Nie miałem bladego pojęcia, kiedy zasnąłem. Pamiętam, że rozmawialiśmy o spędzonej wigilii. A raczej to Louis mówił, a ja słuchałem go z uśmiechem. Nie miałem niczym ciekawym do podzielenia się, dlatego za każdym razem odpowiadałem wymijająco. Zwyczajnie było mi wstyd.
Zazdrościłem Louisowi tej lekkości, z jaką mówił o siostrach oraz mamie. Gołym okiem było widać po jego sposobie bycia, że wychowywał się wśród kobiet, które otaczały go równie mocną miłością, jak on je. Cóż, ja właściwie także. Ale to były dwie kompletnie odległe sytuacje. Louis ciągle utrzymywał kontakt z tatą. Ja ze swoim straciłem w wieku dziesięciu lat, kiedy odbył się rozwód rodziców. Zaraz po rozprawie ojciec wyleciał do Ameryki, tam próbując rozkręcić biznes. Co mu się udało oczywiście. Ciągle wracał do Anglii, ale nie próbował odnawiać z nami kontaktów. Tłumaczył to brakiem czasu.
A teraz nagle wraca i próbuje udawać kochającego ojca.
Być może to właśnie brak jednego z najważniejszych członków rodziny tak bardzo wpłynął na mnie oraz siostrę i mamę. Ale przecież… tak właściwie… mi nigdy nie brakowało ojca. Jestem skłonny powiedzieć, że poczułem ulgę, kiedy obserwowałem zza drzwi pokoju, jak tata wychodzi z walizkami i drzwi się za nim zamknęły na długi czas.
Miało go nie być tylko parę tygodni. Potem minęły miesiące. Aż w końcu te kilka lat.
- Łazienka już wolna. – Głos Louisa, który przesiąknięty był nieopisanym szczęściem, wyrwał mnie z myśli.
- Ach tak, przepraszam. Zamyśliłem się. – Posłałem mu krótki uśmiech.
Rozejrzałem się po korytarzu nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Louis wyczuł, że znów coś jest ze mną nie tak. Że znów jestem smutny. A jeszcze kilkanaście minut wcześniej, kiedy się obudziliśmy, śmialiśmy się z tego, że zasnąłem, słuchając go.
- Co się znów stało? – zapytał z troską.
Czasem miałem tego dość, nie ukrywam. Opiekuńczość Louisa była dla mnie czymś abstrakcyjnym. Do tej pory zamykałem się na otoczenie. Mamie nie pozwalałem się zbliżyć do moich problemów, aby potem pomogła mi je rozwiązać. Mam wrażenie, że odkąd tata od nas odszedł, ja stałem się bardziej samodzielny; szybciej dorosłem. Cóż, musiałem. Byłem zdania, że o pewnych rzeczach nie powinienem mówić nikomu. Że tylko ja powinienem o tym wiedzieć, nikt inny. Chciałem uporać się sam z problemami.
Tak samo było i tego dnia. Imponowała mi troska Louisa, ale z drugiej strony zmuszała mnie do powiedzenia czegoś, czego nie miałem zamiaru.
- To nic takiego, ja… - Odetchnąłem głęboko. – To nic takiego – powtórzyłem ciszej. – Idź do pokoju. Przebiorę się i zejdziemy na śniadanie.
*
Mama była zaskoczona obecnością Louisa. A ja byłem zaskoczony jej obecnością. Byłem pewien, że nie wróci do domu na noc. Że będzie dopiero późnym popołudniem. A jednak już przed dwunastą gotowała obiad, wyraźnie uśmiechnięta. Zaproponowała nam nawet, żebyśmy zaczekali na danie, które przygotowywała.
Mama niemal natychmiast polubiła Louisa. Zawsze traktowała go na dystans, jak również Mazzi’ego. Ben i Matty mieli u niej ultimatum, gdyż byli moimi kuzynami i ufała im bezgranicznie.
- To ja może pani pomogę – zaproponował Louis, kiedy mama oświadczyła, że obiad jest gotowy.
Uśmiech na twarzy Anne szybko się powiększył. Nie oszczędziła sobie krótkiego komentarza skierowanego pod moim adresem:
- Powinieneś brać przykład ze swojego przyjaciela, Harry.
Wzruszyłem obojętnie ramionami, wodząc wzrokiem za Louisem, który przynosił talerze na stół. Poczułem wewnątrz irytację. Ciągle spotykałem się z porównaniem do innych. Ciągle to właśnie od kogoś powinienem brać dobry przykład. Bo zawsze musiałem dorównać innym. Chociażby moja siostra. Ona była dobrze wychowana, a ja byłem buntownikiem, podążającym własnymi ścieżkami. Matty dobrze się uczył – ja miałem w życiu inne plany, niż tylko nauka i doktoraty, ale kogo to obchodziło? Teraz jeszcze Louis. Nie miałem nawet siły o tym myśleć.
- Widać, że wychowałeś się wśród sióstr – zauważyła mama, kiedy wszyscy zaczęliśmy jeść. Nie szczędziła mu komplementów. – To zaskakujące, że zajmujesz się nimi i jednocześnie tak dobrze uczysz. To bardzo ważne. Myślę, że wyrośnie z ciebie dobry człowiek.
Nie mogłem jej słuchać. Czy byłem zazdrosny? Chyba tak. Dlatego, że ktoś, kto nie miał nic wspólnego z moją rodziną, a był dla mnie bliski, był bardziej ceniony, niż ja sam.
Dodatkowo, kiedy głos Gemmy dobiegł z korytarza oznajmiając, że wróciła, zapragnąłem, aby ten dzień się wreszcie skończył.
*
- Przepraszam cię za moją rodzinę – powiedziałem ze skrępowaniem, kiedy późnym popołudniem opuściliśmy moje mieszkanie.
Ciągle czułem się zażenowany sytuacją, która wyniknęła przy obiedzie. Nie dość, że mama ciągle zasypywała pytaniami Louisa, to na dodatek Gemma nagle znalazła tysiące tematów, o których mogliby porozmawiać. A ja siedziałem cicho i przyglądałem się wszystkiemu z czymś, czego nie potrafiłem opisać.
Louis roześmiał się radośnie, kręcąc głową.
- Jest w porządku. Twoja rodzina jest cudowna.
- Cudowna? – powtórzyłem z niedowierzaniem. Spokojnie pokręciłem głową, zmieniając temat: - Co z tym teraz zrobisz? Jak wyjaśnisz Benowi twoją nieobecność?
- Coś wymyślę – odparł wymijająco.
- A Nancy?
- Co Nancy?
- Nie żałujesz, że straciłeś niepowtarzalną okazję, żeby do niej zagadać… albo coś?
Opatuliłem się cieplej szalikiem wokół szyi, podczas gdy Louis wyraźnie myślał nad odpowiedzią. Zasłoniłem nos, który zdążył mi już przemarznąć.
- Nie… Wiesz, Hazz? Chcę jeszcze przemyśleć pewne sprawy, żeby nie podjąć pochopnej decyzji. Póki co chcę to zostawić tylko dla siebie… dla nas. – Poprawił szybko. – Mogę liczyć, że nikomu nie powiesz, prawda?
Prędko skinąłem głową, nieświadomie się uśmiechając. Nie wiedziałem, co bardziej sprawiło mi satysfakcję. To, że ktoś powierzył tylko mi swój sekret, czy że tą osobą był Louis.
Westchnąłem, podejmując decyzję w mgnieniu oka.
- Skoro ty mi ufasz, sądzę, że ja też mogę – powiedziałem. Chłopak spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
- Tak?
- Długo się wahałem, czy powinienem mówić, ale to w zasadzie nie jest żaden sekret. Po prostu… - urwałem gwałtownie.
Niefortunnie poślizgnąłem się na zamarzniętej wodzie na chodniku, lądując na pupie z cichym krzykiem. Louis widząc to, nie mógł się powstrzymać od nagłego wybuchu śmiechu. Złapał się za brzuch zginając w pół, podczas gdy ja nieudolnie próbowałem się pozbierać, żeby nikt nie dostrzegł mojej wtopy.
- Nie śmiej się, głupku. Pomóż mi wstać. – Mruknąłem urażony.
Mimo stanu, w jaki popadł Louis, wyciągnął ku mnie dłoń, którą pewnie chwyciłem. Pomógł mi wstać. Szybko otrzepałem kurtkę i spodnie z białego, zimnego puchu. Chciałem cofnąć się o krok, gdyż praktycznie pomiędzy nami nie było przestrzeni, ale wtedy ponownie poczułem śliski grunt pod nogami. Mocno złapałem się ramion Louisa, próbując uniknąć kolejnego upadku. Oboje zachwialiśmy się mocno, ale nadal staliśmy na nogach. Uniosłem powoli głowę, zatrzymując wzrok na szaroniebieskich tęczówkach przyjaciela, które ciągle były roześmiane.
- Bardzo boli? – zapytał troskliwie, wciąż się uśmiechając.
Naprawdę martwił się o mnie. Jego początkowy odruch był przecież całkiem normalny. Gdybym to ja był na jego miejscu, też śmiałbym się, a dopiero potem myślał, że coś naprawdę mogło mu się stać. Nikt nie potrafiłby tego zatrzymać.
- Teraz się pytasz – prychnąłem cicho pod nosem, ruszając wolnym krokiem. – Ale odpowiadając na pytanie to tak, trochę boli… - Westchnąłem. – Pewnie jutro będę miał siniaka na pośladku, ale poza tym nic mi przecież nie będzie.
*
Trochę obawiałem się pójść do szkoły dzień po Sylwestrze. Nie chciałem spotykać się z moją paczką. Ale nikt nic o tym przy mnie nie wspominał. W poniedziałek Louisa nie mogłem nigdzie złapać na przerwie, ale potem wytłumaczył mi to tym, że musiał wyjaśniać Benowi, dlaczego nie przyszedł na imprezę. I chyba naprawdę wczuł się to, co mówił, bo wyglądał na zadowolonego.
W pierwszą niedzielę po Sylwestrze musiałem się spotkać z Louisem u niego, aby pomógł mi nadgonić materiał z matematyki, którego kompletnie nie zrozumiałem. Nie wiedziałem, jak mam mu dziękować za to, że poświęcał dla mnie wiele swojego wolnego czasu. Przecież w tych chwilach mógł robić wiele innych rzeczy, które z pewnością mogły być dla niego bardziej ciekawsze, niż uczenie mnie.
- Słuchasz mnie, Harry? – zapytał Louis, nieświadomie szturchając mnie w lewy łokieć.
Zasyczałem głośno, gniewnie patrząc w kierunku wystraszonego przyjaciela. Doskonale wiedziałem, że Louis nie chciał mi zrobić krzywdy i… ten gest wcale nie powinien mi jej sprawić. Tomlinson także doskonale o tym wiedział. Przekląłem się w myślach natychmiastowo za brak swojej uwagi.
- Harry, dlaczego ty…
- To nic takiego – wtrąciłem.
Zerwałem się z krzesła na równe nogi, wzrokiem poszukując mojego plecaka. Nie chciałem rozmawiać z Louisem o moim dziwnym zachowaniu, a byłem przekonany, że dążyłby do poznania przyczyny.
Chłopak zrównał się razem ze mną. Zacząłem panikować, kiedy powoli zbliżał się ku mnie, podczas gdy nieświadomie cofałem się do tyłu, dopóki nie napotkałem oporu. Przylgnąłem do ściany całym ciałem, przełykając nerwowo ślinę. Nie było już ucieczki. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
- Pokaż, co się stało. – Poprosił łagodnie, wyciągając w moim kierunku dłoń.
Stał w bezpiecznej odległości czekając na mój ruch. Mogłem go przed tym powstrzymać. Mogłem powiedzieć, że to naprawdę nic takiego. Cóż, w zasadzie i nie było. Ale wtedy wyolbrzymiałem wiele spraw. Nie zrobiłem jednak nic, co mogłoby zatrzymać Louisa. Po prostu wyciągnąłem w jego kierunku lewą rękę. Ostrożnie podwinąłem rękaw bluzy docierając do łokcia, gdzie widniał sporych rozmiarów siniak. Nie patrzyłem na przyjaciela. Mój wzrok błądził po niewielkiej choince, stojącej w rogu pokoju chłopaka. Czułem, jak Louis powoli ujmuje w dłoń mój nadgarstek, a drugą powoli sunął opuszkami palców po moim łokciu. Zrobił to bardzo delikatnie. Widział, że ślad był jeszcze świeży. Jednak nie poczułem bólu w zetknięciu z jego dotykiem.
- Co się stało? – zapytał z zainteresowaniem, puszczając moją rękę.
Wzruszyłem ramionami z przyzwyczajenia. Zwykle w ten sposób reagowałem, kiedy nie miałem nic do powiedzenia albo chciałem przedłużyć czas na zastanowienie się nad odpowiedzią. Często działałem pochopnie. W tym przypadku jednak nie mogłem. Nie mogłem go przecież okłamać. To nie wchodziło w grę.
- Jestem ciamajdą, wiesz o tym – zacząłem spokojnie, uśmiechając się krótko. – Przewróciłem się wczoraj, jak byłem u taty.
Nie skłamałem. W zasadzie także nie do końca powiedziałem prawdę, tylko jej sporą część. Nie chciałem niczego dodawać, co byłoby kłamstwem. Nie chciałem go oszukiwać. Louis był ostatnią osobą, która zasłużyła na moje kłamstwa, które ostatnio wypowiadałam z lekkością. Z drugiej strony nie chciałem go obarczać problemami. Wiedziałem, że mogłem mu zaufać. Ale wtedy nie byłem jeszcze gotów. Choć zdarzył się moment, kiedy powiedziałbym mu wszystko, co ukrywam, to jednak wtedy w jego domu zrezygnowałem z tego.
- Przewróciłeś się… - kiwnął głową.
Louis nie uwierzył mi. Choć taka była prawda. Siniak, którego miałem przy łokciu był tym, którego nabiłem sobie podczas niefortunnego upadku na podłogę. Uświadamiając sobie, że traciłem zaufanie jedynej najbliższej mi osoby, poczułem pieczenie oczu. Zabolało mnie to, bardzo. Nie chciałem płakać przy Louisie.
Otworzył usta, żeby coś dodać, jednak mu to uniemożliwiłem.
- Muszę lecieć. – Naciągnąłem rękaw bluzy, zarzucając plecak na ramię. – Jeszcze raz dzięki za pomoc. Nie wiem, jak będę mógł ci się za to odwdzięczyć.
- Coś jeszcze wymyślę – odparł, uśmiechając się lekko. – Na pewno wszystko w porządku?
Skinąłem głową, pospiesznie się z nim żegnając.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz