środa, 1 stycznia 2014

11

Budząc się rankiem nie wiedziałem, co myśleć. To, co działo się w mojej głowie, było potwornie trudne do zniesienia. Jeszcze gorsza była świadomość, że w połowie imprezy urwał mi się film i zupełnie nie pamiętałem, co się działo „potem”. Próbowałem się jednak uspokoić i nie wyciągać od razu pochopnych wniosków. Choć to było trudne, kiedy moje sny zlewały się z rzeczywistością.

Uniosłem się na łokciu, omiatając wzrokiem pokój mojego przyjaciela, na koniec zatrzymując go na drugiej poduszce znajdującej się tuż obok mnie. To nie wróżyło dla mnie nic dobrego. Doprowadzało mnie do wariacji i strachu, którego nie potrafiłem kontrolować. Szybko wyskoczyłem spod pierzyny, od razu przeklinając się za to w myślach, gdyż moja głowa zaczęła okropnie pulsować z bólu. Odnalazłem ubrania, zakładając je niezdarnie. Kiedy już zamierzałem opuścić pokój Louisa, starając się być niezauważonym, drzwi same się otworzyły, a zza nich wyłoniła się sylwetka chłopaka. Stanął jak wryty, nie wiedząc, jaki kolejny ruch wykonać.

- Wychodziłeś? – zapytał zaskoczony.

- Tak… - mruknąłem, przełykając nerwowo ślinę. Na moje policzki powoli wdzierały się rumieńce, których nie potrafiłam powstrzymać. Czułem się skompromitowany przed przyjacielem. – Sądzę, że tak będzie lepiej.

- Dlaczego? – zapytał ze zdziwieniem.

Wszedł głębiej, zamykając drzwi, aby nikt przypadkowy nie usłyszał naszej rozmowy. Westchnął, odstawiając kubek z gorącym napojem na komodę znajdującą się obok.

- Dlaczego? – powtórzył spokojnie, wpychając dłonie w kieszenie dżinsów.

- Bo widzisz… Po wczorajszym wieczorze… Ja wtedy… Nie wiem… Bo ja po prostu… - plątałem się w słowach, czerwieniąc coraz bardziej. Potrząsnąłem głową, spuszczając wzrok. – Muszę po prostu iść.

- Pamiętasz cokolwiek z wczoraj? – zapytał znienacka, co sprawiło, że wzdrygnąłem się na dźwięk jego słów. – Pamiętasz koniec imprezy? Cokolwiek?

Myślę, że pamiętam aż zbyt wiele, powiedziałem w myślach, zanim odpowiedziałem na głos:

- Mam jakieś urywki wspomnień i nie wiem… - wziąłem głęboki oddech, próbując się przełamać i powiedzieć to, co przychodziło mi z niemałą trudnością. – I nie wiem, ile z tego jest prawdą.

Louis skinął głową, myśląc nad czymś chwilę. Spojrzał przelotnie na mnie, wyglądając na smutnego i walczącego z czymś wewnątrz. Chciałem go o to zapytać, ale nie miałem siły nic powiedzieć, czując narastający ból głowy. Skrzywiłem się, zaciskając mocno oczy w nadziei, że zaraz ten pulsujący ból przejdzie.

- Masz, wypij. – Powiedział Louis sprawiając, że otworzyłem oczy, patrząc na napój, który przyniósł do pokoju. – Pomoże ci.

Bez namysłu wypiłem wszystko do dna. Oddałem mu szklankę, którą odłożył na poprzednie miejsce.

- Połóż się. – Ruchem głowy wskazał łóżko. – Inaczej ból nie przejdzie i będziesz cierpiał całą niedzielę. A tego chyba nie chcesz.

Wykonałem posłusznie jego polecenie. Ponownie zamknąłem oczy, oczekując najgorszego.

- Powiedz mi wszystko, co się wczoraj działo.

- Kiedy dotarłem, ty byłeś trochę wstawiony. Nathalie później ciągle wyciągała cię do tańca, a ja trochę porozmawiałem z jej nowym chłopakiem, który nic nie pił, bo prowadził. Mieliśmy z was niezły ubaw – dodał, chichocząc cicho. – Potem zaczęło ci coraz bardziej odbijać… więc postanowiłem zabrać cię do domu. Przyprowadziłem cię tutaj, bo wiedziałem, że twoja mama nie dałaby ci życia, gdyby zobaczyła cię w takim stanie, Harry.

- A potem? Dlaczego… spaliśmy razem? – zapytałem niepewnie, czując mocniejsze bicie serca. Obawiałem się odpowiedzi. Właściwie sam nie wiedziałem, czego miałem się spodziewać.

- Sądzisz, że miałem spać na podłodze tylko dlatego, żebyś ty sobie spał wygodnie u mnie w łóżku? – zapytał z przekąsem. – Nie żartuj. Jesteś moim przyjacielem, ale takich poświęceń ode mnie nie wymagaj! – dorzucił żartobliwie.

Spojrzałem na niego niepewnie. Uśmiechał się wesoło, jednak miałem wrażenie, że kryje się pod tym coś więcej. Czy to było możliwe, żebym śnił? Żeby to wszystko, co wydawało się takie realistyczne, okazało się być tylko moim… snem?

- Tyle? – pisnąłem cicho.

Louis od razu spoważniał, a na jego twarzy pojawiła się wątpliwość.

- A pamiętasz coś jeszcze, czego ja nie pamiętam? Choć byłem trzeźwy?

- Bo wydawało mi się, że… - zawahałem się. – Ach, nieważne.

- Powiedz – poprosił, a na jego usta ponownie powoli zaczął wpływać uśmiech.

- Bo wydawało mi się, że mnie pocałowałeś i powiedziałeś, że się we mnie zakochałeś – odparłem cicho na jednym wydechu. Patrzyłem w sufit, za wszelką cenę unikając wzroku Louisa.

Jednak zamiast długiej ciszy, która oznaczałaby, że to była prawda, lub potwierdzenia słownego ze strony Louisa, otrzymałem jedynie jego cichy chichot.

- Moje sny są naprawdę dziwne, ale twoje to już przekroczyły nawet te moje – powiedział spokojnie, ciągle się uśmiechając.

- To znaczy, że… to naprawdę był sen? – zapytałem dla upewnienia. Chłopak skinął w odpowiedzi. Wtedy odetchnąłem głęboko, samemu zaczynając się śmiać. – Nigdy więcej nie piję w takich ilościach… No… Przynajmniej na jakiś czas.

*

Kolejnego dnia w poniedziałek poszedłem do szkoły z dziwnym uciskiem w żołądku. Byłem pewien, że wciąż odreagowuję ostatnią zabawę. Mogłem się zatruć lub coś w tym stylu. Jednak zachowanie Louisa poprzedniego dnia dawało mi trochę do myślenia. Chciał coś powiedzieć, ale widocznie się obawiał mojej reakcji. I tu już nie chodziło o mój zwariowany sen. Było coś gorszego, co mogło zniszczyć moją słabą psychikę.

Będąc w szkole, rozglądałem się za Louisem. Kiedy był w pobliżu czułem się dużo pewniej. Wtedy wiedziałem, że nic mi nie grozi, bo zawsze on stanie w mojej obronie. W dodatku czułem na sobie spojrzenia wszystkich osób przebywających na korytarzach. Nagle milkli kiedy ich mijałem, a zaraz potem szepty się nasilały. Z pojedynczych słów, jakie docierały do moich uszu nie mogłem nic wywnioskować. Dlatego odpuściłem.

- Cześć, Harry.

Odwróciłem się, dostrzegając uśmiechającego się Louisa. Odwzajemniłem ten gest, obserwując jego zmartwioną minę.

- Co jest? – zapytałem wprost.

- Spotkałeś dzisiaj Matty’ego?

- Nie próbuj mnie zbywać, Louis – warknąłem, czując na sobie dziesiątki spojrzeń.

- Chodzi o to, że…

- Styles! Mój ulubiony przyjaciel! – Zadowolony głos mojego kuzyna dobiegł zza moich pleców. Nastolatek zarzucił rękę na moje ramiona, przyglądając mi się z dziwnym uśmieszkiem na twarzy. – O czym gadacie?

- Nic ważnego. – Odparł prędko Louis, z uwagą obserwując Matty’ego.

- Opowiadasz kolejną ciekawą historię? – zapytał mnie wprost, co sprawiło, że na mojej twarzy pojawił się zagubiony wyraz. Spojrzałem porozumiewawczo na Louisa, ale jedyne, co dostrzegłem, to jego blada twarz i wystraszone tęczówki. – Wiesz… - ciągnął Matty – ta ostatnia… ta, w której mówiłeś, że chciałeś skoczyć z mostu… to było coś! Nie podejrzewałem cię o taką odwagę.

- Co…? – wyszeptałem słabo, marszcząc brwi.

Nie rozumiałem, co się wokół mnie działo. Szukałem u Louisa wyjaśnienia, ale dostawałem tylko przestraszony wyraz twarzy. Denerwowało mnie to! Jakie historie? Czy to możliwe, żebym naprawdę powiedział to wszystko głośno, otwarcie? Byłem pijany, ale nie głupi do tego stopnia! Nie mogłem być!

- Hej, Mazzi! Harry znów ma dla nas ciekawą historię! – zawołał Matty na cały korytarz, ściągając przez to na naszą trójkę zaciekawione spojrzenia osób, które były na jego urodzinowym przyjęciu. Wokoło rozniósł się cichy śmiech, który zdawałem się słyszeć tylko ja pośród szumu głośnych rozmów.

- Ha, ha, nie żartuj! Czekajcie, też chcę usłyszeć! – odkrzyknął, prędko żegnając się z osobą, z którą rozmawiał, żeby się do nas zbliżyć.

Jednak zanim on dotarł, ja już wyswobodziłem się spod uścisku mojego kuzyna, rzucając się biegiem w kierunku głównego wyjścia. Nie patrzyłem wokół. Nawet nauczyciel, który zatrzymał mnie na korytarzu upominając, żebym nie biegał, nie zwrócił mojej uwagi na tyle, żeby się zatrzymać w tym budynku na minutę dłużej. Rzeczywistość powoli mnie przytłaczała. Zamykała mnie w małej otoczce, z której nie mogłem uciec, a która z każdą sekundą raniła mnie coraz bardziej. Wtedy po raz kolejny zapragnąłem zniknąć stamtąd raz na zawsze.

*

- Harry, zaczekaj! Harry! – Silne szarpnięcie sprawiło, że odwróciłem się gwałtownie, w ostatniej chwili utrzymując równowagę.

Osoba, która okazała się za mną biec była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Liam, który niewiadomo skąd znalazł się przy mnie, próbował uregulować oddech, poszukując czegoś pilnie w swoim plecaku. Po chwili wyciągnął ostatnią chusteczkę higieniczną jaką miał, podając mi ją.

- Wytrzyj oczy i nie płacz z powodu tych głupków – powiedział łagodnie, rozglądając się wokoło.

Znajdowaliśmy się parędziesiąt metrów od głównej bramy prowadzącej na teren szkoły. Na chodnikach już nikt nas nie mijał, gdyż lekcje właśnie w tamtej chwili się zaczynały.

Przyjąłem chusteczkę od chłopaka, odwracając się do niego bokiem. Nie chciałem, żeby patrzył na moje łzy. Nikomu na to nie pozwalałem. Płacz był dla mnie oznaką mojej słabości. To było jak pokazanie komuś obcemu, że jestem słaby. Że nie radzę sobie z rzeczywistością. Płakanie w samotności było dla mnie zupełnie czymś innym. Wtedy wiedziałem, że nikt nie będzie mógł użyć tego przeciwko mnie. Że nikt nie powie „hej, to Harry, ta beksa” albo nikt nie zasugeruje mi wprost, że „tylko dziewczyny płaczą”.

- Dzięki – mruknąłem, wciskając zużytą chusteczkę do kieszeni cienkiej wiosennej kurtki.

- Już lepiej? – zapytał Liam, kładąc dłoń na moim ramieniu.

Wciąż nie patrząc na chłopaka skinąłem twierdząco głową. Chciałem się szybko pożegnać i jak najprędzej uciec do domu, ale mój towarzysz mi na to nie pozwolił.

- Czy to… prawda, co mówią o tobie?

Poczułem, jak moje serce na krótką chwilę się zacieśnia, przestając bić. Naprawdę wszyscy już o tym wiedzieli? Naprawdę mój kuzyn okazał się być taką szują, rozpowiadając to wszystkim? Chciał mnie zniszczyć? Chciał, żebym się od niego odczepił? Żebym się z nim nie zadawał? Nie przyjaźnił? W porządku, nie było problemu. Tylko dlaczego za wszelką cenę atakował mnie każdą bronią, jaką posiadał przeciwko mnie?

- Zależy co mówią – mruknąłem bez emocji, nieśmiało spoglądając na chłopaka. Wiedziałem, że on nie potraktuje tego tak, jak znaczna część osób, które znałem. Był spokojny. Czułem, że był… podobny do mnie. W jakimś sensie.

- No wiesz… Że ty na ostatniej imprezie wygadałeś się, że chciałeś… tak. I śmiałeś się z tego, bo byłeś pijany i…

- To jest… - urwałem gwałtownie, marszcząc brwi. Do mojej głowy przyszła pewna myśl, którą zamierzałem się podzielić z chłopakiem. – Czemu cię to w ogóle interesuje? Nie znamy się prawie wcale.

- Bo wiem, przez co przechodzisz, Harry. I to, że ze sobą nie rozmawiamy wcale nie oznacza, że nie wiem, jaki jesteś. – Roześmiał się krótko. – Pamiętasz ten dzień, kiedy wpadłem na ciebie i pytałeś ciągle, czy na pewno jest w porządku? – Spojrzał wyczekująco. Skinąłem ruchem głowy, słuchając go uważnie. – Louis powiedział ci, co się wtedy stało, tak?

- Wspomniał coś. Ale sam nie do końca dużo wiedział.

- Jestem w podobnej sytuacji do twojej w tej chwili. Czasem zamienię słówko z kilkoma „kujonicami” z klasy, bo one są równie ciche jak ja. A reszta? Śmieją się ze mnie przy każdej okazji – dodał kpiącym tonem. – Jeśli czegoś nie umiem, śmieją się. Jeśli coś umiem, też się śmieją. Bo tępak albo kujon, bo mam dobre oceny. Lepsze od nich.

- To nie jedyne powody, dla których cię gnębią, prawda? – zapytałem. Zaraz jednak stwierdziłem, że nie powinienem o to pytać. Potrząsnąłem głową. – Nie musisz odpowiadać.

- Nie lubią mnie. Po prostu. – Wzruszył ramionami, jakby to była jedna z najbardziej naturalnych rzeczy na świecie. – Nie wiem, jakie mają ku temu podstawy, ale mnie nie lubią.

- Początkiem roku Mazzi ciągle powtarzał, że jesteś dziwny… I nigdy nie umiał tego uzasadnić. – Powiedziałem, dostrzegając smutny wyraz chłopaka. – To jak powiedzieć, że jesteś głupi, a pytając mnie dlaczego tak mówię, ja uzasadniłbym to słowami „bo jesteś głupi i tyle”. Rozumiesz?

Liam roześmiał się cicho pod nosem, kiwając głową. Chwilę potem spojrzał na mnie z czymś, czego nie potrafiłem odczytać.

- Może Mazzi ma rację? Może dla niego jestem jakimś dziwakiem? – zapytał retorycznie. – Ale spójrz, nauczyłem się czegoś dzięki niemu. Tak bardzo starałem się o akceptację z jego strony, a po dostrzeżeniu, że to nie ma sensu, odpuściłem jeszcze szybciej. I czuję się o wiele lepiej. Może i sam, bez żadnego przyjaciela… ale jest mi dobrze jak jest.

- Teraz też zostałem sam. – Westchnąłem ciężko.

Liam uśmiechnął się szeroko, klepiąc mnie lekko po ramieniu.

- To nie ty straciłeś „przyjaciół”, tylko „przyjaciele” ciebie. A tracąc ciebie, stracili również osobę, której jeszcze kiedyś będą potrzebować.

- Louisa – powiedziałem cicho. Nieświadomie moje kąciki ust również powędrowały ku górze.

- Dokładnie – odparł, powoli się wycofując. – Wracam na lekcje. Już i tak jestem trochę spóźniony.

- Jasne – powiedziałem szybko. Zanim Liam oddalił się, coś mi się przypomniało. – Hej! Wiesz co? Dziwacy zawsze powinni się trzymać razem. Pamiętaj.

Uśmiechnąłem się szeroko. Odwzajemnił mój gest, machając na pożegnanie. Wziąłem głęboki oddech, ruszając w kierunku rynku. Musiałem gdzieś odetchnąć.

*

Odczytując wiadomość od Louisa, którą dostałem krótko po tym, jak wybiegłem ze szkoły, uśmiechnąłem się na krótką chwilę. Liam miał rację. Louis był osobą, która bez względu na wszystko zostanie przy mnie i będzie nade mną czuwać. Siedząc już na łóżku przyjaciela w jego pokoju ponownie przeczytałem treść wiadomości, którą mi wysłał.


Jedź do mojego domu i czekaj aż wrócę.


Opadłem na plecy, zamykając oczy. Zacząłem się zastanawiać nad tym, co się tak naprawdę w moim życiu działo. Miałem prawdziwych przyjaciół. Od dziecka byliśmy nierozłączni. Czasem zdarzały się kłótnie, ale tak przecież zawsze bywa. Wszędzie zdarzają się kłótnie. W związku, w przyjaźni… Czasem ktoś gra nie fair, ale każdemu należy się druga szansa, jeśli tylko szczerze żałuje swojego czynu.

Co się w takim razie stało z tą przyjaźnią?

Czy to naprawdę była tylko fikcja, która została zdemaskowana wraz z moim dorastaniem?

Westchnąłem głęboko, wstając. Rozglądnąłem się po pokoju, chcąc znaleźć coś, co pomoże mi szybko znieść czas bez Louisa. Podszedłem do niewielkiego regału znajdującego się nieopodal łóżka. Przeglądnąłem grzbiety książek, mając nadzieję, że zobaczę coś, co mnie zainteresuje. Wśród grubych lektur znalazłem ciasno upchnięty zeszyt. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby wyciągnąć go i zajrzeć do środka. Tym bardziej wiem, że to było nieodpowiednie z mojej strony. Louis oczywiście był moim przyjacielem, ale to nie znaczyło, że mogłem wkraczać w jego prywatność bez jego wiedzy.

Jednak otworzyłem zeszyt, dostrzegając zapiski sporządzone jego pismem. Szybko uświadomiłem sobie, że to musiał być jego… pamiętnik. Zamknąłem gwałtownie zeszyt, czując, jak na moje policzki powoli wdziera się rumieniec. Czułem się źle ze świadomością, że chcę wiedzieć, o czym mój przyjaciel pisze. Co takiego ważnego się działo, że postanowił zacząć pisać.

Nathalie kiedyś podczas jednej z rozmów też zasugerowała mi to. Wydało mi się to co najmniej dziwne. Chłopak piszący pamiętnik? Nie, to nie było dla mnie. Dla mnie pisanie tekstów było moim małym pamiętnikiem. Sytuacje z życia odzwierciedlałem w tekście, zawsze określając wszystko niedosłownie.

Nim się zorientowałem, usiadłem przy łóżku, a w moim dłoniach trzymałem otworzony zeszyt na przypadkowej stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz