poniedziałek, 30 grudnia 2013

664

Lekkie płatki białego puchu wirowały w subtelnych podmuchach wiatru, muskane językami mroźnego powietrza. Odcinały się od siebie, zataczając maleńkie obłoki na zarysie ciemnego nieba. Migoczące na nim gwiazdy, oświetlały swoim blaskiem mleczną ścieżkę, torując na niej drogę wśród jasnej poświaty kruczoczarnej mgły. Igrały z każdą po kolei, podczas gdy Harry, zamglonym od tytoniowego dymu wzrokiem, spoglądał w tonącą czerń, z uśmiechem unosząc do ust drżącą ręką, do połowy pełną butelkę przezroczystego trunku. Jego zielone tęczówki wpatrywały się ze skupieniem w granatowe sklepienie nieboskłonu, gdy gorzka, metaliczna ciecz rozlała się po jego ciele, wywołując skrzywienie na zarumienionej od wiatru twarzy. Przyłożył dłoń do ust, próbując zdusić nerwowy chichot, wydobywający się z jego drżących ust.

- Jesteś egoistą, Styles… Minęło tyle czasu, a ty wciąż czujesz to samo. Miłość silną, jak nigdy przedtem…. - kolejna już tej nocy butelka. Smak alkoholu skutecznie tępił jego odczucia. - Może powinieneś pozwolić jej odejść? Przyzwyczaić się do samotności, budząc się samotnie każdego ranka, podczas gdy on leży w ramionach innej…? - gorzki i metaliczny płyn rozlewał się po jego gardle, drażniąc po drodze wrażliwe tkanki podniebienia. Zamglone oczy przestały rejestrować kolor, zamazując wszystkie obrazy na rzecz chwilowego niebo stanu. – Najgorsze jest to, że chcesz tylko jednego… Jego ust szukających twoich - zakończył. Błąkający się po jego drżących ustach uśmiech, ujrzał światło dzienne w chwili, gdy ostatnia dawka alkoholu dostała się do jego krwiobiegu. Uśmiechając się, rozbił pustą już butelkę, depcząc brązowymi butami kryształowe drobinki szkła. Spoglądając w migoczące gwiazdy, wychrypiał:

- Jesteś żałosny, Styles – krzyknął, przemierzając środek pustej, asfaltowej ulicy. Tylko kilkadziesiąt kroków dzieliło go od spokojnego, cichego domu. Mimowolnie sięgnął po drugą butelkę, jednym chlustem wypijając połowę jej zawartości. Jego skulona, chwiejąca się sylwetka, odcinała się na zarysie szarej rzeczywistości; opuszczone bezwładnie wzdłuż boków ręce, ciągnęły za sobą prawie pustą już szklaną materię. Z kpiącym uśmieszkiem przypatrywał się mijanym po drodze latarniom. Przyćmione światło wydobywało się z ich wnętrz, obdarzając skrawek zimnego powietrza swoim ciepłem, rozlewającym się po całej okolicy. Czuł zapach goździków. Ich słodka nuta mąciła mu w głowie. Zatrzymując się, lekkim skinieniem odrzucił głowę w tył, a niski, gardłowy baryton wypełnił otaczającą go ciszę.

– Jesteś taki słaby… Jedna butelka, a ty już jesteś zalany. Co z tobą? Wypadasz z kondycji? Zbyt cieszysz się ostatnimi godzinami starego roku…? A może to jednak wina tego, że jesteś beznadziejny…? Jesteś taki słaby i beznadziejny - wykrztusił na wydechu. - Wszystko za co się weźmiesz, kończy się niepowodzeniem. Dlaczego wszystko psujesz? Dlaczego nie walczysz o coś, na czym naprawdę ci zależy? - Potknął się o wystający kamień, w ostatniej sekundzie utrzymując równowagę. - Nie dziw się, że ktoś taki ma cię gdzieś… nie dziw się, że wybrał ją, zamiast ciebie… Przeżyłeś najwspanialszą miłość nawet nie przyznając się, że coś do niego czujesz…. W myślach będziesz przypominał sobie do końca swoich dni każdy ich… pocałunek. W oczach innych będziesz widział swoje spojrzenie krzyczące: wróć. Każdy zapach będzie jego zapachem, każda nuta będzie jego melodią… Wszystko… Najmniejszy powiew wiatru, liść na drzewie, płatek śniegu, dziecko uśmiechające się… Wszystko będzie przypominało ci jego, lecz nigdy już nie będzie twój. Nigdy… Nigdy nie wypowiesz na głos tych kilku ważnych słów… Bo widzisz… Lubię cię… Lubię cię bardziej niż przyjaciela… Ja po prostu jestem w tobie cholernie mocno zakochany.

Tak trudno jest zaglądać w swoją przeszłość. Tak trudno jest przyglądać się swojemu odbiciu w lustrze. Harry z całego serca pragnął zniszczyć to odbicie, które po raz setny w jego życiu miało rację. Chciał zniszczyć całego siebie. Jednak najtrudniejszą rzeczą, jaką miał przed sobą, było powiedzenie prawdy. Nie chciał wyznawać swojej największej i najstraszniejszej tajemnicy… Nie chciał wyjawić tego, że jego serce jest rozdarte, a co gorsza, to serce zakochało się w przyjacielu i to bardzo mocno.

Mężczyzna może się upić, a nie być pijany.
Mężczyzna może walczyć, a nie być zabity.
Mężczyzna może zalecać się do pięknej dziewczyny i być przyjęty z powrotem, ale odkąd to życie ma takie wyznaczone reguły?
Z czasem można wzrosnąć i upaść…
Przyjdź, wypełnij za mnie stłuczone kawałki szkła.
Uwolnij mnie od wszystkiego… Uwolnij mnie od kochania ciebie.

Musiało być już późno, coraz więcej osób niepewnym i nienaturalnym krokiem starało się dojść do drzwi, by po chwili, w wielkim skupieniu pchnąć je i zniknąć w grudniowym mroku. Harry w ustach czuł smak gorzkiego lekarstwa.

- Pieprzone złudzenie – mruknął, przechylając ostatnie krople trunku do ust. Kolejna dawka alkoholu zaaplikowana. Odwrócił głowę, jakby szukając nieistniejącej odpowiedzi. Kolejny zawód. Od mahoniowych drzwi domu dzieliło go zaledwie kilka kroków. Ściany budynków wznoszących się ze wszystkich stron, przypominały bezkresny wąwóz. W powietrzu wciąż unosił się zapach goździków. Noc pochwyciła go w swe spragnione nozdrza i wyniosła ponad niedostępne dla innych chmury, by tam otoczyć je należytą czcią. Chłopak przez zamglone oczy widział, jak mahoniowe drzwi stopniowo się uchylają. Świat zdawał się nienaturalnie pulsować. Żyły zamiast krwi pompowały jedynie alkohol. Przyłożył rozgrzane wargi do swojej lodowatej dłoni, zatrzaskując skrzypiące drzwi. Z oporem wyczuwalnym w każdym jego kroku, wszedł po marmurowych schodach na górę, w otępieniu zrzucając z siebie czarną kurtkę. Pustą butelkę pozostawił w progu drzwi, a sam z niewytłumaczalnym utęsknieniem rzucił się na duże, wygodne łóżku, gubiąc się w fałdach satynowej pościeli. Wszystko czego pragnął, to przymknąć blade powieki i odpłynąć… odpłynąć do świata, w którym nie czekały na niego żadne troski i problemy… Czy tak dużo oczekiwał?
***

Louis nonszalancko oparł się o framugę drzwi, obdarzając swoim skrawkiem niebiańskich tęczówek, spowitego lubieżnym kawałkiem pościeli, Harry’ego. Ciszę przerywał jego płytki oddech i delikatne bicie serca. Smutek uwięziony w oczach i spojrzenie na świat, którego tak bardzo nienawidził, był widoczny na jego twarzy, gdy bezszelestnie przemierzył dzielącą ich odległość i z westchnieniem opadł na brzeg łóżka. Przez chwilę tępo wpatrywał się w swoje zaplecione na kolanach ręce, aż w końcu podniósł smutne tęczówki, zawieszając je na śpiącej twarzy chłopaka.

Pochłaniał wzrokiem każdy detal jego porcelanowej twarzy, sunąc wzrokiem po jego lekko rozchylonych, truskawkowych wargach, by po chwili drżącą ręką przejechać po konturze jego aksamitnych ust. Jego duże, przymknięte powieki, przyozdobione były gęstą paletą rzęs, a czoło pokrywały niesforne, splątane w nieładzie kosmyki brązowych loków. Przez zasłony przedzierały się przygaszone promienie wschodzącego księżyca. Jego słodkie spojrzenie odbijało się blaskiem od grubej warstwy zalegającego śniegu.

- Jest mi tak zimno, wiesz? Dziś do snu nie ukołysze mnie melodia twojego głosu. Czuły szept nie obejmie skaleczonych przez samotność marzeń - tak trudno pochować je w zaciśniętej pięści. Brak wyjaśnień, pieprzonych powodów dlaczego. Była dla mnie słońcem, świecącym nad moim życiem. Była księżycem, malującym swym blaskiem. Tak wrażliwym i bladym… A teraz jej nie ma. Zostawiła mnie dla swojego przyjaciela, uwierzysz… - zachrypnięty głos Louisa rozniósł się echem po okalanym ciemnością pokoju. Przygryzł drżące wargi, zatrzymując cisnące się do oczu łzy. – Tym razem nie powstanę. Nie zregeneruję się. Po co komuś życie, gdy nie posiada szczęścia? Gdy jeden gest, jedno słowo – na zawsze zatrzaskuje wielkie mahoniowe drzwi. Tam, za tym drewnem pozostała rzeczywistość. Tam pozostałeś ty. Przybyłeś… Widziałeś moje oczy zmęczone przygnębieniem. Przybyłeś, kiedy tego najbardziej potrzebowałem… Byłeś moją ostoją. Ramieniem, w które mogłem się zawsze wypłakać… Czy mógłbyś być nim i teraz? - Wierzchem dłoni wytarł szklane kropelki łez, toczące się po jego zaróżowionych policzkach. - Może powinniśmy zatrzymać czas? Nie mamy nic innego do stracenia… Chociaż czujemy ból, trzymamy się mocno. Nie ważne, gdzie jesteśmy. Zawsze będziemy razem. Zawsze będę z tobą… Chciałbym cię poczuć – wskazuje ręką na własne serce – o tutaj! Chciałbym cię dotknąć i nie mieć wyrzutów sumienia… A najgorsze jest to, że gdy straciłem sens życia, to nic się nie zmieniło. Kiedy odeszła Eleanor zamiast bólu poczułem ulgę… Wiesz, dlaczego zawsze będę z tobą? Dlaczego pomimo tego wszystkiego nadal mi na tobie zależy? Nie jak na przyjacielu, czy bracie… Bo widzisz… Lubię cię… Lubię cię bardziej niż przyjaciela… Ja po prostu jestem w tobie cholernie mocno zakochany – nie zważając na łzy lśniące w jego niebieskich oczach, pochylił się nad nim, czując ciepły oddech na swoim policzku.

Delikatnie musnął kąciki jego truskawkowych ust, czując na swoim ciele miłe mrowienie, rozchodzące się ciepłem po aksamicie satynowego płótna. Chciał wstać i wrócić do siebie, kiedy Harry niespodziewanie otworzył szeroko przymknięte oczy. Chciał się oddalić, skrępowany ciszą, jaka między nimi panowała, jednak brunet zahipnotyzowany ich bliskością, zacisnął pięści na brzegach jego koszulki. W odpowiedzi wzgórza policzków Louisa zalały się różem, a sam szatyn odwrócił nieznacznie głowę, byle tylko nie spoglądać w zaciekawione tęczówki chłopaka. Harry uśmiechając się nieznacznie, wyswobodził rękę spod zimnej kaskady pościeli i wyciągając ją przed siebie, przejechał opuszkami palców po jego gładkim policzku.

- Nie zostawiaj mnie. Zostań i kreśl niewyraźne wzory na moim nagim ciele, spijając smak mojej miłości…. Naucz mnie rozkoszy, ukazując przy tym swoje prawdziwe ja. Pokaż jak tęsknisz, zatracając się w smaku grzechu… Zostań… Zostań i podaruj mi trochę swojej miłości – nie czekając na żadną reakcję ze strony Louisa, Harry łapczywie wpił się w jego usta, narkotyzując się słodkim zapachem jego skóry. Rozchylił wargi z cichym westchnieniem, pozwalając wtargnąć gorącemu językowi szatyna do swojego wnętrza.

Czując jego słodki smak, koniuszkiem języka przejechał po dolnej wardze jego ust, by po chwili kreślić niewidoczne znaki na fakturze jego podniebienia. Z cichym warknięciem wydobywającym się z jego marmurowych warg, otworzył przymknięte oczy, obdarzając Louisa zamglonym wzrokiem. Harry wstał z łóżka i mocno go objął, zatracając się w tym uścisku. Odgarnął kosmyki włosów z jego twarzy i wpił się w jego wargi, składając na nich cudowną pieszczotę. Ich rozszalałe języki były jak tańczące na zgliszczach iskry. Przygryzł jego wargi, a on pieścił dłonią jego jedwabiste, brązowe włosy. Wyginał się, stopniowo porywany przez czas sączący się z każdego dotknięcia ich ust. Byli dla siebie i nic nie mogło ich rozdzielić. W chwili, gdy na niebie rozbłysło tysiące fajerwerków, truskawkowa rozkosz naparła swoją słodyczą na mleczne usta bruneta, tworząc paletą barw zupełnie nowy smak. Smak początku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz