środa, 1 stycznia 2014

5

To była całkowicie spontaniczna decyzja. Pamiętałem, jak Louis obiecał Matty’emu, że wybierzemy się całą paczką na wagary. Nie sądziłem, że naprawdę do tego kiedyś dojdzie. Z samego rana młodszy Selley zgarnął mnie, zanim zdążyłem wejść do szkoły. Zaciągnął mnie za budynek, gdzie mieliśmy poczekać na resztę.

- Idziemy dzisiaj? – zapytałem, unosząc wzrok i patrząc na niebo. Pogoda nie wyglądała ciekawie. – Może padać popołudniu.

- Nieważne. – Matty machnął obojętnie ręką, zaczynając pilnie poszukiwać czegoś po kieszeniach. – Nie zrezygnuję z wagarów dzisiaj. Boli mnie głowa, a mama uparła się, żebym poszedł do szkoły. Siedem lekcji to dla mnie zdecydowanie za dużo – mruknął, w końcu wyciągając z kieszeni paczkę papierosów.

Spojrzałem na niego zaskoczony, nie mogąc wydobyć ani słowa, kiedy wyciągnął jednego i włożył pomiędzy usta. Następnie wyciągnął w moim kierunku i skinął głową na zachętę.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł – wypowiedziałem powoli, potrząsając głową.

- Nie pękaj, Styles! Pierwszy raz będzie najgorszy, ale potem pójdzie dużo łatwiej. I to na pewno cię uspokoi – dodał zachęcająco.

Wyciągnąłem jednego papierosa, podążając w kierunku Matty’ego. Uważnie obserwowałem go, naśladując jego ruchy. Byłem zaskoczony, kiedy zapalił normalnie i nie zakrztusił się. Słyszałem, że za pierwszy razem zawsze tak jest. Myśląc, że i ja się nie zbłaźnię, zapaliłem i szybko tego pożałowałem. Ostry dym zaczął drażnić moje drogi oddechowe. Zakaszlałem głośno kilka razy, patrząc na przyjaciela spod zmarszczonych brwi. Nie mogłem dojść do siebie.

- Zawsze tak jest na początku – skomentował niewzruszony Matty, rozglądając się wokoło, aby upewnić się, że nikt nas nie obserwuje.

- Dlaczego ty nie…

- Myślisz, że palę pierwszy raz? – zapytał z kpiną w głosie. – Nie wiem, co się z tobą ostatnio dzieje. Zaczynasz odstawać od paczki.

- To nie tak – mruknąłem, pociągając po raz kolejny dym do płuc, by po chwili móc go wypuścić. Było lepiej, ale wciąż drażnił mnie ten dym. – Po prostu muszę siedzieć nad matematyką. Nigdy nie szła mi dobrze, a w tym roku to już w ogóle jakiś koszmar.

Matty kiwnął głową ze zrozumieniem. Nie odzywając się więcej ani słowem. W spokoju dopalił papierosa – ja jakoś powoli też, chociaż przyznaję, że zupełnie nie kręciło mnie to. A wręcz czułem obrzydzenie. Ale jeden raz nie mógł mi przecież zaszkodzić.

*

Wydawać by się mogło, że te wagary były najlepszym pomysłem, na jaki zdecydowałem się tego dnia. Kiedy dołączył do nas Mazzi, a zaraz po nim Ben wraz z Louisem, atmosfera rozchmurzyła się. Nawet niebo pojaśniało i zaczynało się robić cieplej. Była piękna, jesienna pogoda i naprawdę nic więcej od życia nie oczekiwałem.

- Nie wiem czy pamiętacie – zwrócił się Ben do mnie i Maty’ego – jak kilka lat temu zabraliśmy kotkę Elli i założyliśmy na nią ubrania dla lalki.

Oboje z Mattym roześmialiśmy się głośno na to wspomnienie. To było kilka lat temu, kiedy wraz z mamą odwiedziłem Selley’ów. Ella, siostra moich kuzynów, tego dnia była u przyjaciółki i wykorzystaliśmy jej nieobecność, żeby zrobić jej mały żart.

- Myślałem, że Ella nas zabije, kiedy zobaczyła, jak jej kotka uciekała przez ogródek w tej żółtej bluzce! – zawołałem, powodując jeszcze większą salwę śmiechu.

- Jesteście bezlitośni! – zawołał Louis z oburzeniem. Nie mógł jednak powstrzymać chichotu, który sam pchał się na jego usta.

- Ty wcale nie jesteś lepszy – rzekł Ben, choć trochę starając się opanować. – Pamiętam, że kiedyś opowiedziałeś mi o tym, jak przyciąłeś kotu wąsy. Czy to nie było bezlitosne?

- Poważnie? – zapytał Matty, obejmując mnie ramieniem. – To nawet ja i Harry nie jesteśmy takimi potworami jak ty – dodał z uśmiechem.

- Ja ci dam potwora! – Louis w chwili uderzył Matty’ego delikatnie w głowę, następnie chowając się za Benem, gdyż wiedział, że najmłodszy z naszej paczki nie popuści mu tego. – Miałem wtedy pięć lat– dodał na obronę, widząc, że Matty już zamierza oddać mu cios. – Nie rób mi krzywdy! – zawołał, zaczynając uciekać w stronę szlabanu, który odgradzał polną drogę, którą szliśmy, prowadzącą bezpośrednio do lasu.

Znałem to miejsce głównie z tego, że często biegaliśmy tutaj na wychowaniu fizycznym. Niedaleko za szlabanem był spory plac, wzniesiony na czterech drewnianych filarach i zakryty dachem. Znajdowały się tam dwie duże ławy i ławki, a w kącie było palenisko, gdzie można było rozpalić ogień i usmażyć kiełbasy. Byliśmy tutaj parę razy z klasą, kiedy wracaliśmy z pieszych wycieczek.

Przekraczając most, znajdujący się zaraz za szlabanem, udaliśmy się wąską dróżką, biegnącą pomiędzy małymi drzewami liściastymi. Matty i Louis już tam czekali. Mieliśmy zamiar spędzić w tym miejscu wszystkie godziny, podczas których powinniśmy być w szkole.

Nie mieliśmy jednak dużo szczęścia. Po ponad godzinie okazało się, że nie byliśmy do końca bezpieczni w tamtym miejscu.

- Chłopaki, widzicie to? – zapytał Mazzi, obserwując spomiędzy drzew polną drogę, którą tutaj dotarliśmy. – Możliwe, żeby teraz któraś klasa miała wu-ef? – zapytał, mrużąc oczy.

- O, cholera! – zawołał Ben nagle. – Przecież nasza klasa teraz powinna mieć. – Spojrzał porozumiewawczo na Louisa, którego oczy również otworzyły się do granic możliwości. – Jeśli dyrektor nas tutaj przyłapie, będziemy mieli przerąbane!

- Uciekajmy gdziekolwiek. – Popędził Louis całą resztę.

Wszyscy zebrali swoje rzeczy w mgnieniu oka, biegnąc za Benem, który znał niedaleko kryjówkę. Miał pewność, że ten dyrektor wraz z klasą na pewno się nie skierują w tamtą stronę. Chciałem pobiec za nimi, ale jak na złość mój plecak zaklinował się pomiędzy drewnianą ławą i nie mogłem go rozplątać. Zawołałem, żeby zaczekali, próbując uporać się z problemem, ale nie myślałem nawet o tym, żeby obejrzeć się za nimi. Byłem maksymalnie zdenerwowany. Pierwszy raz byłem na wagarach i za nic w świecie nie chciałem zostać przyłapanym.

- Czekaj, pomogę ci. – Louis, który pojawił się znikąd obok mnie, bez problemu wyciągnął pasek spomiędzy belek, chwytając mnie pod ramię i ciągnąć za sobą.

Ku naszemu nieszczęściu nie mogliśmy pobiec za całą resztą. Dyrektor wraz z klasą wyłonili się już zza zakrętu i gdybyśmy pokierowali się za paczką, dostrzegłby nas i nie byłoby już tak kolorowo. Wsypalibyśmy wszystkich, a to na pewno nie wchodziło w grę.

- Mam pomysł – powiedział Louis, ciągnąc mnie w stronę rzeki.

- Oszalałeś?! – zawołałem szeptem, kiedy uświadomiłem sobie, co robił.

- Nie ma wyjścia, wskakuj. – Powiedział, stając na kamieniach.

Woda i tak podmywała mu trampki, momentalnie mocząc je. Wyciągnął dłoń w moją stronę, którą niepewnie chwyciłem i poszedłem razem za nim. Czułem przeszywający chłód po stopach, ale nie odzywałem się. Byłem pewien, że Louis wiedział, co robił. Przeszliśmy kilka metrów, wchodząc pod most, gdzie przykucnęliśmy na dużej płycie, opartą półleżąco o ścianę mostu. Schyliliśmy głowy, aby nie uderzyć się o beton ponad nami. Przynajmniej w tym miejscu nie było mokro i nie musiałem się martwić, że mógłbym być chory.

Głos dyrektora i narzekania uczniów były coraz wyraźniejsze. Powoli cała grupa zaczęła wbiegać truchtem na most, a zaschnięta glina zaczęła się odrywać od podłoża mostu, sypiąc wokół nas. Na sam kontakt z pyłem poczułem, że będę kichał. Zacząłem poszukiwać chusteczki w kieszeniach, chcąc pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia. Ale nie zdążyłem. Kichnąłem niespodziewanie, sprawiając, że jedna z osób, przebiegająca ponad nami zawołała:

- Na zdrowie!

- Ale to nikt z nas – zawołał chłopak, który z kolegami dopiero wbiegali na most. – To coś pod mostem.

Zamarłem słysząc, o czym rozmawiali. Otworzyłem usta, chcąc coś szepnąć do Louisa, ale on przywarł całą dłonią do mojej twarzy, powstrzymując mnie przed tym. Powoli pokręcił głową, wpatrując się w miejsce, skąd przyszliśmy i nasłuchując.

- Jack, nie wygłupiaj się. – Głos dyrektora dotarł do naszych uszu. Spiąłem się jeszcze bardziej. Louis pewniej przycisnął dłoń do moich ust, dając tym samym znak, żebym się nie odzywał. – Biegniemy dalej! Raz, raz, raz!

- Nie odzywaj się, dopóki ci na to nie pozwolę, okay? – szepnął Louis, omiatając ciepłym powietrzem moje ucho. Skinąłem, a wtedy Louis zabrał swoją dłoń, kładąc ją zaciśniętą w pięść na moim podwiniętym kolanie.

Tupot stóp powoli zaczynał cichnąć, a ja się rozluźniałem. Siedzieliśmy w ciszy, dopóki szmery w zupełności nie ucichły, a jedyne, co mogliśmy zarejestrować, to nasze powolne oddechy pomieszane z szumem rzeki. Spojrzałem wyczekująco na Louisa. Jego twarz była napięta i zdradzała niepokój. Nie wiedziałem, dlaczego ciągle milczeliśmy, jakby ktoś mógł nas usłyszeć.

- Jack jak coś wymyśli… - cichy i drwiący głos dyrektora, dobiegający tuż znad naszych głów wprawił, że cały zesztywniałem. Spojrzałem na Louisa, chcąc doszukać się na jego twarzy odpowiedzi, skąd wiedział.
Nauczyciel pobiegł za resztą, a wtedy oboje się rozluźniliśmy.

- Skąd wiedziałeś?

- Mam z nim zajęcia. Dobrze wiem, na co go stać. – Wzruszył ramionami. – Nie przepuści okazji, żeby zaciągnąć ucznia na dywanik do siebie.

*

Test poprawkowy napisałem następnego dnia po wagarach, a na wyniki musiałem czekać do piątku. Nie było mi to na rękę. Czułem, że jestem mocno przeziębiony, o ile już nie chory. Ale z drugiej strony chciałem osobiście się dowiedzieć, jaki stopień dostałem. Stres towarzyszący mi był w zupełności bezpodstawny. Zaliczyłam na ocenę dobrą. Był to dla mnie ogromny szok, ale także ogromna radość.

Właśnie opuszczałem salę matematyczną. Szybko zbiegłem na pierwsze piętro, przepychając się pomiędzy ludźmi do planu zajęć zawieszonego na korkowej tablicy w głównym holu. Chciałem od razu podziękować Louisowi. Nie chciałem rozmawiać z nim przez telefon. Wolałem porozmawiać z nim osobiście. Choć ból gardła i tak przeszkadzał mi w znacznej mierze w mówieniu.

- Louis! – zawołałem ochrypłym głosem, kiedy byłem parę metrów od niego.

Odwrócił się, uśmiechając do mnie szeroko. Zaraz jednak jego twarz spoważniała i nie dał mi dojść do słowa, zasypując pytaniami o mój stan zdrowia. A gdy przyłożył swoją ciepłą dłoń do mojego rozpalonego czoła, otworzył szerzej oczy.

- Dlaczego ty nie jesteś w łóżku? Harry, masz wysoką gorączkę i jesteś w szkole?! – zawołał ciszej, ciągnąć mnie na bok, aby jego koledzy z klasy nie mogli dokładnie usłyszeć dalszej części naszej rozmowy. – Jeszcze mi powiedz, że to przez nasze wagary.

- Jutro weekend. Poleżę w łóżku i mi przejdzie.

- Przepraszam cię. Gdybym wiedział, że tak to się skończy, znalazłbym inną kryjówkę.

- Louis, przestań – upomniałem go, marszcząc brwi. Chciałem się uśmiechnąć, ale zamiast tego przybrałem na twarz skwaszony wyraz. – Jest w porządku. A nawet lepiej, bo… zaliczyłem matmę!

- Na trójkę, jak chciałeś? – zapytał.

Rzeczywiście, podczas godzin, kiedy tłumaczył mi wszystkie równania i pomagał je zrozumieć, ciągle powtarzałem, że jeśli napiszę na trójkę, będę najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Nie sądziłem, że mogłoby mi pójść lepiej.

- Nie… - Celowo posmutniałem, sprawiając, że Louis się zaniepokoił. Nie chcąc go dłużej trzymać w niepewności, szybko dodałem: - Nie wiem jakim cudem, ale napisałem na czwórkę!

Mój optymizm szybko udzielił się Louisowi. Wyciągnął w moim kierunku otwartą dłoń, którą prędko klepnąłem, uśmiechając się jeszcze szerzej. Ewidentnie oboje cieszyliśmy się, gdyż skorzystaliśmy na moich korepetycjach podwójnie. Ja dobrze poprawiłem sprawdzian, a Louis, który miał próbne testy w dzień mojej poprawy, także osiągnął dobre wyniki.

- Dziękuję – powiedziałem, opanowując euforię. Zerknąłem kątem oka na kolegów Louisa, którzy stali niecałe dwa metry dalej i nie zwracali na nas najmniejszej uwagi. Wiedziałem, że przerwałem mu rozmowę z nimi i poczułem się przez to trochę skrępowany. – To ja.. już pójdę.

- Wiesz… - zaczął Louis, zatrzymując mnie tymi słowami – jeśli miałbyś jeszcze kiedyś kłopoty z matematyką albo innymi przedmiotami, zawsze możesz zadzwonić. Masz mój numer.

Uśmiechnął się ciepło na zachętę. Skinąłem głową na znak, że rozumiem i dziękuję mu za to, po czym pożegnałem się i odszedłem.

*

Byłem zawiedziony, że tego dnia Louisa nie było na zajęciach dodatkowych z matematyki. Przyzwyczaiłem się już, że mogłem go tam często widywać, a dzięki temu czas szybciej mi mijał i mogłem pójść w końcu do domu.

Szedłem właśnie przez główny korytarz na parterze szkolnym, kiedy wpadłem przypadkowo na Liama. Wydawał się być wystraszony, jakby ktoś zrobił mu coś złego. Zaniepokoiłem się. Nie tolerowałem przemocy w jakiejkolwiek postaci, dlatego postanowiłem nie zostawić tak po prostu tej sprawy. Podświadomie czułem, że to o to chodziło.

- Wszystko w porządku? – spytałem, kucając i pomagając mu pozbierać plik kartek, który rozsypał się w wyniku naszego nieoczekiwanego zderzenia.

- Jest w porządku. Przepraszam – wybełkotał, nawet na mnie nie spoglądając.

Nie dałem się zwieźć jego słowom. Dobrze wiedziałem, że nie było w porządku. Z niewiadomych przyczyn Liam nie chciał mówić o tym na głos. Oczywiście byłem świadom, że mógł mi nie ufać. Też bym sobie nie ufał, gdybym był w jego skórze. Zadawałem się z Mazzim – jego kuzynem i jednocześnie najbliższą osobą, którą miał na co dzień w szkole. Najgorsze było to, że nie mógł nigdy liczyć na tą osobę. To musiało być straszne i zaczynałem współczuć temu chłopakowi. Nikt nie zasłużył na coś takiego.

- Jesteś pewien? Wyglądasz na przestraszonego. Coś złego ci się przydarzyło? – Starałem się, żeby moje pytania nie brzmiały nachalnie a głos był łagodny. To nic nie wskórało.

- Jest w porządku – powtórzył z naciskiem, wstając, kiedy podałem mu plik kartek. – Cześć.

Nie odwracając się, zniknął za dużymi drzwiami na końcu korytarza. Westchnąłem, nie doszukując się niczego dziwnego w zachowaniu Liama. Mógł mieć swoje powody do milczenia. Sam przecież taki byłem. Nie mówiłem o wielu rzeczach, które mi się nie podobały, tylko zachowywałem je dla siebie.

- Dlaczego tak tu stoisz, Harry?

Odwróciłem się w kierunku szatni, dostrzegając ubranego Louisa, który właśnie miał zamiar opuścić budynek szkolny. Uśmiechnąłem się, uświadamiając sobie, że może nie będę musiał wracać sam do domu. Tak się składało, że kawałek mogliśmy podejść razem, dopóki każdy nie skręcał w swoją stronę.

- Zaczekasz? Wezmę tylko kurtkę i możemy iść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz