poniedziałek, 30 grudnia 2013

660

Tytuł: Christmas eve with you under the blue stars (Wigilia z tobą, pod niebieskimi gwiazdami).

Gatunek: bromance, romans

Połączenie: Ziam (Zayn&Liam)

Ilość słów: 4 908

Strony: 10

Inspiracja: Zeds Dead & Omar LinX - You And I

Od autorki: Korzystając z okazji bycia na komputerze brata, - taka okazja się już nie powtórzy - dodaję zimowego jedno-parta z Ziamem, który miał pojawić się już wczoraj, ale z przyczyn technicznych, dodaję go dzisiaj. Za wszystkie błędy przepraszam, ale nie mam, jak ich sprawdzić. Zastanawiam się nad drugą częścią tego shota, ponieważ ta, w moim mniemaniu nie jest taka, jaką ja chciałabym, żeby była, za co przepraszam. W każdym bądź razie dedykuję go wszystkim. Chciałam też podziękować mojej kochanej Ajdzie za jej wkład w pewną scenę, bez której moja praca dalej byłaby w fazie tworzenia. Dziękuję ci, maluszku. Z całego serca. Enjoy!

Opis: Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszu­kać choć jednej gwiazdy, nawet tej niebieskiej. Żadna nie może tonąc w ciemnościach, kiedy pierwsza warstwa białego puchu okala okolicę i zmarzniętą ziemię, a temperatura powietrza na dworze, sięga kilka kresek poniżej zera. Nic nie jest w stanie zatrzymać spadającej gwiazdy - nawet niebieska pełnia, skąpana w akompaniamencie trzeszczącego w kominku, palonego drewna i mrozu, opatulającego twoje otulone zimnem policzki. Nie jest w stanie zatrzymać jej nawet życzenie, wypowiedziane w wigilię, przy boku ukochanej osoby. Jednak co, jeśli te wypowiedziane w myślach słowa, stają się prawdą, a poranek następnego dnia, okazuje się być przeszłością, dzięki której masz możliwość przeżyć swoje życie raz jeszcze? Liam nigdy nie myślał, że rzucone w wiatr słowa, wypowiedziane pewnej zimy, podczas grudniowej wigilii, pozwolą mu cofnąć się w czasie, by raz jeszcze doświadczyć szczęścia, które lata wcześniej zniknęło za zamykającymi się drzwiami małego, drewnianego domku, stojącego gdzieś wysoko w górach. Zayn z kolei nigdy nie dał sobie szansy, aby zawalczyć o odchodzącego do innej przyjaciela. Czy teraz po latach, kiedy los na nowo pozwolił im się spotkać, wykorzystają daną szansę, a Liam zrozumie, że wybór, którego dokonał, nigdy nie dał mu szczęścia, o które tak zaciekle walczył, i które czuł, będąc przy nim?

AU (alternatywna rzeczywistość) – nie istnieje One Direction, chłopcy nie znają się.

Ostrzeżenie: Jeżeli nie jesteś zwolennikiem miłości pomiędzy dwoma mężczyznami, to lepiej tego nie czytaj. Nie przewiduję żadnej sceny +18, ale i tak zastanów się, czy chcesz to czytać.


Soundtrack: James Arthur - Impossible, Kamil Bednarek - Cisza, One Direction - Little Things, One Direction - Over Again, Rihanna - Stay, The XX - Intro, One Direction - They Don’t Know About Us, Zeds Dead & Omar LinX - You And I

+++

Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszukać choć jednej gwiazdy, nawet tej niebieskiej. Żadna nie może tonąc w ciemnościach, kiedy pierwsza warstwa białego puchu okala okolicę i zmarzniętą ziemię, a temperatura powietrza na dworze, sięga kilka kresek poniżej zera. Nic nie jest w stanie zatrzymać spadającej gwiazdy - nawet niebieska pełnia, skąpana w akompaniamencie trzeszczącego w kominku, palonego drewna i mrozu, opatulającego otulone zimnem policzki. Ona trwa nieprzerwanie, sprawiając, że garstka gwiazd lśni na niebie jak maleńkie odłamki tłuczonego szkła.

Liam uważnie śledził te pozostałości. Śledził każdy puszysty obłok przesuwający się po niebieskawym niebie. Orzechowym blaskiem spojrzenia sunął po ciemnych koronach drzew, nagich gałęziach i pachnącym wietrze. Pachniało zimą. Wczesną porą, wygrzewającą swoje zimne dłonie w ciepłym wachlarzu zachodzącego słońca. Wczesnym zapachem chłodnego wieczora, przeplatanego jasną poświatą księżyca. A on stał. Bez ruchu, wpatrując się w pajęczynę mlecznego nieba. Bez oddechu, skrytego w małych płucach, jakby spał, na jawie, mając za towarzysza zimne powietrze, muskające zarumienioną fakturę jego skóry.

Noce lubił spędzać na balkonie, wpatrując się w żywy obraz swojego istnienia. Czasami przeplatał ciche westchnienia z mimowolnym stukotem zaciśniętych w wąską linię, białych części swojego ciała, a czasami po prostu trwał, za świadka mając jedynie księżyc, rozpościerający swój blask na dolinę jego samotności. Był szczęśliwy. Miał wszystko. Zdrowie, pracę, dom. Ukochana osoba wiernie trwała u jego boku, ale on czuł pustkę. Żar, zalewający jego wnętrzności, wypalający powłokę cierpienia na skórze jego bywalności. Często, gdy nagły powiew wiatru uderzał w jego odsłoniętą szyję, drżał, owijając wokół nagiego skrawka skóry, granatowy szal. Duże, nieporadne, ściśnięte w pięści dłonie, chowały się wówczas w kieszeniach jego kanarkowej bluzy, a on stał. Sam. Czując obecność nocy. Z dala od problemów, wśród gwiazd i szumu wiatru. Przekręcając głowę, zapatrywał się na wznoszące ku największemu punktowi na horyzoncie, chmury. Wysokie, wyraziste, porośnięte białą barwą. Z szczytami zamoczonymi w mgle zachodu. Pachniało spokojem. Czuł go. Czuł go pod ciepłym materiałem bluzy. Czuł pod nagim kawałkiem skóry. Czuł we włosach, których ciemne pasemka powiewały na zachłannym wietrze. Drgał. Przymykając jasne powieki, uważnie śledząc każdy puszysty obłok, flegmatycznie przesuwający się po niebieskawym niebie.

Obdarzał każdy jego skrawek swoją głębią brązowych tęczówek, czując powiew mroźnego wiatru na owiniętej szalem, porcelanowej szyi, twarzy i muskających powietrze, lekko drżących, piżmowych ustach. Nieznacznie podnosił swój wzrok, przeczesując nieskazitelne, zimne powietrze, wachlarzem kruczoczarnych rzęs. Cisza, jaka panowała wkoło, przerywana była tylko płytkim oddechem, wydobywającym się cichym szmerem z jego zapełnionych tlenem komórek i odgłosem jego własnego serca, uderzających o kamienisty klif komórek jego wnętrza. Każdy kolejny powiew wiatru sprawiał, że miły dreszcz roznosił się po fakturze jego ciała, otulając przyjemnym ciepłem szybko bijące serce. Gdy unosił wzrok znad szorstkich palców swojej dłoni, opuszki palców jego bladych rąk, wbijały się w metalową poręcz, spływając bezsilnością po wątłym aksamicie płótna jego lodowatych rąk, ale on nie zwracał na to uwagi. Nie czuł ich.

Ponownie przymykał jasne powieki, czując na twarzy przyjemne łaskotanie wiatru. Przymykał je, ale chwilę później cichy skrzek mroźnego powietrza, wybudzał go z zamyślenia, dreszczem przebiegając wzdłuż linii jego papilarnego kręgosłupa. Ze spokojem widocznym na twarzy, unosił delikatnie wzrok, spoglądając na rozpościerający się przed nim w oddali świat, znikający za ciemną paletą horyzontu. Z każdą kolejną sekundą, rwisty nurt powietrza, pochłaniał coraz większą cząstkę zasypanej doliny. Każda sekunda mijała razem z uderzeniem bolącej fali jego serca. Fali uderzającej o ostre wybrzeża tkanki. Fali, które wgryzały się w nie jak woda w piaszczysty brzeg. Fali, której ramiona unosiły niewidoczny ciężar, a on bezwiednie obejmował kolana rękoma, ciasno przylegając do swojego własnego, ciepłego ciała. Znajomy zapach zimy unosił się w powietrzu, drażniąc swoim smakiem wrażliwe komórki jego ciała. Wzdychał, kiedy jego głowa kryła się w zagłębieniu szyi, a zimny wiatr ponownie uderzał o wzgórza jego policzków, kreśląc ścieżkę wzdłuż mięśni jego bladej szyi. Ciemne tęczówki wpatrywały się w przestrzeń z uwielbieniem, gdy opadając bezwładnie na rozrzucony puch i zagłębiając swoje ciało w miękkiej fakturze, rozrzucał brązowe kosmyki włosów na fałdach przesiąkniętej zapachem marzeń połaci. Puszysty koc śniegu lubieżnie opatulał jego ciało, a dotyk chłodnych palców pospiesznie przeczesywał pukle brązowych włosów. Czuł się tak bezpiecznie. Niemal zapomniał, jak to jest marzyć. Konwulsje porywistego wiatru nie pozwalały mu na to. Targały kosmykami jego włosów, rozwiewały jasny sweter, którym szczelnie się okrywał i smagały twarz nowymi, świeżymi muśnięciami wiatru. Ale on nie zapominał.

Wpatrywał się uważnie w białe drobinki, drapiące jego ręce i opryskujące ostre, skamieniałe kostki palców swoim miękkim pledem. Wpatrywał się w nie, gdy swobodnym ruchem przeczesywały śnieg, z każdą kolejną sekundą, obmywając na nowo brzeg polany. Wpatrywał się w nie i zapomniał. O znajomych, pojawiających się gdzieś w oddali zamglonych, brązowych oczach i rodzinie. Zapomniał o malinowych ustach i kruchości jego ciała. Zapomniał o tym, że istniał i odszedł, zostawiając go samego. Całkowicie odosobnionego. Zagubionego. I samego. Pośród bólu, głucho wypowiedzianych zdań i niepewności. Pośród spokoju i zdań urwanych w połowie. Zostawił go samego, nie pozostawiając po sobie żadnego słowa. Nie pozostawiając przeprosin. Odchodząc. Odchodząc w zupełnie nowy, pozbawiony zmartwień świat. Odchodząc w lepszą przyszłość. Powoli puszczając opuszki ciepłych palców jego dłoni, zatrzymując bicie swojego serca i oddech, kryjący się w maleńkich płucach. Jego bezdech ulotnił się. Małe, skrwawione serce, zatrzymało. Zostawił go. Na nowo nauczył kochać, przyzwyczaił i zostawił. Odszedł i zostawił. Odszedł, a pamięć po nim umarła. A on zapomniał.

Zapomniał, co to dzień i noc. Zapomniał, co to pory roku i stracone lata. Zapomniał, co to obecność kogoś bliskiego. Wystarczyło, że trwał. Trwał w swoim odosobnieniu, z dala od domu, rodziny i przyjaciół, mając przy sobie jedynie wolną postać Danielle. Trwał w nowej miejscowości, w nowym domu i nowych wspomnieniach. Tam, gdzie nie było jego. Tam, gdzie nie było wspomnień z nim. Tam, gdzie nie było miłości. Były tylko góry, których szczyty tonęły w fasadzie mroku.

Były hale, które odwiedzał ze znajomą książką w jednej dłoni i ciepłą dłonią w drugiej. Był ciepły i bezpieczny dom, w którym zamieszkał. Tam, gdzie nikt go nie znał. Tam, gdzie nikt nie pytał. Nie szukał odpowiedzi.

Było Chamonix, które skrycie kochał. To do niego powrócił. To ono go zrozumiało i nie zostawiło. To jemu się powierzył, a ono go nie zawiodło. Bo nie mogło. Było tylko miejscem, w którym znalazł ukojenie. Tam nie szargały nim nerwy i emocje. Tam odnalazł spokój. Tam codziennie przychodził. I zapomniał. Był zachód słońca, którego on nigdy nie zazna. Zamykając oczy, nigdy nie zazna zachodu słońca swojego życia. Nie zazna go i nie zrozumie. Już nigdy.

Nie zobaczy, jak ognista paleta znika za horyzontem, zalewając farbą ciemności roziskrzone niebo. Nie zobaczy, jak to jest czuć ciepłe promienie zachodzącego słońca na porcelanowej twarzy, gdy czerwień muska twoje zarumienione policzki, a żółć kreśli niewyraźne wzory na zarysie twojego zadartego nosa. Nie zazna ich i nie poczuje. Już nigdy. I nie pożałuje, bo w gruncie rzeczy nie ma czego.

Jest on, ona, Chamonix i obce góry. Jest słońce, które nie zachodzi. I nie zajdzie. Zapomnij o zachodzie słońca. Zapomnij o zachodzie swojego życia i zacznij żyć. Na nowo. Uciekając. Jak spadające gwiazdy, przebiegające po zarysie czarnego sklepienia nieba, kiedy wiatr targa ostatkami sił. Wśród wirujących płatków śniegu, błyskając lśniącym światłem niebieskich gwiazd. One pojawiają się tylko w Wigilię, gdy człowiek wierzy, że czeka na niego inne życie. To, które sobie wyśnił, ale nie zaznał. Liam wierzył w drugie życie. Wierzył w nie nawet bardziej, niż w szczęśliwy związek z Danielle, który trwał już dobre kilka lat. By zapomnieć, gotów był poświęcić własną duszę. Wypowiadając nieme słowa, miał przed oczami obraz swojego dawnego życia. Tego, do którego chciał wrócić, chociaż wszystko sprzeciwiało się jego decyzji. Mając na karku tyle lat, nie wierzył w magię świąt. Nie poddawał się jej, gdy ludzie ślepo zapatrzeni w swoje pragnienia, decydowali się na coś, płacąc za chwilę szczęścia największą stawką. Potrzebował wsparcia. Kogoś, kto poda mu pomocną dłoń, nie pytając o błędy. Tego potrzebował, wpatrując się w lśniące, wędrujące po sklepieniu gwiazdy, i to im powierzył swoją duszę, widząc jedną, spadającą drobinkę niebiańskiego pyłu.

- Chciałbym żebyśmy znowu byli razem – wyszeptał, przymykając powieki, na których osiadły się skrystalizowane drobinki śniegu. - I gotów jestem oddać za to wszystko.

+++

Nie spał za dobrze w ciągu pierwszej nocy. Kolejnej również. Nawet kurczowe wtulanie się w poduszki go nie uspokajało. Nie potrafił przywyknąć do ciągłego szumu wiatru i mroźnych werbli bijących o dach małego, przytulnego domku. Gęsta mgła, bez błękitu czarnego nieba i błysku niebieskawych gwiazd, przytłaczała go. Naciągał na głowę miękką, puszystą kołdrę, a potem dokładał jeszcze poduszkę. Znajomy zapach pościeli wodził jego zmysły na pokuszenie, ciepło bijące od ciała, przytulonego do jego pleców, powodowało mrowienie na całym jego ciele, spływając dereszem rozkoszy wzdłuż kręgosłupa nagiej skóry jego wrażliwych komórek. Mrucząc cicho pod nosem, wtulił się bardziej w kurczowo trzymaną przez siebie poduszkę, ginąc w zapachu jej miękkości, palcami przebiegając po puszystym fragmencie jej faktury, natrafiając dotykiem na znajome kosmyki jedwabnych włosów, które tak bardzo kochał przeczesywać.

Opuszkiem palca dotknął nagiej skóry jego lodowatego ciała. Jego ramiona były takie kruche, takie silne i takie gładkie. Na szczupłych palcach odznaczały się wszystkie kostki, a niebieskawe żyłki biegnące wzdłuż przegubów jego wątłych nadgarstków, sprawiały, że spryskane męskością mięśnie, przeszywały jego źrenice przezroczystym płótnem jego ciała. Zawsze odwzajemniał nieśmiało jego uśmiech, spojrzeniem sunąc po młodzieńczych rysach jego twarzy. Ta zalegająca zewsząd cisza, mroziła go; spokój wypełniający spierzchnięte stęchniętym powietrzem pomieszczenie, kurczył zaciśnięte komórki ciała, muśnięciami wiatru unosząc wirujące w zawieszeniu fragmenty ich codzienności. I spoglądając w blask jego tęczówek, wiedział, kiedy jest szczęśliwy. Trwał przy nim każdego dnia. Był jego najlepszym przyjacielem; pierwszą, wielką miłością. Był obok niego zawsze wtedy, kiedy tego potrzebował. Nocą, gdy świat tonął w ciemnościach i dniem, gdy wszystko budziło się do życia. Z świstem otworzył przymknięte powieki, natrafiając spojrzenia na koc, lubieżnie opatulający jego rozleniwione ciało.

Z roztargnieniem rozejrzał się po pokoju, natrafiając na jego przymknięte powieki. Spał obok niego, oddychając miarowo, z uśmiechem błąkającym się na rozciągniętych w leniwym półkolu wargach. Tęsknił za nim. Tęsknił, a tęsknota za tym, co już nie wróci, jest przerażająca, więc uśmiechając się lekko, przysunął się do niego bliżej, a wtedy opuszkiem palca dotknął skóry jego ciała. Obejmując go ciasno wątłymi ramionami, odwzajemnił nieśmiało jego uśmiech, wzrokiem sunąc po każdym wzniesieniu jego twarzy, milcząc.

Milczał. Milczał, kiedy dzień rozpościerał ramiona nad ich głowami. Milczał, kiedy roziskrzone tęczówki, śledziły wzrokiem każdy detal jego mlecznej twarzy, napawając się jego obecnością i bijącym od delikatnej skóry zapachem wanilii. Milczał nawet wtedy, gdy unosząc wzrok ku górze, odchylił do tyłu głowę, spoglądając w biały, rozpościerający się nad nimi sufit.

Zayn zawsze wyglądał uroczo z truskawkową barwą na zalanych snem policzkach i lekkim zarostem, który pokrywał jego idealną szczękę, dodając mu tego cholernie seksownego wyglądu, od którego Liam tak bardzo się uzależnił. Jego obecność dodawała mu dziwnego rodzaju bezpieczeństwa. Stawał się jego aniołem stróżem, który chronił go przed upadkiem, i który już wiele razy rozłożył swoje wielkie, anielskie pióra, chroniąc go przed nicością. Był jego cieniem; sumieniem, którego od zawsze mu brakowało. Trwonił swoje bezpieczeństwo. Trwonił swoją miłość, oddając ją w jego ręce. Jego serce stało się ich powiernikiem, a słodki oddech zapewnieniem.

Kreśląc wzór wzdłuż linii jego szczęki, zatrzymał się dotykiem na miękkich ustach, a wtedy Zayn, zacisnął powieki i dotknął swoimi wilgotnymi, miękkimi ustami jego policzka, zostawiając na nim słodki i mokry ślad rozkoszy. Wtedy zrozumiał. Wtedy doszło do niego to z pełną mocą i konsekwencjami - tęsknił. A tęsknota zdawała się pożerać większą cząstkę jego duszy. Czuł się tak, jakby nie widział go niewyobrażoną ilość czasu, a teraz powrócił i widok jego anielskiej twarzy był jedyną rzeczą, której potrzebował. Ale tak nie było. Widywał go każdego dnia, mieszkał z nim i egzystował. Cieszył się każdą najmniejszą rzeczą - od uśmiechu, który zatrzymywał jego serce, aż po popiół z jego ulubionych papierosów, które Zayn maniakalnie uwielbiał palić, a on ich nie znosił, ale z czasem pokochał, ponieważ były jego sposobem bycia. Tak samo, jak kawa, bez której obaj nie potrafili żyć. Nie, kiedy jej aromat unosił się w powietrzu, narkotyzując swoim słodkim, muskającym zmysły zapachem każdą drobinkę powierzchni ich drewnianego domu, spijając z ich ust resztki snu, odganiając noc i witając nowy dzień z uśmiechem na twarzy.

Liam, uśmiechając się do siebie, skosztował ustami jego czoła, pozostawiając po sobie ślad, który zaraz nastąpiło uczucie chłodu, kiedy nogi jego winowajcy dotknęły ciemnych desek podłogi, a jego ciepłe ciało zniknęło, pozostawiając po sobie miłe mrowienie, w miejscu, w którym jeszcze kilka sekund wcześniej biło jego serce. Kuszony miękkością oferowanej przez łóżko wygody, Zayn ponownie zapadł w słodki sen, a on, korzystając z okazji, powolnym krokiem ruszył w stronę kuchni, nastawiając wodę na leczniczą miksturę, która parząc się, uwolniła swój gorzki smak, przywodząc do kuchni nie tylko wspomnienia, ale również zaspaną postać Zayna, słaniającego się w jej progu, i piąstką prawej dłoni rozcierającego zaspane oczy, próbując jednym ruchem odgonić resztki snu z ociężałych powiek, ale przede wszystkim, przybierającego groźną minę wojownika, walczącego o swoje racje.

- Mogłeś mnie zawołać, żebym ci pomógł. Wiem, że ostatnio mówiłem coś zupełnie innego, ale kiedy w grę wchodzi kawa, jestem gotowy zapłacić każdą cenę, by zdobyć to, czego chcę.

- Tak ładnie mnie wczoraj prosiłeś, żebym cię nie budził zbyt wcześnie – odparł Liam, cały czas patrząc pod nogi. – Nie umiałem ci odmówić.

Pod wpływem jego słów, wrogość Zayna wyparowała, zastępując swoją obecność słowami zapewnienia, które każdego dnia, Liam starał się kierować w jego stronę, byle tylko przypomnieć mu, jak bardzo zależny jest od jego oddechu. Czasami pozostawały tylko one, kryjące swoje znaczenie w stłamszonej, pachnącej wspomnieniami pościeli. Wśród fałd aksamitu i miękkości poduszki; wśród zapachu jego pachnących wanilią włosów i delikatnego miąższu różanych warg; wśród zapomnienia i zatracenia. Smakujących samych siebie, w uścisku nagich dłoni; splecionych ciałach i zderzeniu zaczerwienionych, puszystych warg. Z wolna opuszczając białe piórko rozkoszy. Właśnie wtedy Zayn poddawał się całkowicie, pozwalając uległemu ciału Liama, zbliżyć się do siebie i naznaczyć go swoją obecnością, której każdego dnia łaknął jeszcze bardziej. I nic więcej do szczęścia nie było mu potrzebne, bo kiedy ponownie uniósł do góry powieki - on wciąż tam stał, uśmiechając się słodko, niewinnie i tak… znajomo.

+++

Mroźny wiatr przeszywał ich na wskroś, smagając ich wątle ciała konwulsją lodowatego powietrza. Wzdychali cicho i przeciągle, rozkoszując się świeżością poranka, spacerując znanymi, wydeptanymi ścieżkami górskiego lasu. Drobinki puszystego śniegu okalały ich nagie, porcelanowe policzki. Zaróżowione od zimna, piekły lekko, smagane nowymi dawkami rześkiego powietrza.

Wsłuchując się w szemrzące między sobą drobinki lodu, mijali po drodze zalegające na chodnikach połacie zmrożonych brył. Biała paleta kolorów zdobiła rozciągającą się przed nimi panoramę Chamonix, tonące w lekkim puchu chmury i szare, wznoszące się do nieba szczyty gór. Zapach zimy mroził ciało Liama, odziane jedynie zwiewną peleryną tkaniny, kiedy trzymając swojego chłopaka za rękę, zmierzał w stronę ich domu, czując powietrze, przeszywające lodowatymi więzami wiatru ich skurczone sylwetki. Drgał z powodu dreszczy haftujących ich mleczne ciała, czując ciarki przechodzą po ciele, gdy zapach zimna, wanilii i przelotnego wiatru, muskającego każde pasemko jego ciemnych, brązowych włosów, wprawiał ich w osłupienie. Obserwowali świat spod orzechowych, wpatrujących się w puszyste płatki tęczówek. Ich truskawkowe usta zdobiła mleczna pierzyna wspomnień. Pachniały zimnem, tęsknotą i marzeniami. Chcieli ich dotknąć - skrawkiem ciepłego serca i różanymi ustami. Kawałek po kawałku. Nie upadając.

- Zima jest taka piękna, gdy jesteś obok – szepnął, szczelniej opatulając swoje zmarznięte ciało materiałem kurtki. Widział, jak Zayn uważnie mruży oczy, spoglądając na jego twarz. Na ten delikatny, zmysłowy uśmiech. Na rzęsy, powolnym ruchem przeczesujące jasne i nieskazitelne powietrze. Na subtelne usta, które niemo zdawały się wykrzykiwać jego imię. Obserwował jego ciemne, orzechowe oczy, szukając w nich odpowiedzi, a gdy ją znalazł, był pewien. - Nie chcę cię stracić – dodał, przyciskając jego dłoń do swojego ciała. Dopiero to go uspokoiło.

- Liam, proszę cię… Nie możesz tak myśleć – mruknął, chowając twarz w jego ramię. W nozdrza uderzył go jego cudowny zapach. Przymknął powieki, wdychając tę narkotyzującą woń. Czuł jak delikatnie dotyka dłonią jego twarz. Jego oczy w jednej chwili zaszły mgłą, powodując zdrętwienie kości, a on nie był w stanie nic powiedzieć. Domknął je.

- Cii – szepnął cicho, a jego wzrok zatrzymał się na jego ustach, lekko rozchylonych, nieświadomych bliskości jaka ich dzieli. Nic na to nie poradził, że tak na niego działa. Zbliżył się i nie zwracając uwagi na panujący na dworze mróz, popchnął go lekko na puszysty śnieg, zdobiący powierzchnię ziemi.

Przywarł plecami do jego szorstkiej powierzchni, swój wzrok kierując na jego twarz, pokonując dzielącą ich odległość i przywierając swoimi wargami do jego ust. Delikatnie naparł swoimi ustami na jego wargi, wolną rękę zsuwając na jego plecy, drżące pod dotykiem jego ust. Smakowały jak życie i skrywana wolność. Jego usta były idealne. Odpowiednio wyrzeźbione i zbudowane. Idealnie komponowały się z jego różanymi wargami.

Zamknęli oczy, nieśmiało stykając się spragnionymi dotyku wargami. Miąższ jego ust drgnął delikatnie pod powłoką nagiej, wiśniowej rozkoszy, spijając każde nieme westchnienie, wydobywające się flegmatycznym oddechem z jego drżącej postury. Wgryzły się w nie jak ten mróz w białą połać polany, do której byli przyciśnięci, zachłannie porywając ich w odmęt bezdennej namiętności. Lubili bezwładnie dryfować w czerni swoich oczu. Kołysani przez alabastrowe dłonie i ciepły oddech.

Liam koniuszkiem języka, bardzo powolnym i subtelnym ruchem przejechał po dolnej linii jego lekko rozchylonych warg, łącząc ich gorące języki w szaleńczej bitwie. Powabne muśnięcia przerodziły się w szatański maraton, obdarzając ruiny jego serca kojącym szalem rozkoszy. Z roztańczonymi płomykami iskierek w zamglonych oczach, oderwał się od niego, przejeżdżając opuszkami palców po subtelnej fakturze jego skóry. Ponownie przymknął jasne powieki, opierając swoje czoło o jego, zadartym nosem pocierając jego nos, łapczywie łaknąc drobinek tlenu, które po chwili, z głośnym haustem wypełniły jego pęcherzyki płucne. Z zafascynowaniem przywołał na myśl ich pierwszy, wspólne spędzony wieczór.

+++

Liam nigdy nie lubił alkoholu. Nigdy nie miał również powodu, by go spożywać. Nie rozumiał sensu wlewania w siebie hektolitrów gorzkiego trunku, a nawet jeśli, by go rozumiał, to i tak problemy zdrowotne, stawały się utrudnieniem, które napotykał, gdy tracił nad sobą panowanie i myślami widział siebie, wypijającego jakiś metaliczny w posmaku trunek, by tylko załagodzić cierpienie trwającej wówczas sytuacji. Był człowiekiem, który nie widział w tym nic pociągającego i odstresowującego i dla własnej rozrywki, kiedy potrzebował rozluźnienia, zasiadał przed telewizorem, z miską popcornu na kolanach, zagłębiając się w dalszych losach bohaterów swoich ulubionych filmów i seriali, i najzwyczajniej w świecie nie myśląc o wyjściu do baru. Nie bronił też tego swoim przyjaciołom i kiedy ci wykazywali chęć rozerwania się, pozwał im się wyszaleć, bądź, gdy prosili, ulegał ich urokowi i stawał się ich towarzyszem, który mimo dobrych chęci, od alkoholu trzymał się z daleka. Nie rozumiał więc, co robił teraz w barze, pochylając się nad kolejną szklanką zamówionej przez siebie whisky, przypatrując się panującej wokół niego atmosferze. To nie był idealny sposób, by opuścić wodze nerwów i zapomnieć o wszelkich problemach, a jednak poddawał się mu, brnąc w kłopoty, które opanowywały jego ciało, gdy tylko czul na języku gorzki, metaliczny smak zamówionego przez siebie napoju. Nigdy nie zastanawiał się nad swoim życiem i powodami nim kierującymi. Nigdy nie myślałby, że popijanie colą napoju z dość wysokim procentem alkoholu będzie lepszą alternatywą, niż siedzenie w domu i pochłanianie widzianego wcześniej milion razy filmu. Tak uległy stawał się wówczas, gdy w grę wchodził magiczny okres, przez wierzących nazywany świętami.

Święta były dla niego najbardziej irytującym tematem pod słońcem. Gdyby nienawidził tylko ich, upijanie się w barze nie byłoby dostatecznym powodem nad użalaniem się nad sobą. Czynnikiem, który przeważył szalę, były wymuszone uśmiechy innych, irytujące piosenki i roztapiający się śnieg. Może dla ludzi, którzy wierzyli w aurę i spełnianie marzeń, jego pobyt w pobliskim barze nie był dostateczny. Może nie rozumieli go tak, jak on by tego oczekiwał. Może. A może po prostu zmęczył się ciągłym udawaniem i to właśnie słabość przeważyła szalę problemów, które ostatnio go zaczęły otaczać. Problemów, z którymi również sobie nie radził i najzwyczajniej w świecie był po prostu bezradny. W takim wypadku głupia komedia romantyczna i popcorn nie rozwiązałyby jego problemów.

Barman spoglądając na niego, wiedział doskonale, że po pierwszy raz opija swoje problemy i nawet bez pytania, podstawiał mu co rusz pod nos kolejne, nowe szklanki, po brzegi wypełnione ciemnobrązowym płynem, dopisując wszystko skrzętnie do rachunku, odurzonego już klienta.

Liam po dziesiątej szklance; jego już ulubionego napoju, spojrzał w stronę okna, by przyjrzeć się scenerii, rozgrywającej się na zewnątrz. Natrafił na powolnym ruchem opadający śnieg, jego białe drobinki, ginące pod stopami przechodniów; śnieg, który nie był jego sprzymierzeńcem i nie sprawiał, że rychło zmieni zdanie odnośnie jego atrakcyjności. W tym roku nie czuł świąt. Owa świąteczna magia, zniknęła gdzieś za problemami ekonomicznymi kraju i jego samotnością. Zazwyczaj miał przy sobie bliskich i przyjaciół. Miał ich przy sobie każdego dnia, ale brakowało mu kogoś, kto bez zbędnych pytań pobędzie przy nim, gdy najbardziej będzie tego potrzebował; potrzyma go za rękę i powie, że będzie lepiej, ponieważ ich miłość zwycięży nawet to.

Z niechęcią wpatrując się w szklaną taflę wymyślnego szczęścia, przyłożył do ust kolejną dawkę leczniczego płynu, pod którego wpływem przymknął jasne powieki, przybierając na twarz ironiczny uśmieszek, a kiedy je otwarł, natrafił na nowe, czyste, czekoladowe tęczówki.

Nie były to zwykłe oczy. Były to najgłębsze, najpiękniejsze brązowe oczy na calusieńkim świecie i Liam mógł śmiało stwierdzić, że teraz w nich utonął; tym bardziej, że nie był trzeźwy, a jego zdolności pływackie ograniczały się do zera i powoli zaczynał tracić kontrolę nad swoim ciałem. Wiedział, że on również się mu przygląda, z lekkim rozbawieniem wymalowanym na roześmianej twarzy, i nie potrafił tego ukryć nawet obraz nutki powagi, który próbował na siebie przywdziać - oczywiście bez skutku. Nie rozumiał, dlaczego nieznajomy uśmiechał się pod nosem, spoglądając na niego z żalem, jakby mu współczuł. Liam nie potrzebował współczucia, nawet jeśli wyglądał na naprawdę nieszczęśliwego człowieka, który nigdy wcześniej nie miał w ustach alkoholu. Odwrócił wzrok, ale za chwilę poczuł zapach wody kolońskiej, który go otumanił. Może nawet bardziej niż ten cały alkohol.

- Jesteś pewien, że to wszystko jest dobrym rozwiązaniem na święta? – spytał nieznajomy, a Liam poczuł, jak kolana się pod nim uginają, gdy usłyszał baryton chłopaka, tak miękki i dźwięczny - pieszczący jego uszy.

Poddał się i ponownie spojrzał na sylwetkę nieznanego mu mężczyzny. Próbował unikać jego oczu, by ponownie nie popełnić tego samego błędu i w nich nie zatonąć. Chciał móc w spokoju przeprowadzić konwersację na poziomie, o ile będzie mógł takową przeprowadzić. Nie wiedział przecież, czego tamten od niego oczekuje.

Jego szczęka była przyozdobiona trzydniowym zarostem, który dodawał mu męskości. On nie goląc się przez trzy dni wyglądał jak bezdomny, a nieznajomy; jak bóg seksu. Miał na sobie koszulę w kratkę, przylegającą do szczupłego torsu oraz beżowe spodnie, które niebezpiecznie nisko wisiały na jego biodrach. Zbyt nisko, stwierdził nagle, gdy przy ruchu jego ręki materiał uniósł się troszkę w górę, ukazując ścieżkę ciemnych włosów ginących za krawędzią spodni oraz gumką bokserek. Liam na ten widok poczuł suchość w ustach. Suchość, której nigdy wcześniej nie poczuł, a jednak zdawał się znać.

- Jakie Święta? Szczerze? W tym roku mogłoby ich nie być. Tak samo, jak śniegu i tej całej szopki – mruknął, biorąc kolejny łyk ze szklanki. Czuł się jak aktor, występujący w jakiejś komedii, ewentualnie dramacie. Odgrywał rolę kretyna, który opija się w barze i jest samotny podczas świat. Chyba już nawet widział taki film.

- Wiesz, co mnie się wydaje? Wydaje mi się, że brakuje ci w życiu szczęścia i na za wszelką cenę, na siłę próbujesz upić się, chociaż wiesz, że nie powinieneś - odparł, a jego głos jeszcze długo odbijał się w jego głowie.

- To niedorzeczne. Możesz myśleć, że jestem pijany, ale ja po prostu nie lubię świat.

- Bzdura. Myślę, że patrzysz na świat nieco bardziej krytycznie, niż inni ludzie, ale alkohol, który płynie w twoich żyłach, sprawia, że stajesz się bardziej otwarty, przez co, cala moja siła woli buntuje się i przyciąga mnie do ciebie. Miałem spędzić wieczór na opłakiwaniu marnych skutków życia, tymczasem trafiłeś mi się ty. I wcale tego nie żałuję. - Buntowniczy ton jego głosu, wprawiał Liama w oczarowanie. Obiecał sobie, że raz na zawsze skończy z wpakowywaniem się w problemy, tymczasem one same do niego przybyły, przyciągane jak magnes.

- Chyba nie udał ci się ‘męski’ wieczór, co? - usłyszał swój głos, zanim zdał sobie sprawę, z sensu wypowiedzianego przez siebie zdania. Był młody, mógł popełniać błędy, dlaczego więc, nie zacząć od tego seksownego, pozbawionego zahamowań ciemnookiego bruneta.

- Gdybym posłuchał swoich bliskich, spędzilibyśmy tu całą noc. - Zdjął z ramion skórzaną kurtkę i zawiesił ją sobie na palcu. - Marzę tylko o łóżku.

- W takim razie mamy podobne marzenie.

- Ty tez marzysz o łóżku? - spytał zdziwiony, marszcząc swoje idealne brwi.

- Marzę o tobie w moim łóżku - odpowiedział mu pewnie, nie zastanawiając się nad tym, jak zdesperowanie musi brzmieć.

Oblizał swoje suche usta, w brzuchu czując trzepotanie motyli. Dzisiejszego wieczora po raz pierwszy proponował noc nieznajomemu i chociaż towarzyszyła im pokusa, udało mu się trzymać dostatecznie swoje odczucia na wodzy. Nie był jeszcze pewny, jak daleko chce się posunąć w tym związku, ale nieznajomy chyba nie podzielał jego wątpliwości.

Przesuwając się w jego stronę, ujął w swoje ciepłe dłonie jego umięśnioną twarz. Zapach nieznajomego uderzył w jego nozdrza, pobudzając zmysły i wiele się nie zastanowił. Uderzył w jego usta swoimi, spijając alkoholowe pocałunki z jego warg. Czarnowłosy odwzajemnił jego pieszczotę, sprawiając, że drżał pod nim, głośno oddychając. Co chwilę jego oczy znikały za kurtyną z długich rzęs, by pojawić się, jeszcze bardziej zamglone niż poprzednio. Przygryzł wargę, gdy obdarował go mocnym pchnięciem, dusząc w sobie jęk. Chłopak unieruchamiając ruch swoich ust, zatrzymał się, lekko odchylając i patrząc mu głęboko w oczy, oblizał swoje spierzchnięte wargi.

- Jeśli masz ochotę się wycofać, zrób to teraz, ale pamiętaj, że ja tak szybko nie rezygnuję, w szczególności wtedy, kiedy bardzo mi na czymś zależy - wyszeptał.

- Pewnie będę tego jutro żałować, ale… - zastanowił się. - Cholera, mam to gdzieś.

Z satysfakcją powrócił do jego ust, zatapiając się w namiętnym, pełnym miłości pocałunku, który przypieczętował wszystko. Ich dłonie błądziły po swoich ciałach, ucząc się siebie na pamięć, jakby ich zbliżenie było pierwszym i ostatnim zarazem. Opierali dłonie na swoich karkach i przyciągali się do siebie jak najbliżej, czując znajome ręce na swoich biodrach - niespodziewanie drżąc.

Przyciągając go bliżej siebie, palce wplatając w pukle jego włosów, Liam, opuszkiem palca przesunął po fakturze jego różanych ust. I kiedy na jego wargach zagościł uśmiech, przestał oddychać. Zamarł, gdy zdał sobie sprawę, że on, podobnie, jak on sam, nie chce się wycofać. Nieznajomy wkroczył w jego życie i… Nic nie było już takie same.

+++

Liam uśmiechnął się na wspomnienie ich pierwszego spotkania, i właśnie wtedy, małe, puszyste białe piórko śniegu, powolnym ruchem opadło na wystawioną, bladą dłoń jego chłopaka. Wrażliwość jego ciała okazała się nadzwyczaj fascynująca.

Zgarniając jego kruche ciało w swoje bezpieczne ramiona, przymknął ociężałe powieki, przejeżdżając lodowatą dłonią po fakturze jego zimnego policzka, pod opuszkami palców czując subtelny dotyk jego nagiej, ozdobionej zarostem skóry. Pamiętał każdy najmniejszy milimetr jego kruchego ciała; każde mrugnięcie; każdy szept ulatniający się z jego aromatycznych, pachnących pewnością siebie warg. Przypomniał sobie jego pierwsze spojrzenie. Nikły uśmiech zagościł na jego spierzchniętych wargach, więc z gęsią skórką na szyi i rękach, drżącą dłonią, opuścił z wolna ekscytującą zdobycz, kątem oka obserwując jej lot; karmiąc dotykiem bosych tęczówek pozbawiony wilgoci fragment ciała Zayna. A kiedy poczuł jego fakturę na dłoni ukochanego, którą trzymał w żelaznym uścisku splecionych dłoni, on swoim dotykiem podrażnił jego wrażliwość, zamglonym wzrokiem wpatrując się w silny uścisk ich mięśni, i ciepły materiał, układający się niczym kaskada na ich zmarzniętych nogach,

- To dla ciebie wróciłem - wyszeptał przy jego szyi, ale Zayn nie zastanawiał się nad sensem wypowiedzianych przez niego słów. Ważne, że był tu i teraz, i nigdzie nie miał zamiaru się wybierać.

+++

– To dla ciebie – wyszeptał przy jego skórze, wsuwając w drżącą rękę, łodyżkę ze śliczną, czerwoną różą. Zamrugał rzęsami kilkakrotnie, nie wierząc, że właśnie w tej chwili, jego ukochany, daje mu czerwoną różę - symbol oznaczający gorącą i szaleńczą miłość. Miłość, która należała tylko do ich dwojga; która oznaczać będzie tylko ich i im była wierna. Nawet po latach rozłąki… Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz