czwartek, 2 stycznia 2014

464

– Poproszę niskokaloryczne cappuccino z odtłuszczonym mlekiem kozim i podwójną pianką – mówię cicho, ledwo słyszalnie, do uśmiechniętej ekspedientki. Kiwa głową i podaje mi paragon. Siadam przy wolnym stoliku nieopodal kasy, by nie blokować dostępu innym klientom.

Z mojego miejsca mam doskonały widok na galerię. Przypatruję się ludziom mijającym kawiarnię – wszyscy się gdzieś spieszą. Właściwie lubię tłumy, ale nie przepadam za byciem wśród ludzi samotnie. Potrzebuję towarzystwa. Potrzebuję drugiej osoby obok, by uśmiechnęła się do mnie bez powodu. Nie chcę być samotny.

Lubię tłumy, ale i wśród nich możesz być sam jak palec. Nie ma idealnego rozwiązania.

Wzdycham zrezygnowany, gdy mój wzrok zatrzymuje się na znajdującym się naprzeciwko ‘’Silent Chemistry” po raz dziesiąty w ciągu pięciu minut. Nic na to nie poradzę.

Bo to nie sam sklep mnie interesuje.

To jeden z jego pracowników. I mój Boże, właśnie go widzę.

Chłopak jest niższy ode mnie, ma urocze, niebieskie oczy, wąskie, czerwone usta, które aż proszą o pocałunki i jasnobrązowe włosy, zazwyczaj w artystycznym nieładzie. Zawsze widzę go uśmiechniętego, czy to gdy doradza klientowi, czy gdy rozmawia z koleżanką z pracy.

(O którą wcale nie jestem zazdrosny. Szczęściara.)

Teraz chłopak niesie w swoich drobnych rączkach stertę ubrań i wieszaków. Ostatkiem sił zmuszam się do pozostania na miejscu, bo tak bardzo chciałbym mu pomóc! Nieznajomy chłopak co prawda nie wygląda na szczególnie słabowitego, ale szczęściem dla mnie byłoby zobaczyć jego wdzięczny uśmiech i usłyszeć podziękowania, które wyszeptałby swoim melodyjnym głosem. (Nigdy nie słyszałem jego głosu, ale wyobrażam sobie, że jest wysoki, dźwięczny i piękny, niemal tak samo jak on sam.)

– Proszę pana! – mówi ekspedientka, a ja potrząsam głową ze zdziwieniem. Kobieta stoi za ladą, a w ręku trzyma moje cappucino. Wygląda na zniecierpliwioną – musiałem się bardzo zamyślić.

Odbieram kawę i mrucząc ciche „do widzenia” opuszczam kawiarnię. Nie jestem dobry w kontaktach międzyludzkich, raczej określiłbym się jako nieśmiałego, ale staram się sprawiać odmienne wrażenie.

To najwyraźniej działa. Jeśli masz jakiś problem, to najlepiej iść z nim do Harry’ego, prawda? W oczach innych jestem odważny, wygadany, a nawet arogancki, podczas gdy w środku trzęsę się ze strachu na samą myśl o na przykład poznaniu kogoś nowego. Nigdy nie sądziłem, że da się tak łatwo oszukać ludzi. Nawet przyjaciół i bliskich znajomych.

Przez chwilę chodzę bez celu, po prostu przypatrując się witrynom sklepów. Kawa stygnie, czas mija, a ja dalej nie robię nic konkretnego.

A jeśli poszedłbym do tego sklepu?

Wyrzucam kubek z kawą do śmietnika, za późno orientując się, że przecież nie wypiłem nawet łyka. Brawo, Styles, ty idioto. Na miękkich nogach idę w stronę ‘’Silent Chemistry”. Zatrzymuję się przed witryną, biorąc ostatni głęboki wdech i popycham szklane drzwi.

Już na progu uderza mnie zapach jakichś perfum (bardzo ładnych), które pracownicy codziennie wszędzie rozpylają. Rozglądam się szybko, ale nigdzie nie widać tego chłopaka.

Opanowuję drżenie rąk i przybieram na twarz wyćwiczony, pewny wyraz twarzy. Nonszalanckim krokiem podchodzę do wieszaków ze spodniami.

I choć moje myśli krzyczą z przerażenia, ignoruję je. Teraz jestem niepokonanym Harrym Stylesem, który dostaje zawsze to, czego chce.

Chwytam pierwszą lepszą parę jeansów i wolnym krokiem okrążam cały sklep. Nigdzie go nie ma, cholera. Z westchnieniem kieruję się do przymierzalni, bo dziewczyna stojąca przy kasie zaczyna mnie obserwować.

Zbliżam się do małego kontuaru, w ostatniej chwili unosząc wzrok ze swoich butów, a moje oczy napotykają niebieskie oczy tego chłopaka.

Jego idealne usta rozciągają się w uśmiechu, który nie wygląda na wymuszony, kiedy pyta melodyjnym głosem. – Tylko te spodnie?

(Wiedziałem, że jego głos taki będzie. Punkt dla mnie!)

Kiwam lekko głową, dalej przybierając pozę typu mów-ale-mnie-to-nie-obchodzi. Przynajmniej się staram, bo sam głos tego chłopaka topi moje serce, sprawia, że ręce się trzęsą i zapominam, że muszę się kontrolować.

Chłopak uśmiecha się szerzej. – Czy mogę pana prosić, żeby przyłożył torbę do czytnika?

I cholera, jestem pewien, że zachichotał przy słowie „torba”. Zachichotał, kurwa.

Przykładam torbę do dziwnego urządzenia na ścianie, a chłopak ciągle wnikliwie mnie obserwuje. Może on… Ale lepiej nie wyobrażać sobie zbyt wiele.

– Proszę za mną. – Idziemy razem do pierwszej przymierzalni. Szatyn trzyma w ręku pisak. – Jestem Louis, pracuję tutaj, więc jeśli coś nie będzie się zgadzało z rozmiarem albo kolorem, proszę śmiało mówić. Na pewno coś poradzimy. – Uśmiecha się i mruga do mnie. Niech on przestanie być taki pociągający. – Pana imię?

– Harry – odzywam się po raz pierwszy. I mogę przysiąc, że drgnął, kiedy mu odpowiedziałem. Albo może mi się przewidziało?

– Pan Harry – mówi po cichu Louis, zapisując moje imię na lusterku. Pod spodem umieszcza jedynkę i swój podpis. – Proszę mówić, jeśli coś będzie potrzebne.

Wchodzę do przymierzalni, zaciągając zasłonkę. Z westchnieniem opadam na stołek w rogu, twarz kryjąc w rękach. Louis sprawia, że jestem delikatny i słaby.

Gdzie podział się Harry, którego teraz potrzebuję?

***

“Silent Chemistry” wita mnie tym samym zapachem, co zawsze, gdy wchodzę do sklepu, zaczynając moją zmianę. Jak zwykle spóźniam się kilka minut i wbiegam, udając zdenerwowanie. Tak naprawdę traktuję to jak poranny jogging, na który nie mogę sobie pozwolić w dni robocze.

– Spóźnienie, panie Tomlinson - uśmiecha się do mnie Eleanor, wychylając się zza skórzanych kurtek z nowej kolekcji, którą właśnie wprowadzamy do sklepu.

– To już się nigdy więcej nie powtórzy. Och, co ja mówię? Oczywiście, że się powtórzy! – Podchodzę do niej i obejmując ją ramieniem, całuję w policzek. – Co dzisiaj mamy?

– Zwykły dzień i niezwykle wielkie uzupełnianie kolekcji. Wpisuję do systemu, Josh roznosi – wskazuje na niskiego szatyna, który trzyma stertę koszulek i uśmiecha się do nas – a ty stoisz przy przymierzalniach. – Wyciąga do mnie dłoń, jakby chciała przypieczętować tak naszą umowę.

– Mamy deal.

– Co z Zaynem? – Po prostu zmienia temat, wpatrując się we mnie z bezczelnym uśmiechem. Rumienię się na wspomnienie wyższego Mulata o kruczoczarnych włosach i czekoladowych tęczówkach (tęczówkach w kolorze cholernej mlecznej czekolady z wedla).

– A więc gdzie jest nasz Louis Cudowny Tomlinson, do którego stóp klękają wszyscy mężczyźni w tym mieście?

– Zabrzmiało to trochę zbyt protekcjonalnie. – Posyłam jej zdegustowane spojrzenie. – Cóż, bóg Louis nadal tu stoi, tylko jest odrobinę onieśmielony anielskimi ustami Zayna Malika, których zapewne posmakuje, kiedy spotkają się na randce w kawiarni właśnie w tę sobotę.

Eleanor aż piszczy i podskakuje z radości na moje słowa.

– Do walki, dziki kocie! – I chociaż brzmi tak jak zazwyczaj, wyobrażam sobie jak krzyczy to przed meczem Wild Cats w High School Musical i wskakuje w ramiona filmowego Troya, granego przez Zaca Efrona, a w tle zaczynają grać jakąś melodię. Kibice z trybun po prostu wstają i spontanicznie zaczynają tańczyć cholernie skomplikowaną choreografią, zawierającą zsynchronizowane ruchy, które w żadnym wypadku nie były ustalone. Dochodzę do wniosku, że to miły obrazek, szczególnie, że Zac jest bez koszulki. A tak naprawdę stoi tam Zayn, i to całkiem nagi i wcale nie trzyma Eleanor, ale powoli idzie w moim kierunku, uśmiechając się do mnie i to właśnie sprawia, że ten poniedziałek staje się lepszy, niż się na to zapowiadało.

– Halo, Tommo! – Eleanor macha mi przed twarzą otwartą dłonią. Potrząsam głową i z pięknego snu wracam do szarej rzeczywistości. – Odbiór!

– Odbiór, odbiór. – Uśmiecham się delikatnie i zupełnie niewinnie, a dziewczyna kręci głową z dezaprobatą. – Słucham, najwspanialsza?

– Mówiłam, żebyś ruszył ten swój seksowny tyłeczek do pracy. – Omija wieszak, za którym dotychczas stała i popycha mnie w stronę przymierzalni. – Do roboty, kochasiu!

– Już, już!

Ruszam do kontuaru, a stamtąd obserwuję klientów.

Wysoka kobieta o długich, kasztanowych włosach przygląda się bordowej sukni. Jej partner zainteresowany jest swoim telefonem, nie poświęcając jej żadnej uwagi.


Dwie, trochę zbyt rozchichotane nastolatki obchodzą sklep, komentując dosłownie wszystko. Ich śmiech i pojedyncze piski roznoszą się po całym pomieszczeniu.


Właściwie ludzie tylko do nas wchodzą, rzucają okiem, a później szepcą coś do siebie nawzajem i wychodzą. No tak, oczywiście nie licząc jednej osoby.


Chłopak od kilku minut krąży pod sklepem. Czasem siada na ławce, popija kawę, oddala się na kilka metrów, by potem znów wrócić i posłać kilka spojrzeń w naszym kierunku.

Zastanawia mnie, jak miękkie muszą być jego włosy – czekoladowe loki, które opadają mu na czoło, czasem przysłaniając jedno oko.

Patrzę, jak nagle zmienia się jego postawa. Po prostu wchodzi do sklepu, idąc już zdecydowanie pewniej. Chwyta parę jeansów i jeszcze przechodzi pomiędzy wieszakami, jakby czegoś szukał, a kiedy się do mnie zbliża, wpatrzony jest w swoje buty.

W ostatnim momencie podnosi na mnie wzrok. Uderza mnie, jak piękne są jego tęczówki. Dwa szmaragdy patrzą na mnie trochę zaskoczone. Uśmiecham się do niego, a potem pytam. – Tylko te spodnie?

Kiwa ot tak głową, ale nie udaje mu się ukryć zdenerwowania, co sprawia, że wydaje mi się najbardziej uroczą osobą na całej pieprzonej planecie.

– Czy mogę pana prosić, żeby przyłożył torbę do czytnika?

Chłopak odsuwa się i przykłada swoją torbę do urządzenia na ścianie. Zapewne trochę zbyt wnikliwie go obserwuję, ale – uwierzcie mi – nikt nie mógłby inaczej.

– Proszę za mną. – Kieruję go do pierwszej przymierzalni. – Jestem Louis, pracuję tutaj, więc jeśli coś nie będzie się zgadzało z rozmiarem albo kolorem, proszę śmiało mówić. Na pewno coś poradzimy. – Uśmiecham się do niego i mrugam, chociaż zapewne wyglądam w tym momencie jak naprawdę obsesyjny pedofil, który ma chrapkę na pierwszego lepszego młodego chłopca. Wyrzucam tę myśl z głowy, ponieważ tak naprawdę ten koleś plasuje się u mnie już na podium. – Pana imię?

– Harry. – I wtedy słyszę jego głos. Zachrypnięty i piękny.

– Pan Harry. – Notuję na lusterku obok przymierzalni. Pod imieniem chłopak stawiam jedynkę, oznaczając przymierzane ubrania, a na samym dole umieszczam swój podpis. – Proszę mówić, jeśli coś będzie potrzebne.

Chłopak zasuwa za sobą zasłonkę i wtedy oddycham z ulgą.


A więc to ja – Louis. W zamian za anioła zesłali mi Boga.

***

Prawdopodobnie powinienem przymierzyć wreszcie te spodnie, ale nie mam siły. Obserwuję za to nogi Louisa, kiedy wierci się przy kontuarze.

Mija pewnie kilka minut, zanim powoli podnoszę się ze stołeczka i ściągam moje własne jeansy. Już na pierwszy rzut oka widzę, że spodnie, które złapałem w biegu, są za duże i nie będą pasować. A to oznacza z kolei, że znów będę musiał porozmawiać z Louisem.

Rezygnuję z przymierzenia spodni w niemal ostatniej chwili. Po prostu powiem mu, że się rozmyśliłem.

– I jak? – Rozlega się głos zza zasłonki. Cholera, to Louis. I co teraz? Okej, Harry, dawaj, myśl. Możesz powiedzieć, że ci się nie podobają i wyjść albo… Uśmiecham się pod nosem, bo wiem co jeszcze mogę zrobić.

– No nie wiem – rzucam na tyle głośno, by Louis mnie usłyszał. – Chyba potrzebuję obiektywnej opinii. Pomożesz?

Louis odsuwa zasłonkę i gwałtownie nabiera powietrza do ust.

– Ale pan… Nie masz na sobie spodni – mamrocze, oblewając się rumieńcem.

– W tym rzecz – odpowiadam i łapię go za rękę, jednym ruchem wciągając do przymierzalni. Zaciągam szczelnie zasłonkę i obracam się, by spojrzeć na zdezorientowanego chłopaka. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że wszystko się uda i jeszcze dziś nie skończę w areszcie oskarżony o gwałt. To byłoby trochę niefortunne.

Louis dalej gapi się na mnie tymi wielkimi niebieskimi oczami, kiedy powoli do niego pochodzę, lekko kręcąc na boki biodrami. – Czy jest coś, w czym mogę pomóc? – pyta drżącym głosem.

Jestem już tak blisko, że na pewno czuje mój oddech koło swojego ucha. Dostrzegam, jak gorączkowo maca rękami ścianę, zupełnie tak, jakby chciał się czegoś złapać. Opieram swoje dłonie po obu stronach jego głowy i szepcę. – Jest taka sprawa, Louis. Chciałbym wiedzieć ile kosztuje miłość.

Louis otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Po prostu na mnie patrzy, jakby nie rozumiał, ale wiem, że tak nie jest. Ta mała cholera rozumie aż za dobrze i teraz tylko próbuje doprowadzić mnie na skraj samym spojrzeniem.

Pochylam się, zaczynając ssać malinkę na opalonej skórze jego szyi. Louis jęczy cicho i przenosi ręce ze ściany na moje plecy, przyciągając mnie bliżej. Nasze miednice się dotykają i wow, czuję jak bardzo jest już twardy, a ja nawet porządnie nie zacząłem. Eksperymentalnie wypycham biodra w przód, powodując tarcie, a chłopak niemal więdnie. Tak, zdecydowanie będzie ciekawie.

Przenoszę usta na jego policzek, składając tam delikatny pocałunek i już mam ucałować drugi, kiedy Louis mnie odpycha i ściąga przez głowę moją koszulkę. Odrzuca ją gdzieś w przód i jestem niemal pewien, że wylądowała za przymierzalnią. Może nawet na środku sklepu. Wzruszam ramionami i najpierw pozbywam się jego jeansowej kurtki (którą nie wiadomo po co nosi – hipster się znalazł), a zaraz potem czarnej koszulki. Pochylam się i składam pocałunki na całej jego brodzie, później szyi, pokrytej tatuażami klatce piersiowej i idealnie zarysowanym sześciopaku. Klęczę teraz na kolanach, ssąc malinkę na kości biodrowej Louisa i delikatnie pocierając jego biodra przez materiał czarnych, opinających jeansów.

– Mogę? – rzucam mu spojrzenie spod rzęs, bawiąc się paskiem jego spodni. Louis na chwilę wstrzymuje oddech i lekko kiwa głową.

Odpinam szybko pasek i guzik, mocno ciągnąc spodnie w dół. Już mam ostatecznie zdjąć je z nóg szatyna, gdy pojawia się jeden problem.

Białe vansy Louisa.

Wzdycham, a chłopak podąża za moim spojrzeniem i rumieni się gwałtownie. – Poczekaj, zaraz je zdejmę, poczekaj…

I już się pochyla, by rozwiązać sznurowadła, ale go powstrzymuję. Rozwiązuję oba vansy, starając się wyglądać tak seksownie, jak tylko można, gdy zdejmuje się komuś buty i unoszę najpierw jedną, a potem drugą stopę, by móc zdjąć obuwie. I wtedy moim oczom ukazują się… skarpetki w hamburgery. Louis chyba nie przewidywał, że będzie się dziś z kimś pieprzył.

Unoszę na niego wzrok – jeśli istnieje jakaś miara stopnia zawstydzenia, to Louis przekroczył górną granicę już dawno temu. Jego policzki płoną i uparcie odwraca wzrok.

Łapię jego małą rączkę w moją dłoń i kciukiem gładzę jej wierzch. Mam nadzieję, że Louis rozumie o co chodzi – nie ma przecież w świecie nic słodszego niż skarpetki w hamburgery. Zdejmuję je także i teraz już nic nie przeszkadza w ostatecznym ściągnięciu spodni z nóg Louisa.

Wykorzystuję to, że Louis patrzy gdzieś na ścianę i ściskam jego nabrzmiałego penisa przez materiał bokserek. Chłopak wzdryga się na tak mało subtelny kontakt i przenosi na mnie wzrok. Unoszę w górę brwi, bawiąc się gumką od jego bokserek, niemo pytając o pozwolenie. Kiwa lekko głową, a ja zamaszystym ruchem ściągam je aż do kostek. Gruby, długi i nabrzmiały penis staje dumnie naprzeciw jego umięśnionego brzucha, a ja przypatruję się przez chwilę, oniemiały. Trafiłem na pieprzony ideał chłopaka.

Odrzucam bokserki Louisa gdzieś w kąt i liżę jego penisa od podstawy aż po samą główkę. Chłopak sapie lekko, kiedy biorę go do ust. Poruszam się boleśnie powoli, wirując językiem na czubku, liżąc szczelinę i przygryzając gdzieniegdzie zębami. Louis jęczy tak głośno, że pewnie słyszy go cały sklep, ale żaden z nas się tym nie przejmuje.

Czuję, jak penis Louisa drga mocniej w moich ustach i przygotowuję się na to, że zaraz dojdzie, ale wtedy chłopak zdecydowanie mnie odpycha. Upadam na tyłek, patrząc na niego zdezorientowany.

– Nie chcę dojść w ten sposób. – Wzrusza ramionami. – Wstań i odwróć się.

Wykonuję szybko jego polecenie. Louis kreśli kółeczka na moich biodrach, całuje plecy i głaszcze moje ramiona. Ściąga powoli moje bokserki, a ja pomagam mu się ich do końca pozbyć. Obejmuje mnie od tyłu, przyciskając swojego twardego penisa do moich pośladków. Chyba już wiem, kto będzie na górze. I nie mam nic przeciwko.

– Masz lubrykant? – mruczy mi do ucha, przygryzając jego płatek. Uśmiecham się delikatnie.

– Noszę zawsze przy sobie – odpowiadam, a chłopak się zatrzymuje i patrzy na mnie zdezorientowany. Wybucham stłumionym śmiechem. – Oczywiście, że nie mam! Za kogo ty mnie uważasz?

Louis także się śmieje i brzmi przy tym jak milion małych dzwoneczków.

– No cóż – szepce, przystawiając mi do ust trzy palce. Zasysam je mocno, dokładnie pokrywając je całe śliną. – Poradzimy sobie bez niego.

Zabiera palce i po chwili czuję, jak jeden z nich naciska na moje wejście. Staram się rozluźnić, bo czekałem tak długo, by choć zbliżyć się do Louisa, a teraz jestem tutaj. Nic mi tego nie popsuje.

Louis wsuwa we mnie jeden palec i porusza nim na próbę. Jęczę cicho, tak bardzo chcąc dać mu znak, że jest świetny. Ale wiem, że nie wyduszę z siebie ani słowa. Czuję, jak Louis dodaje drugi palec, krzyżując je i poruszając coraz szybciej. Krzyczę cicho, gdy trafia w moją prostatę.

– Już, Louis – jęczę, wypychając biodra do tyłu. – Wejdź już we mnie.

– Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś nosicielem? – pyta Louis, unosząc jedną brew do góry. Cóż, wiem, że nie jestem, ale ryzyko zawsze istnieje, prawda? Wzruszam ramionami, a chłopak dodaje trzeci palec. Jezusie Chrystusie. – Masz może gumki?

Rumienię się wściekle i wskazuję głową na torbę. – Są… uch… są tam. Jest też… kurwa…

– Co? – śmieje się Louis, a palcami po raz kolejny trafia w moją prostatę. – Masz kurwę i prezerwatywy w torbie?

– Nie – sapię. – Mam tam tylko… gumki… i butelkę wody… Och… Może się przydać.

– Przezorny zawsze ubezpieczony, co? – pyta Louis i wyjmuje ze mnie palce. Rumienię się i odwracam wzrok. Niesamowite, jak szybko nasz role się odwróciły.

Louis siada na stołku w kącie i przyciąga do siebie torbę. Gmera w niej trochę, by po chwili wyciągnąć butelkę wody mineralnej i paczkę prezerwatyw. Rozrywa małe opakowanie i zakłada gumkę na swojego sterczącego penisa. Patrzę zniecierpliwiony, kiedy powoli wylewa na niego jeszcze trochę wody. Zakręca butelkę i uśmiecha się do mnie. – Chodź tutaj, Harry.

Podchodzę bliżej, naprawdę podniecony, ale też niepewny. Właśnie będę uprawiał seks z nieznajomym w miejscu publicznym. To w jakiś sposób ekscytujące.

– Chcę żebyś mnie ujeżdżał, Harry – szepce nisko Louis i ciągnie mnie za rękę. Chcąc czy nie, siadam na jego biodrach, a nasze penisy się dotykają. – Unieś się troszkę, właśnie tak – instruuje, a ja spełniam jego polecenia. Teraz jego twardy kutas znajduje się między moimi pośladkami. – Opuść się, Harry. Tylko powoli. – Opadam niespiesznie, by za chwilę znów siedzieć na jego biodrach.

Czuję w sobie całą jego długość. Oddycham głęboko, starając się przyzwyczaić do jego rozmiarów i na próbę unoszę się lekko. Przyjemność jest niesamowita, nawet jeśli czuję troszkę bólu.

– Porusz się znowu, Harry – szepce Louis. Jego policzki są rumiane, włosy lepią się do czoła, a oczy błyszczą i wygląda teraz piękniej niż kiedykolwiek wcześniej. – Proszę.

Spełniam jego prośbę, znowu unosząc się do góry i szybko opadając na jego biodra. Louis krzyczy cicho i przyciąga mnie bliżej, chowając twarz w mojej szyi. Zaczynam powtarzać ten sam ruch, dając się ponieść obezwładniającej przyjemności.

To nie jest moja wymarzona, romantyczna sceneria z płatkami róż i świecami zapachowymi. Jest niewygodnie i rozciąganie trochę boli. Ale z drugiej strony jest Louis, ucieleśnienie moich marzeń. Dzięki niemu jest wspaniale.

Przyspieszam swoje ruchy na jego penisie, bo czuję, że długo już nie wytrzymam. Zaciskam się na nim kilka razy i czując, jak jego kutas drga głęboko we mnie, pozwalam sobie na spełnienie. Tryskam spermą między nasze złączone ciała dokładnie w momencie, kiedy Louis dochodzi gdzieś w moim wnętrzu.

Ujeżdżam jeszcze chwilę swój orgazm i po chwili przestaję się poruszać. Trwamy jeszcze tak jakiś czas, zupełnie nieruchomi, po prostu uspakajając swoje oddechy. Kiedy uczucie posiadania Louisa dalej we mnie robi się nieprzyjemne, unoszę biodra i penis chłopaka opuszcza moje wnętrze. Czuję się tak beznadziejnie pusty, że przez chwilę myślę, że może lepszym byłoby, gdyby Louis we mnie został, bez względu na ból.

– Chyba powinniśmy się ubrać – mamrocze Louis niewyraźnie, a jego policzki są dalej zarumienione.

Kiwam głową i wstaję z jego bioder. Jest tak niezręcznie. – Em, tak, chyba tak.

Ubieramy się w ciszy. Louis ma już na sobie wszystko (łącznie z głupią jeansową kurtką, w której wygląda nieprzyzwoicie dobrze), a ja ciągle nie mogę znaleźć mojej koszulki. Nagle doznaję olśnienia.

– Wyrzuciłeś ją gdzieś poza przymierzalnię – chichoczę, a Louis wywraca oczami. – Więc ty po nią idziesz, kochasiu.

Louis wzdycha i składa całusa na moim policzku. Drżę, bo musiał stanąć na palcach, by to zrobić i kurczę, to było całkowicie i niezaprzeczalnie urocze. – Tak jest, kapitanie!

Uchylam zasłonkę i obserwuję, jak rozgląda się po sklepie.

***

Nie wiem, co o tym sądzić.

Seks z Harrym, Harry, to wszystko – to niesamowite, prawda. Ale jak to wpływa na nasze relacje, jeśli takowe dla niego istnieją? Co z Zaynem? Coraz bardziej czuję, że będę raczej tego żałował.

Obchodzę cały sklep, a koszulki nigdzie nie ma. Zrezygnowany ruszam w kierunku Eleanor, która wnikliwie mi się przygląda. Już widzę, że chowa coś za plecami. Nie obędzie się bez dłuższej rozmowy.

– Widziałaś może na podłodze czarną koszulkę? – pytam cicho, a dziewczyna lustruje mnie spojrzeniem.

– O tę? – odpowiada pytaniem na pytanie, wyciągając przed siebie ubranie. Tak, właśnie tę.

– Dokładnie – mówię i wyciągam po nią dłoń. – Dzięki, Els.

Ale dziewczyna szybko cofa rękę. – Coście tam wyprawiali?

Wzdycham tylko. – Eleanor, nie mam siły teraz o tym rozmawiać. Daj mi tą pieprzoną bluzkę.

– Oczywiście, że nie masz siły – prycha dziewczyna. – Przypadkowy seks w przymierzalni rzeczywiście bywa męczący. Nie rób takiej miny, cały sklep słyszał.

Rozglądam się i dziękuję Bogu, że w sklepie są teraz tylko te dwie nastolatki. Patrzą w naszym kierunku i niezbyt subtelnie coś do siebie szepcą. Będą miały co opisywać na Twitterze czy innym gównie.

– Pogadamy później, dobra, Els? – pytam, a dziewczyna kiwa głową i podaje mi koszulkę Harry’ego. Już mam odejść, ale łapie mnie za rękę.

– A co z Zaynem? – pyta jeszcze, a w jej brązowych oczach błyszczy niepokój.

– Nie wiem, Els – szepcę, wyswobadzając rękę z jej uścisku. – Nie wiem.

Wracam do przymierzalni, gdzie Harry siedzi na tym stołeczku, bawiąc się telefonem. Bez słowa podaję mu koszulkę, którą za chwilę na siebie zakłada.

– Więc, Louis… – zaczyna niepewnie, ale ja już chyba wiem, co powinienem zrobić. Co oboje powinniśmy zrobić.

– Poczekaj – przerywam mu, a Harry zastyga z ręką uniesioną do góry, jakby w połowie drogi do mojego policzka i otwartymi ustami. – Chciałbym cię gdzieś zaprosić, Harry.

Brunet gwałtownie wciąga powietrze. – To znaczy… na randkę?

– To znaczy na randkę. – Uśmiecham się i całuję go w policzek. Harry niepewnie przyciąga mnie do uścisku, więc przysuwam się bliżej, zarzucając mu ramiona na szyję. – Chciałbym cię poznać, no wiesz, nie tylko… tak.

– Ale nie zaprzeczysz temu, że seks ze mną jest świetny – mamrocze w moje włosy, a ja wybucham śmiechem.

– Nie zaprzeczę, Harry.

******

Zawsze śmieszył mnie fakt, że jedno zdarzenie potrafi przewrócić nasze całe życie do góry nogami. Tak naprawdę wydawało mi się to marnym żartym, który ludzie bezpodstawnie biorą na poważnie. Cóż, najwidoczniej się myliłem, bo właśnie w tym momencie denerwuję się w kawiarni, czekając na chłopaka, który wydaje mi się być moim zauroczeniem po zaledwie 15 minutach znajomości, jeśli można tak nazwać seks w przymierzalni.

Dochodzę więc do wniosku, że niekiedy trzeba znaleźć kogoś, z kim chciałbyś się zestarzeć, a nie tylko tego, który będzie dobrą rozrywką, w twoim jakże nudnym życiu.

To, że myślę o czymś takim, wydaje mi się jeszcze bardziej absurdalne. Ja, Louis Tomlinson, który faktycznie mógłbym mieć każdego, będę się teraz starać o kompletne zawładnięcie sercem kurewsko wspaniałego chłopaka o czekoladowych lokach, bladej skórze, zielonych oczach i wspaniałych nogach. A jego imię to po prostu Harry.

I widzę go, jak przekracza próg kawiarni, a jego twarz od razu się rozjaśnia, kiedy mnie zauważa. Nagle staje mniej więcej na środku pomieszczenia, udając zdumienie, wskazuje na mnie palcem i mówi trochę zbyt głośno. –Przepraszam, czy ja jestem w cukierni, bo widzę niezłe ciasteczko…

Niektórzy spoglądają na niego ze zdziwieniem. Nie potrafię pohamować śmiechu, a tym bardziej rumieńców, wkradających się na moje policzki.

– Nie chciałem cię zawstydzić. Po prostu zastanawiam się, co taka piękna dama robi tutaj sama? – Harry unosi jedną brew do góry, a potem pochyla się nade mną i całuje mnie w policzek.


– Tak się składa, że ta dama na ciebie czeka. – Sprawdzam godzinę na telefonie. – 10 minut spóźnienia, Haroldzie.

Czy nie brzmię jak Eleanor?

Chłopak opada na krzesło naprzeciwko mnie. – Wspominałem już, że jesteś taki wspaniały, że mógłbym pić twoją wodę po kąpieli?

– Jesteś pijany? – pytam trochę zdezorientowany. – Czy po prostu nie znałem cię takiego? Skąd bierzesz te teksty? Z gadkinapodryw.pl? – śmieję się, ale gdy widzę, jak jego policzki oblewają się rumieńcem, przestaję i patrzę na niego zaskoczony.

– Skąd wiedziałeś?

– Też zaglądam. – Uśmiecham się do Harry’ego, a on po prostu wybucha śmiechem – szczerym, dźwięcznym i trochę ochrypłym. I niezaprzeczalnie ten dźwięk staje się moim ulubionym.

– Co robisz w wolnym czasie, oprócz wyglądania tak dobrze? – pyta.

– Och, w wolnym czasie, tak? – Harry kiwa głową. – Zazwyczaj gram w piłkę nożną .

Kąciki jego ust znowu się unoszą, chociaż właściwie jeszcze nie zdążyły opaść.

– Niespełnione marzenie dużego chłopca, co?

– Można tak powiedzieć – przytakuję na jego słowa. Byłem w dobrej drużynie jakoś w szkole średniej, niestety nie wyszło. Właściwie jaki chłopak nie chciał być kiedyś piłkarzem? Nawet miałem jakieś szanse. – A twoje niedoczekanie?

– Noga mnie nie kręciła, to tylko latanie za piłką i wylewanie bezsensownie potu.

– Słucham? – pytam oburzony. – A jak ktoś ma talent do tego latania za piłką? Jak ja na przykład?

– Przepraszam, nie chciałem cię urazić, cukiereczku. – Puszcza do mnie oczko i przysięgam, że wtedy nie da się mu nie wybaczyć.

– Ze względu na to, że nadal wyczuwam w twoim głosie kpinę, podziel się ze mną twoim talentem, Harry.

Chłopak przysuwa się do mnie i schyla nad stołem, tak, że dzieli nas ledwie kilka centymetrów.

– Domyślam się, że wiesz już, że jestem znakomity, jeśli chodzi o seks, więc pewnie oczekujesz czegoś bardziej ukrytego – przewracam oczami na jego słowa. – Więc kiedy ty rozwijałeś swój talent, goniąc za piłką, ja kręciłem piruety i robiłem wspaniałe puenty.


– Balet, poważnie? – Nie mogę pohamować śmiechu. Co za ciota. – Męsko w chuj.

– Pokażę ci kiedyś. Nie musisz nawet pytać. Wiem, że chcesz zobaczyć mnie w akcji. Jestem pewny, że nigdy nie widziałeś tak wyszkolonej baletnicy.

– Z pewnością. Szczególnie, że widziałem tylko moje siostry, chodzące na lekcje od jakiegoś miesiąca. No chyba, że zaliczasz też bliźniaczki tego narzeczonego Helen z „Aparatki”. One były świetne. Nie wiem czy je pobijesz, kochanie.


Już ma coś odpowiedzieć, gdy do stolika zbliża się kelner – niski i lekko otyły. Stawia przed nami dwie puste szklanki i butelkę wody mineralnej. Już ma odejść, gdy Harry wykonuje zamaszysty ruch ręką. – Wow wow wow, nie tak szybko, koleżko!

Zdziwiony mężczyzna unosi do góry jedną brew, uśmiechając się kpiąco. – Jestem Zac. – Z dumą wskazuje na swoją plakietkę.

– Okej, cokolwiek – rzuca Harry. – To ty zamawiałeś? Bo nie zwykłem pijać wody o tej godzinie.

– Naprawdę? – Unoszę brwi w udawanym zdumieniu. – Dzia za info.

– Wiele jeszcze o mnie nie wiesz, koniku polny – uśmiecha się chłopak, a Zac znów próbuje odejść. – Hej, nie skończyliśmy jeszcze!

– Czyżby? – pyta Zac. – Ja miałem tylko przynieść tutaj tę wodę.

– Ale żaden z nas jej nie zamawiał! – Zac wzrusza ramionami, jakby mu to wisiało (Ja pitole – autorki). – Może mam jeszcze za nią zapłacić? – Uderzam w stół otwartą dłonią. Harry chichocze cicho.

– Na to wygląda, kolego. – Zac dalej utrzymuje niewzruszony wyraz twarzy. – Wodę kazał wam przynieść tamten dżentelmen. – Wskazuje na mężczyznę, który czyta gazetę przy innym stoliku.

Kieruję wzrok w tamtym kierunku, by dostrzec nikogo innego, jak właśnie Zayna! Nasze spojrzenia się krzyżują i wtedy Mulat składa gazetę na pół. Unosi dłoń i macha do mnie wesoło. – Cześć, kochanie! – wykrzykuje radośnie, tak głośno, że słyszy go cała kawiarnia.

– Okej, to już nie moja sprawa – mówi znudzony Zac. – Ulatniam się.

– No to pa – odpowiada mu Harry, chuj wie po co.

Tymczasem Zayn dosiada się do naszego stolika. Jego kolana dotykają moich. Uśmiecha się do mnie radośnie i trochę szaleńczo. – Czy jesteś z Alaski? Bo tam są takie laski.

Wzdycham ciężko. – Właściwie jestem z Doncaster. – Harry zaczyna się śmiać jak opętany, a Zayn mu wtóruje. Co za absurd. – Idę zapłacić za wodę.

Podchodzę do kasy, przeszukując kieszenie w poszukiwaniu drobniaków, a do moich uszu dochodzi rozmowa między Zaynem i baletnicą. – Gadkinapodryw.pl? – pyta ta ciota.

– Dokładnie! – ekscytuje się Zayn. – A ty to kto tak w ogóle?

– Darzę sympatią pewnego piłkarzyka. – Obracam się, słysząc te słowa i widzę, jak Harry wskazuje na mnie głową. Rumienię się i z powrotem skupiam na ekspedientce.

Tymczasem Harry kontynuuje. – A ty co tu robisz, mah friend?

– Codzienna prasa, stary – odpowiada Zayn ze szczerym uśmiechem. – No i zamawiam wodę dla mojego chłopaka.

Upsik, kłopoty. Uciekam? Jeszcze nie. Wtedy znowu odzywa się Harry. – Woah! To chyba nie jest twój chłopak. On przyszedł tu ze mną!

Drżącymi rękami odbieram rachunek i wracam do stolika. – Spokojnie, panowie. – Zajmuję swoje miejsce. Harry i Zayn mierzą się wściekłymi spojrzeniami. – Jestem tu z Harrym, Zayn, możesz już nas opuścić?

W oczach Zayna płonie furia. Gwałtownie wstaje z krzesła i wywraca nasz stolik. W pomieszczeniu milkną wszystkie rozmowy, słychać tylko dźwięk tłuczonego szkła i krzyki przerażonych kobiet. Zayn ma już coś powiedzieć, kiedy zwracam się do Harry’ego, który znowu chichocze.

– To co? – Unoszę brwi. – Spierdalamy?

Harry uśmiecha się szeroko i łapie moją dłoń. – Spierdalamy.

Wybiegamy z kawiarni żegnani szaleńczym okrzykiem Zayna. – Gdzie tak kopytkujecie, piękne gazele?!

***

Biegniemy tak długo, aż znikamy z pola widzenia Zayna. Wtedy Harry niespodziewanie się zatrzymuje i upada, ciągnąc mnie za sobą na jakąś trawę. Opadam na plecy, a Harry na mnie i toczymy się po podłożu jeszcze chwilę. Harry ciągle śmieje się głośno i ja też się śmieję. Zatrzymujemy się – chłopak siedzi okrakiem na moich biodrach, a dłonie opiera po obu stronach mojej głowy. Wow, czy to deja vu?

Patrzy na mnie przez chwilę zamglonymi szmaragdowymi tęczówkami, marszcząc brwi. Unosi jedną dłoń i układa ją na moim policzku. – Jesteś taki piękny – szepce niskim głosem i się pochyla. Zamykam oczy, czekając na pocałunek.

Jego usta dotykają moich najpierw delikatnie, by za chwilę niemal wcisnąć mnie w podłogę. Ręka Harry’ego znika z mojego policzka i przesuwa się delikatnie od mojego ramienia aż po końce palców. Gładzi delikatnie moją dłoń i wreszcie mocno ją łapie. Odsuwa się na parę milimetrów, więc kiedy otwieram oczy, jedynym co widzę jest zieleń jego tęczówek. Wpatruję się tylko w nie i nie muszę widzieć jego ust, by wiedzieć, że się uśmiecha. Jego oczy wyrażają wszystko.

Pochyla się jeszcze raz i składa krótki całus na moich ustach. Mruczę, niby niezadowolony, kiedy się odsuwa. – Jeszcze – mamroczę, a Harry uśmiecha się szeroko.

– Cokolwiek tylko sobie zażyczysz, piłkarzyku – mówi i za chwilę cicho chichocze. Unoszę brwi, nie wiedząc o co chodzi. – Coś ci chyba spuchło w rajtuzach, kochasiu.

Sięgam dłonią do mojego krocza i nie czuję rajtuz, a tym bardziej erekcji. – Ale ja założyłem spodnie – mruczę.

– Wiesz co, zapomnij.

– Skoro tak, to nie powiem ci czemu Fanta żółta jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz