To stało się tak nagle. Jechałem pustą drogą, dookoła mnie ciemność. Nuciłem pod nosem jakiś utwór, który niedawno słyszałem w radiu. Wracałem właśnie od mamy wioząc w bagażniku pyszne ciasto domowej roboty. Wszyscy z utęsknieniem go wyczekiwali. To była taka nasza mała tradycja. Każdy przywoził z domu coś innego i gdy się spotykaliśmy robiliśmy sobie wspólny wieczór, podczas którego zajadaliśmy domowe jedzenie i śmialiśmy się z tego, co nam się przydarzyło podczas trasy.
Tym razem miało być zupełnie inaczej.
Zawsze byłem fanem tradycji. Lubiłem, gdy coś cyklicznie się powtarzało, jak święta, moje urodziny czy nadejście wiosny. Taka miła odskocznia od niestabilności, która towarzyszyła mi na każdym kroku od kilku już lat. Wszyscy się z tym liczyliśmy. Wejście do świata show biznesu nie jest łatwe, ale jeszcze trudniejsze jest utrzymanie się w nim. Każdy dzień jest walką o jak najlepsze notowania, fanów. Niezliczone wywiady do gazet, radia czy telewizji mają zapewniać ciągłość sprzedaży i popytu. To szalony świat, w którym jedyną pewną rzeczą jest to, że kiedyś się go opuści. Jedni robią to bardzo szybko, a niektórym udaje się tam zostać na lata.
Można powiedzieć, że my dopiero raczkowaliśmy w tej dziedzinie. Osiągaliśmy sukcesy, odnosiliśmy zwycięstwa, ale przede wszystkim cieszyliśmy się każdym dniem, koncertem czy spotkaniem z fanami. W końcu to im zawdzięczaliśmy wszystko, co do tej pory osiągnęliśmy. To oni chcieli nas słuchać, oni kupowali płyty, oni chodzili na koncerty.
Byli najważniejszym elementem i nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego niektóre gwiazdy tak bardzo na nich narzekały. Przecież to cudowni ludzie, którzy dodają ci sił, gdy wszystko zaczyna się walić. Wspierają nawet jeśli reszta świata jest przeciwko tobie. I pomagają ci spełniać marzenia. Nie ważne, jak głupie mogły by się one wydawać. Oni byli przy nas bezwarunkowo i oczekiwali tylko tego, byśmy byli dla nich w ten sam sposób. Chcieli nas słuchać i oglądać. To dla nich każdego dnia podnosiliśmy się z łóżka.
Moje życie bardzo się zmieniło odkąd wziąłem udział w X-Factorze. To był naprawdę szalony okres. Z pięciu zupełnie obcych sobie ludzi stworzyli zespół. I ten zespół brzmiał. Coś niesamowitego. Choć bardziej niesamowitym jest fakt, że staliśmy się sobie tak bardzo bliscy. Niemal nierozłączni.
Mimo tygodni, które spędzaliśmy wspólnie w trasie nie potrafiliśmy zrezygnować ze spędzania wspólnie czasu nawet poza tour busem. Gdy dostawaliśmy chwilę wytchnienia na kilka dni wyjeżdżaliśmy do naszych rodzin, by potem wrócić do wspólnego apartamentu i w zaciszu czterech ścian, z dala od mediów, cieszyć się swoim towarzystwem. Bo w trasie nie było na to czasu.
Teraz okazuje się, że tego czasu będę miał w nadmiarze, choć wcale się o to nie prosiłem.
Pamiętam tylko oślepiający błysk i odgłos uderzenia. A potem zapanowała ciemność. Gdy otworzyłem oczy znajdowałem się w sterylnie białej sali pełnej pikających monitorów, kabli, rurek i w otoczeniu czterech zupełnie obcych osób.
Nazywam się Louis Tomlinson i nie pamiętam, kim jestem.
—-
Lekarze mówili, że długo byłem w śpiączce. Pytali bez przerwy o moje samopoczucie i świecili latarkami w oczy. Nienawidziłem tego, ale nie wiedziałem, co zrobić, by sobie poszli.
Przecież nawet nie pamiętałem, kim jestem, więc jak mogłem wydawać innym polecenia? To strasznie dziwne uczucie.
Zupełnie, jakby ktoś wymazał wszystko gumką. Tylko pustka. Próbowałem sobie przypominać różne rzeczy, ale nie potrafiłem. Nawet nie wiedziałem, jak mam na imię, póki nie przeczytałem tego na opasce, którą miałem założoną na ręce.
Nikt nie chciał mi powiedzieć, czemu tu byłem. Ci czterej obcy ludzie, którzy byli zawsze, gdy otwierałem oczy praktycznie cały czas milczeli albo rzucali mi smutne spojrzenia. Miałem wrażenie, że oni coś wiedzieli, ale jak miałbym ich o cokolwiek zapytać, skoro nie wiedziałem, kim są?
I u diabła, kim ja byłem? Dlaczego takim trudnym okazało się przypomnienie sobie dawnego życia. Z informacji, które udało mi się uzyskać ustaliłem, że mam 22 lata. To całkiem spory kawał czasu do zapomnienia. Niektórzy latami starają się wyrzuć z głowy niechciane obrazy, uczucia czy myśli. Mnie udało się to w kilka sekund.
- Dlaczego nikt nie chce mi powiedzieć, kim jestem? - zapytałem ze złością podczas kolejnej wizyty lekarskiej. Ignorowano mnie i moje pytania. Do moich uszu nie docierał szept, którym porozumiewali się lekarze. Miałem dość tego miejsca, pustki i czterech facetów, którzy zawsze byli w mojej sali, choć nigdy się do mnie nie odezwali.
- Nie możemy tego zrobić Lou. Musisz sam sobie przypomnieć. Gdybyśmy opowiedzieli ci twoje życie miałbyś tylko fałszywy obraz tego, co naprawdę miało miejsce. Błagam przypomnij sobie.
Głos, który wypowiedział te słowa należał do jednego z czterech zawsze obecnych facetów. Miał burze loków i zielone, smutne oczy. Chyba musiałem go znać, skoro był tutaj każdego dnia. I chyba musiał być dla mnie kimś ważnym, skoro tak bardzo zależało mu na tym, bym sobie wszystko przypomniał.
Ale mimo ciągłych prób pamięć nie chciała wrócić. A czterech chłopaków w moim pokoju znów milczało.
Miałem bardzo dziwny sen. Myślę, że to dobrze, że śnie, ale chciałbym rozumieć o czym. Nie wiem, czemu w tym śnie był chłopak z loczkami i smutnymi, zielonymi oczami. Nie wiem, czemu uśmiechał się do mnie w tak wyjątkowy sposób. Siedzieliśmy na jakiejś kanapie. Jego głowa spoczywała na moich kolanach i o czymś rozmawialiśmy. Nie potrafie sobie przypomnieć, o czym, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest to, że owy chłopak bez przerwy się uśmiechał, a jego oczy promieniowały blaskiem. To niesamowite, jak jeden uśmiech potrafił odmienić jego twarz. Chciałbym zobaczyć go uśmiechniętego w moim pokoju. Ta ponura mina, którą przez cały czas miał ani trochę mi się nie podobała. I chciałbym wiedzieć, jak ma na imię.
Mijały dni, które powoli zaczynały zlewać mi się w jeden bardzo długi, niekończący się okres pustej egzystencji w szpitalnym łóżku. Niemal tak pustej, jak moja wyprana ze wszystkich uczuć i wspomnień głowa. Nie wiedziałem, jak długo jeszcze tu zostanę, ale powoli dostawałem świra. Czułem się, jak jakiś królik doświadczalny. Nikt się do mnie nie odzywał, nikt mi nic nie mówił. Tylko ciągle mnie obserwowano, faszerowano lekami i zerkano na monitory, które pikały w bardzo denerwujący sposób.
- Tak się zastanawiam, czy wy w ogóle potraficie mówić – rzuciłem od niechcenia zerkając w kąt sali, gdzie siedzieli przy niewielkim stoliku moi czterej amigos. Spojrzeli na mnie, jak na przybysza z kosmosu. Tylko u chłopaka w loczkach dostrzegłem nikły zarys uśmiechu. Serio z nimi musiało być coś nie tak. To ich powinni leczyć, a nie mnie.
- Umiemy – odparł po prostu blondynek z zabawnymi rumieńcami. Nie powiem, byli rozmowni, jak jasna cholera. Normalnie nie wiedziałem, kogo słuchać.
- Dobra ty w loczkach wydajesz się być najbardziej rozmowny.
- Po czym tak wnioskujesz?
- Wypowiedziałeś najwięcej słów, jak do tej pory. To daje ci miejsce w czołówce. Po piętach depcze ci tylko sprzątaczka, która mówi sama do siebie.
Cichy śmiech poniósł się po sali, a smutne zielone oczy na chwilę rozbłysły blaskiem, który widziałem w swoim śnie.
- Nie no serio. Siedzicie tu cały czas, nawet nie wiem kim jesteście, ale skoro już tu jesteście to moglibyście ze mną pogadać o czymkolwiek, zanim będę musiał zmienić oddział z intensywnej opieki na psychiatryczny.
- Aż tak źle jest?
- Nie, ale będzie jeśli czegoś z tym nie zrobicie.
Kręcąc głowami i uśmiechając się niepewnie przysunęli krzesła bliżej mojego łóżka. Teraz mogłem się im dokładnie przyjrzeć. Pierwszy raz widziałem ich z takiego bliska. Z reguły chowali się po kątach, skąd rzucali w moją stronę smutne, zaniepokojone spojrzenia.
- O czym chciałbyś porozmawiać? - zapytał ponownie chłopak w loczkach. Rozkręcał się chłopak. Zaczynałem go coraz bardziej lubić, choć to nieco dziwne, bo przecież już musiałem go lubić wcześniej. Powoli plątałem się we własnych domysłach i spekulacjach. Moje myśli były niezbadanym chaosem, w którym tonąłem.
- Może powiecie mi, jak się nazywacie? Trochę głupio rozmawiać z kimś jeśli nie zna się jego imienia. To i tak niezbyt komfortowa dla mnie sytuacja. Wy wiecie o mnie wszystko, a ja nawet nie wiem, czemu tutaj jesteście.
Wymieniając spojrzenia przytaknęli i zaczęli się po kolei przedstawiać. Zabawny blondynek miał na imię Niall, pan loczek zwał się Harry, chłopak, który wyglądał dość groźnie tytułował się Liamem, a ostatni przedstawił się jako Zayn. I tak oto poznałem imiona czterech prześladowców. Nadal nie wiedziałem, kim dla mnie byli, ale miałem nadzieję, że przynajmniej uprzyjemnią mi pobyt tutaj. Serio słuchanie pikania monitora przez cały dzień może człowieka wyprowadzić z równowagi.
—-
Siedziałem na skórzanej kanapie w pokoju, który na pewno coś dla mnie znaczył i nie raz w nim bywałem, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć, czemu tam byłem. Śniłem, czy to działo się naprawdę? Rozejrzałem się dookoła. Nie widziałem niczego poza beżowymi ścianami i drzwiami znajdującymi się za kanapą. Dlaczego znowu siedziałem na kanapie? I dlaczego byłem tutaj sam? W tym momencie otwarły się drzwi i stanął w nich Harry. Uśmiechał się szeroko i podszedł zajmując miejsce obok mnie. Po chwili dołączyła do nas reszta chłopaków. Nie wiem, czy mnie to cieszyło, czy smuciło. Lubiłem spędzać czas z Harrym, który był tylko dla mnie w moich snach. Choć sam nie rozumiałem dlaczego. To było dziwne, ale całkiem przyjemne. Zastanawiałem się, co to może oznaczać. Czy powinienem zapytać go o to? Ale jak miałbym to zrobić przy nich wszystkich? I o co miałbym pytać?
Miałem wrażenie, że prócz nas w pokoju był ktoś jeszcze. Rozejrzałem się i dostrzegłem przed nami faceta stojącego za potężną kamerą na masywnym statywie. Zaskoczyło mnie to. Po jaki dzwonek ktoś filmował, jak siedzimy na kanapie? I dlaczego to znowu jest kanapa?
Obudziłem się tak nagle, że dopiero po chwili dotarło do mnie, gdzie jestem. Znowu otaczała mnie biel szpitalnej sali i pikanie monitorów, których nienawidziłem nad życie. Rozejrzałem się chcąc poznać źródło mojej nagłej pobudki, ale w pokoju nikogo nie było. Musiało być późno w nocy, bo światła na korytarzu dawały przytłumiony blask. Przekręciłem się na drugi bok, ale mimo usilnych starań nie potrafiłem zasnąć. Miałem nadzieję, że chłopacy, jak co rano wpadną do mnie z pysznymi rogalikami i ciepłym kakao. Naprawdę ich polubiłem i odkąd zaczęli się odzywać byli całkiem przydatni. Dzięki temu, że spędzali ze mną większość dnia nie myślałem o tym wszystkim, co działo się w moim życiu, którego w sumie tak naprawdę nie miałem.
Może to miała być forma prezentu? Możliwość zaczęcia wszystkiego od nowa? Wielu ludzi marzyło o takiej szansie, jaką ja dostałem. Chciałbym tylko wiedzieć, czy byłem jednym z tych ludzi, którzy tak bardzo nienawidzili swojego życia. Biorąc pod uwagę fakt, jak oddanych znajomych miałem moje życie nie mogło być aż tak złe, prawda?
Harry, Liam, Zayn i Niall spędzali przy mnie tak wiele czasu, że miałem wyrzuty sumienia. Ich życie kręciło się między przyjazdami do szpitala i wracaniem do domu, by się wyspać i kolejnego dnia znowu wrócić. Zupełnie, jakby nie mieli nic lepszego do roboty. Przecież nie byłem jakimś super towarzystwem. Często działałem im na nerwy, choć wszystkie moje komentarze przyjmowali z delikatnym uśmiechem i dziwna ulgą. Zupełnie, jakby za tym tęsknili. Czasami naprawdę ich nie rozumiałem.
Ostatnio wspomniałem im o tym, że śnie. Nie mówiłem dokładnie, co w tych snach się pojawiało. Wspomniałem tylko, że często goszczą w nich właśnie oni, choć nie potrafiłem im wyjaśnić dlaczego. Harry bez słowa opuścił sale i wrócił do niej po dłuższej chwili z oczami zaczerwienionymi od płaczu, Niall wydał z siebie zduszony okrzyk i zakrył usta dłonią, a w oczach Liama i Zayna zdziwienie mieszało się ze szczęściem. Kompletnie tego nie rozumiałem. Co w tym niezwykłego? Przecież wszyscy śnią.
- Rozmawialiśmy dzisiaj z lekarzami. Jak wszystko będzie w porządku to do końca tygodnia cię wypuszczą – powiedział Harry uradowanym tonem. Radosne ogniki tańczyły w jego zielonych oczach, a ja nie potrafiłem oderwać od nich wzroku.
- Wszyscy sądzimy, że zmiana otoczenia może dobrze na ciebie wpłynąć, więc zabierzemy cię w pewne szczególne miejsce.
- Jakie miejsce? - zapytałem zaciekawiony spoglądając na Liama.
- Zobaczysz, jak już stąd wyjdziesz.
- Jesteś zdecydowanie zbyt tajemniczy. Nie lubie cię – powiedziałem robiąc obrażoną minę niczym pięciolatek. Pewnie gdybym miał pod ręką coś ciężkiego to bym w niego rzucił, żeby też poczuł ten sam ból, co ja teraz będąc odciętym od informacji. Bo skąd mogłem wiedzieć, czy nie chcą mnie wywieźć do lasu, zabić i zakopać? W końcu nieźle dałem im się we znaki.
Nie rozumiałem, czemu reszta wybuchnęła śmiechem słysząc moje słowa, ale postanowiłem nie reagować dalej utrzymując swoją nadąsaną minę.
- No już Lou nie obrażaj się. Liam chciał dobrze. Musisz wytrzymać – powiedział Harry delikatnie gładząc mnie po ramieniu.
- A gdzie ja tak właściwie będę mieszkał, jak już stąd wyjdę i wrócimy z tego tajemniczego miejsca?
To pytanie już od kilku dni cisnęło mi się na usta, ale bałem się je zadać. Nie chciałem usłyszeć, że wrócę gdzieś, gdzie nie będzie tej czwórki ludzi, która wiernie przy mnie trwała, choć to nie było dla nich proste. W końcu każdego dnia zmagali się z kimś, kto miał w głowie pustkę i wcale ich nie pamiętał.
- Ze mną Lou. Tak, jak mieszkałeś zanim miałeś wypadek – powiedział cicho Harry spuszczając wzrok. Był naprawdę rozkoszny, kiedy wykonywał ten gest. Jego nieporadność i nieśmiałość budziły we mnie ukryte głęboko pokłady czułości.
- Mieszkałem z tobą? A co zresztą chłopaków?
- Wszyscy mieszkamy na tym samym osiedlu praktycznie drzwi w drzwi, więc nie martw się będziesz miał nas jeszcze dość – powiedział Niall śmiejąc się cicho, a mi kamień spadł z serca.
Co prawda nadal nie wiedziałem, gdzie mnie chcą porwać, ale miałem pewność, że stamtąd wrócę, zamieszkał z Harrym i całą resztą i wszystko będzie dobrze. Musi być dobrze, prawda?
Chyba zasnąłem, bo znowu przed moimi oczami pojawiła się brązowa, skórzana kanapa i pokój o beżowych ścianach. Tym razem byłem w nim sam. Rozejrzałem się uważnie, ale nie dojrzałem niczego niepokojącego. Zniknął facet z kamerą, drzwi były lekko uchylone, ale nie docierał zza nich żaden dźwięk. Zastanawiałem się, czy jeśli wstanę i przez nie przejdę to się obudzę? W końcu wiedziałem, że śnie więc mogłem robić, co chciałem. Podjąłem decyzję. Wstałem z kanapy i wolnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi. Niepewnie je otwarłem i zajrzałem do kolejnego pomieszczenia, które wyglądało bardzo przytulnie. Pośrodku najdłuższej ściany stał kominek, a przed nim dwie kanapy okryte puchatym kocem. Przed kominkiem leżał wyglądający na wygodny dywan, a za kanapami znajdował się stół z sześcioma krzesłami. Rozejrzałem się uważniej i dostrzegłem trzy pary drzwi. Jedne musiały prowadzić do kuchni, drugie do łazienki, a trzecie chyba na dwór. Nie, rozejrzałem się jeszcze raz i dostrzegłem drzwi wyjściowe w zupełnie innym miejscu, więc tamte musiały prowadzić do kolejnego pomieszczenia. Ciekawe, co w nim było.
- Lou! Lou do diabła obudź się!
Otwarłem oczy rozglądając się nieprzytomnie wokół siebie. Gdzie ja jestem? A tak w szpitalu.
- Coś się stało, że tak krzyczysz? - zapytałem zerkając niepewnie na Harry’ego, który niemal eksplodował z nadmiaru emocji.
- Jutro cię wypuszczą. Wracasz do domu!
Mimo że nie powinienem, bo wciąż faszerowali mnie lekami przez kroplówkę, to wstałem i rzuciłem się Harry’emu w ramiona, który wybuchając śmiechem odwzajemnił mój uścisk jednocześnie próbując zagonić mnie z powrotem do łóżka. Trochę zaplątaliśmy się w przewód, ale po kilku obrotach wszystko było na swoim miejscu, a ja ponownie leżałem pod szpitalną pościelą uśmiechając się tak szeroko, jak tylko potrafiłem i zerkając w oczy Harry’ego, które emanowały tym samym blaskiem, co w moim śnie.
—-
Wycieczka do tajemniczego miejsca, które podobno miało dla mnie kiedyś ogromne znaczenie ciągnęła się w nieskończoność. Cisza, która panowała w samochodzie dobijała mnie i miałem ochotę warczeć. Myślałem, że przez te kilkanaście dni, które spędziliśmy w szpitalu na rozmowach i żartach wszystko jest na dobrej drodze, by znowu zostać przyjaciółmi. Polubiłem ich naprawdę i teraz szlag mnie trafiał, bo od dwóch godzin milczeli, jak zaklęci. Coś czuję, że zaraz poleje się krew.
Odetchnąłem głośno i spojrzałem przez okno. Widok w ogóle niczego mi nie przypominał. Lekarze wciąż powtarzali, że bywanie w miejscach, które miały dla mnie znaczenie przyspieszą proces rehabilitacji i raz dwa odzyskam pamięć. Póki co nadal nie wiedziałem kim jestem i kim byłem, zanim miałem ten przeklęty wypadek. Skoro nie potrafiłem przypomnieć sobie kim byli ci ludzie podający się za moich najlepszych przyjaciół, to jakim cudem jakieś przeklęte miejsce miałoby mi pomóc?
Nie byłem sceptykiem po prostu nie wierzyłem, że moja pamięć do mnie wróci. Czułem się, jak jakiś wariat. Cały czas mnie pilnowano i patrzono na ręce. Miałem zakaz oglądania telewizji, słuchania radia i zbliżania się do laptopa. Lekarze powtarzali, że proces rehabilitacji musi przebiegać własnym rytmem. Nikt nie może mi tak po prostu opowiedzieć kim byłem, bo mój mózg by eksplodował. Tak przynajmniej oni twierdzili. Ja czułem, że mój mózg i tak jest na wykończeniu przez brak istotnych informacji na własny temat. I naprawdę miałem gdzieś to, co mówili fachowcy. Musiałem dorwać się jakiegokolwiek laptopa z internetem i dowiedzieć się, kim byłem. To jedyny sposób, by mój mózg zaczął sobie przypominać cokolwiek. Potrzebowałem punktu zaczepienia. Miałem tylko nadzieję, że w tym tajemniczym miejscu będzie jakiś komputer i internet.
- Wszyscy w porządku Lou? - moich uszu dobiegł zmartwiony głos Harry’ego. Odwróciłem w jego stronę wzrok i uśmiechnąłem się delikatnie. Z całej tej zwariowane czwórki on wzbudzał we mnie najcieplejsze uczucia. Może to moja podświadomość podpowiadała mi, że wcześniej był dla mnie kimś naprawdę ważnym? Widziałem, jak na mnie spoglądał. W jego oczach zawsze czaiło się uczucie, którego nie potrafiłem nazwać. A może nie chciałem? Tak czy inaczej tylko w jego oczach to widziałem. To musiał być jakiś znak, tylko wciąż miałem za mało informacji, by właściwie go odczytać.
- Cudownie. Od dwóch godzin tłuczemy się nie wiadomo gdzie, a wy milczycie, jakby wam ktoś języki poodgryzał. Serio ubaw, jak jasna cholera.
Cichy śmiech potoczył się po samochodzie. Zaskoczony spojrzałem na Nialla, który próbował się opanować.
- Nie rozumiem, co cię tak bawi.
- Ty.
- A co we mnie takiego zabawnego?
- Ohh gdybyś widział swoją naburmuszoną minę to byś zrozumiał.
Miałem ochotę uderzyć głową o szybę. Naprawdę. Ci ludzie wyprowadzali mnie z równowagi na każdym kroku. Jakimi idiotami musieli być lekarze, że zostawili mnie pod ich opieką. Zaczynam się zastanawiać na co tak naprawdę idą nasze podatki. Bo na pewno nie na służbę zdrowia.
- Wyluzuj stary. Zaraz będziemy na miejscu – powiedział Liam posyłając w moją stronę pokrzepiający uśmiech. Przewróciłem oczami i na powrót zapatrzyłem się w szybę. W dalszym ciągu nie wiedziałem, dokąd mnie wieźli, ale miałem nadzieję, że to było tego warte, bo inaczej ich udusze poduszką.
- Ta dam! Jesteśmy na miejscu – zawołał radośnie Niall klepiąc mnie po ramieniu po czym poszedł pomóc Zaynowi wyjąć nasze bagaże. Rozejrzałem się wokół. To miejsce wyglądało znajomo, choć nie potrafiłem nigdzie go przykleić. Czułem się zdruzgotany. Dlaczego mój mózg nie chciał ze mną współpracować?
Ukryłem twarz w dłoniach, by ukryć swoją rozpacz. Nie chciałem, by reszta wiedziała, że coś jest nie tak. I bez tego byli nazbyt opiekuńczy. To kolejna rzecz, która doprowadzała mnie do szału.
- Wszystko ok Lou? Pamiętasz coś?
- Co to za miejsce Harry?
- Domek mojego ojczyma. Spędziliśmy tu jakiś czas, gdy się poznawaliśmy.
Nic nie mówiąc ruszyłem w stronę drzwi wejściowych. Chciałem zaszyć się w łazience i poczekać, aż wszystko wróci do normy. Harry ruszył za mną dzierżąc w dłoni klucze. Otwarł nimi drzwi i pozwolił mi wejść do środka. Zamarłem rozglądając się po salonie. Kanapy, puchate koce, kominek. To pomieszczenie z mojego snu. Dlaczego o nim śniłem? Ruszyłem w stronę drzwi, przez które przedostałem się w moim śnie do salonu. Niepewnie uchyliłem je i zajrzałem do środka. Była tam. Przeklęta brązowa kanapa stała tam i miałem wrażenie, że się ze mnie nabija. Czy do reszty zwariowałem? Dlaczego do diabła śnie o kanapach, na które potem się gdzieś natykam?
- Louis?
Odwróciłem się w stronę Liama, który spoglądał na mnie niepewnie. W ręce trzymał mój bagaż. Już miałem do niego podejść i go odebrać, gdy zakręciło mi się w głowie i upadłem. Potem ogarnęła mnie ciemność.
- Lou ocknij się. No już. Lou nie rób nam tego.
- Co się stało? - wymamrotałem przecierając oczy. - O nie tylko nie kanapa. Cokolwiek tylko nie ona.
- Bredzi – zawyrokował Zayn przyglądając mi się z troską.
- Sam bredzisz. Weźcie mnie z tej kanapy. Wolę leżeć na podłodze niż na tym podstępnym meblu.
- Co ta kanapa ci takiego zrobiła?
- Śniła mi się.
- Co?! Dlaczego nic nie powiedziałeś? - zawołał ze złością w głosie Harry. Widać dla niego kanapy miały zdecydowanie większe znaczenie niż dla mnie.
- Daj spokój Harry, gdybym komuś powiedział, że śnią mi się kanapy to zamknięto by mnie na zupełnie innym oddziale. No wiesz, z pasami przy łóżku i stałym dozorem.
Po moich słowach zapadła krępująca cisza. Usiadłem przecierając jeszcze raz oczy by pozbyć się resztek mojego snu, które wciąż mnie nawiedzały. Zdecydowanie miałem dość kanap, jak na jedno marne życie.
- Co dokładnie ci się śniło Lou? - ciszę przerwał cichy głos Harry’ego, którzy przyglądał mi się uważnie. Odetchnąłem głęboko i postanowiłem podzielić się z nimi moim snem.
- Kanapa. Siedzieliśmy na niej wszyscy, a przed nami stał facet z potężną kamerą. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego nas kręcił. To troche chore prawda?
Jednak nikt nie kwapił się, by poprzeć moje zdanie. Przyjrzałem im się uważnie. Przerażenie mieszało się w ich oczach ze szczęściem. Kompletnie tego nie rozumiałem. We mnie kanapy wzbudzały złość, może lekki niepokój, ale żeby szczęście? Z tymi ludźmi naprawdę było coś nie tak. Ponieważ w dalszym ciągu siedzieli i przyglądali mi się postanowiłem przerwać to fascynujące zajęcie i wstałem ruszając w stronę salonu. Rzuciłem niemiłe spojrzenie na kanapy i otwarłem drzwi, które na szczęście prowadziły do kuchni. To będzie chyba moje ulubione pomieszczenie w tym domu – jedyne wolne od kanap.
Przejrzałem szafki w poszukiwaniu kubka. Zdecydowanie potrzebowałem napić się herbaty. Po chwili dołączyła do mnie reszta i wspólnie zasiedliśmy przy stole delektując się najlepszym napojem, jaki kiedykolwiek wymyślono. Miałem nadzieję, że skoro otaczają mnie kanapy, to moje sny przestaną kręcić się wokół nich. Naprawdę potrzebowałem odpoczynku. Kto by pomyślał, że jeden mebel może być aż tak męczący.
—-
Kolejne dni mijały nam spokojnie. Ja unikałem kanap, a reszta wiernie towarzyszyła mi podczas niezliczonych godzin, które spędzałem na świeżym powietrzu. Salon wzbudzał we mnie mieszane uczucia i naprawdę nie chciałem wiedzieć, dlaczego tak się działo. Nie rozumiałem też, dlaczego Harry każdego ranka pytał mnie o sen. Jego twarz rozjaśniał uśmiech za każdym razem, gdy ze skwaszoną miną wspominałem o kolejnym kanapowym koszmarze. Chciałem wiedzieć, czemu to czyni ich szczęśliwymi, ale za nic w świecie nie chcieli mi powiedzieć. Ciągle powtarzali, że z czasem sam zrozumiem. Problem w tym, że nie chciałem czekać. Miałem tego serdecznie dość. Moja pamięć bawiła się ze mną w berka, a ja czułem się zmęczony niewiedzą. Śniły mi się dziwne rzeczy i nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że już kiedyś miały miejsce i są tylko odbiciem przeszłości jednak nie mogłem ich nigdzie przykleić, bo w mojej głowie wciąż była pustka. A skoro chłopacy nie chcieli mi nic powiedzieć postanowiłem sam o to zadbać.
Następnego dnia wstałem wcześniej. Upewniając się, że reszta smacznie śpi udałem się do znienawidzonego salonu i zabrałem z komody laptopa Liama. Wiedziałem, że miał internet, bo chłopak często rozmawiał z kimś na skypie. Cicho stawiając kroki udałem się na zewnątrz, gdzie rozsiadłem się wygodnie na leżaku. Uruchomiłem komputer i cierpliwie czekałem aż wszystko się załaduje jednocześnie nasłuchując, czy któryś z moich wiernych towarzyszy się nie obudził. Nic na to nie wskazywało, więc całą swoją uwagę skupiłem na ekranie przede mną. Wiedziałem, że to może być moja jedyna szansa, bo chłopcy zawsze pilnowali, żeby laptop nie znalazł się w zasięgu moich rąk. Zupełnie, jakby spodziewali się po mnie takiego zachowania. Były chwile, gdy zapominałem, że znają mnie lepiej niż ja sam, bo oni wszystko pamiętają. I to było naprawdę denerwujące uczucie.
Otwarłem przeglądarkę i trzęsącymi się nieco rękami wstukałem swoje imię i nazwisko. Miałem nadzieję, że to w czymś mi pomoże. Jakie było moje zaskoczenie, gdy po naciśnięciu entera pojawiło się mnóstwo stron tylko czekających, bym na nie zajrzał. Już miałem wybrać jedną z nich, gdy dotarł do mnie zduszony krzyk, a chwilę później ktoś wydarł mi z rąk komputer tym samym odbierając szansę na poznanie przeszłości.
- Co ci strzeliło do głowy Lou?
- Harry zrozum mam już tego dość. Chce wiedzieć kim jestem.
- I dowiesz się, ale to wymaga czasu.
- A co jeśli nigdy nie wróci mi pamięć?
Harry milczał, a ja dostrzegałem w jego oczach smutek i ból. Już od jakiegoś czasu widziałem, że mój wypadek działał na niego bardziej niż na innych. Częściej od nich chodził zamyślony, a gdy się uśmiechał jego oczy pozostawały nie wzruszone. Chyba, że wspominałem o kolejnym śnie z udziałem kanap. Wtedy posyłał w moją stronę najpiękniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałem.
- Chcę wiedzieć, kim jestem Hazz – wyszeptałem spuszczając wzrok na swoje dłonie, które jeszcze przed chwilą trzymały klucz do odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania.
- Też chcę, byś wiedział Lou, ale nie w ten sposób. Przepraszam.
A potem zniknął we wnętrzu domku i do końca dnia go nie widziałem. Reszta zdawała się za bardzo tym nie przejmować. Mówili, że jak mu przejdzie to do nas wróci.
- Potrzebuje chwili dla siebie Lou. Dla nas wszystkich to był ciężki okres. A Harry jest bardzo wrażliwy.
Chciałem wierzyć Liamowi, gdy tłumaczył zachowanie przyjaciela, ale coś nie dawało mi spokoju. I czułem się strasznie winny, bo wiedziałem, że to moja wina. Gdybym nie miał tego przeklętego wypadku i nie stracił pamięci Harry nie chodziłby smutny. Chciałem widzieć na jego twarzy uśmiech cały czas, ale nie wiedziałem, co mógłbym zrobić, by choć trochę poprawić mu nastrój.
Po nieudanej akcji odzyskania tożsamości przy pomocy internetu Liam założył hasło, by uniemożliwić mi kolejne próby, a ja w końcu musiałem się poddać. Nie było szans, by odgadł hasło. A ja coraz częściej dochodziłem do wniosku, że na zawsze pozostanę nieznajomym dla samego siebie, bo moja pamięć nie chciała do mnie wrócić.
Nikogo nie dziwiło, że stałem się cichszy i unikałem kontaktu z kimkolwiek. Pozwalali mi zamykać się w pokoju i nie naciskali. Dawali mi tyle przestrzeni, ile mogli, a ja nie byłem pewny, czy dobrze robili. Z jednej strony chciałem spokoju, a z drugiej potrzebowałem, by ktoś odciągnął mnie od ponurych myśli. I choć to zabrzmi głupio, bo nie wiedziałem, czy kiedykolwiek wierzyłem w Boga, ale moje modlitwy zostały wysłuchane.
Po czterech długich dniach spędzonych w łóżku do mojego pokoju wpadł Harry. Miał zacięty wyraz twarzy i wiedziałem, że cokolwiek sobie postanowił ja nie miałem nic do gadania.
- Mam dość twojego zachowania Lou. Czas wyjść i przestać się nad sobą użalać.
Patrzyłem na niego oniemiały. Przestać się użalać? Przecież ja wcale tego nie robiłem. Przecież jest różnica między rezygnacją a użalaniem. I ja zdecydowanie oddawałem się tej pierwszej czynności. Poddałem się i chyba Harry dostrzegł to w moim spojrzeniu, bo cały jego upór ulotnił się, a on przysiadł na skraju mojego łóżka ze spuszczoną głową.
- Nam też jest ciężko. Tęsknimy za tobą i tymi wszystkimi rzeczami, które razem robiliśmy. Nawet nie wiesz, jakie to trudne każdego dnia wstawać i wiedzieć, że ty niczego nie pamiętasz.
Z każdym kolejnym słowem jego głos stawał się coraz cichszy aż w końcu zamienił się w szept zmuszając mnie tym samym do przysunięcia się do niego.
- A pomyślałeś, jak ciężko jest mnie? Każdego dnia rano budzę się z myślą, że nie pamiętam kim jestem. Moją głowę wypełnia pustka i jakieś chore sny, które nic mi nie mówią, a tylko wprowadzają jeszcze większy zamęt. Chciałbym zrobić coś, cokolwiek, co sprawiłoby, że coś bym sobie przypomniał.
Obserwowałem Harry’ego uważnie. Nie wiedziałem, co myśli ani czuje, ale chciałem wiedzieć, jak się czuł słuchając tego, co do niego mówiłem. Chciałem, by wiedział, że nie miałem już siły walczyć i że powoli się poddawałem. Dlatego uśmiech, który pojawił się na jego twarzy kompletnie mnie zaskoczył. Przyznaję, nie tego się spodziewałem.
- Myślę, że jest coś, co możemy zrobić, by spróbować przywrócić ci pamięć.
- Pozwolicie mi przeczytać o sobie w internecie?
- Nie głupku. Poczekaj tu. I nie waż się podsłuchiwać. Pójdę porozmawiać z resztą. Nie powinni mieć nic przeciwko. Zawołam cię, gdy wszystko będzie gotowe.
Nie drgnąłem, gdy drzwi cicho się za nim zamknęły. Wciąż byłem w szoku, ale postanowiłem poczekać. Miałem nadzieję, że jego pomysł przyniesie jakiś efekt.
- Możesz przyjść
Nic nie mówiąc opuściłem swój pokój i udałem się na małą wycieczkę, która zakończyła się na zewnątrz wokół niewielkiego ogniska. Zająłem ostatnie miejsce i czekałem na to, co przyniesie los.
Harry zaczął cicho śpiewać piosenkę, która kompletnie nic mi nie mówiła, choć czułem, że nie jest mi obca. Zupełnie, jakbym już kiedyś słyszał ją w tej wersji. Nie chciałem nic mówić, by nie przerywać tej cudownej chwili, kiedy wszyscy byliśmy razem. Miałem wrażenie, że to jest dla nas ważne. Że to naprawdę coś znaczy. Obserwowałem uważnie każdego z nich. Coś mi podpowiadało, że w tym wszystkim brakowało tylko jednego elementu – mnie. Spuściłem wzrok na swoje dłonie, które zacisnęły się w niemocy na kolanach. Nie sądziłem, że mogę czuć się jeszcze bardziej zagubiony. Dlaczego moja cholerna głowa nie chciała ze mną współpracować?
—-
Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem, ale gdy się obudziłem zdecydowanie nie znajdowałem się już przy ognisku. Leżałem na swoim łóżku, a w pokoju panował półmrok. Wciąż musiało być wcześnie, skoro z salonu nie dochodziły żadne dźwięki. Westchnąłem cicho i zakładając na siebie ciepłą bluzę opuściłem pokój. Wyszedłem na dwór zasiadając w tym samym fotelu, w którym wczoraj musiałem zasnąć. Co to wszystko oznaczało? Dlaczego zrobili akurat coś takiego i czego ode mnie oczekiwali? Sądzili, że jedna piosenka może sprawić, że wróci mi pamięć? Niby jak u diabła? Byłem naprawdę zmęczony. Miałem dość nadziei, która każdego dnia rozpalała się we mnie tylko po to, by na wieczór zgasnąć niczym płomień świeczki wystawionej na zewnątrz. Nie chciałem tego wszystkiego. Nie chciałem tracić pamięci. Nie chciałem mieć chorych snów z kanapami, które sprawiały, że zaczynałem drżeć na samą myśl o tym głupim meblu. Nie chciałem, by reszta chodziła smutna i przygaszona. Nie chciałem, by Harry patrzył na mnie w ten sposób – z rezygnacją. Czuję, że między nami musiało być coś więcej, niż tylko przyjaźń. Był pierwszą osobą, która pojawiła się w moim śnie i dostrzegałem w jego spojrzeniu coś, czego reszcie brakowało. Tylko wciąż nie wiedziałem, co tym fantem zrobić. Skuliłem się bardziej we fotelu i zapatrzyłem w uroczy widok przede mną, który spowity był mgłą.
- Harry to bez sensu. Biczujesz się każdego dnia. Tak nie można.
Nagle z wnętrza domu dobiegł mnie głos Liama. Nadstawiłem uszu. Może ta rozmowa powie mi coś więcej o mnie? Albo chociaż o nich.
- Myślisz, że tego nie wiem Li? Ale jak, powiedz mi jak mam zapomnieć o kimś, kogo kocham? Jak mam po prostu odpuścić, skoro jest moim wszystkim? Jest moim życiem, istnieniem, głosem i powodem, dla którego nie popadłem jeszcze w czarną rozpacz. Nie mogę odpuścić Li. Po prostu nie mogę.
- To nie ma sensu.
- WIEM! Wiem to… Tylko… Gdy na niego czasem patrzę to mam wrażenie, że on wciąż gdzieś tam jest i próbuje do nas wrócić. Nie chce, by pomyślał, że straciliśmy nadzieję, bo wtedy przestanie walczyć.
- Myślę, że on już się poddał Harry. Przykro mi.
Ukryłem twarz w dłoniach, by stłumić szloch, który cisnął mi się na usta. Wiedziałem, że między nami musiało być coś więcej. Czułem to. Może chociaż moje serce nie miało amnezji, skoro od samego początku pokazywało mi, że ten chłopak z burzą loków jest kimś wyjątkowym? Nadsłuchiwałem jeszcze chwile, ale rozmowa dobiegła już końca. Wiem, że nie powinienem być jej świadkiem, ale dzięki temu miałem coś, co mogło stać się dla mnie punktem zaczepienia. Czymś stałym i pewnym. Już chciałem wstać i wejść do salonu, gdy usłyszałem cichy śpiew. Znałem tą piosenkę. Nie wiem skąd, bo przecież odcięto mnie od absolutnie wszystkie i żyłem niczym w epoce kamienia łupanego z tą różnicą, że posiadałem dostęp do bieżącej wody. Po prostu czułem, że ma ona dla mnie ogromne znaczenie.
Your hand fits in mine like it’s made just for me
But bear this in mind it was meant to be.
And I’m joining up the dots with the freckles on your cheeks.
And it all makes sense to me.
Łzy mimowolnie pojawiły się w moich oczach, gdy słuchałem go dalej. Jego głos był lekiem dla mojej umęczonej duszy i sfatygowanego serca, które gubiło się w tym co i do kogo powinno czuć. Miałem wrażenie, że istniał tylko on, ta piosenka i uczucia, które we mnie wzbudzała. Nie wiem skąd, ale w mojej głowie pojawiły się słowa, które należało teraz zaśpiewać.
I won’t let these little things slip out of my mouth.
But if I do it’s you, oh it’s you they add up to.
I’m in love with you and all these little things.
Zanuciłem razem z nim wstając ze swojego fotela i wchodząc do salonu. Zastałem go siedzącego na kanapie z twarzą ukrytą w dłoniach. Jego ramiona delikatnie drżały. Płakał? Proszę nie, tylko nie to. On nie mógł płakać. Jego oczy były zbyt piękne. Westchnąłem cicho, na co jego twarz uniosła się i te cudowne oczy od razu odnalazły moje. Przez chwilę milczeliśmy zanim przypomniałem sobie, dlaczego właściwie tutaj jestem. Przymknąłem na chwilę oczy i zaśpiewałem cicho to, co miałem nadzieję, że powinienem zaśpiewać.
You can’t go to bed without a cup of tea..
And maybe that’s the reason that you talk in your sleep.
And all those conversations are these secrets that I keep
Though it makes no sense to me.
Łzy ponownie pojawiły się w jego oczach, ale wiedziałem, że tym razem były to łzy szczęścia. Zerwał się z kanapy i rzucił w moje ramiona, a ja zamknąłem go w silnym uścisku. Miałem wrażenie, że trzymając go w swoich ramionach nie potrzebowałem niczego więcej do szczęścia. On był moim wszystkim.
- Jak… Skąd… Nic z tego nie rozumiem – wyszeptał loczek, gdy udało mu się opanować łzy. Nie miałem pojęcia, co mu odpowiedzieć. Sam nie wiedziałem, co się właściwie stało.
- Nie wiem Harry. Ta piosenka… Po prostu… Od samego początku czułem, że byłeś… jesteś dla mnie kimś wyjątkowym. Te słowa, one… Po prostu pojawiły się w mojej głowie.
Harry tylko uśmiechnął się do mnie ciepło i jeszcze raz mocno przytulił.
- Chodź. Czas na śniadanie.
Skinąłem głową i bez słowa ruszyłem za nim do kuchni. Może to nie było jakieś przełomowe odkrycie, ale fakt, że wiedziałem, co czuję sprawiał, że moja nadzieja odżywała na nowo. Bo może jeszcze nie wszystko stracone?
Staliśmy na scenie. Światła reflektorów choć ostre nie raziły moich oczu. Zupełnie, jakbym był do tego przyzwyczajony. Rozejrzałem się. Po obu moich stronach znajdowali się chłopacy, którzy posyłali mi radosne uśmiechy i hasali dziko po scenie. O co w tym wszystkim chodziło. To jakiś kolejny mój szalony sen? I gdzie u diabła kanapa? Póki w moich snach są kanapy wiem, że są odbiciem prawdziwych sytuacji. Nagle światła zgasły, a ktoś pociągnął mnie za rękaw na tyły sceny. Wciśnięto mi w dłonie ubrania i kazano przebrać, zanim wrócimy. Tylko dlaczego mieliśmy tam wracać? Posłusznie wykonałem polecenie i nim się obejrzałem znowu stałem na scenie. Po chwili rozbłysły światła, a ja przez chwilę miałem wrażenie, że straciłem wzrok. Zamrugałem parę razy i rozejrzałem się. Stała tam. Cholera no była. Taka pstrokata i kolorowa. Zupełnie, jakby ktoś przez przypadek wylał na nią wszystkie kolory, które miał pod ręką. Wyglądała niewinnie, ale ja wiem, że gdy się obudzę ona gdzieś tam będzie i zaśmieje mi się w twarz, gdy się na nią natknę. Już miałem do niej podejść i solidnie ją kopnąć, gdy poczułem, że coś ciągnie mnie za ramię. Rozejrzałem się, ale obok mnie na scenie nikogo nie było. Wszystko powoli się rozmywało, a ja wreszcie zrozumiałem.
- Lou! Lou wstawaj! Śniadanie na stole. Czekamy tylko na ciebie, więc ruszaj ten swój zgrabny tyłek i dołącz do nas.
To Niall skakał po moim łóżku ciągnąc mnie za każdą możliwą część ciała, która znalazła się w jego zasięgu. Westchnąłem cicho i uniosłem powieki spoglądając na niego.
- O wstałeś. Jak miło.
- Bardzo zabawne Nialler.
Blondyn tylko wyszczerzył się do mnie i zeskoczył z mojego łóżka znikając w drzwiach. Przewróciłem oczami i podniosłem się niechętnie. Te sny, w których staliśmy na scenie napawały mnie lękiem. Unikałem mówienia o nich, by nie dać im jeszcze większej nadziei. Już dawno zrozumiałem, że tylko w snach moja pamięć do mnie wraca. I póki nie zrozumiem, dlaczego byliśmy na tej przeklętej scenie nikt się o tych snach nie dowie.
Przecierając oczy wszedłem do kuchni, w której czekali już na mnie wszyscy. Posłałem delikatny uśmiech w stronę Harry’ego, który spoglądał na mnie niepewnie.
- Jakieś nowe kanapowe koszmary? - zagadnął pogodnym głosem Zayn podając mi kubek gorącej kawy. Przyjąłem go z wdzięcznością.
- Wciąż ta brązowa skórzana cholera mnie prześladuje. Przysięgam, że pewnego dnia ją spale i na tym ogniu usmażę sobie kiełbaski.
- Ja się na to piszę – zawołał radośnie Niall podkradając z talerza Liama tosta. Zaśmiałem się cicho i pokręciłem głową skupiając się na swoim śniadaniu. Źle się czułem okłamując im, ale to było coś więcej niż kolejny głupi sen o kanapach.
- Lou?
- Mhh?
- Musimy gdzieś dzisiaj pojechać. Bez ciebie. Poradzisz sobie przez jakiś czas sam? - zapytał niepewnie Harry. Uniosłem brwi ciekaw dokąd się beze mnie udają, ale skinąłem tylko głową na powrót zajmując się tostami, na które wygłodniałym wzrokiem zerkał Niall. Nie ma nic, ty mały irlandzki skrzacie. Moich tostów nie dostaniesz.
Gdy pół godziny później machali mi wsiadając do auta miałem gotowy plan. Za wszelką cenę dowiem się, kim jestem. Nie miałem pojęcia, jak długo ich nie będzie, więc od razu zabrałem się do roboty. Najpierw przeszukałem ich pokoje w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby mnie naprowadzić na jakiś ślad, choć nie wierzyłem, że mogli coś takiego ze sobą przywieźć. U Liama nie znalazłem absolutnie niczego. U Nialla była tylko sterta przekąsek. Zayn miał co prawda laptopa, ale brak w nim było internetu, co niesamowicie mnie zmartwiło, ale postanowiłem potem pobieżnie go przejrzeć w poszukiwaniu czegokolwiek. U Harry’ego natomiast natknąłem się na album ze zdjęciami. Niepewnie wziąłem go w dłonie i otwarłem. Z pierwszej strony uśmiechała się do mnie moja własna twarz. Zaskoczony przewróciłem kartkę. Kolejne zdjęcia przedstawiały mnie i Harry’ego w różnych miejscach. Na każdym byliśmy uśmiechnięci i szczęśliwi. Trzymaliśmy się za ręce, przytulaliśmy. Czasem pojawiał się któryś z chłopaków, ale najwięcej było właśnie nas. Łza zakręciła się w moim oku, gdy zrozumiałem, jak wiele stracił Harry. Teraz jego ciche błagania ze szpitala, bym sobie przypomniał nabrały dla mnie sensu. Ja po prostu nie pamiętałem, a on każdego dnia patrzył na mnie pamiętając wszystko i wiedząc, że nie może zrobić absolutnie niczego, co sprawiłoby, że będzie jak dawniej. Zamknąłem album i odłożyłem go na swoje miejsce. Wróciłem do pokoju Zayna by przyjrzeć się uważniej zawartości jego laptopa. Była w nim tona zdjęć. Połowy z tych ludzi w ogóle nie kojarzyłem, choć pewnie powinienem. Były jakieś teksty piosenek, które kompletnie nic mi nie mówiły. Poza tym nie znalazłem niczego, co mogłoby mi pomóc. Klucz do wszystkiego znajdował się w pokoju Liama zabezpieczony hasłem. Wróciłem do salonu i zrezygnowany opadłem na kanapę ukrywając twarz w dłoniach. Dlaczego nie mogłem po prostu sobie przypomnieć? Ile jeszcze będę się musiał męczyć, zanim powiem „hej chłopaki pamiętam was”? Uniosłem wzrok zawieszając go na telewizorze. Byliśmy tu od ponad miesiąca i ani razu nie został włączony. Ukryli przede mną pilota, choć kompletnie nie rozumiałem dlaczego. Niby co mógłbym tam zobaczyć? Nagle przypomniałem sobie mój sen. Scena, tłum piszczących fanów. I wcześniejszy. Ten z gościem, który nas kamerował na tej przeklętej kanapie. Czy to… Czy możliwym jest, bym cały świat mnie znał, podczas gdy ja wiedziałem tylko, że jestem Lou?
Zerwałem się z kanapy i postanowiłem przeszukać każdy kąt tego cholernego domu, by znaleźć ten przeklęty pilot i dowiedzieć się wreszcie, dlaczego odcięto mnie od wszystkiego. Po godzinie przetrząsania każdego miejsca opadłem zwycięsko na kanapę w salonie włączając telewizor. Nigdy bym nie pomyślał, by ukryć coś takiego w puszce po ciastkach. To na pewno sprawka Nialla. Wziąłem głęboki wdech i przeskakiwałem po kanałach by dotrzeć do stacji muzycznych. Skakałem tak z dobre piętnaście minut i już miałem się poddać, gdy to ujrzałem. To… To byliśmy my. W telewizji leciał teledysk, w którym byliśmy. Ba, my śpiewaliśmy tą piosenkę. Moja głowa zaczęła niesamowicie boleć i pulsować. Czułem, że jeszcze chwila i eksploduje. Upadłem na kolana dotykając czołem zimnej podłogi. Ból był nie do zniesienia. Błagam odejdź sobie. Ja nie chce już. Nie chce.
- Lou wróciliśmy. Lou?
- O boże Lou!
- Obudź się. No dalej. Otwórz oczy ty uparty gnomie.
- Zayn nie sądzę, że obrażanie go to dobry pomysł.
- A masz jakiś lepszy?
Nie miałem pojęcia, co się wokół mnie działo. Głowa nadal dziko pulsowała. Chyba musiałem zemdleć, bo nagle podłoga w salonie zamieniła się na łóżko w pokoju. To zaczynało się robić nudne. Zamrugałem parę razy próbując choć na chwilę odpędzić ból, ale to w niczym mi nie pomogło. Spod uchylonych powiek przyjrzałem się chłopakom, którzy stali przy moim łóżku. Liam jako pierwszy zauważył, że już nie śpię.
- Wszystko w porządku?
- Bywało lepiej.
- Co ci u diabła strzeliło go głowy?!
- Auć moja głowa. Hazz błagam cię. Pół tonu ciszej.
- Zasłużyłeś sobie na to idioto. Przecież wiesz, że ci nie wolno.
- Mam w dupie, co mi wolno, a co nie. Nie uważasz, że to wszystko za długo już trwa? Jak długo zamierzaliście mnie jeszcze niańczyć zanim powiedzielibyście pas? Połowa z was już mnie skreśliła. Ja… Ja musiałem coś zrobić… Ja…
Cholera. Chyba znowu zemdlałem, bo nagle pokój, w którym leżałem rozpłynął się i otoczyła mnie ciemność. Poddałem się jej. Byłem zmęczony i chciałem po prostu odpocząć. Może jeśli zasnę na godzinkę lub dwie to wszystko stanie się lepsze? A może powinienem zasnąć na zawsze?
- On nadal się nie obudził Harry. Myślę, że powinniśmy do kogoś zadzwonić.
- NIE! Zabiorą go nam. Nie możemy go oddać. Ufa nam. Poczekajmy jeszcze trochę.
- Harry…
- Nie Liam. Może ty się poddałeś, ale ja nie zamierzam.
Czy to nie dziwne? Słyszałem wszystko, ale moje powieki były zbyt ciężkie, by móc je unieść i powiedzieć, że ze mną wszystko w porządku. Że nikt nie musi mnie nigdzie zabierać, bo teraz będzie lepiej. Nie wiem, czy zaczynałem wariować, czy wracać do normy. W mojej głowie przewijało się morze obrazów, które próbowały wrócić na swoje miejsce. Czy tak wraca pamięć? Czy ktokolwiek wie, jak to w ogóle powinno przebiegać. Uznałem, że otwieranie oczu nie jest teraz najlepszym pomysłem. Nie chciałem zagubić żadnego wspomnienia. Poczekam, aż wszystko będzie na swoim miejscu. Tak to dobry plan.
- Harry minął tydzień. Jak długo chcesz czekać?
- Do skutku.
- Do cholery Harry. A co jeśli jest już za późno?
- Nie mów tak! Nie wolno ci. Jak śmiesz w niego wątpić?! On zawsze był przy tobie, a ty się teraz od niego odwracasz. Co z ciebie za przyjaciel?
Zamrugałem oczami próbując wyostrzyć obraz, który wciąż mi się rozmazywał. Tydzień? Spałem aż tydzień? Wow musiałem mieć sporo wspomnień, skoro tak długo to trwało. Chciałem wstać z łóżka i pójść do nich, by powiedzieć im, że już jest dobrze. Że pamiętam, ale nagle zacząłem się tego obawiać. Co jeśli będzie inaczej niż kiedyś? Jeśli to już nie będzie to? Tak naprawdę tylko Harry wciąż we mnie wierzył. Reszta już się poddała. Nie miałem im tego za złe, choć bolało, jak cholera. Uznałem, że Harry zasłużył na to, by dowiedzieć się o tym wszystkim w jakiś spektakularny sposób. Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem. W głowie już rodził mi się idealny plan. Dziękujmy panu za lekcje aktorstwa, na które mama posyłała mnie za młodu. Czas je wreszcie wykorzystać.
- Wody! - zawołałem zachrypniętym głosem. Już po chwili w moim pokoju znalazła się cała czwórka przyglądając mi się niepewnie.
- Lou? Jak się czujesz?
- Mam kanapowy wstręt i strasznie burczy mi w brzuchu. Ile spałem?
- Tydzień.
- Wow. Musicie mieć jakąś obsesje na punkcie kanap, skoro byłem w stanie ta długo o nich śnić.
Cichy śmiech poniósł się po pokoju, a ja z wdzięcznością przyjąłem od Harry’ego kubek z wodą. Chwilę później w pokoju został tylko on. Reszta poszła do kuchni przygotować coś do jedzenia. Byłem im za to wdzięczny.
- Hazz?
- Tak Lou?
- Uśmiechnij się.
Delikatny uśmiech pojawił się na jego twarzy, a ja odetchnąłem. Wyciągnąłem dłoń w jego stronę, a on bez wahania ją pochwycił. Przyciągnąłem go do siebie tuląc delikatnie jego ramiona, które drżały pod wpływem szlochu.
- Nigdy więcej mnie nie zostawiaj Lou.
- Obiecuję. Już nigdy nie odejdę.
Reszta dnia upłynęła nam na żartowaniu i unikaniu tematu mojego występku. Nie padło pytanie, co zobaczyłem. Nikt nie chciał wiedzieć, jak się czułem. Zupełnie, jakby się bali, że gdy zapytają ja znowu padnę i tym razem nie wstanę. Cóż wcale im się nie dziwiłem. Musiałem im niezłego stracha napędzić przez ten tydzień. Wszyscy byli wyczerpani wrażeniami, ale ja wciąż miałem do zrealizowania plan. Gdy reszta poszła spać wymknąłem się ze swojego pokoju i poszedłem do znienawidzonego przeze mnie pomieszczenia. Rzuciłem mordercze spojrzenie kanapie, która sprawiła, że z całego serca znienawidziłem ten mebel i podszedłem do fortepianu, który stał w rogu pokoju. Musnąłem delikatnie palcami nieco skurzone klawisze uśmiechając się do siebie. Minęło sporo czasu odkąd ostatni raz na nim grałem. Wtedy też miałem ku temu ważny powód. I też chodziło o Harry’ego. Zapaliłem kilka świeczek ustawiając je na fortepianie i przyjrzałem się efektowi. Było w porządku. Może nie tak, jakbym chciał, ale nie było na to czasu. Zapaliłem światło i ruszyłem do pokoju Harry’ego.
- Harry… Harry… Hazz do cholery podnoś dupę! - zawołałem tuż przy jego uchu. Loczek aż podskoczył na posłaniu patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Boże Lou zwariowałeś? Co się stało?
- Nic. Po prostu chcę byś gdzieś przyszedł.
- Gdzie?
- Do tego przeklętego pokoju z kanapą. Możesz się tam zjawić za pięć minut?
Wiedziałem, że chciał jeszcze o coś zapytać, ale powstrzymał się. Skinął tylko głową, a ja z uśmiechem na ustach opuściłem jego pokój. Zasiadłem przy fortepianie i wydałem z niego kilka dźwięków. Usłyszałem w salonie kroki, więc zacząłem grać melodię, którą Harry doskonale znał. Gdy stanął w drzwiach zacząłem śpiewać.
Shut the door
Turn the light off
I wanna be with you
I wanna feel your love
I wanna lay beside you
I can not hide this even though I try
Heart beats harder
Time escapes me
Trembling hands touch skin
It makes this harder
And the tears stream down my face
- Lou… - szepnął cicho Harry, ale pokręciłem głową i kontynuowałem.
You know I’ll be
Your life, your voice your reason to be
My love, my heart
Is breathing for this
Moment in time
I’ll find the words to say
Before you leave me today
Choć bardzo chciałem nie mogłem zaśpiewać dalej, bo Harry rzucił się na mnie tuląc i płacząc tak mocno, że się przestraszyłem.
- Harry już dobrze. Jestem tutaj i nigdzie się nie wybieram. Już cię nie zostawię – szeptałem mu do ucha próbując go nieco uspokoić.
- Ty… Ty pamiętasz czy… Ohh błagam powiedz, że to nie tak, jak z poprzednią piosenką.
- Hazz?
- Tak Lou?
- Kocham cię. Tego nigdy nie zapomniałem. I nie zamierzam zapomnieć.
- Więc ty…
- Tak. Wróciły. Wszystkie wspomnienia wróciły. Są na swoim miejscu i już nie pozwolę im odejść.
Harry tylko uśmiechnął się do mnie ciepło i wtulił w moje ramiona. Gładziłem go po plecach czekając, aż się uspokoi.
- Czemu nie powiedziałeś nam o tym, gdy się obudziłeś?
- Chciałem by to było coś wyjątkowego. Cały czas we mnie wierzyłeś, choć widziałem, jak każdego dnia cierpisz. Chciałem ci to jakoś wynagrodzić.
- Dziękuję.
- Co się tutaj dzieje? - zapytał zaspanym głosem Niall stając w drzwiach. Za nim pojawił się Liam i Zayn.
- Harry? - zapytał Liam spoglądając niepewnie na loczka, który wtulił się bardziej w moje ramiona ukrywając twarz w zagłębieniu mojej szyi. Uśmiechnąłem się delikatnie spoglądając na resztę.
- Hej chłopaki. Tęskniłem za wami.
Po moich słowach nastała ciszą, którą przerwał cichy pisk Nialla. Po chwili znów byliśmy razem. Całą piątką i czułem, że nie istniała rzecz, która byłaby w stanie nas rozdzielić. Bo może i w pewnym momencie we mnie zwątpili, ale mimo wszystko zostali. I za to będę im dziękować do końca życia.
- Mam tylko jedno pytanie.
- Wal Lou.
- Co u diabła stało się z ciastem, które wtedy do was wiozłem?
Wszystkie pary oczu skupiły się na Niallu. Po chwili cały salon wypełnił szczery śmiech. Naprawdę ta myśl nie dawała mi spokoju odkąd moje wspomnienia wróciły na swoje miejsce. Naprawdę lubiłem ciasto mojej mały. To smutne, że nie miałem szansy go spróbować.
- Myślę, że nam wszystkim przyda się odrobina snu – powiedział Zayn ziewając. Liam i Niall przytaknęli i wstali udając się za nim do swoich pokoi. Spojrzałem na Harry’ego, który przez cały czas był mocno przytulony do mojego boku zupełnie, jakby się bał, że za chwilę zniknę.
- Idzie spać?
- Nie chcę.
- Harry nigdzie nie zniknę, gdy zamkniesz oczy.
- Wiem, ale twoje wspomnienia mogą zniknąć, a ja nie chce znowu cię stracić.
- One też nigdzie się nie wybierają, choć nie miałbym nic przeciwko, gdyby te przeklęte kanapy dały mi spokój.
Harry cicho zachichotał podnosząc na mnie wzrok.
- Dlaczego akurat kanapy?
- Chyba dlatego, że całkiem sporo się na nich działo.
Dostrzegłem rumieniec, który wpłynął na twarz loczka. Doskonale wiedziałem, o czym właśnie pomyślał.
- Czy to… Czy o tym też śniłeś?
- To był mój ulubiony sen – odparłem i musnąłem delikatnie jego usta swoimi. - Ale zdecydowanie minie jeszcze sporo czasu zanim znowu będę się z tobą kochać na kanapie. Do tego czasu musisz się zadowolić całą resztą mebli w naszym domu.
- Jakoś będę musiał z tym żyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz