środa, 1 stycznia 2014

4

Będąc w klasie, usiadłem z samego przodu. Wolałem od razu zająć miejsce przed biurkiem, żeby mieć możliwość zrozumienia czegokolwiek. Podczas gdy nauczyciel sprawdzał obecność, wyciągnąłem zeszyt i piórnik na ławkę. Kiedy profesor zamknął swój mały dzienniczek i wstał, gestem ręki przywołując Louisa, zaczął przeszukiwać swoją czarną teczkę z zaciętą miną. Tomlinson w tym czasie podszedł do biurka, czekając na testy, które nauczyciel obiecał mu przynieść tego dnia.

Nagle mruknął niezadowolony, zamykając z hukiem teczkę.

- Nie wierzę, ale zapomniałem tych testów dla ciebie – powiedział niezadowolony, szukając w szufladach biurka.

Bez skutku.

- W takim razie… - zaczął nieśmiało Louis. Uniosłem głowę, patrząc na niego z zaciekawieniem. – Może mógłbym komuś tutaj pomóc? To także będzie dla mnie forma przypomnienia.

Obserwowałem go, nieświadomie uśmiechając się. Louis nie spojrzał bezpośrednio na mnie, ale byłem pewien, że miał na myśli mnie.

- To nie jest zły pomysł. – Przyznał nauczyciel z uznaniem, rozglądając się po klasie. Na samym końcu jego surowy wzrok zatrzymał się na mnie. Westchnął, brodą wskazując mnie. – Naucz go stosować wzorów skróconego mnożenia. Chłopak kompletnie nie wie, kiedy należy używać których.

- Oczywiście – odparł ochoczo Louis.

- Idźcie do ostatniej ławki. Ja z resztą uczniów będę ćwiczył bieżący materiał.

Louis skinął posłusznie głową. Zanim ruszył pewnym krokiem na koniec sali, posłał mi przelotne spojrzenie, uśmiechając się znacząco. Nie myliłem się, kiedy myślałem, że mówił z myślą o mnie. Pospiesznie porwałem bluzę oraz plecak, siadając obok Tomlinsona. Niezdarnie położyłem na ławce zeszyt i podręcznik, podsuwając chłopakowi.

- Dzięki – szepnąłem, zarzucając na oparcie krzesła bluzę, podczas gdy Louis kartkował podręcznik. – Bezner zamęczyłby mnie dzisiaj na śmierć.

Louis uśmiechnął się z lekkością, wciąż wpatrując się w podręcznik i szukając odpowiedniej strony z zadaniami. Usadowiłem się wygodnie, przez chwilę zaglądając do książki. Jednak nie minęła chwila, a mój wzrok został utkwiony na twarzy Louisa. Z jego ust nadal nie schodził lekki uśmiech, którym obdarzył mnie chwilę wcześniej. Jego niebieskie oczy z uwagą śledziły tekst. Byłem nim niemal zahipnotyzowany. To było zabawne. Te wszystkie odczucia mi towarzyszące. Podziwiałem go coraz bardziej. Być może zaczynałem odkrywać rzeczy, za które podświadomie go lubiłem. O nim nie można było powiedzieć złego słowa. Jeśli Louis okazałby się być tak dobrym nauczycielem matematyki, jakim jest przyjacielem dla Bena, mogłem być pewien, że zaliczę poprawkę na pozytywną ocenę.

- Tak. – Odezwał się w końcu, unosząc wzrok. – To banalny dział. – Skomentował krótko.

- Dla kogo łatwy, dla tego łatwy – mruknąłem, przewracając wzrokiem.

Moje policzki zaczynał pokrywać rumieniec, a ja w duchu przeklinałem się za to. Nie lubiłem tej nieśmiałości i braku pewności siebie. Komentarz Louisa w jakiś sposób wywołał we mnie poczucie, że naprawdę byłem głupi. Żeby czegoś takiego nie umieć? Każdy to rozumiał. Szkoła, do której zapisali mnie rodzice, była najlepszą w całej okolicy. A z klasy tylko ja miałem problemy z matematyką. Poczułem się jak tępak.
Louis westchnął ciężko, pocierając dłonią kark.

- Podstawa to wzory. Umiesz je? – zapytał. Potrząsnąłem głową, nawet nie patrząc na niego. – Okay… W takim razie daj. – Wyciągnął z mojej dłoni długopis, nachylając się bardziej w moim kierunku. Na pierwszej stronie pustego zeszytu szybko naskrobał kilka wzorów, które kojarzyłem z lekcji. – Widzisz? Na pewno je znasz. – Potwierdziłem ruchem głowy. – Jeśli nie będziesz ich umiał, to zapomnij o tym, że uda ci się poprawić sprawdzian.

- Umiesz pocieszyć – wtrąciłem sarkastycznie.

Moja reakcja wcale nie była wywołana słowami Louisa. Po prostu byłem wściekły, że nie potrafiłem zrozumieć matematyki na tyle, żeby nie musieć zostawać po lekcjach i się jej uczyć. Louis zignorował moją uwagę, prawdopodobnie zdając sobie sprawę, że byłem przewrażliwiony. Starał się mi pomóc najlepiej jak potrafił i wiedział, że byłem mu za to wdzięczny.

- Dobrze. Zabierzmy się za najprostsze przykłady na początek. Wyjaśnię ci, kiedy rozpoznać który wzór.
Skinąłem, omiatając spojrzeniem jego twarz. Wpatrywał się w przestrzeń, usilnie myśląc nad przykładem, który następnie podyktował mi z głowy. Czasem też zmieniał po prostu liczby z przykładów, które znalazł w książce i na szybko kalkulował wyniki, tym samym sprawdzając, czy działania zachowują swój sens. Fakt, że łapałem najprostsze rzeczy wcale nie ułatwiał sprawy. Oboje podświadomie wiedzieliśmy, że kilkadziesiąt minut nie wystarczy nam na naukę, a przy trudniejszych przykładach polegnę.

*

- Jestem z ciebie dumny! – zawołał Louis, uważnie śledząc kartkę, na której znajdowały się równania.

Przez tydzień podrzucał mi codziennie kilkanaście zadań, które następnie rozwiązywałem w domu, a na dużej przerwie zawsze sprawdzał i poprawiał moje błędy. Bo mimo wszystko pojawiały się i to mnie zawsze martwiło. Szczególnie na początku tygodnia. Ale im bliżej piątku, tym więcej miałem dobrze rozwiązanych równań i Louis zawsze mnie chwalił z uśmiechem.

- Co ty na to, że zadam ci jeszcze kilka przykładów, żebyś mógł sobie przećwiczyć przez weekend? Możesz zadzwonić wieczorem i sprawdzimy wspólnie, czy dobrze zrobiłeś. Co ty na to? – Spojrzał na mnie wyczekująco, zawieszając w powietrzu dłoń, w której trzymał długopis.

- W porządku… Tylko nie mam twojego numeru.

Louis zmarszczył brwi, niedowierzając.

- Jak to? Och, właściwie to nie jest ważne. Ja mam twój od Bena. Potem puszczę ci sygnał, a ty sobie zapiszesz. – Rozpromienił się, podsuwając mi czystą kartkę.

Szybko uwinęliśmy się z zapisaniem kilku zadań przez chłopaka. A kiedy skończyliśmy, Louis zaproponował mi coś do picia. Zgodziłem się z chęcią. Wyszedł, zostawiając mnie samego w jego pokoju. Wiedziałem, że to mogło być niewłaściwe, ale wstałem, chodząc po pomieszczeniu i rozglądając się. Pokój Louisa był czysty i zadbany – nie to, co mój; kompletny chaos i bałagan. Ściany pokryte były ciepłymi barwami, nadając temu pomieszczeniu przyjemnego klimatu. Czułem się tam dobrze, spokojnie, bezpiecznie. Podchodząc do podłużnej półki zawieszonej nad jego łóżkiem, mogłem dostrzec książki, które lubił czytać oraz płyty ulubionych zespołów czy wokalistów muzycznych. Chciałem sięgnąć po jedną z nich, ale w tym czasie Louis wrócił.

- Mam tylko sok pomarańczowy. Przepraszam cię, ale siostry wczoraj wypiły Sprite’a i to jedyne, co zostało.

- Jasne, nie ma problemu – odparłem, biorąc swoją szklankę i upijając z niej łyk. – Jeszcze raz dziękuję za pomoc.

- No co ty. – Machnął ręką z uśmiechem. – Drobiazg. Przyjaciele sobie pomagają, prawda?

Powoli skinąłem głową, a moje usta wygięły się w niezdarnym uśmiechu. Zabawne, jak bardzo Louis potrafił sprawić, że zapominałem o wszystkich troskach i skupiałem się na danym momencie. Szczególnie na tym, kiedy mogłem poczuć się naprawdę szczęśliwy.

- I tak nie wiem, po co mi będzie potrzebna matematyka. Prędzej zostałbym piosenkarzem, a nie nauczycielem przedmiotów ścisłych – burknąłem.

Louis z zaciekawieniem spojrzał na mnie, analizując moje słowa. Myślał nad czymś intensywnie, podczas gdy ja zaczynałem żałować, że nie ugryzłem się w język. Fakt, od jakiegoś czasu marzę o tym, żeby kiedyś być kimś i robić to, co naprawdę kocham. Kiedy parę lat temu poprosiłem mamę, aby kupiła mi jakiś instrument, odesłała mnie z kwitkiem. Niby pieniędzy nie mieliśmy. Ale ja wiedziałem swoje. Tata regularnie płacił niemałe alimenty na mnie i Gemmę odkąd się rozwiedli, i nigdy na nic nam nie brakowało. Chociaż, jak to się mówi, na pieniądzach także nie spaliśmy. Od tamtej pory nigdy więcej nie wspominałem o swoich marzeniach, tylko pozwalałem im tułać się po mojej głowie.

- Piosenkarzem? – zapytał Louis po chwili ciszy. – Ale wiesz, że gdybyś był sławny, musiałbyś liczyć wydatki? To też matematyka.

Oboje roześmialiśmy się głośno w tym samym momencie, powodując, że chwilowe napięcie, które poczułem, odpłynęło w niepamięć. Mogłem być w pełni swobodny przy Louisie. Czułem zaufanie do niego, dużo większe niż do reszty przyjaciół.

- Zaśpiewasz mi coś? – zapytał Louis nieoczekiwanie.

Zaśmiałem się niezręcznie, pocierając dłonią kark.

- Trochę się wstydzę, nie ukrywam – zacząłem cicho, unikając wzroku Louisa.

- Och, Hazza, nie bądź taki! Najpierw mówisz o takich pasjach, a potem dodajesz, że się wstydzisz? Jak możesz?

Uniosłem głowę, patrząc w oczy Louisa i zastanawiając się, dlaczego mu tak zależało. Jaki miał cel w tym, aby mnie usłyszeć? Może chciał wykorzystać moment, kiedy nie potrafiłem zamknąć ust i nie mówić niczego, co nie powinno zostać wypowiedziane? A może chciał to wykorzystać kiedyś przeciwko mnie, gdybym się zbłaźnił przed nim, śpiewając jakiś nic nieznaczący utwór?

- Nie wiem nawet, co mógłbym ci zaśpiewać – mruknąłem ,starając się w pewien sposób wybrnąć z tej niekomfortowej dla mnie sytuacji.

- Pierwsze, co przychodzi ci na myśl? Ulubiona piosenka? Usłyszana dzisiaj w radiu? Cokolwiek? – Proponował Louis.

- Torn.

- Torn? – powtórzył Louis, unosząc pytająco brew. – Boże, słuchasz babskich piosenek o rozstaniach? – zapytał, siadając na biurku.

- Nie! – zaprzeczyłem od razu. – Piosenka często jest puszczana w radiu i kiedy jeździmy z mamą na zakupy i ją słyszę, słowa same zapadają w pamięć i…

- Żartowałem tylko – wtrącił z uśmiechem. Odetchnąłem z ulgą, przeczesując dłonią grzywkę, która opadła na moje oczy. – Właściwie… to dosyć ciekawe. Śpiewaj.

Nie widziałem żadnego odwrotu. Pomimo żartu Louisa, który wziąłem na poważnie, nagle przestałem się czegokolwiek obawiać. Myślę, że po prostu w Louisie było coś, co sprawiło, że mniej się obawiałem. Jasne, pozostały pewne wątpliwości, które zasiali we mnie przyjaciele. Przy nich musiałem uważać na słowa, a przy Louisie? Jakoś mniej dbałem o to.

Wziąłem głęboki oddech, śpiewając pierwsze słowa piosenki. Z początku brzmiały zdecydowanie nieśmiało, ale zamykając oczy, dodałem sobie pewności siebie. Starałem się wyciszyć umysł i zapomnieć, że ktoś przy mnie był. Próbowałem wyobrazić sobie, że jestem sam w domu i mam pełną swobodę na śpiewanie. Dopiero przy pierwszych słowach refrenu otworzyłem się na tyle, że śpiewałem głośniej i odważniej, w zupełności wczuwając się w muzykę, którą słyszałem w mojej wyobraźni.

Skończywszy refren, otworzyłem gwałtownie oczy, szukając wzrokiem Louisa. Wciąż siedział na biurku. Głowę miał opuszczoną, a oczy utkwione w swoich dłoniach. Zapadła pomiędzy nami chwilowa cisza, która z każdą, ciągnącą się w nieskończoność sekundą, stawała się dla mnie ciężka do zniesienia.

Odchrząknąłem, chcąc przerwać ją.

- Tak…

- Podobało mi się – przyznał Louis, w końcu spoglądając na mnie. Dostrzegłem w jego oczach niepewność, pomieszaną z podziwem. Byłem zaskoczony, zauważając te emocje. Jednocześnie gdzieś wewnątrz czułem dumę. – Idź do jakiegoś talent show. Będę najgłośniejszym kibicem na widowni.
Roześmiałem się swobodnie, potrząsając głową.

- Przestań. Tak tylko mówisz. A gdyby doszło co do czego, uciekłbyś stamtąd, nie chcąc patrzeć, jak się kompromituję.

- Mówię prawdę, Harry. Uwierz mi.

Skinąłem głową, uśmiechając się pod nosem. Chyba naprawdę nie miałem powodów, żeby podważać zdanie Louisa. Nawet gdybym bardzo nie chciał mu wierzyć, nie potrafiłbym, przyznaję. Wystarczy spojrzeć na niego i zapominasz o wszystkim, wierząc mu. Prawda kryła się w jego spojrzeniu i ono nie kłamało. Nawet gdyby Louis chciał kogoś oszukać, pewnie nie byłby w stanie tego zrobić.

- Dziękuję – odparłem nieśmiało.

- Zmieńmy temat i bądźmy na chwilę jak dziewczyny. – Louis z wyraźnym podekscytowaniem poprawił się na biurku, upijając trochę soku. Spojrzałem na niego z zaskoczeniem. – Słyszałem, że byłeś na randce z Nancy. No, opowiadaj jak było.

- Zupełnie jakbym słyszał siostrę i jej przyjaciółkę. – Przewróciłem teatralnie wzrokiem, wzdychając głośno. Oboje roześmialiśmy się.

- Nieważne, wychowałem się wśród dziewczyn, nie zarzucaj mi niczego – dodał obronnie. – Ale naprawdę ciekawi mnie jak było.

Zanim się zorientowałem, opowiadałem Louisowi szczegółowe streszczenie z naszej piątkowej randki. Tak bardzo zatraciłem się w tym, że nie zauważyłem nawet, że Louis milczy, nie wtrącając żadnego komentarza. Jedynie potakiwał głową z powagą, kiedy spoglądałem na niego. Przedstawiłem mu Nancy w najbardziej złym świetle, w jakim można było postrzegać osobę uważaną przez wielu za idealną. I nie czułem się z tym dobrze, bo wiedziałem, że to jest złe. Ale to sprawiło, że poczułem się lepiej. Dodatkowo było mi lżej, że mogłem o tym powiedzieć drugiej osobie.

- Jest trochę pusta, zapatrzona wyłącznie w siebie. A szukając chłopaka ma ochotę na kogoś, kto będzie się prezentował przy niej idealnie. A ja raczej nie nadaję się do tej roli – dodałem na koniec, odrywając wzrok od podwórka przed domem, gdzie bawiły się bliźniaczki wraz z najstarszą z sióstr.

Nie słysząc żadnej odpowiedzi ze strony Louisa, obejrzałem się przez ramię. Dostrzegłem jego zmieszany wyraz twarzy. Zaniepokoiło mnie to, ale w tym samym momencie w mojej głowie zaświtała pewna myśl.

- Ja ją tutaj obsmarowuję, a ty nawet nie każesz mi przestać.

- Dlaczego miałbym to zrobić? – spytał zaskoczony.

- Bo ci się podoba i na pewno postawiłem cię teraz w niezręcznej sytuacji – wyjaśniłem. Trafiłem w dziesiątkę. Louis zarumienił się, obracając głowę w przeciwną stronę.

- Jak na to wpadłeś? Nawet Benowi o tym nie powiedziałem i…

- Nie jestem taki głupi, za jakiego wszyscy mnie postrzegają. – Uśmiechnąłem się, wcale nie będą urażony, że Louis choćby przez chwilę mógł tak pomyśleć.

- Przepraszam.

- Zapomnij. Nie masz za co. – Podszedłem do niego. – Więc? Dlaczego mi nie przerwałeś?

- Bo uświadomiłeś mi, że prawdopodobnie źle ulokowałem uczucia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz