środa, 1 stycznia 2014

10

Kilka dni po mojej i Louisa szczerej rozmowie dowiedzieliśmy się, że Matty planuje urządzić domówkę z okazji swoich urodzin. Do tego czasu zostałem u przyjaciela. Jego mama nie miała nic przeciw, siostry tym bardziej. Anne wysłałem wiadomość, że wrócę za kilka dni i żeby mnie nie szukała, bo jestem cały. Jednakże troszkę się przejęła moim zniknięciem i nie powstrzymała się od mocnego przytulenia, kiedy wróciłem w sobotni wieczór po ciuchy na imprezę. Na którą tym razem dostałem zaproszenie.

Jeśli jednak myślałem, że kłopoty i upokorzenia ze strony „przyjaciół” osiągnęły szczyt, byłem głupi. Wszystko, co zdarzyło się w przeciągu ponad sześciu miesięcy – wliczając w to nawet „twarde wychowanie” mojego ojca – nie mogło oddawać tego, co dopiero miało nastąpić.

Choć patrząc na to z dystansem nie było to coś, od czego mój świat mógłby legnąć w gruzach. Ale jak na moje piętnastoletnie życie okazało się mnie przerosnąć. Mimo że obecnie mogę się z tego tylko śmiać, wtedy zupełnie nie wiedziałem, co mam zrobić ze sobą.

W pierwszą sobotę kwietnia znaczna część szkoły pojawiła się późnym popołudniem u Matty’ego w domu. Zaskoczył mnie brak wujka i cioci, ale z drugiej strony byłem świadom, że oni ufali bezgranicznie swoim dzieciom. Ella miała dopilnować wszystkiego, ale zmyła się zaraz po swoich rodzicach. Z pewnością do swojego chłopaka.

Przeklinałem się w duchu, że zgodziłem się tam przybyć. Gdyby nie Louis, który zapewniał, że będzie świetna zabawa, nie zgodziłbym się przyjść. Nie czułem się tam swobodnie. Wiedziałem, że otrzymałem zaproszenie z obowiązku. Oni mnie tam nie chcieli.

Przeciskałem się przez tłum, próbując odnaleźć wzrokiem Louisa. Jednak jedyne, co zastałem, to masę rozbawionych dzieciaków, tańczących do głośnej muzyki. Kiedy znalazłem się w salonie, wpadłem na Matty’ego. Złożyłem mu krótkie życzenia, siląc się na jak najwięcej życzliwości z mojej strony. Miałem wrażenie, że mój kuzyn odpuścił trochę i zapomniał, dlaczego żywi do mnie niechęć.

- Napijesz się? – zawołał, próbując przekrzyczeć głośną muzykę.

Skinąłem głową, drepcząc za chłopakiem. Nadał mi pełną szklankę pepsi, życząc dobrej zabawy. Odwzajemniłem uśmiech, upijając łyk. Smak wydawał mi się dość dziwny. Potem uświadomiłem sobie, że wyczuwałem odrobinę alkoholu. Ale nie przejmowałem się tym. Moje myśli bardziej zakłócał Louis. A raczej jego brak. Zaczynałem się denerwować, bo nie odpisywał na moje wiadomości.

Po dziewiętnastej stwierdziłem, że bez sensu jest ciągle stać na uboczu albo dla odmiany przejść się do ogrodu i z powrotem. Chciałem właśnie opuścić dom, kiedy Nathalie zjawiła się, zagadując mnie trochę a na koniec prosząc do tańca. Na krótką chwilę się roześmiałem i zapomniałem o otoczeniu, bawiąc się razem z dziewczyną. Przez moment pomyślałem, że ta impreza nie może być aż tak wielką katastrofą, jak sądziłem na początku.

*

Wyszedłem na zewnątrz, zaczerpnąć świeżego powietrza oraz ochłonąć nieco po energicznych tańcach z Nathalie. Zatrzymałem się przy balustradzie, kładąc na niej szklankę z drinkiem, którego dał mi Ben gdy wychodziłem. Oparłem się dłońmi o drewnianą poręcz oddychając głęboko.

- Ty już się upiłeś? – Cichy, ledwo słyszalny jęk, który dobiegł zza moich pleców, w mig mnie orzeźwił.

- Cześć, Louis! – Przywitaliśmy się kumplowskim uściskiem. Taki gest zdarzał się nam coraz częściej od tego dnia, kiedy postanowiłem powiedzieć mu całą prawdę. Podobało mi się to. Dawało mi to pewność, że między nami nic się nie zmieniło, a nawet więcej. Staliśmy się sobie znacznie bliżsi. – Czekałem na ciebie.

- Miło – odparł, stając obok mnie. Zlustrował moją twarz, zmartwiając się trochę. – Tak na poważnie, ile już wypiłeś?

- To dopiero mój drugi – rzekłem, unosząc szklankę w górę.

- Nie podoba mi się to – powiedział cicho, rozglądając się wokoło.

Impreza nie trwała długo, a on wiedział, że połowa z przybyłych gości nie wie, jak się nazywa. Przez to cały wieczór miał mnie na oku. Nie zabraniał mi pić – przyznaję, sięgałem po coraz więcej, kiedy dostrzegłem, jak dzięki temu wszystkie troski znikają. Doskonale wiedział, że jego prośby i groźby pójdą na nic. W końcu sam sięgnął po drinka, ale tylko jednego, chcąc mieć wszystko pod kontrolą. Ściślej mówiąc – mnie. Miałem wrażenie, że przeczuwał, co się wydarzy. Tak, jakby wiedział, że będę później cierpiał jeszcze bardziej niż do tej pory.

*

Nie pamiętałem, jak znaleźliśmy się w domu. Wiedziałem tylko, że było bardzo późno i Louis siłą wyciągnął mnie z domu kuzyna. Chociaż zebrałem wokół siebie grono zainteresowanych i wszyscy śmiali się razem ze mną z historii, które im opowiadałem, on uparcie powtarzał, że musimy iść. Posłuchałem go. Bo gdybym został, musiałbym wrócić do domu, a tam dostałbym dożywotni szlaban na wszystko.

- Jesteś głupi – szepnąłem niewyraźnie, kiedy pomagał mi zdjąć buty.

- Ty jesteś jeszcze głupszy, pasuje? – mruknął cicho. – Dlaczego ja cię stamtąd wcześniej nie zabrałem? Przynajmniej nie powiedziałbyś tego wszystkiego.

- To było zabawne przecież – zachichotałem.

Louis wyprostował się gwałtownie, obejmując mnie w pasie.

- Będziesz tego jutro żałował, mówię ci – powiedział, prowadząc mnie po schodach do swojego pokoju. – O ile cokolwiek będziesz pamiętał.

Z niewielkimi trudnościami dostaliśmy się do pokoju Louisa. Chłopak od razu zaprowadził mnie do łóżka, pomagając mi siąść na nim. Podczas gdy ja próbowałem się zorientować, co robił, on zdążył przynieść drugą kołdrę i poduszkę. Położył je niezdarnie na ziemi, zwracając się do mnie.

- Wstawaj i się rozbierz.

Posłusznie wstałem, próbując rozpiąć guzik u spodni, ale było to dla mnie dużo trudniejsze, niż myślałem. Roześmiałem się cicho pod nosem, unosząc głowę i próbując odszukać w ciemności Louisa. Stał dwa metry przede mną, obserwując moje poczynania.

- Guzik – mruknąłem, znów przebierając palcami w celu odpięcia go. Znów mi się nie udało.

- Tak, widzę – odparł zmęczony. – Zapomniałeś jeszcze o pasku.

- Pomóż mi – poprosiłem, poddając się.

Louis wydawał się wahać z decyzją. Nie prosiłem go o wiele. Chciałem tylko o to, aby pomógł mi się rozebrać. To nie było tak wiele. Kiedy zrobił krok do przodu, uśmiechnąłem się lekko, opuszczając swobodnie dłonie i czekając na jego ruch. Naprawdę nie byłem w stanie zrobić nic, żeby samodzielnie się rozebrać. Równie dobrze mogłem pójść spać w ciuchach. Nie robiło mi to żadnej różnicy.

- Jesteś jak małe dziecko – powiedział, rozbawiając mnie.

- Jestem taki wysoki jak ty. – Wyprostowałem się dumnie, chcąc naprawdę dorównać mu wzrostem. – Nie jestem już taki mały.

- Mówiąc, że jesteś jak dziecko, mam na myśli twoje zachowanie. A nie to, że jesteś mały jak dziecko. – Wytłumaczył powoli, rozpinając moją bluzę i pomagając mi ją zdjąć.

- Wyrażaj się jaśniej. Mieszasz mi w głowie.

- A ty stój prosto. Inaczej będę musiał cię zbierać z podłogi, a przy okazji obudzisz wszystkich. – Jego uśmiech poszerzył się bardziej.

Poczułem, jak jego dłonie powoli odszukują końca koszulki, unosząc ją ku górze. Pod wpływem gwałtownego ruchu zatoczyłem się. W ostatniej chwili Louis złapał moje ramiona, przez co syknąłem cicho. W mig poczułem, jak ciepłe dłonie mojego przyjaciela znikają z mojej skóry.

- Przepraszam – powiedział szybko. – Nie chciałem.

- Wiem, wiem – kiwnąłem głową, czując się zmęczonym.

Próbowałem dłońmi ponownie odszukać klamry od paska. Zamiast zimnego metalu napotkałem parę ciepłych dłoni, które za mnie zmagały się z zapięciem. Westchnąłem głęboko, czując zawroty głowy.

- Louis?

- Tak? – Uniósł głowę na dźwięk mojego słabego głosu. Dostrzegłem, że otworzył szeroko oczy, widząc, co się ze mną działo. – Harry, nie tutaj, błagam!

- Nie – uspokoiłem go. – Tylko kręci mi się w głowie. Nie jest mi niedobrze.

- Na pewno?

Sięgnął dłonią do mojego czoła, przykładając na krótką chwilę. Przymknąłem powieki pod wpływem tego gestu, mając nadzieję, że zawroty ustaną równie szybko jak się pojawiły. Chłopak powoli zaczesał moje włosy do tyłu, następnie kładąc dłoń na ramieniu.

- Harry – zaczął powoli. Otworzyłem oczy, patrząc na jego twarz w części pochłoniętą przez mrok. – Na pewno wszystko jest w porządku?

- Na pewno – odparłem spokojnie, biorąc głęboki oddech. Uśmiechnąłem się z myśli, która pojawiła się w mojej głowie. – Troszczysz się o mnie.

- Oczywiście, że się troszczę, głupku.

Uśmiech, który jeszcze chwilę temu gościł na moich ustach w momencie znikł. Louis, potwierdzając moje słowa, które zostały wypowiedziane bezmyślnie sprawił, że zacząłem się zastanawiać nad tym. Doskonale wiedziałem, że w jakimś stopniu byłem dla niego ważny. Zjawił się chyba w najbardziej oczekiwanym momencie.

- Wiem – wybełkotałem cicho i niezrozumiale, nachylając się powoli w jego kierunku. Chciałem go pocałować w policzek.

Możliwe, że to było trochę nie na miejscu. W końcu.. byliśmy chłopakami. A chłopcy nie okazują sobie takich gestów. Ale skoro za pierwszym razem niekontrolowanie pocałowałem go w policzek, dając mu tym jasny znak, że doskonale zdaję sobie sprawę, ile dla mnie robi i w ten sposób niemo podziękowałem mu za to, tak i tym razem nie powinno się to wydać dziwne.

Mając zamiar pocałować policzek Louisa, chyba troszkę źle oceniłem swoje możliwości. Byłem pijany, ale gdybym był bardziej rozważny i nie chciał działać ze wszystkim pochopnie, na pewno moje usta nie spotkałyby się z ustami Louisa na krótki moment. Ba moje policzki wkradły się wielkie rumieńce i byłem szczerze wniebowzięty, że Louis nie postanowił włączyć światła, tylko korzystać ze słabej poświaty rzucanej z latarni ulicznych.

- Harry… - zaczął, gwałtownie wstrzymując oddech.

Słysząc niepewność w jego głosie, coś mnie tchnęło, żeby to powtórzyć. Nie wiem, czy czułem coś do Louisa. Nie widziałem w pocałunku nic złego. A tak naprawdę to był dopiero mój drugi pocałunek w życiu – jeśli tak można nazwać krótkiego całusa. Chciałem to zmienić. Tego wieczoru nie żałowałem niczego. Jestem pewien, że gdybym całował go ze świadomością, że po tym go stracę, a wciąż był pod wpływem alkoholu… też bym nie żałował. Oczywiście dopóki nie obudziłbym się następnego dnia i nie zaczął analizować wszystkiego, doszukując się w tym swojej głupoty i lekkomyślności.

Napierając gwałtownie na jego usta poczułem, jak rękoma chwyta mnie w talii, nie chcąc stracić równowagi. Nie wiedziałem, co się wokół mnie zaczęło dziać, kiedy chłopak momentalnie oddał pocałunek, jakby nie było dla niego żadną przeszkodą to, że byłem chłopakiem. Moje myśli bardziej kręciły się wokół tego, że czułem w brzuchu coś dziwnego. Nie umiałem tego określić, nazwać. Nie czułem, że jest mi niedobrze. Czułem dziwny ucisk, który pojawił się tam po raz pierwszy i był dla mnie zupełną nowością.

Przyciągnąłem go bliżej siebie, chcąc zmniejszyć dzielący nas dystans. Wtedy Louis na chwilę przerwał pocałunek, chcąc zaczerpnąć powietrza. Wtedy odchylił głowę na bok, co ja wykorzystałem do muśnięcia jego szyi. Nie kontrolowałem tego. Działałem automatycznie. Czasem oglądałem romantyczne filmy z siostrą, przy których okropnie się nudziłem i chyba to stąd mi zostało.

- Harry – szepnął, błądząc dłońmi po moim karku i próbując uspokoić oddech. – Harry musisz wiedzieć, że ja… że ty…

W tamtej chwili nie chciałem słyszeć żadnych słów. Ponownie złączyłem nasze usta w pocałunku. Louis zaskoczył mnie pewnością siebie, z jaką oddawał pieszczotę. A nawet tym, jak bardzo walczył o dominację. Jak bardzo pragnął tego. Pod wpływem jednego gwałtownego ruchu ze strony mojego przyjaciela zachwiałem się. Poczułem, że tracę równowagę, przechylając się do tyłu i ciągnąc za sobą Louisa. Wraz z upadkiem na miękki materac oraz napierającym ciałem chłopaka na moje, poczułem ból w ramieniu. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym dwa tygodnie wcześniej się uderzyłem. Siniak już dawno zmienił swoją barwę na żółtawą, ale ból ciągle pozostał. Nie chciałem przerywać pocałunku, dlatego z całych sił powstrzymywałem się, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Ale Louis musiał wyczuć, że coś jest nie tak, bo powoli uniósł się na dłoniach, uważnie mi się przyglądając.

- Dlaczego… - zacząłem, ale gwałtownie mi przerwał.

- Znów cię bił, prawda? A ty nic nie powiedziałeś, żeby mnie nie martwić – bardziej stwierdził niż zapytał. Usiadł powoli na moich biodrach, uważnie nad czymś myśląc. W tym czasie podparłem się na jednym łokciu, a drugą dłonią odgarnąłem niezdarnie włosy z twarzy.

- Musisz wszystko psuć? – mruknąłem, marszcząc brwi.

- Och, proszę cię. Dobrze wiesz, że jeszcze trochę byśmy się pobawili, a potem i tak zapomnielibyśmy o tym – powiedział spokojnie. Potrząsnął głową, wymachując rękoma w powietrzu. – Obiecałeś mi zawsze mówić, kiedy to znów się będzie działo.

- Louis, daj już spokój – opadłem na plecy, patrząc w bliżej nieokreślony punkt na suficie. – Nic to nie zmieni. Ojciec dalej mnie będzie katował, jak będzie miał takie widzimisię.

- Możemy to zmienić.

Uśmiechnąłem się szeroko, nie mogąc tego powstrzymać. Zaraz potem zacząłem cicho chichotać, nie potrafiąc sobie wyobrazić, że jego słowa mogą okazać się prawdziwe. To było coś odległego. Coś, o czym mogłem powarzyć w tamtej chwili. Wtedy to nie mogło mieć miejsca bytu.

- Z czego się śmiejesz? – zapytał urażony.

- Z tego, co mówisz? – wyjaśniłem. – Może i jestem pijany, ale nie na tyle, żeby nie zdawać sobie sprawy, że dopóki nie zacznę żyć na własną rękę, do reszty odcinając się od ojca, to się po prostu nie skończy, rozumiesz?

- Harry, posłuchaj – powiedział z przekonaniem, będąc wyprowadzonym z równowagi. – Ty tak myślisz. Bo wydaje ci się, że nikt ci nie może pomóc, a tak nie jest. Przestań się w końcu zachowywać, jakby wokoło nikogo nie było, kto chce ci pomóc, jasne?

- Przecież tak jest, Louis – wybełkotałem, spychając go z siebie. Usiadłem, krzyżując nogi i podpierając na kolanach łokcie. Chwyciłem się za głowę, czując, że zaczyna powoli pulsować z bólu.

- Kurwa, nie jest tak! – krzyknął cicho. Wstał, podnosząc z ziemi poduszkę i kołdrę, niemal rzucając nimi na materac. – Ty to sobie wmawiasz, nie widzisz? Jeśli przez coś takiego stracę swojego jedynego i prawdziwego przyjaciela, to wiedz, że nie będę już taki jak teraz czy kiedyś. Wiesz jak trudno czasem jest, kiedy nie masz osoby, która mogłaby cię zrozumieć i na której możesz polegać w każdej sytuacji. Ja ci to oferuję, ale ty oczywiście musisz robić to, co według ciebie jest słuszne. Nawet jeśli się mylisz.

- Dlaczego ci tak zależy? – zapytałem, nie rozumiejąc. – Bo nie chcesz zostać sam, jak coś sobie zrobię? Przecież przeżyłbyś moją śmierć. Ludzie przychodzą i odchodzą, czy jakoś tak.

- Ale ja się w tobie chyba zakochałem, cholera jasna! Zawsze wiedziałem, że nie jestem do końca hetero, a kiedy zacząłem spędzać z tobą czas uświadomiłem sobie, że naprawdę mogę być bi! – krzyczał szeptem.

Zaniemówiłem, patrząc na niego z szeroko otwartymi oczami. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Louis był równie zmieszany jak ja. Nie panował tego wypowiedzieć, byłem tego pewien. Zacząłem się łudzić, że może się przesłyszałem.

- Co powiedziałeś? – zapytałem, chcąc się upewnić. Byłem skołowany. Ostatnią rzeczą, jaka mogłaby mi przyjść do głowy to to, że Louis jest biseksualny i że zakochał się właśnie we mnie. Chłopaku, który ma najbardziej popieprzone życie w całym Holmes Chapel.

- Zapomnij. – Machnął ręką, kierując się ku wyjściu. Zanim jednak opuścił pokój odwrócił się, dodając: - Kładź się od ściany. Nie mam zamiaru spać na zimnej podłodze, jak koło ciebie zostanie dużo miejsca.

Po jego wyjściu siedziałem chwilę bez ruchu, zastanawiając się nad tym wszystkim. Próbowałem zebrać to w logiczną całość, jednak senność brała nade mną górę i nim się zorientowałem, zasnąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz