- Powiedziałem raz: przeproś – szepnął, wywołując swoim głosem dreszcze na ciele Irlandczyka.

Chłopak skulił się i nie patrząc w jego oczy, wydukał przeprosiny, a gdy Zayn zadowolony zakleszczył jego ciało w szczelnym uścisku, uronił jedną, pojedynczą łzę, ścierając ją wierzchem dłoni wolnej ręki. Przeprosił, ale nie poczuł się lepiej. Za to Zayn to wykorzystał. Wykorzystał i użył przeciwko niemu.

I’m running from the warzone

Zayn wstał i podszedł do łóżka, kucając przed nim. Koniuszkami palców pogładził policzek uhaftowany zadrapaniami i bólem, tworząc dotykiem ścieżkę przez jego szyję, poturbowane ramiona, aż do drżących dłoni, złożonych tuż przy poduszce, na której leżała jego głowa. Jego dotyk nie wybudził go z twardego snu. Pochylił się i musnął wargami wierzch jego zimnej dłoni.

- Przepraszam cię za bycie aroganckim dupkiem – szepnął, całując spierzchniętymi ustami lodowatą fakturę jego skóry. – Jest tyle rodzajów miłości, a ja ciągle tkwię w tej jednej. Chcę byś był szczęśliwy i jednocześnie pragnę, byś był przy mnie… Za wszelką cenę. To trudne… Ranię cię, czerpiąc z każdego twojego jęku chorą satysfakcję. – Zacisnął zęby, z całych sił zatrzymując napływający potok wyrzutów sumienia. – Powinienem pozwolić ci odejść. Pogodzić się z wizją, że nie będzie cię przy mnie; że nie będzie nas… Czasami nie wiem, co mam myśleć. Sprawiasz, że wariuję. Chcę być przy tobie. Chcę cię mieć. Takiego bezbronnego, jak teraz, gdy śpisz. Chcę cię mieć każdego dnia, bo to właśnie ty nadajesz sens mojemu podłemu życiu. Bez ciebie wszystkie te piosenki są nic nie warte. To ty sprawiasz, że żyję. Właśnie ty… - westchnął, poprawiając niezdarnie spadający na czoło kosmyk czarnych włosów. – Tylko na co mi ty, twój ból i niewinność, gdy ślepo zapatrzony we mnie pozwalasz, bym wyrządzał ci krzywdę? Dobrze ci radzę, Niall… Dobrze ci radzę, zostaw mnie! Zostaw mnie i ucieknij. Ucieknij z naszego miejsca wojny i nie przepraszaj. Już więcej tego nie rób… bo zwariuję. Z poczucia winy i chorej satysfakcji. Zwariuję, gdy będziesz przy mnie.

Muskając każdy skrawek odkrytej skóry, ucałował wierzch jego dłoni, czoło i obydwa policzki. Ucałował zadarty nos i nieświadome rozchylone imbirowe wargi. Ucałował blond włosy i pachnące cynamonem serce. Ucałował go, wpatrując się w nieświadomego, zalanego beztroskim snem. Chciał spojrzeć w jego niebieskie oczy, ale powstrzymał się. Nie obudził. Nie zdradził się. Nie uderzył. Przykładając dłoń do jego pulsującej na szyi żyły, z zafascynowaniem przejechał po jej fakturze. Była wypukła i tak delikatnie pulsowała pod delikatnym dotykiem jego długich palców. Czuł ją. Czuł cząstkę, dzięki której Niall mógł oddychać. Czuł cząstkę, którą kochał. Skłamałby mówiąc, że go nie kocha. Kochał go… Kochał go w zły sposób. Nie tak powinna wyglądać miłość. Zniszczyły ją kłamstwa, dwuznaczność i zdania przerwane w połowie. Pozostały tajemnice. Te małe i te większe. Wszyscy je mają. Wszyscy mają tajemnice. Każdy ma problem. Jedni większy, drudzy mniejszy, jednak każdy musi sobie z nimi radzić. Każdy musi, bo kiedy serce się nie starzeje, ma coraz więcej blizn. Ukazuje szklany portret człowieka, skalanego milionem ran zadanych przez przypadek. Tak samo jak tęsknota - tęsknota za tym, co już nie wróci. Tęsknota jest przerażająca.

Czy to możliwe, że będzie tęsknił za chłopakiem, któremu wyrządził tyle krzywdy? Wspominał ciepło jego oddechu i mocny uścisk ramion w pasie?

I just gotta let it go

Zayn nie chciał poczuć bólu widocznego w jego oczach, więc gdy tylko chłopak skierował swoje lazurowe tęczówki na jego zmartwioną twarz, uśmiechnął się. To pozory. Niall zaglądnął swoim zamglonym spojrzeniem w jego brązowe oczy, szukając przebaczenia. W ciszy przejechał opuszkiem palca po dolnej wardze jego ust.

- Wyjeżdżam – szepnął, zachowując kamienny wyraz twarzy.

Jedno słowo… Cisza… Pustka.

…jego ból uderzył w jego serce niczym sztylet, błagając o przebaczenie. na próżno… ukochany odszedł na zawsze.

Obracając się na pięcie, z przyspieszonym biciem serca wybiegł z pomieszczenia. Zayn nie umiał powiedzieć tego wprost. Nie umiał przyznać się do tego, że Niall był dla niego prawdziwym powietrzem. Teraz miał zacząć wszystko od nowa. Z daleka od błękitu jego oczu z granic spojrzenia. Z dala od serca uderzającego w niego falą uczuć.

Uderzył go w policzek, więc powiedz… powiedz, dlaczego zabolało go właśnie serce?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz