Udało mi się wymknąć z domu, nie będąc zauważonym przez siostrę oraz mamę. Byłem pewien, że nie przyjdą mnie odwiedzić w pokoju, ani zapytać o samopoczucie, które widoczne było gołym okiem. Śnieg przestał padać, kiedy wyszedłem na zewnątrz. W świetle padającym z przydrożnej latarni dostrzegłem, że osoba, do której zadzwoniłem, już czekała na mnie pod bramą, schowana w cieniu drzewa.
- Dziękuję, że zgodziłaś się spotkać – powiedziałem, całując dziewczynę w policzek. – Wiem, że dzisiaj wigilia i pewnie psuję ci wieczór, ale…
- Hej, Harry – powiedziała, kładąc swobodnie dłoń na moim ramieniu. – Wiesz, że zawsze się z tobą spotkam, bez względu na okoliczności.
Skinąłem, uśmiechając się. Ruszyliśmy wzdłuż ulicy, kierując się w stronę małego lasku, wśród którego płynęła rzeka. W lecie było to idealne miejsce do robienia tamy i kąpania się w upalne dni. Teraz jednak niebezpiecznie było się zbliżać ku temu miejscu.
Nathalie była jedyną osobą, która mogła mi pomóc w tamtej chwili. Tak przynajmniej sądziłem. Spotykaliśmy się często po szkole i mogę śmiało powiedzieć, że była dla mnie przyjaciółką. Wiedziałem, że nie powiedziałaby nikomu o moim sekrecie. Choć nigdy nie powierzyłem jej żadnego. Na początku przyznała, że chciała mnie poderwać i być ze mną, ale potem stwierdziła, że przyjaźń ze mną jest dużo więcej warta. Zaufałem jej.
- Tata wrócił do Wielkiej Brytanii – powiedziałem cicho.
Usłyszałem ciche westchnięcie, wydobywające się z jej ust. Kątem oka dostrzegłem, jak przykłada do buzi dłonie opatulone w puchate rękawiczki. Przez chwilę milczała, jakby zastanawiając się, co może odpowiedzieć. Jakby zastanawiała się, co powinna zrobić.
- To musiało być dla ciebie szokiem – zaczęła cicho.
- Szokiem? – Roześmiałem się nerwowo. – Dobrze wiesz, że go nienawidzę. On mnie tylko spłodził. Poza genami nie mamy ze sobą nic wspólnego. Żałuję, że Des Styles to mój ojciec! – uniosłem się niekontrolowanie.
Odetchnąłem z ulgą, próbując opanować targające mną emocje. Nathalie wiedziała, że nienawidzę ojca. Znała niektóre przyczyny. Choćby to, że ciągle miałem do niego żal o to, że odszedł. Mimo że byliśmy przyjaciółmi, nie potrafiłem jej powiedzieć, co mnie tak naprawdę gryzło. Były rzeczy, o których bałem się mówić na głos. Zupełnie jakby miały mi potem zaszkodzić.
- Chciał się spotkać w święta?
- Chce mnie zatrzymać u siebie do Sylwestra.
- Wiesz, kiedy mój tata zniknął na kilka lat… też byłam załamana. A kiedy wrócił… nie miałam ochoty go widzieć. Nie chciałam go znać. Wiele razy powiedziałam mu, że go nienawidzę i… teraz tego żałuję. Bo to, że odszedł od mamy nie oznaczało, że mnie nie kochał.
- Tu nie o to chodzi – szepnąłem, obserwując nieodgarnięty śnieg, przez który brnąłem.
Dlatego wybrałem Nathalie. Nie zastanawiałem się, jak z podtekstem zapytam ją o radę. Wiedziałem, że też miała trudną sytuację z tatą, jednak byłem pewien, że nie nienawidziła go do tego stopnia, co ja. I zaczynałem żałować, że w ogóle wyciągnąłem ją z domu.
- A więc o co? – zapytała delikatnie.
Poczułem dyskomfort całą sytuacją. Znów pojawiła się we mnie blokada i miałem ochotę uciec.
- Powinniśmy wracać. Zimno już. Przepraszam, że wyciągnąłem cię na zew…
- Posłuchaj – wtrąciła, mocno chwytając mnie za przedramię i zatrzymując. Zmusiła mnie do spojrzenia na nią, unosząc mój podbródek. – Nie wiem, co się dzieje. Zawsze jesteś tajemniczy, skryty. Bronisz się przed ludźmi. Płaczesz nie wiadomo czemu. – Przymknąłem powieki, chcąc to ukryć, choć było już za późno. Wciąż jednak miałem nadzieję, że nie będzie widać moich łez. – Jeśli nie ufasz mi wystarczająco – zaczęła ostrożnie – to zaufaj innej osobie. Wiem, że znasz taką, na której możesz naprawdę polegać. Choć nie zdajesz sobie z tego sprawy.
- Masz na myśli… - zawahałem się.
- Tak. Dokładnie jego.
Westchnąłem. Wtedy poczułem, jakby jakiś niewidzialny ciężar nagle przestał mi ciążyć. Nie zaczynałem widzieć wszystkiego pozytywnie. Jeszcze nie. Ale wtedy zaczynałem mieć małe nadzieje.
- Odprowadzę cię do domu.
Nathalie roześmiała się z lekkością, kręcąc głową z aprobatą.
- Mieszkam dwa domy dalej, Styles. Nie bój się, że ktoś mnie porwie, zaciągnie do lasu i zgwałci.
- Ha, ha, bardzo śmieszne – przedrzeźniałem ją, mimowolnie się uśmiechając.
Zawróciliśmy. Nathalie chwyciła mnie pod ramię, poprawiając wygodniej czapkę.
- Ale to miłe, że się o mnie troszczysz.
*
Apartament, który ojciec wynajmował w samym sercu Londynu, być może wyglądał zdumiewająco. Luksusów, które tam panowały, mogła pozazdrościć niejedna osoba. Moim pierwszy wrażeniem była myśl, że właśnie wygrałem wakacje w jakimś hotelu, na który nigdy nie byłoby mnie stać. Nikt nie wiedział, że to wszystko było tylko iluzją. Taką maską, która nigdy nie powinna zostać zdjęta.
Tata wzbudzał w ludziach respekt, nikt nie mógł powiedzieć na niego złego słowa. Każdy go podziwiał i szanował. Jednakże to nie było wszystko, co ojciec mógł pokazać. Nie był idealny. W zasadzie – nikt nie jest idealny. Ale mój tata posiadał więcej wad niż zalet. Ukrywał to idealnie. Coś w końcu musiało mu zapewniać dobrą pozycję w kraju. Tata był kierownikiem jednej z najlepszych sieci sklepów spożywczych w kraju, dzięki czemu zarabiał duże pieniądze. Dlatego ukrywał swoje oblicze. Bo gdyby ktoś się dowiedział, jaki tata był naprawdę, straciłby dobre imię.
Jadąc do Londynu z ojcem, który przyjechał po nas, zastanawiałem się, po co wrócił. Moja złość przez noc minęła. Ale nienawiść do ojca pozostała. Czułem niechęć, kiedy dostrzegłem go w progu mojego domu. Miałem ochotę uciec, żeby do niego nie jechać.
Ale nie mogłem nic zrobić. Musiałem utrzymywać kontakty z tatą.
Gemma, tak, jak mama wcześniej nas poinformowała, została tylko na Boże Narodzenie i drugi dzień świąt. Później wróciła autobusem z masą przesiadek.
A ja zostałem sam z tatą.
Z początku unikaliśmy się. Ja przesiadywałem całe dnie w pokoju, zajmując się głównie swoimi sprawami. Udawałem, że się uczę. A tak naprawdę ciągle pisałem w moim bordowym brudnopisie. Tworzyłem piosenki, jeśli mogłem to tak nazwać. Był to jeden ze sposobów, który pozwalał mi oddać wszystkie moje emocje. W tekstach zawsze byłem szczery. To, co działo się w danej chwili wewnątrz mnie, znajdowało swoje odzwierciedlenie na białej kartce papieru. Nie było to dla mnie trudnością. Dlatego korzystałem z tego, jak tylko mogłem, ponieważ pomagało mi to psychicznie. Była to dla mnie forma wyżalenia się drugiej osobie. To, czego nie potrafiłem powiedzieć, potrafiłem na pisać w kilku linijkach; niedosłownie.
Nigdy jednak nie miałem odwagi pokazać komuś moich tekstów. Pisałem od niedawna. Rok? Może trochę ponad. Uczucie wstydu zawsze brało nade mną górę. Raz o mało moja siostra nie znalazła tego notatnika. Zareagowałem w porę; na szczęście.
Nie byłem taki bez powodu.
Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że mnie nie zrozumieją. Moja rodzina, to były głównie osoby, które odstawiały marzenia na daleki tor – bo gdybym brał życie piosenkarza na poważnie, byłoby to trudne do osiągnięcia i dobrze o tym wiedziałem. I nigdy nie było pewne. Sława zawsze przemija. A mama ciągle powtarzała, że nauka jest najważniejsza. Żebym nie tracił czasu na głupoty. Naturę marzyciela odziedziczyłem po tacie, nie ukrywam tego. Podczas gdy on wymyślał, jaki biznes mógłby rozkręcić, żeby nieźle na tym zarobić, mama i Gemma twardo stąpały po ziemi. Uważały się za realistki. A według mnie one po prostu pesymistycznie patrzyły na świat. W nic nie wierzyły. Wykształcenie było dla nich najważniejsze; ciężka praca także. Owszem, nie było to dla mnie nieważne. Ale byłem dzieckiem. Miałem prawo marzyć.
To było coś, co oni zabierali mi od najmłodszych lat.
- Harry? Możesz tutaj przyjść? Muszę z tobą porozmawiać. – Niski ton głosu ojca rozbrzmiał po parterze, sprawiając, że cały się spiąłem.
Miałem tylko nadzieję, że tego dnia był w dobrym humorze. Nie chciałem się z nim awanturować o coś niepotrzebnego. I tak bym przegrał.
*
Sylwestra miałem okazję spędzić z moją rodziną. Wróć; nie rodziną. To słowo brzmiało dla mnie obco. Było dla mnie pojęciem względnym. Dla mnie rodziną była babcia, która obecnie mieszkała we Francji, co niestety przyczyniało się do tego, że widywaliśmy się naprawdę rzadko. Ona jako jedyna traktowała mnie, jak kogoś bliskiego, ważnego. Tylko przy niej mogłem być prawdziwym sobą. Znała mnie na wylot.
Dzwonek do drzwi, który rozbrzmiał krótko po siedemnastej, oderwał mnie od oglądania telewizji. Niezadowolony wstałem z kanapy, powoli idąc do holu. Kiedy otworzyłem, myślałem, że mam przywidzenia. Na zewnątrz stał Louis, uśmiechając się do mnie szeroko. Był czymś widocznie podekscytowany.
- Mogę?
- Um, jasne – odparłem automatycznie, czując wpływające delikatne rumieńce na moją twarz. To ja powinienem go zaprosić do środka. Jednakże byłem naprawdę zaskoczony jego wizytą.
- Przyszedłem tylko na chwilę – wyjaśnił.
- Coś się stało?
- Właściwie… - zaczął, ale coś go powstrzymało przed wypowiedzeniem myśli. Dopiero po kilku sekundach wziął głęboki oddech, pytając spokojnie: - Czemu nie idziesz na imprezę sylwestrową?
- Imprezę sylwestr… Czekaj, co?
W tamtym momencie nie byłem pewien, czy to ja byłem bardziej skrępowany czy Louis.
- Impreza sylwestrowa u Bena. – Wypowiedział ostrożnie.
Miał nadzieję, że zapomniałem o niej, ale to było absurdalne. Co innego zwykła impreza, a co innego impreza, którą można zorganizować jedynie raz w roku. O tym się nie zapomina.
- O niczym nie wiem.
- Matty powiedział, że odmówiłeś w ostatniej chwili, bo źle się poczułeś. – Głos Louisa brzmiał coraz bardziej zakłopotanie. Poczułem mocne ukłucie w sercu, kiedy zdałem sobie sprawę, że przyjaciele chcieli mnie jawnie wykluczyć z zabawy. W momencie oczy mnie zapiekły. – Nic ci nie powiedział…
- Nic a nic – dodałem w mgnieniu oka, prosząc w duchu, aby Louis jak najszybciej opuścił mój dom i zostawił mnie samego.
Istotnie, byłem sam w domu. Gemma wyrwała się na noc do przyjaciółek, a mama poszła ze swoim nowym partnerem, którego ani ja, ani siostra jeszcze nie poznaliśmy, na zabawę sylwestrową.
- Właśnie wybierałem się do nich. Miałem nadzieję, że zaciągnę cię i nie będziesz…
- Idź – przerwałem mu gwałtownie. Zaskoczony Louis spojrzał prosto w moje oczy. – Naprawdę idź – ciągnąłem łagodniej. – Baw się dobrze. Ja i tak jestem przeziębiony, więc po imprezie – na którą i tak nie mam zaproszenia, dodałem w myślach – pewnie leżałbym z zapaleniem płuc, a już na pewno z gorączką.
Otworzyłem chłopakowi drzwi, aby nie wahał się, tylko po prostu sobie poszedł. Chciałem spędzić resztę wieczoru w samotności. Kilka godzin wcześniej wróciłem od taty i cieszyłem się, że będę mógł odpocząć. Nie chodziło o to, że Louis mi przeszkadzał. Jego towarzystwo było dla mnie bardzo cenne. Naprawdę go lubiłem. Jednak ostatnim, co powinno się wydarzyć przy Louisie, to moje łzy. A byłem bardzo bliski płaczu.
I niespodziewanie to się stało.
Nie udało mi się dłużej powstrzymać łzy, która samotnie spłynęła po moim policzku. Wierzchem dłoni otarłem ją błyskawicznie, odchrząkując.
- Idź, bo się spóźnisz.
Ale Louis nie posłuchał mnie. Zdecydowanie popchnął dębowe drzwi, zatrzaskując je. Moja dłoń, która spoczywała na klamce, pociągnęła mnie razem z nimi, co spowodowało, że uderzyłem lekko ramieniem o drewno. Uniosłem głowę, dostrzegając, że chłopak już zdjął kurtkę.
- Co ty robisz? – zapytałem łamiącym się głosem. - Nie myślisz chyba, że zostawię cię samego w takim stanie.
- Mną się nie przejmuj! – zawołałem z pewnością w głosie.
Nacisnąłem ponownie klamkę, mając zamiar otworzyć drzwi, kiedy Louis pewnie oparł otwartą dłoń na nich, uniemożliwiając mi ruch.
- Tak szczerze, to nie miałem ochoty na zabawę. – Wypowiedział spokojnie, chwytając mnie delikatnie za przedramię. Pociągnął mnie w stronę salonu, skąd dobiegały głosy z włączonego telewizora. – Sądziłem, że ty też będziesz i wtedy moglibyśmy pogadać. Skoro wyszło jak wyszło, to ja też nie mam tam czego szukać.
- Ale Ben jest twoim przyjacielem. Będzie miał ci za złe, że nie przyszedłeś – zauważyłem.
- Ja i Ben jesteśmy dosyć blisko – sprostował Louis. Zawahał się nad wypowiedzeniem kolejnych słów. Skinąłem głową zachęcająco, aby dokończył myśl. – Tak. Ale to tobie bliżej do mojego przyjaciela, Harry. Naprawdę cię polubiłem. Poznałem cię bliżej, kiedy uczyliśmy się razem. Odkryłem wiele cech, które nas łączą. Odstajesz od reszty, Harry… ale w pozytywnym znaczeniu. Nie jesteś jak wszyscy. Jesteś jedyny w swoim rodzaju. Drugiej takiej osoby jak ty nie znajdziesz nigdzie. Jesteś bardzo dojrzały jak na swój wiek.
Nie wiedziałem, jak powinienem zareagować. Wpatrywałem się w Louisa z szeroko otwartymi oczami. Już dawno zapomniałem, jak się oddycha. O tym, że wstrzymałem oddech, zorientowałem się dopiero wtedy, kiedy nabrałem do płuc potężnego haustu. Louis stał blisko mnie. Zapewne dlatego podszedłem do niego bez słowa i objąłem jego szyję, chowając twarz w ramionach. Uczucie ciepła, bijącego od jego ciała, było jak poczucie bezpieczeństwa, które Louis naprawdę mógł mi zapewnić.
*
- Dlaczego się tak uśmiechasz? – zapytał Louis, kiedy nalewałem soku pomarańczowego do szklanek.
Potrząsnąłem głową, uśmiechając się szerzej.
- To nic takiego. Przypomniałem sobie, jak parę lat temu byłem na sylwestra u babci we Francji. Mama i Gemma poszły do jakiejś znajomej, a mnie nie zabrały, bo byłem zbyt młody. O mało co nie płakałem, ale babcia zajęła mnie opowiadaniem historii i zawsze bawiła się przy tym moimi włosami. Lubiłem to.
- Słuchania historii babci? – zapytał Louis.
- Nie. – Roześmiałem się lekko. – Lubię, kiedy ktoś bawi się moimi włosami. To strasznie przyjemne.
- Jak tak bardzo chcesz, to chodź tu do mnie. Pomierzwię ci trochę czuprynę – zażartował Louis.
- Już idę – odparłem pewnie.
Podałem jedną szklankę chłopakowi, a moją odłożyłem na szafkę nocną. Zanim usiadłem obok niego na łóżku, poszukałem w szafce nad biurkiem ogromnej teczki, którą przywiozłem tuż po wspomnianym sylwestrze u babci. Dopiero potem zająłem miejsce obok Louisa, opierając się o jego klatkę piersiową.
- Teraz możesz – powiedziałem, śmiejąc się cicho.
Nie liczyłem na to, że Louis potraktuje moje słowa poważnie. A opowieść o babci nie była kłamstwem wymyślonym na poczekaniu. Jednak gdy jego dłoń powędrowała do moich włosów, uśmiechnąłem się szerzej. Może przez to wywołałem pomiędzy nami dość intymną sytuację – szczególnie, że prawie na nim leżałem – to jednak dla mnie nic nie znaczyło. Naprawdę uwielbiałem, kiedy ktoś bawił się moimi włosami.
Choć nie wszystkim na to pozwalałem.
- Chcesz coś jeszcze zobaczyć? – zapytałem, z ekscytacją otwierając kolorową teczkę, którą oparłem na podciągniętych udach. – Widzisz? Ta cała sterta kartek to rysunki mojej babci.
Wyciągnąłem wszystkie, na których byłem ja i pokazałem je Louisowi. Były to w większości szkice. Jednak zdarzały się też jakieś kolorowe rysunki. Nie na wszystkich wyglądałem podobnie, ale każdy z nich posiadał w sobie to coś.
- Twoja babcia ma talent – powiedział z nieukrywanym podziwem Louis, przyglądając się uważnie każdemu rysunkowi. – Nie znoszę zajęć ze sztuki, bo nie potrafię malować, ale muszę przyznać, że talent naprawdę jest.
- Babcia wykorzystuje to zamiast aparatu. – Roześmiałem się pod nosem. Odchyliłem głowę lekko w tył, spierając na obojczyku Louisa i obserwowałem malunki babci. – Z roku na rok, kiedy przyjeżdżaliśmy do niej, jej segment w byłej pracowni dziadka wzbogacał się o nowe obrazy, które malowała farbami na płótnie albo właśnie takie rysunki jak te. Nawet w jednym pudle znalazłbyś pełno pojedynczych kartek z zeszytu, których narysowanie zwykłym długopisem zajęło jej chwilę, a efekt był naprawdę dobry.
- Wygląda jak żywa – powiedział po chwili Louis, trzymając w dłoni portret mojej siostry. Była na nim w moim wieku. Ciągle pamiętam, jak narzekała, że nie może długo wytrzymać w takiej pozycji z szerokim uśmiechem na ustach. Cóż, opłaciło się.
Byłem zadowolony, że mogłem podzielić się z Louisem moimi wspomnieniami. Czułem dumę, kiedy słyszałem komplementy z ust mojego przyjaciela. Nagle zeszliśmy na temat bliżej nieokreślony. Niechcący przestałem go słuchać w pewnym momencie. Poczułem wyrzuty sumienia, że Louis nie poszedł przeze mnie na imprezę. Kiedy powiedziałem o tym głośno, Louis prędko zaprzeczył. Dodatkowo zapewnił, że moje uczucia są niepotrzebne. Podkreślił, że woli spędzać czas na rozmowie ze mną niż na zabawie, gdzie nie miałby dobrego towarzystwa. Nie wiedziałem dlaczego, ale zarumieniłem się na jego słowa. Były dla mnie komplementem, a tak zazwyczaj reagowałem na jakiekolwiek pochwały. Na szczęście słabe niebieskie światło z oświetleń choinkowych, które miałem rozwieszone po karniszach, tylko trochę rozjaśniało pokój i Louis nie mógł dostrzec mojej reakcji.
Kiedy nasza rozmowa zeszła na temat rodziny, ja udzielałem się coraz mniej. Głównie dlatego, że opowiadaliśmy o wigilii i spędzonych świętach. Nie chciałem mówić na głos o tym, co działo się w moim domu. Szczególnie, że Louis ciągle opowiadał o swojej rodzinie, gdzie panowała naprawdę miła atmosfera. Nie mogłem mu pokazać, jak bardzo jestem od niej oddalony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz