środa, 1 stycznia 2014

4.01.2013, Londyn

Harry skulił się na łóżku, cicho płacząc. On znów to zrobił. Znów dał mu nadzieję, znów go przeleciał, znów go zostawił. Chłopak skulił się mocniej w kłębek, naciągając na siebie koc. Czuł przeraźliwy ból kręgosłupa i dolnej części pleców, nie był w stanie się poruszyć, a na nadgarstkach tworzyły się kolejne, ciemne ślady, oznaczające nowe siniaki. Ciszę w bladoniebieskim pokoju zakłócił głośny szloch i po chwili, młody mężczyzna zerwał się z łóżka, rzucając okrycie na ziemię. Pozbierał swoje ubrania, wsunął na chude nogi bokserki i wciągnął przez głowę szarą koszulkę. Rozejrzał się za spodniami, które migiem założył na siebie, wsuwając na stopy trampki. Wyszedł na hall i rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie było. Może to i lepiej? Naciągając rękawy szarej koszulki na dłonie ruszył w dół schodów. Każdy krok sprawiał mu przeraźliwy ból, jednak chciał się wydostać. Musiał się wydostać. Unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego wyszedł na chłodną, londyńską ulicę i zadrżał od podmuchu zimnego wiatru. Potarł dłońmi ramiona, ruszając wzdłuż jednej z tych mnie uczęszczanych alei, aby dostać się do własnego mieszkania. Związek z Louisem był toksyczny. Był tak toksyczny, jak mało który w jego życiu. Zastanawiał się chwilę, co takiego złego zrobił w swoim poprzednim wcieleniu, że teraz nie mógł być szczęśliwy. Deszcz, który padał przez cały dzień zostawił na noc tylko niezliczoną ilość kałuż. Nieopatrznie wszedł w jedną, przez co jego cienki trampek nasiąkł brudną, zimną wodą.

- Cholera.

Przeklął pod nosem, przez co jedna staruszka wracająca z wieczornego spaceru ze swoim o wiele za grubym jamnikiem zganiła go spojrzeniem.

- Przepraszam.

Szepnął i przeniósł spojrzenie na swoje nogi, czując się jak śmieć. Jesteś śmieciem, Styles. Wypomniał sobie, przez co poczuł na policzkach świeże, gorące łzy. Otarł je szybko wierzchem dłoni, nie chcąc mazać się w miejscu publicznym i szybko znalazł się pod wysokim, szarym blokiem. Wspiął się po schodach i otworzył drzwi, wchodząc powoli na klatkę schodową. Zaciskając w bólu zęby pokonał kolejne stopnie, wiodące na trzecie piętro i zatrzymał się przed obdrapanymi drzwiami z namalowaną u góry niestarannie 15. Przekręcił klucz w zamku i pchnął je do środka, przekraczając próg małego mieszkania. Zsunął przemoczone buty przy wejściu, zamykając przy tym drzwi i spojrzał na ocierającego się o jego nogę kota. Pociągnął nosem i schylił się, biorąc czarną kulkę na ręce i zatapiając na moment nos w jego sierści.

- Hej Luck. Tęskniłeś?

Zapytał cicho, ochrypłym głosem i wychylił się zza szafki. Przekroczył próg pomieszczenia, które robiło mu w zasadzie za wszystko i spojrzał na godzinę wyświetlaną na kuchence. Dwanaście po pierwszej. Westchnął cicho i postawił kociaka na materacu. Chwilę obserwował jak układa się do spania w jego niepościelonej kołdrze, po czym chcąc przerwać ciszę, włączył cicho telewizor.

Jego mieszkanie było małe. Nawet bardzo małe, miało tylko dwa pomieszczenia: łazienkę i salon, który służył mu jako sypialnia, kuchnia i suszarnia. Na starym, mało wygodnym materacu leżała biała kołdra i poduszka, naprzeciwko postawiony był stary telewizor, odbierający tylko kanał pierwszy, drugi i muzyczny, oraz od czasu do czasu jakiś religijny, którego Harry i tak nigdy nie oglądał. Chyba, że miał wysoką gorączkę i naprawdę nie mógł zmrużyć oka, wtedy oglądał nawet procesje.

Podszedł do czajnika i nalał do niego wody, wstawiając na gaz, po czym wrzucił z siebie śmierdzące tytoniem i stęchlizną ubrania. Odnalazł stare, podarte szare dresy i białą, nieco rozciągniętą koszulkę, które zaczęły służyć mu jako piżama. Słysząc gwizdanie czajnika, wyjął z szafki kubek i wsypał do niego herbatę w granulkach, po czym zalał wrzącą wodą. Osłodził łyżeczką cukru i zamieszał, wrzucając do zlewu łyżkę wziął kubek, kierując się do materaca. Odstawił na stolik napar, okrył się ciepłą kołdrą, po czym uchylił jej rąbek, widząc zielone tęczówki swojego pupila. Kicia od razu wślizgnęła się pod ciepłą pierzynę, wtulając w łydki właściciela i mrucząc z zadowolenia. Harry włączył kanał pierwszy i zaczął oglądać powtórkę durnego, brazylijskiego serialu. Losy Julii i Richarda oraz zdrada Estebana z Victorią ani trochę go nie interesowały, ale pozwalały mu nie spać. Nie chciał spać. Był środek nocy ale bał się zasnąć. Kiedy zamykał oczy widział Louisa i to tak bardzo bolało… Chciał go nienawidzić. Tak bardzo chciał nienawidzić Louisa i nie mógł. Codziennie rano stawał przed lustrem, jednak z jego gardła nie potrafiły wypłynąć te trzy słowa „Nienawidzę Louisa Tomlinsona”. Prawda była taka, że kochał go nad życie.

2.

15.01.2013, Londyn

Głośne pukanie do drzwi wyrwało dziewiętnastolatka ze snu. Chciał olać nieproszonego gościa, zostać pod ciepłą kołdrą i znów spokojnie zasnąć. W śnie nie bolało. Nie aż tak bardzo. Niestety, osobnik po drugiej stronie drzwi najwyraźniej nie chciał zrezygnować, waląc w drewnianą teksturę jeszcze mocniej. Styles warcząc cicho pod nosem podniósł się z materaca, odrzucając pierzynę na bok, co spotkało się z prychnięciem niezadowolenia Luck’ego. Harry obrzucił go jedynie spojrzeniem, nim pukanie znów się powtórzyło.

- No już idę!
Krzyknął zachrypniętym głosem i ruszył na boso by otworzyć drzwi. Za nimi stał niski blondyn, ściskający w dłoni uchwyt foliowej siatki. Grzywka stała do góry potargana od wiatru, a na jasne policzki wstąpiły rumieńce.

- No wreszcie, ile można się dobijać.

Mruknął, przeciskając się obok wcale nie zdziwionego Harry’ego. Wyższy chłopak zamknął drzwi i spojrzał na rozpakowującego zakupy kolegę. Ten na moment odwrócił się od apetycznie pachnących, maślanych bułeczek i spojrzał uważnie na loczka.

- Nie było cię wczoraj u Liama.

Zauważył. Harry nerwowo naciągnął rękawy na nadgarstki i pokiwał głową. Ciemne loczki zawirowały wokół jego głowy, nieco przysłaniając mu widok. Wysunął szczękę i dmuchnął w kosmyki włosów, by móc spojrzeć na przyjaciela.

- Byłem… z Louisem.

Wyszeptał w końcu, opadając na materac obok i spoglądając na niego niepewnie. Niall westchnął, powracając do smarowania czekoladą pieczywa i po chwili podał mu talerzyk oraz kubek świeżej herbaty z miodem i cytryną. Potargał blond kosmyki i uważnie przyjrzał się przyjacielowi, który powoli jadł śniadanie.

- Harry…

Szepnął po chwili, kucając przed wyższym chłopakiem. Ten przeniósł zielone tęczówki z czekoladowej mazi na bułce na chabrowe oczy Nialla i zagryzł wargę.

- Powinieneś się od niego odciąć, mały.

Szepnął, gładząc lekko jego policzek kciukiem. Harry mocno zagryzł wargę i odwrócił wzrok na okno. Spadł pierwszy śnieg i przez nieszczelne okno usłyszał piski radości dzieciaków. Wtedy też poczuł jak zimno jest w mieszkaniu. Odstawił talerzyk na bok i ukrył twarz w dłoniach, czując napływające do oczu łzy. Po chwili potarł twarz, rozprowadzając na niej słone kropelki i spojrzał zaczerwienionymi oczkami na przyjaciela.

- Nie umiem, Niall. Naprawdę chcę go nienawidzić. Ale trudno jest znienawidzić osobę, którą się kocha.

Wyszeptał. Blondyn westchnął cicho i objął drżące ciało chłopaka swoimi ramionami. Harry skulił się, chowając głowę w jego ciele i zamykając na moment oczy. Nie chciał się rozklejać, ale to wszystko go przerastało. Od roku był zabawką Louisa. Tylko dlatego, że Harry go kochał. Louis kochał uwagę, a kiedy Styles postawił go w centrum swojej uwagi, nie mógł tego nie wykorzystać. Niall miał szczerą ochotę zamordować Tomlinsona za bycie takim chujem, szczególnie że Harry był naprawdę dobrym chłopakiem. Harreh zatrząsł się w niemym szlochu, przez co Irlandczyk jedynie mocniej przytulił jego ciało do siebie, uspokajająco gładząc po pleckach.

- Ciii…

Wyszeptał, całując czubek głowy młodego mężczyzny i zacieśniając uścisk.

- On.. Znów… Znów to zrobił, Niall…

Szepnął, na co blondyn zacisnął usta w wąską linię. Ponownie ucałował jego głowę, chcąc go zapewnić, że wszystko jest już okej, że jest bezpieczny i nie dzieje mu się już krzywda. Poprzysiągł sobie również, że pewnego pięknego, słonecznego dnia, zabije Louisa Williama Tomlinsona i powiesi sobie jego głowę nad łóżkiem jako trofeum.

3.

18.01.2013, Londyn

Głośna muzyka dudniła wokół, sprawiając że stopy Harry’ego drżały od bitu jakiejś typowo klubowej piosenki. Przełknął głośno ślinę i poprawił bransoletki na ręce. Przed wyjściem znów to zrobił. Znów zamknął się w łazience i by dać upust emocjom, przemknął zimną stalą kilka razy po jedwabnej, wręcz papierowej skórze. Obserwował chwilę jak szkarłatna ciecz tworzy małe strumyki na jego ręce, po czym z satysfakcją przemknął opuszkiem palców, rozmazując jedną krople na dłoni. Słysząc jednak dzwonek oznaczający SMSa szybko opłukał dłoń i założył kilka plecionych bransoletek, aby przypadkiem nikt się nie zorientował. Założył granatową koszulę, czarne rurki i wychodząc z domu zapalił papierosa. Na chwilę pomogło, na chwilę przestał się bać. Nie trwało to jednak długo, bo gdy tylko stanął u wejścia „SixNineClub” wszystko wróciło z większą mocą. Bał się zobaczyć Louisa, a jednocześnie czuł, że nie wytrzyma jeśli tego nie zrobi teraz, zaraz. Przełknął więc glośno ślinę i potargał czekoladowe loki, próbując myśleć pozytywnie. Wiedział jednak, że kiedy tylko stanie twarzą w twarz z Louisem, ten zaciągnie go do jakiegoś podrzędnego motelu by tam po prostu zaspokoić swoje seksualne potrzeby i fantazje. O ile w ogóle będzie kłopotał się z szukaniem motelu i nie zaciągnie go po prostu do ubikacji. Wziął głębszy oddech, co było błędem, gdyż zapach potu wymieszany z dymem papierosowym zaczął go dusić. Skończył kaszleć po chwili i otarł łzy z kącików oczu, po czym zaczął przedzierać się przez tłum ocierających się o siebie ludzi, by w końcu dostać się do dużego, niezbyt czystego baru. Znalazł wolne, wysokie krzesło i spojrzał na tęgiego barmana, lejącego do szklanki drinka.

- Co dla Ciebie, dzieciaku?

Zapytał, patrząc na lokersa. Ten skrzywił się na to określenie, jednak naprawdę nie chciało mu się toczyć kolejnych dziwnych dyskusji z obcymi ludźmi na temat jego stanu lub też wieku. Przyjął do wiadomości, że gość będzie nazywał go dzieciakiem i na tym poprzestał.

- Krwawą Merry. Ale taką… mocną.

Mężczyzna zmierzył go wzrokiem, opierając dłonie na blacie, by pochylić się lekko w jego stronę.

- W takim razie dowodzik poproszę.

Styles wywrócił oczami i z kieszeni naprawdę obcisłych jeansów wyjął portfel. Wygrzebał z pomiędzy starych paragonów i jakiś wizytówek małą tekturkę, która była jego dowodem osobistym i bez wahania podsunął mężczyźnie pod nos. Ten kilka razy spojrzał na zdjęcie oraz na siedzącego przed nim Styles’a, po czym skinął głową, oddając mu dokument. Zabrał się za nalewanie drinka, a Harry w między czasie znalazł piętnaście funtów w swoim portfelu. Położył je na blacie, w zamian otrzymując szklankę mocnego trunku. Spojrzał na czerwoną ciecz w szklance i bez wahania opróżnił ją duszkiem. Alkohol podrażnił mu gardło, jednak teraz podobało mu się to, potrzebował chwili wytchnienia. Zaraz zjawi się tu Louis i każde dodatkowe promile we krwi będą wskazane.

Nagle poczuł na biodrach czyjeś dłonie, a do jego nosa dotarł zapach perfum od Gucci’ego. Tak mogła pachnieć tylko jedna osoba. Powoli odwrócił głowę, spoglądając w podchmielone, turkusowe oczy swojego oprawcy, jak i zarówno największej miłości.

- Loueh.

Szepnął cicho i wysunął dłoń, delikatnie gładząc go po policzku. Iskierki w szarych oczach chłopaka mówiły mu jednak, że dzisiaj nie miał czasu ani ochoty na czułości. Wypili razem dwa, może trzy drinki i Harry miał nadzieję, że jest dość znieczulony, by móc spędzić kolejną noc jak tania dziwka z burdelu. Tak właśnie się czuł, ale nie potrafił żyć bez tego chłopaka, nie wiedział dlaczego. Chciał mieć go w ramionach, nie wypuszczać. Czasami Louis miał dni, kiedy się nim opiekował, kiedy szepnął mu kilka miłych słów, pocałował bez powodu lub po prostu przytulił. Dla tych rzadkich chwil żył Harry.

Z zamyślenia wyrwała go dłoń chłopaka, ciągnąca go w stronę męskiej ubikacji. Zaczął krzyczeć w myślach, by wyrwać się z uścisku na nadgarstku i uciec jak najdalej, ale nie potrafił. Zamknął więc oczy, kiedy poczuł jak uderza plecami o ścianę kabiny i po prostu modlił się, by nie bolało tak bardzo. Przez pociągnięcie upadł na kolana i posłusznie otworzył usta, dławiąc się łzami, kiedy Louis bezceremonialnie wciskał mu do gardła swojego chuja. Czuł na języku słony posmak jego członka, wymieszany z własnymi łzami.

- Otwórz oczy.

Polecił mu Lou. Po chwili wahania zrobił to, co kazał mu starszy i spojrzał prosto w pożądliwe tęczówki swojego oprawcy, swoimi załzawionymi.

- Jesteś taki bezbronny… Taki delikatny…

Szepnął, gładząc go kciukiem po policzku. Przez myśl Harry’ego przemknęło, że może jednak dzisiaj się nad nim zlituje, że nie będzie brutalny, a on nie spędzi kolejnego dnia kuląc się w swoim mieszkaniu zalany łzami i błagając Boga o odrobinę litości. Siarczyste uderzenie w policzek rozwiały wątłe nadzieje, a on został podniesiony za włosy i brutalnie wręcz ciśnięty na ścianę. Harry jęknął cicho, ledwo słyszalnie, ale pozwolił mu zsunąć z siebie spodnie oraz bokserki. Zamknął oczy, starając się maksymalnie rozluźnić, kiedy długie palce Louisa zacisnęły się na chudych biodrach wysokiego bruneta, by po chwili nadziać go na swojego kutasa. Harry stłumił okrzyk bólu i uderzył pięściami w ściankę, czując jak penis Louisa rozdziera go od środka z każdym palącym, gwałtownym wejściem. Po jego bladych policzkach ciekły łzy bólu, nie tylko fizycznego, ale i psychicznego. Miał nadzieję, że Louis szybko skończy, że nie będzie pieprzył go w nieskończoność. Na jego nieszczęście, sekundy wlokły się niemiłosiernie a Lou wciąż poruszał się gwałtownie w jego wnętrzu, pieprząc go po prostu jak królik. W końcu Harry poczuł jak rozlewa się w nim gorąco i Lou wysunął się z niego ostatecznie. Opadł na kolana, spuszczając zapłakaną głowę. Nie podniósł wzroku kiedy usłyszał charakterystyczny odgłos zapinanego rozporka i jak Tomlinson otwiera drzwi kabiny.

- Louis…

Wychrypiał cicho. Kiedy wyczuł, że mężczyzna zatrzymał się, by łaskawie wysłuchać jego słowa, podniósł zapłakane spojrzenie.

- Kocham Cię.

Wyłkał cicho, nie kłopocząc się z odgarnięciem mokrych loczków z buzi. Na policzku miał czerwony ślad od uderzenia, który teraz palił niemiłosiernie i pulsował bólem. Spojrzał w chłodne oczy swojego ukochanego i w odpowiedzi na swoje wyznanie dostał tylko ironiczny uśmiech jednym kącikiem ust.

- Wiem.

Mruknął sarkastycznie najstarszy, po czym opuścił toaletę, jak gdyby nigdy nic, zostawiając załamanego i sponiewieranego chłopaka na pastwę losu.

4.

22.01.2013, Londyn

- Harreh proszę opanuj się.

Niall usilnie starał się opanować swojego przyjaciela, który od godziny płakał skulony na łóżku. Nic jednak nie przemawiało do lokatego chłopaka, był jak ściana. Drżał w szlochu i co jakiś czas głośniej załkał, chowając twarz w ramionach i kuląc się w kącie materaca, wciskając niemalże w bladoniebieską ścianę pokoju.

- Stylesy proszę…

Z drugiej strony odezwał się nieco niższy głos należący do chłopaka Nialla – Liama. Znaleźli tak chłopaka tego poranka i chłopak kategorycznie odmawiał wyjścia spod kołdry by chociażby pokazać swoją buzię, wyjaśnić co się stało. Harry przez chwilę kompletnie nie reagował, po czym w końcu wychylił się zza białej kołdry. Widok młodszego przyjaciela obojgu zmroził serca. Policzek chłopaka był rozcięty, warga spuchnięta, łuk brwiowy rozwalony a wokół spuchniętego oka utworzył się dorodny, fioletowy siniak.

- Zadowoleni?

Zapytał zniekształconym od płaczu głosem Styles i schował się ponownie pod kołdrę. Niall powoli złapał za brzeg pierzyny i pociągnął ją w dół. Harry nie oponował, pozwolił mu odsłonić się i westchnął, przymykając podbite, lewe oko.

- Maleństwo, kto Ci to zrobił?

Zapytał cicho Liam, układając dłoń na zdrowym policzku przyjaciela i opuszkami palców kreśląc uspokajające kółeczka na bladej skórze, jednocześnie ścierając z niej ostatnie słone łzy. Harry załkał tylko głośniej, znów chowając się pod kołdrą. Dla obu odpowiedź była jasna. Niall wślizgnął się pod kołdrę i objął go ramieniem, pozwalając Harry’emu wtulić się w siebie. Z drugiej strony ułożył się Liam, obejmując dwójkę ramionami i całują uspokajająco głowę młodszego.

- Spokojnie, Harreh…

Liam westchnął, gładząc ciepłą dłonią ramię przyjaciela. Starał się go uspokoić, by potem kolejny raz przekonać go, żeby zrezygnował z Louisa. Wierzył, że lepiej będzie mu bez tego zimnego chuja. Harry zatrząsł się ponownie w szlochu, zaciskając pięść na błękitnej koszulce blondyna i pokręcił głową.

- Chcę go nienawidzić…

Wyszeptał cicho, wciąż szlochając. Luck siedział na parapecie, uważnie obserwując swojego właściciela i jego przyjaciół, co jakiś czas machnąć ogonem czy zamiauczeć, by zaznaczyć swoją obecność i - jak się wydawało Harry’emu - wsparcie. Co do ostatniego jednak nie mógł być w pełni przekonany, powoli tracił zmysły. Zdrowy rozsądek poszedł się jebać już jakiś czas temu, mniej więcej z chwilą oddania swojego serca bezdusznemu sukinsynowi Louisowi Williamowi Tomlinsonowi.

5.

30.01.2012

Harry nie wiedział, dlaczego znów tam poszedł. Chyba chęć ujrzenia po raz kolejny mniejszego, ale bardziej postawnego od niego chłopaka wzięła górę nad wszystkimi postanowieniami i uwagami. Wiedział jak to się skończy. Wiedział, że będzie żałował, wyklinał to w myślach i wyleje potoki łez, ale nie potrafił się powstrzymać. To było silniejsze od niego samego, było jak obsesja. Musiał go zobaczyć, usłyszeć jego głos. Miał nadzieję, że wszystko będzie dobrze, że poczuje się chociaż na ułamek sekundy bezpiecznie. Przekroczył więc próg budynku i przecisnął pomiędzy spoconymi ciałami. Zatrzymał się na moment i rozejrzał wokół. Był tam. Stał tyłem do niego, rozmawiając z postawnym brunetem o czekoladowych oczach i włosach postawionych na żel. W jego dłoni była szklanka z Jackem Danielsem, a biodra mimowolnie kołysały w rytm jednej ze spokojnych piosenek. Harry zatrzymał się tak, by móc usłyszeć o czym mówi, chwilę ponapawać się jego głosem, który brzmiał tak inaczej niż jak w stosunku do niego samego. Od razu jednak pożałował swojej decyzji.

- W zasadzie co tu robisz, Tommo?

Głos nieznanego mu mężczyzny o śniadej cerze był zdecydowanie niższy niż ten Louisa, bardziej męski. Harry nigdy go nie widział, ale nie zwracał na niego szczególnej uwagi, zafascynowany tym, jak mięśnie pleców Lou poruszają się pod czarną, opinającą koszulką, kiedy przenosił ciężar ciała na drugą nogę i unosił szklankę do ust, mocząc ją w mocnym alkoholu. Nie mógł zobaczyć jego twarzy ale wiedział, że się uśmiecha, kiedy płyn drażni mu przełyk.

- Czekam na Harry’ego.

Powiedział po chwili milczenia niższy i zerknął na komórkę, która pokazywała godzinę dwudziestą trzecią pięćdziesiąt osiem. Schował iPhone’a ponownie do kieszeni jeansów i machnął na barmana by podał mu drugi raz to samo. Zaczekał, aż ten napełni szklankę trunkiem i zapłacił za niego, od razu upijając niewielki łyk, delektując się kolejną dawką alkoholu.

- Kogo?

Zdziwił się tamten, zamawiając sobie drinka i po chwili przenosząc spojrzenie na swojego kolegę. Nie wiedział czy się przyjaźnią, ale nie podejrzewał aby między nimi była jakaś głębsza więź. Louis spojrzał w lewo, na tłum tańczących dzieciaków, poszukując burzy czekoladowych loków, jednak żadnej takiej nie dostrzegł. Zniecierpliwiony ale też w dziwny sposób zawiedziony odwrócił głowę, by spojrzeć ponownie na swojego towarzysza i uśmiechnął sarkastycznie.

- Harry’ego. Wiesz, taki jeden dzieciak. Nic specjalnego, bez większych fajerwerków., ma głębokie gardło, ciasną dupę i jest posłuszny. Po prostu mały chłopiec do zerżnięcia, tyle że nie trzeba mu płacić, a ja od tygodnia nie jebałem. Czuję że za chwilę kurwa eksploduję, jeśli ta mała dziwka zaraz nie przyjdzie. Spodnie mi rozsadzi.

W tym momencie serce Styles’a wypadło mu z piersi i roztrzaskało o drewnianą podłogę na której właśnie stał. Do oczy napłynęły mu kaskady łez i w końcu zdobył w sobie siłę, by odwrócić się na pięcie i uciec z tego miejsca raz na zawsze. Odciąć się od tego, przestać być tylko dziwką Louisa. Kochał go. Kochał całym sercem i nienawidził całą duszą.

Wypadł z zatłoczonego klubu na mroźną ulicę i ruszył biegiem przed siebie. Łzy zamarzające na jego policzkach zamazywały mu widok, jednak nie przejmował się tym, chciał być po prostu w domu, chciał uciec, zapomnieć…Ufał, że sobie poradzi. Deszcz moczył jego koszulkę, która przylegała go jego ciała niczym druga skóra, ale nie dbał o to w tej chwili. Biegł ile miał sił w nogach, co chwilę potykając się o własne stopy aż nie dopadł małego mieszkania w zaniedbanej części miasta i nie rzucił się na swój materac, zamykając wcześniej wszystkie zamki, aby chłopacy nie zrobili mu następnego dnia nalotu. Nie potrzebował kolejnych słów przyjaciół. Wiedział, że chcieli dobrze ale cokolwiek by nie mówili i nie robili - Harry Styles był dziwką. Zakochaną dziwką, która nienawidziła Louisa Tomlinsona.

6.

01.02.2013

- Wszystkiego najlepszego, Harry.

Wyszeptał loczek, wpatrując się w dwudniową bułkę, na którą położył plaster zjadliwie wyglądającej wędliny. Powoli zatopił w niej zęby i starając się zignorować ohydny smak zjadł swoje śniadanie. Dwadzieścia cztery godziny nienawidził Louisa Tomlinsona.

Wstał po chwili z materaca i z niewielkiej szafki wyjął małe pudełko po butach. Wyjął z niego dwie fotografie przedstawiające śmiejącego się chłopaka o kasztanowych włosach, elfich uszach i turkusowym spojrzeniu. Przemknął po nich opuszkami palców i zagryzł lekko dolną wargę. Opadł ponownie na pierzynę, nieświadomie głaszcząc Lucka po głowie. W następnej kolejności wyjął starannie złożoną, białą koszulkę z czarnym konturem serca. Koszulkę Louisa, którą kiedyś w drodze litości dał mu Tomlinson po ostrym jebaniu, kiedy ta Harry’ego legła w strzępach. Zaciągnął się wciąż wyczuwalnym zapachem Lou i zapłakał cicho. Odłożył ją na bok, pociągając nosem i wyjął ostatnią rzecz z pudełka - srebrny łańcuszek z wisiorkiem statku, który kiedyś spadł Louisowi. Harry znalazł go już po wyjściu starszego mężczyzny i postanowił go sobie zostawić.

Zapiął na szyi wisiorek, a przez głowę wciągnął odrobinę za małą koszulkę. Spojrzał za okno, gdzie śnieg prószył, tworząc niemalże magiczną aurę. Harry pewnie uśmiechnąłby się, gdyby nie był w tak kompletnej rozsypce. Louis doprowadził go do stanu absolutnej destrukcji.

Wstał ponownie i na drżących nogach wszedł do łazienki. Z szafki przy zlewie wygrzebał tylko dwie rzeczy. Wrócił na materac, drżącą dłonią zdejmując wieczko z pomarańczowego pudełeczka. Wysypał na dłoń kilkanaście mocnych tabletek i wbił w nie wzrok. Bał się, cholernie się bał, ale był już zmęczony życiem jako zabawka Louisa. Był zmęczony budzeniem się codziennie samotnie, z bólem i łzami na policzkach. Był zmęczony byciem szmatą.

Zawahał się, jednak przyłożył dłoń do ust i odchylił głowę, wsypując okrągłe, białe pastylki do buzi i przełykając je. W drżącą dłoń chwycił żyletkę i ostrożnie obrócił w palcach, obserwując jej błyszczące końce. Kiedy tylko wyczuł pierwsze działania leków, wysunął rękę i przyłożył ostrze do nadgarstka, na którym było już kilka innych blizn. Chciał mieć pewność, że nie obudzi się więcej, że to będzie na tyle. Nie otworzy więcej oczu, nie będzie płakał, nie będzie poniżony. Wreszcie przestanie kochać.

Pociągnął dłonią, zostawiając na nadgarstku kolejne krwawe linie. Obserwował jak krew spływa po jego bladej, cienkiej skórze i kapie powoli na drewnianą podłogę. Poczuł jak robi mu się słabo, w głowie kręci i traci świadomość tego, co dzieje się wokół niego.

- Wszystkiego najle… Harry!

Ostatnie co widział, to przerażony wzrok dwójki swoich przyjaciół. Ostatnią jego myślą było to, żeby mu wybaczyli. Wybaczyli mu tak nagłe odejście, wybaczyli to, że okazał się za słaby. Zawiódł ich i samego siebie.

7.

03.02.2013

Harry nie wiedział gdzie się znajduje. Koło jego ucha coś nieznośnie pikało, a światło raziło nawet przez zamknięte powieki. Poruszył na próbę jednym palcem. Wziął głębszy wdech i… tak, wciąż żył. Cholera, uratowali go. Cholera, cholera, cholera.

- Harry?

Z drugiej strony usłyszał dobrze sobie znany głos. Wyczuł uścisk na dłoni i po chwili dotarł do niego znajomy zapach perfum od Gucciego.

- Harreh…

Znał ten głos. Nigdy jednak nie słyszał, aby był taki ciepły i troskliwy w stosunku do niego. Zacisnął powieki, jednak na marne. Na jego blade policzki wypłynęły łzy. Tomlinson podniósł się ze swojego miejsca i drugą ręką powoli otarł je z twarzy chłopaka. Harry powoli uchylił zaszkolne, przerażone i zrozpaczone oczy, spoglądając prosto w te Louisa. Nigdy nie widział ich jednak w takim wydaniu: smutnych, ale troskliwych i opiekuńczych.

- Czego… czego chcesz?

Zapytał drżącym, chrapliwym głosem Styles. Wysunął powoli dłoń z jego uścisku i odwrócił głowę, by nie ulec. Nie znów. Chciał umrzeć. Nie chciał żyć bez Louisa. Czemu więc ten tu był i wszystko mu utrudniał?! Harry zacisnął szczękę, a w pięści zmiął białą powłoczkę szpitalnej kołdry. Wtedy też zorientował się, że jest właśnie w szpitalu.

- Boże, Harry, żyjesz…

Louis wydawał się cieszyć, a Harry zapłakał cicho z tego powodu.

- A ciebie co to obchodzi? Byłem tylko Twoją dziwką. Czemu musisz rujnować mi życie? Nie chcę żyć, rozumiesz?! Nie chcę żyć z Tobą, jako twoja jebana szmata, a nie umiem żyć bez ciebie! Więc łaskawie przestać mnie męczyć i po prostu daj mi odejść, rozumiesz? Kocham Cię, tak zajebiście cię kocham a jednocześnie chcę cię kurwa nienawidzić bo nikt nigdy nie doprowadził mnie do takiej ruiny jak ty! NIKT! Więc zrób chociaż raz coś dla mojego dobra, napełnij strzykawkę jakimś silnym lekiem i wbij mi prosto w serce, bo nie chcę dłużej oddychać!

Harry był zdesperowany, w jego oczach była czysta pustka. Na prawdę nie chciał żyć i to była wina tylko i wyłącznie Louisa. Ta świadomość kompletnie go załamała, cała jego maska zimnego skurwiela runęła, pękła jak bańka mydlana w kontakcie z kaktusem. Spojrzał załzawionymi, szarymi oczami na bezbronnego chłopaka na łóżku i pokręcił głową, łapiąc jego poranione nadgarstki.

- Wiem, że cię skrzywdziłem. Nawet milion ‘przepraszam’ nie załatw tej sprawy ale… Harreh, proszę, daj mi ostatnią szansę. Nie zasługuję na nią, ale ty tak. Chcę, żebyś był ze mną szczęśliwy, mały. Chcę budzić się przy tobie, widzieć twój promienny uśmiech, robić ci śniadania i kupować rogaliki z czekoladą. Chcę odwiedzać cię w pracy, zabierać do kina i na jachty, chcę móc trzymać cię za rękę z wiedzą, że jesteś mój a ja twój. Przepraszam, kocham Cię… Za późno zrozumiałem, wiem, ale proszę…. Daj mi szansę.

Wyszlochał cicho, całując każdą ranę chłopaka na jego nadgarstkach. Każda rana była przez niego, czuł się w stu procentach odpowiedzialny za każdą łzę Harry’ego. Każda łza niszczyła mu serce, tak jak on niszczył jego psychikę przez tyle czasu.

- Nie spierdol tego, Louis…

Wyszeptał Harry, nim odwrócił głowę i pozwolił mu złożyć na swoich bladych ustach długi, czuły pocałunek. Taki, o jakim Harry marzył od dawna, pełen miłości i uczucia. Czuł się, jakby wygrał drugie życie, w którym miałby być wreszcie szczęśliwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz