środa, 1 stycznia 2014

6

Kiedy razem z Louisem opuściliśmy mury szkolne, zaczynał padać pierwszy śnieg. Chociaż była połowa listopada, białe, puchate płatki zaskoczyły z pewnością nie jedną osobę, która, jak ja, nie oglądała ostatnimi czasy prognozy pogody. Nie byłem przygotowany na śnieg. Nawet tego dnia zabrałem do szkoły jesienną kurtkę, która w żaden sposób nie mogła mnie ochronić przed zimowym chłodem. I byłem niemal pewien, że cały sobotni dzień przeleżę w łóżku, niezdolny do normalnego funkcjonowania.

- Czemu nie było cię dzisiaj na zajęciach? – zapytałem, spoglądając na Louisa.

- Musiałem znaleźć potrzebne materiały na historię. Mam przygotować referat na przyszły piątek. Chciałem mieć to już z głowy.

Dopóki nie opuściliśmy szkolnego dziedzińca, żaden z nas nie odezwał się słowem. Oboje byliśmy w jakiś sposób przygnębieni tym dniem i nie mieliśmy ochoty na żadne wygłupy czy żarty. Zdziwiło mnie, co było powodem milczenia Tomlinsona. Co jak co, ale po nim raczej nie spodziewałbym się takiego zachowania. To ja byłem tym milczącym, podczas gdy on świetnie wypełniał ciszę swoimi opowieściami i żartami. Wypełniał po prostu przestrzeń samym sobą i nic więcej człowiek nie potrzebował do szczęścia. Przy nim nawet błahe tematy stawały się bardziej ciekawe.

- Coś cię martwi? – zapytałem z troską, poprawiając kaptur bluzy, który gniótł mnie pod plecakiem. Kiedy na moje odsłonięte nadgarstki opadło kilka płatków śniegu, poczułem dreszcze na ciele. Szybko schowałem dłonie do kieszeni, zatapiając usta pod zamkiem kurtki. Ból gardła coraz bardziej dawał o sobie znać.

- Chodzi o Liama – zaczął ostrożnie Louis, spoglądając na mnie przelotnie.

Zaciekawiło mnie, co na jego temat miał do powiedzenia. Nigdy nie słyszałem, żeby coś mówił o kuzynie Mazzi’ego. Miałem też wrażenie, że jego chwila zawahania była spowodowana tym, iż nie wiedział, po czyjej stronie byłem. Czy po jego i Liama, czy po stronie Selley’ów i Mazzi’ego. Postanowiłem od razu rozwiać jego wątpliwości.

- Szkoda mi go – powiedziałem, patrząc gdzieś w dal. – Spotkałem go chwilę przed tobą. Był wystraszony, ale powtarzał, że jest w porządku.

- Wiem dlaczego.

Uniosłem wyżej brwi, lokując swój wzrok w oczach Louisa. Nie wyglądał na zadowolonego. Śmiałbym powiedzieć, że gryzła go ta sprawa i wcale nie było mu z nią łatwo. Tym bardziej intrygowało mnie jego zdanie. Był bardzo inteligentny i z pewnością mógł dostrzec coś, co ja przeoczyłem. A zaczynałem mieć wrażenie, że Louis był po mojej stronie.

- Kiedy szedłem do szatni, już z daleka słyszałem czyjeś drwiące głosy – zaczął. Słuchałem go z uwagą, patrząc pod nogi. – Ktoś prosił, żeby „oni” zostawili go w spokoju, że nic im nie zrobił. Usłyszałem głos rozdzieranego papieru. Najpierw myślałem, że to była zwykła kartka, ale potem okazało się, że to był zeszyt. Wiedziałem, że w pojedynkę nie wygram z nimi. Podejrzewałem, że to był Stan i jego kolega. Wiesz, jacy są.

Nie unosząc głowy, skinąłem. Czułem, że spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia w jakiejkolwiek postaci.

- Wpadłem na pomysł, żeby naśladować głos starego woźnego. Zawołałem niskim tonem „kto tu jest” i uderzyłem zaciśniętą dłonią o szafkę.

Roześmiałem się pod nosem, unosząc wzrok. Zbliżaliśmy się do rozstaju dróg, gdzie każdy z nas skręcał w przeciwne strony. Powoli zaczynałem żałować, że Lou nie mieszka gdzieś w pobliżu, tylko na drugim końcu Holmes Chapel.

- Marley zawsze tak robi – zauważyłem. – Sprytny jesteś.

- Rzeczywiście podziałało, bo kiedy znalazłem Liama, był sam – ciągnął Louis. – Był wystraszony i doskonale widziałem, że był bliski płaczu. Zrobiło mi się go żal. Nie zasłużył na takie traktowanie.

- Nikt nie zasłużył – wtrąciłem szeptem.

Byłem pewien, że Louis nie usłyszy moich słów. Wypowiedziałem je dla siebie, nie chcąc mu przerywać. Jednak on mnie zaskoczył.

- Masz rację – potwierdził. Oboje zatrzymaliśmy się, patrząc na siebie. – Wiesz, zapytałem go, czy jest w porządku, czy nic mu nie zrobili. Zaprzeczył dwukrotnie. Zwinął się stamtąd zanim zdążyłem mrugnąć okiem. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego Selley’owie tak się go uczepili. To normalny chłopak jak ty, ja, Ben, Matty czy Mazzi. Nie jest kosmitą.

- Wydaje mi się, że żałuje przeprowadzki tutaj. Nie znam dokładnych przyczyn tego, ale jestem pewien, że Liam wolałby wrócić tam, skąd przybył – dodałem.

- Chciałbym go bliżej poznać. Ale zawsze wydaje się uciekać przede mną – powiedział Louis, wzdychając ciężko. – Może myśli, że go nie akceptujemy jak reszta?

- Jestem pewien.

*

- … I pamiętam, że gdy dwa lata temu byłem w Londynie, Gemma zaciągnęła mnie na London Eye. To było coś strasznego! Ja mam paniczny lęk wysokości i ona dobrze o tym wiedziała! Ale… widok był piękny i nie żałuję, że nie mogłem wyrwać się spod jej ucisku.

Louis roześmiał się, kiedy słuchał moich opowieści. Siedzieliśmy właśnie sami w moim domu, pochłaniając pyszne ciasto, które mama upiekła z samego rana. Mama upiekła je dzisiaj, wiedząc, że jej siostra odwiedzi nas wieczorem. Na wigilię nie będzie jej i nie było wiadomo, czy wróci przed Nowym Rokiem. A że mama i ciocia pozostawały w bardzo bliskich relacjach, nie mogło się obejść bez tej wizyty.
Louis nagle roześmiał się.

- A wiesz, że ja kiedyś też byłem w Londynie? – zawołał z salonu, podczas gdy ja udałem się do kuchni, aby włożyć do zmywarki brudne naczynia. Jednak gdy wróciłem, zająłem miejsce bezpośrednio obok niego, a nie na sofie po przeciwnej stronie.

- Byłeś na London Eye? – zapytałem z zaciekawieniem.

- Tak… Ale nic nie może się równać kolejkom górskim. To dopiero coś! – zawołał podekscytowany.

Nie umknęło mu moje przerażenie, wymalowane na mojej twarzy. Najpierw się zmartwił, ale szybko roześmiał się, klepiąc mnie lekko w ramię.

- Naprawdę masz aż taki lęk wysokości?

Uśmiech, który ciągle widniał na jego twarzy, powoli zaczął zanikać, kiedy w odpowiedzi skinąłem głową. Spojrzałem na swoje dłonie, czując się skrępowanym.

Ostatnio naprawdę spędzaliśmy coraz więcej czasu. To było nieprawdopodobne. Zawsze nasze kontakty ograniczały się do krótkich i jednorazowych rozmów, a tutaj taki nieoczekiwany zwrot akcji. Fakt, był moim przyjacielem, ale nie takim bliskim jak Bena. Teraz jednak nie było dnia, żebyśmy nie napisali krótkiego sms-a do siebie, czy nie zadzwonili od czasu do czasu.

Louis podejrzewał, że coś ukrywam. Wiedział też, że brakuje mi osoby, której mógłbym bezgranicznie zaufać. Czasami miałem wrażenie, że on chciałby być taką osobą. Miał naprawdę niespotykany charakter. Byłem pewien, że pogodzenie przyjaźni ze mną, a z Benem nie byłoby dla niego problemem. Później jednak zawsze nachodziły mnie pesymistyczne myśli. Przecież on był starszy. I to o dwa lata. To jednak jest jakaś różnica. Do tego w jego oczach mogłem być tylko gówniarzem. O swoich nic nieznaczących poglądach i pomysłach, które tylko dzieciom mogłyby przyjść do głowy. Dlatego zawsze, gdy nasza rozmowa sprowadzała się do czegoś bardzo osobistego, coś się psuło. I to była głównie moja wina. Wyłączałem się na środowisko, które mnie otaczało. Pogrążałem się w zamyśleniu i prosiłem w duchu, żebym nie palnął żadnej głupoty, która mogłaby nas poróżnić czy zepsuć wszystko pomiędzy nami.

- Co jest, Hazza?

Louis usiadł wygodniej, próbując spojrzeć mi w twarz. Unikałem jednak jego wzroku. Był bystry, mógł odczytać z mojej twarzy niektóre emocje. Zacząłby dążyć w to i nie miałbym ucieczki. O pewnych rzeczach nie chciałem mówić na głos nikomu.

- Nic, ja po prostu… - Westchnąłem głęboko. To była jedna z tych chwil zawahania, kiedy miałem ochotę powiedzieć absolutnie wszystko, co mi leżało na sercu, ale w ostatniej chwili rezygnowałem. – To nic takiego. Zapomnij.

Bałem się ufać. Nie miałem na to wpływu. Odkąd się rozpoczął nowy rok szkolny, zauważyłem, że stawałem się outsiderem i nie wiedziałem, jak to traktować.

- Nie zapomnę, Harry – powiedział pewnie Louis. – Naprawdę chcę wiedzieć, co takiego się z tobą dzieje. Pamiętam cię sprzed paru lat. Byłeś wtedy naprawdę szczęśliwym chłopcem, który nie wiedział, co to smutek. A teraz? – Zmarszczył brwi, przez chwilę zastanawiając się nad czymś. – Ciągle widzę cię przygnębionego. A na szkolnych czasami mnie nawet nie zauważasz, bo chowasz się za tą kudłatą czupryną.
Uniosłem jeden kącik ust, słysząc ostatnie słowa Tomlinsona.

Nie mogłem zaprzeczyć jego słowom. Nawet nie próbowałem. W głębi duszy niejednokrotnie pragnąłem odnaleźć przyjaciela takiego jak Louis. I powoli zaczynałem pragnąć, aby to on się stał taką właśnie osobą. Żebyśmy byli ze sobą tak blisko, jak Zayn wraz z Niallem. Naprawdę zazdrościłem im tej przyjaźni. Z upływem niecałych czterech miesięcy dostrzegłem, jak bardzo Matty oddalił się ode mnie i wolał zadawać się z Mariusem. Tylko kiedy czegoś potrzebował, potrafił być miły dla mnie i było mi ciężko z tą myślą.

Westchnąłem, napotykając wzrok Louisa.

- Powiesz mi? Na pewno będzie ci lżej, jeśli się wygadasz.

Zawahałem się, słysząc cichy głos Louisa. Moją osobą ciągle targały sprzeczne emocje. Tak było i w tym momencie. Nie dałem się zwieść. Przypomniałem sobie, że ostatni sekret, który powierzyłem Matty’emu, obiegł całą szkołę w przeciągu jednego dnia i nie mogłem mu tego zapomnieć. Wybaczyłem, ale ciągle pamiętałem.

Wtedy sądziłem, że Louis będzie taki sam.

Chłopak westchnął, poddając się.

- Okay, widzę, że mi nie ufasz. – Powiedział otwarcie. W duchu przyznałem mu rację, ale przecież nie mogłem wypowiedzieć tego na głos. Milczałem, uważnie wpatrując się w chłopaka. – Nie wiem czemu tak jest, ale to bezpodstawne. Nie jestem jak Selley’owie, chociaż przyjaźnię się z jednym z nich. Myślisz, że mówię o wszystkim Benowi? – Wzruszyłem ramionami, kiedy Louis spojrzał na mnie. – Oczywiście, że nie. Nie wie na przykład tego, że… Nancy mi się podoba.

Mimo że w salonie panował półmrok, a migoczące lampki choinkowe co chwilę zmieniały kolor, dostrzegłem rumieńce na twarzy Louisa oraz jego zakłopotanie. Uśmiechnąłem się do siebie, kiedy uświadomiłem sobie, że byłem pierwszą osobą, która się o tym dowiedziała. Czyli ufał mi. Na tyle, na ile mógł. Miałem przeczucie, że nie chciał powiedzieć o swoim innym sekrecie, ale w ostatniej chwili się z tego wycofał.

- A Nathalie cię nie interesuje? Wiesz, wszyscy chcieli by z nią być… dlaczego ty nie? – Mój spokojny głos sprawił, że napięcie, które poczuł Louis gdzieś umknęło.

Wzruszył bezradnie ramionami, patrząc gdzieś w bok.

- Bo jestem inny? – zapytał retorycznie, śmiejąc się krótko. – Naprawdę jeszcze tego nie zauważyłeś?

- Zauważyłem – potwierdziłem. Dodatkowo skinąłem głową. – Ja też jestem inny – ciągnąłem szeptem. – Właściwie to nie wiem jaki jestem.

Louis zmrużył oczy, chcąc zapewne wyjaśnień moich słów. Ale w tym samym momencie drzwi mieszkania się otworzyły i do środka weszła Gemma wraz z mamą, przerywając nam rozmowę.

*

Cisza, która spowijała jadalnię, nie była dla mnie niczym nieprzyjemnym. Od ostatnich lat, mniej więcej od czasu odejścia ojca, moja rodzina tak właśnie spędzała wigilię. Wśród ciszy, której nawet nie zakłócał dźwięk kolęd płynących z radia. Jedynie ciche stuknięcia sztućców o talerze przypominały, że ktoś przebywał w pomieszczeniu poza mną.

Przyzwyczaiłem się już do tego. A nawet było mi to na rękę. Mogłem dzięki temu uniknąć wymuszonych uśmieszków, uprzejmości czy kłamstw, które do reszty zepsułyby wigilijną atmosferę. Nie byłem zagorzałym katolikiem. Ale kiedy czułem potrzebę, potrafiłem się modlić.

- Wasz ojciec dzwonił – oznajmiła powoli mama, obejmując wzrokiem mnie i Gemmę.

- Nie obchodzi mnie to – wtrąciłem obojętnie. Nie wysilałem się na miły ton, w efekcie czego moja wypowiedź zabrzmiała sarkastycznie.

- Ale mnie obchodzi! – Anne uniosła głos, denerwując się. Zanim na nią spojrzałem, odetchnęła głęboko, kontynuując: - Wrócił do Anglii wczoraj. Powinniście mieć dobre stosunki z ojcem. Szczególnie ty, Harry. Nie chcę, żebyś do reszty wdał się w niego i za kilka lat sam był jak on. Ciągle uciekał od problemów, chciał władać nad wszystkim, mieć wszystko gdzieś… tego właśnie chcesz?!

Moje zachowanie wyprowadziło ją z równowagi. Ale ja nie dbałem o to. Wyczuwałem nadciągającą kłótnię odkąd tylko usłyszałem pierwsze słowa mamy. Powrót ojca ze Stanów nie był dla mnie dobrą informacją. Nigdy nie chciałem tego usłyszeć. Cóż, może wtedy, gdy byłbym pełnoletni i nie musiał się z nim spotykać. Miałem powody, żeby go nienawidzić.

- Jutro przyjeżdża po was. Zostaniesz tam do sylwestra. Gemma wróci zaraz po świętach, w końcu musi się uczyć. Chociaż ona przykłada się do nauki…

Przewróciłem oczami, słysząc jej uwagę. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że odkąd mama się odezwała, nie wziąłem do ust ani kęsa. Co więcej, straciłem apetyt. Wewnętrznie byłem zdruzgotany powrotem ojca, ale zewnętrznie nie okazywałem tego po sobie. Nie mogłem.

Uniosłem wzrok znad talerza, lustrując postać matki. W tamtej chwili wiedziałem, że właśnie tego pragnie. Tak po prostu się mnie pozbyć. Miała mnie dość, ponieważ sprawiałem coraz większe problemy. Buntownicza natura odzywała się we mnie coraz częściej i dla mamy był to kłopot. A powrót ojca był pierwszą opcją, której się panicznie chwyciła.

Bez słowa i gwałtownie wstałem od stołu, niechcący przewracając krzesło. Mebel upadł na ziemię z głośnym hukiem, sprawiając, że Gemma i Anne podskoczyły ze strachu. Nie podniosłem krzesła. Udałem się w kierunku schodów, mając dość tej całej szopki, w której musiałem uczestniczyć. Jedyne, o czym pragnąłem, to cisza i brak jakiejkolwiek ingerencji w moje życie.

- Harry? Dokąd idziesz? – pytała mama. – Harry, wracaj! Nie skończyliśmy jeszcze!

Miałem ochotę zawrócić. Miałem ochotę wykrzyczeć, że mam głęboko w dupie to wszystko, że udawanie mnie męczy, że nie chcę ich widzieć, żeby dały mi spokój… Ale zrezygnowałem z tego. Już dostatecznie miałem zepsuty humor tego wieczoru. Drzwi, które zamknąłem z hukiem, miały choć w połowie pokazać, jak bardzo wściekły jestem. I dostatecznie uciszyły wołania mamy. Przekręciłem kluczyk w drzwiach, aby nikt nie mógł wejść do mojego pokoju. Położyłem się na łóżku na brzuchu, chowając twarz w rękach, zaczynając zwyczajnie płakać. Nie myślałem, co robię, kiedy wybrałem w telefonie numer osoby, która jedyna mogła mi pomóc w tamtej chwili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz