Dni do ferii mijały zaskakująco szybko. Relacje pomiędzy mną a Mattym wydawały się znacznie poprawiać. Cóż, tak przynajmniej mi się wydawało. Chłopaki naprawdę traktowali mnie, jak gdyby nigdy nic. Nikt nie wspominał o imprezie, a ja nie wnikałem w powody mojego braku zaproszenia. Spędziłem sylwestra z Louisem. Może to nie było coś niezwykłego, ale w końcu przez cały czas się śmialiśmy i żartowaliśmy. Nie pamiętałem już, kiedy ostatnio takie chwile gościły w moim życiu.
Dwa tygodnie wolnego spędziłem u taty. Byłem tam tylko ja. Gemma została w Holmes Chapel pod pretekstem nauki; jak zwykle zresztą. Ale mama nie miała żadnych powodów, żeby jej córka na siłę spędzała czas z tatą. Była pełnoletnia i była odpowiedzialna.
Spróbowałem też złapać mamę na ten tekst z nauką. Ale mi nie uwierzyła. Wiedziała doskonale, że ja tylko próbowałem się wymigać od spotkania z ojcem. Cóż, pierwszy semestr poszedł mi słabo. Średnia poniżej czterech w rodzinie Stylesów nie wchodziła w grę. I dlatego na mój dwutygodniowy pobyt u taty mama zaopatrzyła mnie we wszystkie możliwe podręczniki, z których miałem słabe stopnie. Zanim wyjechałem, podjąłem ostatnią próbę.
- Będzie mi ciężko się skupić na nauce u taty.
- Nie kłam – warknęła ostro. – Wiem, że Des wychodzi na całe dnie do firmy, wraca dopiero po szesnastej, a w tym czasie będziesz siedział sam. Chyba nie myślisz, że dwa tygodnie spędzisz na kompletnym obijaniu się?
Nie rozumiałem, jak mama mogła pomyśleć, że choć na chwilę siądę do nauki w tym czasie.
Sądziłem także, że nie zauważy, jak drastycznie się zmieniłem podczas wszystkich weekendów spędzonych z ojcem. A tym bardziej po tych dwóch tygodniach.
Ale zauważyła.
Wróciłem z Londynu zupełnie inną osobą. Niekoniecznie zmieniłem się na dobre. Chociaż w mniemaniu mojej mamy tak właśnie było. Nie kłóciłem się z nią z byle powodu. Praktycznie nie otwierałem ust, a jeśli już, byłem bardzo miły. Anne nie pamiętała, kiedy nasze relacje były takie idealne jak wtedy. Tym razem nie grałem na siłę swojej uprzejmości. Po prostu zmęczyło mnie wszystko i nie miałem siły na walkę, gry słowne czy kłótnie, mając świadomość, że nigdy nie pozwolą mi postawić na swoim.
Najgorszym było, że Louis zauważył moją zmianę. Z tym, że on widział w tym coś więcej, niż mój charakter, który pokazywałem na zewnątrz. Doceniałem wszystko, co robił, ale nie umiałem tego okazać. Wtedy coraz częściej zaczynałem myśleć o powiedzeniu Louisowi o wszystkim. Ulżyłoby mi, wiedziałem to. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej broniłem się przed myślą, że w rzeczywistości mam tylko jego. Brzmi absurdalnie, ale wtedy byłem tego pewien. Przecież rodzinę straciłem wieki temu. A moja paczka? Paczkę też straciłem po tych dwóch tygodniach pobytu w Londynie. Matty znalazł sobie na moje miejsce nowego kolegę. Nagle zainteresował się Nathanem Parkerem, z którym wcześniej utrzymywał drobne stosunki.
Mnie odstawili na najdalszy tor.
Unikali mnie jak ognia.
Ale właściwie… nie przeszkadzało mi to. Można powiedzieć, że było mi to na rękę.
Wtedy sam zamknąłem się do reszty na otoczenie. Nie cierpiałem w sobie tych wahań nastroju. Louisa też odtrącałem, chociaż on jedyny był mi bliski. Próbował dociec przyczyny mojej zmiany. Widział, że coś niedobrego się ze mną działo. Byłem zrozpaczony, unikając go, przez co częściej zacząłem wagarować, bo wiedziałem, że nie zniosę jego smutnego i zmartwionego spojrzenia, gdybyśmy się spotkali na szkolnym korytarzu.
W któryś marcowy poniedziałek, kiedy chciałem pospiesznie opuścić budynek szkoły i ponownie uniknąć rozmowy z Louisem, ktoś mocno złapał mnie za przedramię, co sprawiło mi niemało bólu. Syknąłem głośno, mocno wyszarpując dłoń. Nie kontrolowałem tego. Zanim spojrzałem na osobę, która nieświadomie była sprawcą mojego bólu, puściłem wiązankę przekleństw pod jej adresem, wyładowując swoją bezpodstawną złość.
- Przepraszam, Hazz. Chciałem tylko…
Słysząc pierwsze słowa, wiedziałem, że właśnie wyzwałem od najgorszych Louisa. Byłem zażenowany całą tą sytuacją i zapragnąłem zniknąć stamtąd raz na zawsze.
- Zapomnij. Spieszę się, pogadamy jutro – dodałem na odchodne, w mgnieniu oka znikając na klatce schodowej.
Ciągle trzymałem dłoń w miejscu, gdzie Louis mnie dotknął. Czułem pulsujący ból, który wydawał się zagłuszać wszystko wokół. Jakbym nagle znalazł się w próżni, a wokół nikogo nie było. Delikatnie rozmasowywałem bolące miejsce, starając się myśleć o rzeczach najmniej istotnych.
*
Do domu dotarłem wcześniej niż zazwyczaj. Z pewnością przyczynił się temu bieg, którym pokonałem drogę. Udałem się prosto do pokoju, gdzie miałem zamiar pograć na gitarze, którą znalazłem na strychu kilka dni wcześniej. Zaintrygował mnie fakt, że mój dziadek grywał. Znalazłem też jego zeszyt z akordami i próbowałem się z niego czegoś nauczyć. Marnie mi szło i często myliłem się, ale sprawiało mi to wiele zabawy. I pozwalało zapomnieć dosłownie o wszystkim.
- Czy możesz przestać? Próbuję się uczyć, jutro mam ważny test i nie mogę go zawalić przez ciebie! – Rozzłoszczony głos mojej siostry rozbrzmiał z pokoju obok.
- A co mnie to interesuje! – odkrzyknąłem, marszcząc brwi.
Wstałem, specjalnie z hukiem zatrzaskując drzwi, żeby pokazać siostrze, że ja też mam prawo do spędzania wolnego czasu w dowolny sposób. Zanim jednak zdążyłem usiąść z powrotem na łóżku z zamiarem ponownego grania, Gemma weszła do pokoju.
- Słuchaj, no. Nie interesuje mnie, że masz dzisiaj zły humor i to od samego rana! Mógłbyś sobie chociaż odpuścić i dać innym skupić się na nauce. To, że ty masz głęboko w dupie swoją przyszłość nie oznacza, że ja mam skończyć równie marnie jak ty. Więc odłóż łaskawie tą gitarę i przestań udawać, że się tym interesujesz, i daj mi się uczyć! – wypowiedziała jednym tchem, wyraźnie zdenerwowana.
- Cóż – wstałem, kładąc gitarę na łóżku i podchodząc do niej, aby wyprosić ją z pokoju i zamknąć drzwi na klucz. – Jak widzisz, oboje mamy dzisiaj zły humor, ale ja, w porównaniu z tobą, umiem to kontrolować i nie krzyczę na cały dom, jak skończoną idiotką jesteś – dodałem spokojnie. – A teraz wynoś się z mojego pokoju, wracaj do nauki i nie zawracaj mi więcej dupy!
- Wiesz co? – Jej głos powoli zaczynał drżeć ze zdenerwowania. Wiedziałem, co nastąpi. Nasze wymiany zdań często kończyły się wulgaryzmami, kiedy docinki nie pomagały.. – Nie wiem, co się z tobą stało, ale ostatnio stałeś się kawałem sukinsyna!
- Sukinsyn to nas spłodził! Nie moja wina, że geny są dziedziczne.
- Harry! – oburzony głos matki, która właśnie wpadła do mojego pokoju ze słuchawką w dłoni, przestraszył mnie. Cofnąłem się o krok, otwierając szerzej oczy. – Jak możesz tak mówić, gówniarzu? Powinieneś mieć odrobinę szacunku do rodziców! Gemma ma rację. Ostatnio zachowujesz się, jakbyśmy ci wszyscy przeszkadzali. Wydaje mi się, że gdybyś miał taką możliwość, sprzedałbyś nas za pieniądze, byleby nas nigdy więcej nie widzieć! – krzyknęła ciszej, nie chcąc, żeby osoba, z którą rozmawiała, usłyszała to.
Odetchnąłem głęboko, patrząc naprzemiennie na siostrę i mamę. Czułem ogromną wściekłość, że znów były przeciwko mnie. A już szczególnie mama. Zawsze brała stronę mojej siostry, a ze mną nigdy się nie liczyła. Nigdy nie starała się dotrzeć do mnie, zrozumieć, podjąć próbę wspólnego rozwiązania problemów. Miałem wrażenie, że to ja im przeszkadzałem, a nie odwrotnie.
- Nie wydaje ci się – powiedziałem cicho, mijając je obie i wychodząc z pokoju.
- Zaraz, coś ty powiedział? – Anne wyrwała się z osłupienia, które wywołane było moimi słowami. – Harry! Wracaj, nie skończyliśmy! – Wybiegła na korytarz chcąc mnie zatrzymać, ale ja znajdowałem się już przy drzwiach frontowych, ubierając trampki. – Harry, nie wychodź! Musimy porozmawiać! Wracaj tu, Harry! Cholera jasna, Harry!
Trzasnąłem drzwiami, nie odwracając się. Wraz z tym gestem poczułem… pustkę. To nie tak, że ich nie kochałem. Po prostu odkąd paczka zaczęła mnie odtrącać oraz ojciec wrócił i regularnie urządzał z mojego życia piekło, przestałem nad sobą panować. Swoim zachowaniem chciałem odtrącić ludzi, żeby nie dowiedzieli się, że taki gówniarz jak ja też ma problemy.
Zatrzymałem się na krótką chwilę na moście, łapiąc mocno barierki. Wychyliłem się lekko, obserwując spokojną rzekę. Wtedy pierwszy raz przyszła mi do głowy myśl, że skończenie tego wszystkiego raz na zawsze byłoby najprostszym wyjściem. Nie miałbym już więcej zmartwień, kłopotów, problemów… Nie czułbym się osamotniony, niekochany, nigdzie niechciany. Nie miałem niczego. Rodzina na pewno nie chciała mnie więcej znać. A co, jeśli mama zechce, żebym zamieszkał u ojca na stałe i uczył się w Londynie? To była ostatnia rzecz, która mogłaby się wydarzyć. To nie mogło mieć miejsca.
- Chłopcze? Wszystko w porządku? – Głos staruszki, która pojawiła się obok mnie znienacka, wyrwał mnie z zamyślenia.
Dopiero wtedy dostrzegłem, że stałem na barierce i niebezpiecznie wychylałem się poza nią. Zszedłem na beton, kiwając głową.
- Tak. Ja, um… Wpadł mi tutaj zegarek i myślałem, że może spadł gdzieś na dno, ale widocznie rzeka go zabrała – skłamałem gładko. – Przepraszam, pójdę już.
*
Zatrzymując się przed drzwiami domu Louisa pomyślałem, co ja, do cholery, wyprawiam? Dlaczego przyszedłem akurat do niego? Dlaczego moje nogi same mnie tam zaprowadziły? Tym bardziej otworzyłem szerzej oczy, kiedy zapukałem, a chwilę potem w drzwiach pojawiła się mama mojego przyjaciela.
- Dzień dobry, słońce. – Przywitała mnie uśmiechem.
- Dzień dobry, Louis już jest?
- Powinien być za chwilę. Pisał trzy minuty temu, że wsiadł do autobusu – odparła, przepuszczając mnie w drzwiach.
- Mogę zaczekać w jego pokoju?
- Oczywiście, nie krępuj się.
Przekraczając próg sypialni mojego przyjaciela poczułem… spokój? Całe pomieszczenie wypełnione było zapachem perfum, których używał. Zawsze dało się je wyczuć, kiedy się tam wchodziło. To w pewien sposób przypominało o jego obecności w pomieszczeniu. Choć jak dziwne by się to mogło wydawać.
Westchnąłem, siadając przy biurku. Wziąłem do ręki zeszyt, leżący w rogu i otworzyłem go. Na pierwszych stronach dostrzegłem działania matematyczne zapisane moim pismem. Uświadomiłem sobie, że to ten sam brudnopis, w którym rozwiązywałem przykłady kilka miesięcy wcześniej. Przeglądnąłem cały, na samym końcu dostrzegając krótką notatkę, sporządzoną koślawym pismem mojego przyjaciela.
Natalie Imbruglia – Torn.
Uśmiechnąłem się wspominając piosenkę, którą odważyłem się po raz pierwszy zaśpiewać przy przyjacielu. Tak naprawdę nie był do żaden spontaniczny wybór. Wtedy ta piosenka idealnie odzwierciedlała moje samopoczucie.
Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu cieszyłem się, że nie rozumiałem matematyki do tego stopnia, że zostałem zmuszony do uczęszczania na zajęcia pozalekcyjne. Gdyby nie to, nie poznałbym bliżej Louisa. I Bóg wie, gdzie bym się znajdował w tym momencie.
Wstałem, przechadzając się po pokoju. Od niechcenia omiotłem wzrokiem całe pomieszczenie, na koniec siadając na skraju łóżka. Zaraz jednak położyłem się na nim. Mój wzrok został utkwiony w okno. Obserwowałem wolno płynące obłoki. Cieszyłem się, że za oknem przyroda wracała do życia. Miałem nadzieję, że ten najbardziej fatalny okres w moim życiu prędko się skończy.
*
Nie wiedziałem, kiedy zasnąłem, ale gdy otworzyłem oczy, wokoło zapadł już zmierzch, a przy biurku siedział Louis pochłonięty odrabianiem pracy domowej. Włączona lampka nie dawała mu dostatecznie dużo światła. Poprawiłem koc, którym Louis mnie przykrył. Wydawało mi się, że nie był świadomy tego, że się obudziłem, dlatego bez skrępowania wpatrywałem się w profil jego twarzy, dopóki nie dostrzegłem, że powoli unosi kąciki ust ku górze, odsłaniając zęby.
- Obserwujesz mnie?
- Tylko trochę – odparłem wymijająco.
Moje policzki niemal natychmiast przybrały rumieńców. Podszedłem do przyjaciela, pochylając się nad jego ciałem. Sprawdzałem, co robił. I nie byłem w błędzie – Louis naprawdę kończył pisać wypracowanie z angielskiego. Zerknąwszy przelotnie na plan lekcji dostrzegłem, że tą lekcję miał dopiero we środę. Czyli miał masę czasu na odrobienie zadania domowego.
- Naprawdę nie masz ciekawszych zajęć? – zapytałem ze zdziwieniem.
- Pewnie mam – odparł, wkładając długopis pomiędzy kartki zanim zamknął książkę, aby później mógł łatwo odnaleźć potrzebną mu stronę. Spojrzał na mnie przez ramię, domagając się wyjaśnień. – Dlaczego tutaj przyszedłeś? Sądziłem, że nie chcesz mnie widzieć.
- Przepraszam – zdołałem wypowiedzieć, zanim mój głos się załamał. Odwróciłem się, biorąc głęboki oddech i przechadzając się w głąb pokoju. – Miałeś prawo tak myśleć, bo zachowałem się jak skończony dupek.
- Każdy może mieć lepsze i gorsze dni.
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
- Każdy może mieć lepsze i gorsze dni? – powtórzyłem. – Naprawdę, Louis? Tyle masz mi do powiedzenia?
- Czego oczekujesz? Że każę ci się stąd wynosić? Że czuję się dotknięty dzisiejszą sytuacją? – Westchnął, opuszczając spięte ramiona. – Czuję się – szepnął. – Ale wiem, że musiałeś mieć poważny powód, żeby się tak zachować. Nie działasz bez przyczyny. Nikt nie działa. – Wstał, podchodząc do mnie. – W sylwestra jeszcze było okej. Potem… mam wrażenie, że z każdym dniem zaczynało się coś psuć i popychać cię ku krawędzi.
- Niewiele brakowało, a spadłym z niej – wtrąciłem cicho.
- O czym ty mówisz? – zapytał z niepokojem. – Proszę, powiedz mi.
Jego słowa niemal błagały mnie o to. Nie mogłem wytrzymać dłużej. Łzy, które płynęły z moich oczu nie znalazły umiaru. Louis od razu przygarnął mnie w swoje ciepłe ramiona, chowając w nich. Pomimo upokorzenia, jakie czułem płacząc przy innej osobie, zdałem sobie sprawę, że to nie będzie miało odwrotu. Że to był ten moment, kiedy cała prawda powinna wyjść na jaw. Objąłem go mocno, szukając w nim ucieczki od tego wszystkiego, że on będzie tą osobą, która mi pomoże. Kontrola i umiar były wtedy dla mnie bardzo odległe. Wypłakiwałem się, jakbym nie robił tego od bardzo, bardzo dawna. Rzeczywistość była taka, że nie minął tydzień odkąd ostatni raz zatapiałem twarz w poduszkę, tłumiąc szloch.
- Ciii, nie płacz już, proszę. Wszystko jest dobrze, jesteś bezpieczny. Już ci nic nie grozi. Jestem przy tobie, Hazza, słyszysz? – Szeptał Louis, gładząc moje plecy jedną dłonią. Drugą zaś wplótł w moje włosy, kołysząc nami ostrożnie.
Wtedy nie zastanawiałem się nad sensem słów Louisa. Chociaż jego zapewnienia o moim bezpieczeństwie powinny być dla mnie lampką ostrzegawczą. Tak jednak się nie stało.
- To jest popieprzone – wymamrotałem, a mój głos został stłumiony przez jego ciało. – Dzisiaj o mało się nie zabiłem.
- Co? Dlaczego? – zapytał powoli, mocniej zaciskając wokół mnie ramiona, jakby próbował mi uświadomić, że więcej mi na to nie pozwoli.
- Bo sobie z tym nie radzę – szepnąłem cicho przez płacz, układając brodę na jego ramieniu. Patrzyłem w ścianę za jego plecami. Mocniej ścisnąłem materiał jego bluzy, nie chcąc tracić bliskości pomiędzy nami ani o centymetr. – Czuję się, jakbym był zupełnie sam. Zawsze ciężko było mi się dogadać z mamą, ale teraz to przechodzi ludzkie pojęcie. Dzisiaj dałem jej jasno do zrozumienia, że nie zależy mi na niej ani na Gemmie. Selley’owie i Mazzi już dawno odwrócili się do mnie plecami. Gdybym zniknął, nawet by tego nie zauważyli. W szkole jestem outsiderem i gdyby nie ty, nie miałbym się do kogo odezwać. I na dodatek… Na dodatek…
- Tata? – zapytał Louis. Na jego słowa cały się spiąłem, co on od razu wyczuł. Odepchnął mnie na długość swoich rąk, wciąż trzymając dłonie na moich ramionach. – Wrócił i nie potraficie odbudować relacji?
- Jeżdżę do niego w każde sobotnie popołudnie i wracam następnego dnia późnym popołudniem. Teoretycznie powinno być lepiej, ale nigdy tak nie będzie.
- Dlaczego?
- On… - urwałem, biorąc duży haust powietrza. Nie mogło mi to przejść przez gardło.
- Wiedziałem – szepnął sam do siebie.
Próbował złapać ze mną kontakt wzrokowy, ale za wszelką cenę mu to uniemożliwiałem. Wtedy ujął moją twarz w dłonie, zmuszając do spojrzenia. A kiedy moje wystraszone zielone tęczówki przecięły się z jego szaroniebieskimi… Byłem pewien, że to było tylko kolejnym potwierdzeniem jego, zapewne, słusznych teorii. Przecież nie tak trudno było dodać dwa do dwóch, czyż nie? A Louis nie był głupi.
- Zdejmuj bluzę.
Jego słowa nie brzmiały jak prośba. On niemal żądał tego, jednocześnie będąc przerażonym. Bał się tego, co mógł ujrzeć. Ale posłusznie wykonałem jego polecenie, zostając w podkoszulku. Louis dostrzegł wielkie siniaki na moich przedramionach i ramionach, które w tamtej chwili i tak wyglądały znacznie lepiej niż wcześniej.
- Twój tata… och, cholera, wiedziałem.
Spojrzałem gdzieś w bok, zaciskając mocno powieki. Ponownie czułem napływające łzy do oczu. Sińce, którymi pokryta była znaczna część mojego ciała, były dla mnie przypomnieniem o ojcu każdego dnia. O jego słowach, które wykrzykiwał podczas napadów furii oraz o sile, jaką przeważał nade mną. Łza, która zdołała się uwolnić spod moich powiek, zatrzymała się na moim policzku, kiedy poczułem dłoń Louisa ostrożnie sunącą po mojej ręce.
- Nie wiem, ile jeszcze zdołam wytrzymać – szepnąłem, patrząc na niego.
- Musimy to przerwać – powiedział stanowczo, wierzchem palca wskazującego ocierając łzę z mojego policzka.
- Nie, Lou! – zawołałem błagalnie, chwytając jego nadgarstek, zanim zdążył go cofnąć. – Pod żadnym pozorem nie powiesz o tym nikomu, słyszysz? Nikomu, Louis – dodałem z naciskiem. – Nie możesz mi tego zrobić.
- Mam spokojnie stać i patrzeć, jak mój przyjaciel powoli ginie w oczach? – zapytał z niedowierzaniem. – Mam patrzeć, jak się męczysz z tym psychicznie? Jak cię to niszczy od środka, Harry?
- Louis… - szepnąłem, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z jego oczu.
Louis z wahaniem skinął głową, a wtedy na mojej twarzy pojawił się wyraz ulgi. Ciężko mi było ze świadomością, że czuł się źle ze swoją decyzją. I to przeze mnie.
- Kto jeszcze wie?
- Tylko ty, ja i ojciec.
- Tak nie może być – powtórzył cicho Louis.
- Błagam – jęknąłem.
Nic nie powiedział. Po prostu objął mnie, przytulając i szepcząc, że wszystko będzie w porządku, że mi pomoże i nikomu tego nie powie. Uszanował moją prośbę. Pocałowałem go w policzek, cicho dziękując.
Przyznaję, że poczułem się dużo lepiej, kiedy powiedziałem o wszystkim Louisowi. Nie zostawiłby mnie. Od tamtego momentu wiedziałem, że Louis pozostanie ze mną bez względu na wszystko. Byłem głupi, że tyle z tym zwlekałem, ale… naprawdę się bałem. Tyle razy zostałem odtrącony, że ten jeden kolejny raz do reszty by mnie zniszczył.
A tak?
Miałem przeczucie, że wszystko może się dobrze skończyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz