Z reguły piszę pod notką, ale z racji, że mamy epilog, Kasia postanowiła napisać kilka słów na wstępie. Nie zdecydowałam się na dodatkowy rozdział - chociaż przez niektórych z Was chodziło mi to po głowie, ale nie. Zaburzyłoby mi to całą koncepcję. Widzicie, INC nie polegało do końca na takim LarrymLarrym, jakiego Wy oczekiwaliście. A głównie na tej ich przyjaźni. No.. i paru innych sprawach. Co zresztą spróbowałam jakoś wytłumaczyć tam niżej. Być może zawiodłam, nie wiem. Ocenicie, jeśli przeczytacie. Przyjmę na siebie każdą krytykę, którą zdecydujecie się skierować do całości opowiadania w komentarzu. Bo wiecie. Jest to sam koniec, tak? Byłoby miło, gdybyśmy z Sabiną mogły przeczytać, co myślicie o całości. Dlatego ten jeden raz prosiłybyśmy o kilka słów od Was w komentarzu. :3 Będziemy wdzięczne.
Może dobrą wiadomością będzie to, że planuję napisać... kontynuację do tego? Mam już gotową zakładkę. Wystarczy wejść tutaj i przeczytać mniej więcej, co planuję.
Właśnie. Nie wiem, czy będzie shot z Narrym, o którym niektórym z Was pisałam. Chyba nie jestem w stanie tego teraz napisać. Nie wiem, zobaczę jak przez ferie będę miała wenę. Jak nie, to od razu pojawi się prolog/rozdział kontynuacji. I od razu piszę - nie wiem, kiedy to będzie. Możliwe, że przetrzymam Was z tym troszeczkę, także cierpliwości! :3
Gdyby były pytania, śmiało piszcie do mnie lub Sabiny na tt. Zawsze opowiemy najszybciej jak to będzie możliwe.
*Mała uwaga na wstępie. Całość akcji rozgrywa się dwa lata później niż we wszystkich czternastu rozdziałach. Żeby nie było niepotrzebnych domysłów i nieporozumień.
Kiedy poranne promienie letniego słońca wdarły się do mojego pokoju, przyjemnie drażniąc mnie po skórze twarzy, niemal natychmiast uchyliłem powieki, uśmiechając się. Tego dnia był ostatni dzień szkoły. Kończyłem ostatnią klasę i byłem szczęśliwy, że wreszcie będę mógł dalej ruszyć przed siebie. W dodatku nie sam, ale razem z Louisem.
Ostatni rok był dla mnie szczególnie ciężki. Nie miałem przy sobie Nialla, Zayna i Liama – mhm, tak. Zaprzyjaźniłem się z nimi. Kiedy Lou opuścił już szkołę i wyjechał do Manchesteru, zacząłem utrzymywać bliższe kontakty z Liamem, który z kolei trzymał się Zayna i Nialla. I tak wyszło, że poznaliśmy się bliżej i naprawdę polubiliśmy. Było wiele rzeczy, które nas łączyły. Także cechy charakteru. Dlatego czułem się wśród nich jak przy Louisie, z którym zostały mi już tylko rozmowy telefoniczne albo rozmowy poprzez skype’a.
Nie mogłem doczekać się południa. Wiedziałem, że Louis przyjedzie po mnie po zakończeniu roku szkolnego i w końcu będę mógł go przytulić po dziesięciu miesiącach, przez które się nie spotkaliśmy ani razu. Stanąłem przed lustrem, oceniając swój strój. Uśmiechnąłem się do własnego odbicia, nie mogąc tego powstrzymać.
Czułem się naprawdę szczęśliwy.
Jak jeszcze nigdy wcześniej.
- Harry! Schodź już, bo śniadanie ci wystygnie! – Głos mamy dobiegł z parteru.
- Już biegnę! – odkrzyknąłem. Wrzuciłem jeszcze tylko telefon do kieszeni moich eleganckich spodni, poprawiłem krawat i wyszedłem z pokoju.
- Wyglądasz nieziemsko, synuś – skomentowała mama, kiedy przekroczyłem próg kuchni.
- Mamooo – jęknąłem przeciągle, rzucając jej ostrzegawcze spojrzenie.
Przez chwilę zapanowała pomiędzy nami cisza. Anne z uśmiechem lustrowała moją postać od góry do dołu, trzymając splecione dłonie blisko serca.
- Co poradzę, skoro widzę, jak mój synek dorasta i ciągle się zmienia? – zapytała.
Podeszła do mnie powoli, wyciągając ku mnie otwarte ręce. Pozwoliłem się jej przytulić z szerokim uśmiechem. Jednak kiedy poczochrała moją czuprynę, nie było mi już tak wesoło.
- Mamo! Jak mogłaś? Teraz wyglądam jak łachudra – mruknął pod nosem, idąc na korytarz i przeglądając się w lustrze.
Z kuchni dobiegł mnie cichy śmiech Anne.
- Łachu… co?
Nie odpowiedziałem. Byłem zbyt skupiony poprawianiem tego, co moja mama zepsuła w ułamku sekundy. Szybko jednak uporałem się z przywróceniem fryzurze dawnego stanu. Wtedy cichy i ciepły głos kobiety odezwał się tuż obok mnie.
- Wyglądasz idealnie, synuś. Na pewno mu się spodobasz. – Otworzyłem usta, żeby wtrącić komentarz, ale mama pokręciła przecząco głową, kładąc czubki palców na moich wargach. – Nie próbuj nic kręcić, synku. Lecę do pracy i wrócę późno. Pieniądze zostawiłam ci na stole.
Ucałowała mnie w policzek. Zanim wyszła, rzuciłem jej krótkie „cześć” uświadamiając sobie dopiero po chwili, jak wielki uśmiech wpłynął na moje usta. Tego mi właśnie brakowało przez pewien okres czasu. Tej atmosfery, która panowała u nas w domu od pamiętnego dnia maja, który… w rzeczywistości zmienił w moim życiu najwięcej.
Kiedy tata się od nas wyprowadził na długo przed sprawą rozwodową, poczułem na swój sposób ulgę. Zanim podjął taką decyzję, już zdarzyło mu się mnie uderzyć i nigdy nie zanosiło się na przeprosiny z jego strony. Zawsze następnego dnia zachowywał się, jakby nic się wcześniej nie wydarzyło i z czasem to po prostu stało się dla niego rutyną. Ojciec lubił mieć władzę nad wszystkim. Ludzie znali go jako surowego szefa. Nie wiedzieli tylko, że ta surowość nie zmieniała się w nim ani przez minutę.
Wtedy… gdy powiedziałem mamie o wszystkim, pod wpływem impulsu, żałowałem tego. Albo może nie żałowałem tak bardzo, jak bałem się tego, jak mama to rozegra. Pamiętam jak dziś tą sobotę, kiedy ojciec przyjechał po mnie po raz ostatni. Klęczałem przy niskiej szafce, znajdującej się pod schodami i szukałem lotki. Nathalie namówiła mnie wtedy, żebyśmy zagrali w badmintona. A że nie byłem zajęty, zgodziłem się, przez co zupełnie zapomniałem o przyjeździe taty.
- Jesteś gotowy? – Niski głos Desa, który rozbrzmiał tuż za moimi plecami sprawił, że na chwilę zastygłem w bezruchu.
Kiedy zdecydowałem się spojrzeć na niego przez ramię, Anne akurat wyszła ze swojej pracowni i poprosiła go, żeby poszedł za nią na chwilę. Wzrok, którym na mnie spojrzał na chwilę przed zniknięciem jasno świadczył, że domyślał się, po co mama chce z nim rozmawiać. Później usłyszałem podniesiony głos kobiety, która straciła nad sobą kontrolę. Wyszedłem szybko przez kuchnię do ogrodu. Nathalie od razu spostrzegła, że jestem wystraszony i roztrzęsiony, i w mgnieniu oka znalazłem się w jej ramionach, tuląc mocno.
Potem słyszałem tylko trzask drzwi i pisk opon sprzed domu. Ojciec odjechał i tego dnia… widziałem go po raz ostatni. Słyszałem, że przez te dwa lata nadal mieszkał w Londynie i czasami bywał w okolicach. Wydaje mi się, że raz widziałem jego samochód pod szkołą, ale mogłem się mylić. Jednak nie spotkałem go w cztery oczy i miałem nadzieję, że to się już nie zmieni. Mama zagroziła policją i wtedy on po prostu uciekł. I choć mama tego już nie chciała, on regularnie wpłacał alimenty na konto.
Od tamtego dnia wiele zrozumiałem. To, że widziałem w mojej mamie same wady to była tylko i wyłącznie moja wina. To ja ubzdurałem sobie coś i za wszelką cenę trzymałem się swojego. Byłem uparty i nie zawsze chciałem ustąpić. Wydaje mi się, że łatwiej mi było powiedzieć sobie, że mama mnie nie kocha niż podzielić się z nią swoimi problemami. Chociaż nieraz dawała mi do wiadomości, że jest tu obok i że zawsze będzie. Że zawsze stanie w mojej obronie. Bo kocha mnie równie mocno jak Gemmę. A to, że z nią się lepiej dogadywała, wcale nie oznaczało, że ją wolała bardziej niż mnie.
Choć tak było mi łatwiej myśleć.
To nie wina mamy, że straciliśmy na jakiś czas dobre relacje między nami. To ja zamykałem się na otoczenie, kiedy przestałem sobie radzić z problemami. To nie obojętność mamy czy moja nas zgubiła. To brak czasu i chęci z obu stron. Rodzice stali się osobami, przed którymi tak bardzo starali się mnie uchronić. Wpajano mi od małego, że przemoc jest zła. A ojciec tak czy tak szukał w tym rozwiązania. Mama miała do niego zbyt duży sentyment. Pamiętała go jako tego mężczyznę, z którym żyła przed rozwodem. Był dla nas cudownym ojcem. Dopóki wszystko nie zaczęło się psuć. Tak między nami, jak między rodzicami.
Moje relacje z Gemmą także wracały na odpowiedni tor. W tamtym okresie mojego życia czułem irytację, kiedy tylko pojawiła się w zasięgu mojego wzroku. Wystarczyła ta wiedza, że jest w mieszkaniu, a ja już czułem, że od kłótni i ostrej wymiany zdań dzieli nas cienka granica, którą któreś z nas przekroczy nieświadomie.
Cóż, Anne przyznała, że chwilami bardziej faworyzowała moją siostrę niż mnie. Ale wytłumaczyła, że do niej nie miała problemu dotrzeć, bo nie zamykała się w sobie tak jak ja. Ale przeprosiła mnie za to. Szczerze.
Od tamtej pory wszystko się układało. Mówiłem mamie o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie miałbym odwagi. Czasem się kłóciliśmy, ale to było normalne. Potem po prostu się z tego śmialiśmy, a mama stawała się coraz pogodniejsza z każdym upływającym dniem. Jednak czułem, że tutaj ma swoje zasługi obca osoba.
Westchnąłem, ostatni raz lustrując swoją postać w lustrze. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem, kiwając głową z uznaniem.
- Muszę przyznać, Styles, że wyglądasz… oszałamiająco. Złamiesz dzisiaj chociażby jedno serce, mówię ci to.
- Mój mały Hazza próżny jak nigdy. – Rozbawiony głos Gemmy dobiegł do moich uszu.
Spojrzałem na schody, gdzie stała moja siostra i przyglądała mi się z uwagą.
- Ale powiedz sama. Fryzura idealna, garnitur też nieźle na mnie leży… - Pokręciłem biodrami, podciągając nogawki. – Buty też niczego sobie, a wiesz, jak ich nie lubię, bo są strasznie niewygodne.
- Wiem, że najchętniej to poszedłbyś w trampkach – przyznała, pokonując ostatnie schodki i zbliżając się do mnie. – Ale sądzę, że jeśli chcesz zrobić na nim wrażenie, to lepiej zostaw te niewygodne i złam mu serce.
Jej słowa sprawiły, że na moje policzki powoli zaczęły się wdzierać niechciane rumieńce, których nie miałem jak ukryć. Ona i mama wiedziały, że Louis nie jest mi obojętny. I nie miały nic przeciw temu. Chociaż nigdy nie powiedziały na głos tego. Po prostu pozostawiały to w tajemniczych uśmiechach lub podtekstach. Najgorsze było to, że lubiły to wykorzystywać.
*
Opuszczając mury szkolne, zatrzymałem się na dłuższą chwilę na dziedzińcu. Rozejrzałem się wokoło, patrząc z uśmiechem na wysoki budynek, w którym uczyłem się przez ostatnie lata. Słońce akurat schowało się za chmurami i powiał chłodny wiatr. Obawiałem się, że pogoda się pogorszy, ale na niebie można było dostrzec tylko białe obłoki. Uśmiechnąłem się szerzej, odwracając z nadzieją, że może Louis zdecydował się przyjechać po mnie pod szkołę, a nie czekać w kawiarence w rynku.
- Hej, Styles!
Próbowałem odszukać w tłumie osobę, która mnie zawołała. Dostrzegłem Matty’ego, machającego dłonią na mnie. Poczekałem, aż się zbliżył.
- Wracasz do domu sam?
Mruknąłem potakująco.
- Idziesz ze mną?
- Jasne – zgodził się od razu.
Ruszyliśmy, zaczynając rozmowę tak naprawdę o niczym. Wszystko przewijało się przez nasz język i ani na chwilę nie zapadła niekomfortowa cisza. Z kuzynem już dawno wyjaśniliśmy sobie wszystko. Pewnego razu, kiedy mieliśmy zrobić wspólnie projekt na biologię, napomknął coś o tym. To było dopiero na początku tego roku, jakoś końcem stycznia. Wcześniej unikaliśmy się jak ognia i nie stawaliśmy sobie na drodze i tak było dobrze dla nas obydwóch. Ale potem okazało się, że trochę jednak tęsknimy za sobą i może nie wróciliśmy do przeszłości, ale utrzymywaliśmy jako takie stosunki. Potrafiliśmy się śmiać z głupich żartów i po prostu zapomnieliśmy o tym, co już minęło.
Zdarzały się jednak sytuacje, że niektórzy z młodszego rocznika próbowali mi w jakiś sposób dokuczyć, przywołując wspomnienia o imprezie, na której wypiłem za dużo, a powiedziałem jeszcze więcej. Ignorowałem to jednak. A ostatnimi czasy Matty stawał w mojej obronie i pokazywał, że lepiej nie zadzierać z naszą dwójką. Było miło choć w połowie wrócić do tego, co było trzy lata temu.
Kiedy dotarliśmy do skrzyżowania, wciąż śmiejąc się z kawału, który opowiedziałem, Matty zatrzymał się razem ze mną.
- Idę jeszcze do kawiarni, nie bądź zły. Umówiłem się tam z Louisem, miał wrócić dzisiaj z Manchesteru i czekać tam na mnie – wyjaśniłem, kiedy spotkałem się z pytającym spojrzeniem kuzyna.
Shelley skinął głową, wtykając dłonie w kieszenie spodni.
- To.. w takim razie pozdrów Tomlinsona. Dawno go nie widziałem.
Przytaknąłem z uśmiechem, żegnając się. Ruszyłem szybkim krokiem w stronę miejsca, gdzie z daleka dostrzegłem siedzących Nialla, Liama i Zayna przy stoliku na zewnątrz. Malik już z daleka mnie dojrzał i pomachał, abym przysiadł się do nich. Gdy zająłem wolne miejsce, rozejrzałem się wokoło. Nie potrafiłem ukryć zawiedzionej miny.
- Jest nas tylko… czterech?
Zayn zaśmiał się pod nosem, mówiąc zabawnym tonem:
- Wiemy, kochasiu, że twój gołąbek jeszcze nie przyjechał, ale może na chwilę jeszcze zapomniałbyś o nim i zapytał, co u twoich przyjaciół…
- Których widziałeś w zeszły weekend i z którymi spędziłeś całą sobotnią noc na zabawie – wtrącił w jego wypowiedź Liam, odganiając ręką uciążliwą muchę. – Tak, Zayn. Nam chociaż jakieś nowe pryszcze wyskoczyły, a Louis… pewnie teraz wygląda jak nie Louis.
- Nie wyobrażam go sobie nawet – dodał Niall ze śmiechem, upijając łyk schłodzonego napoju z puszki.
- Tak, ja też go sobie nie wyobrażam – dodał głośno Zayn, patrząc na mnie z nieodgadnionym uśmiechem i kręcąc głową.
Otworzyłem szczerzej oczy, marszcząc przy tym brwi. Nie wiedziałem, co się działo chłopakowi. Co im się działo? Dlaczego się tak uśmiechali i patrzyli na mnie, jakbym się czymś ubrudził? A może… Szybko przetarłem dłonią wokół ust, a gdy ponownie spojrzałem na chłopaków, dostrzegłem, że wszyscy trzej na sekundę spojrzeli gdzieś za mnie. Odwróciłem się gwałtownie i wtedy moje policzki zostały ujęte przez ciepłe dłonie i na chwilę zatonąłem w szaroniebieskim spojrzeniu na krótko przed tym, jak Louis szybko musnął moje usta, a następnie podał chłopakom dłoń.
- Jesteś – powiedziałem z uśmiechem, nie mogąc oderwać od niego oczu.
W odpowiedzi skinął głową, wkładając kluczyki do kieszeni. Zamierzał zająć miejsce obok mnie, ale byłem od niego szybszy. Wstałem, po prostu go przytulając. Schowałem twarz w zagłębieniu jego szyi, napawając się jego zapachem i ciepłem jego ciała. Przecież tak dawno go nie widziałem.
- Tęskniłem – szepnąłem cicho, kiedy go puszczałem.
- Ja bardziej – odparł równie cicho, składając krótkiego całusa w moje usta.
- Wiecie, że my ciągle tutaj jesteśmy? – zapytał Niall, rozglądając się wokoło. – Nie żeby coś, ale moglibyście zachować te czułości, jak będziecie zupełnie sami.
Roześmiał się, lustrując nas wzrokiem. Kiedy usiadłem z powrotem za stolikiem, nie powstrzymałem się od kopnięcia mojego przyjaciela w nogę, który od razu chciał mi oddać. Uspokoił nas dopiero Liam, który dostrzegł kelnerkę, idącą do naszego stolika.
- Zamówiłem lody owocowe dla nas wszystkich – oznajmił, posyłając uroczy uśmiech wysokiej brunetce.
Usiadłem wygodniej, od razu zabierając się za jedzenie swojej porcji. Louis zaczął w międzyczasie opowiadać o swojej pracy i ogólnie o pobycie u rodziny z Manchesterze. Obserwując ich z boku, mogłem się w końcu szczerze uśmiechnąć pod nosem. Wszystko złe, co wydarzyło się do tej pory, wyszło w końcu na prostą i było tak, jak powinno.
Tworzyliśmy grupę przyjaciół. Liam był dla mnie osobą, której zawsze mogłem zwierzyć się ze swoich problemów, kiedy Louisa nie było obok. Przeczuwałem jego dobre intencje już tego dnia, kiedy wybiegł za mną ze szkoły i kazał mi się nie przejmować drwinami kierowanymi pod moim adresem. Mogłem z nim także porozmawiać o… związku który tworzyłem z Louisem. Tak poważnie. Bo pozostali chłopcy brali to raczej jako naszą zabawę. Byli zdania, że wolny układ, który łączy mnie i Louisa pozostanie tak długo, aż żaden z nas nie zakocha się w odpowiednich dziewczynach. I być może tak było. Bo ani ja ani Louis nigdy nie powiedzieliśmy sobie otwarcie, że się kochamy. Z ust żadnego nie padły jeszcze słowa „kocham cię”. A wyznanie Louisa podczas tej nocy, kiedy byłem kompletnie pijany, pozostało bez odpowiedzi. Nie wracaliśmy do tego. Choć ja miałem pewność, że nie jestem dla niego tylko chłopakiem, którego czasem może pocałować poważniej, niż po przyjacielsku. Widziałem to uczucie w jego oczach, kiedy patrzył na mnie. Czułem tą delikatność, kiedy mówił do mnie. Widziałem tą bojowość, malującą się na jego twarzy, kiedy coś mi zagrażało, a on był w stanie poświęcić wszystko, żeby mnie obronić i żebym znów się uśmiechnął.
Był uroczy.
Za to Zayn i Niall byli dla mnie idealną odskocznią od problemów. Ci chłopcy nie znali słowa nuda. Zawsze potrafili sprawić, że najbardziej dołujący dzień kończył się wesoło i ze śmiechem. Ich rozrywkowość była dobra w naszej przyjaźni. Z lekkością traktowali problemy. Z pewnością byli mniej wrażliwi na wszystko niż ja. Oni nie uciekali od razu do kąta płakać i nie zamykali się w sobie jak ja. Od razu szukali pomocy u któregoś z nas i wspólnie rozwiązywaliśmy problemy. Dzięki nim także nauczyłem się tego. Choć dużo częściej opowiadałem z płaczem, co mi na sercu leżało. Jednak im to nie przeszkadzało. Zaakceptowali mnie takiego, jakim jestem. Bo przecież miałem swoje dobre strony. Nie byłem tylko mazgają.
- Muszę was kiedyś zabrać do cioci Judith – powiedział Louis, odkładając pusty pucharek na stolik. – Tam jest naprawdę cudownie. A ciocia sama was tam zapraszała. Pamiętacie naszą rozmowę sprzed dwóch tygodni?
- Kiedy tak Zayn bez przerwy mówił? – zapytałem retorycznie, posyłając przyjacielowi znaczące spojrzenie. – Oczywiście, że tak.
- Wtedy ciocia przypadkowo słyszała naszą rozmowę i przyznała się do tego. Polubiła was, choć przyznaje, że nie stała długo pod drzwiami mojej sypialni. – Louis zamyślił się na krótką chwilę. – Och! I dodała, że w końcu zdecydowałem się znaleźć bardziej wartościowych przyjaciół.
- Przecież ona nawet nie znała Selley’ów. – Zauważył Liam.
- Mylisz się. Kiedy byłem młodszy i z Benem spędzaliśmy szmat czasu u mnie czy u niego na podwórku, ciocia częściej nas odwiedzała, bo nie miała dzieci, lubiła przesiadywać z narzeczonym u nas w domu i opiekować się moimi młodszymi siostrami. Bliźniaczki wtedy dopiero się urodziły, a ciocia kocha takie malutkie dzieci. Dużo pomogła mamie. I przez te trzy lata, kiedy z nami mieszkali, obserwowała Bena i doszła do wniosku, że mogą być z tej przyjaźni same kłopoty. Powiedziała mi o tym, kiedy opowiadałem jej, jak się zaprzyjaźniłem z wami. – Wyjaśnił.
- Ja też znałem swojego kuzyna z innej strony – wtrącił Liam. – Też często spędzaliśmy wakacje, jak byliśmy mniejsi i zawsze wydawało mi się, że on mnie lubi. A tu się okazało co innego.
Liam wyraźnie posmutniał na samo wspomnienie. Nie byłem zdziwiony takim zachowaniem. Było mu ciężko szczególnie udawać przed rodziną, która o niczym nie wiedziała. Byli świadomi tego, że Liam przyjaźni się z naszą czwórką, ale nie byli świadomi tego, że Liam utrzymywał sporadyczne kontakty z Mazzim. Nawet przy rodzinnych obiadkach mało kiedy się odzywali do siebie, o czym powiedział mi przyjaciel.
*
Będąc w domu, zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Byliśmy sami z Louisem; mama była w pracy, a po Gemmę przyjechał chłopak i obie miały wrócić późnym wieczorem. Odwróciłem się, aby móc spojrzeć na Louisa, ale nie dostrzegłem go na korytarzu.
- Louis? – zapytałem głośno, zaglądając do salonu i przy okazji zostawiając tam marynarkę.
- Jestem w kuchni, skarbie – odpowiedział. Wtedy usłyszałem ciche huknięcie, charakterystyczne przy zamykaniu lodówki. Z ciekawości zajrzałem do pomieszczenia. – Gorąco dzisiaj na zewnątrz i strasznie chce mi się pić, nie bądź zdziwiony – dodał, nie odwracając się. Ale w jakiś sposób wiedział, że patrzę na niego.
- Przecież nic nie mówię.. skarbie. – Zagryzłem wargę, lustrując uważnie postać chłopaka. – Może powiem tyle, że mam na ciebie wielką ochotę, Tomlinson.
Obserwowałem, jak ciało Louisa lekko się napina, a ramiona unoszą. Zastygł w bezruchu ze szklanką pełną soku w połowie pokonywanej drogi, a twarz miał skierowaną w ścianę. W końcu wziął głębokiego łyka, podczas gdy ja zrobiłem kilka kroków. Gdy odłożył naczynie na blat, obejrzał się, odszukując moich oczu. Na jego wąskich ustach malował się przebiegły uśmiech.
- Och, ty już byś się chciał całować, Styles. – Westchnął, podchodząc.
- Być może nie tylko – odparłem, oblizując lubieżnie wargi. Doskonale wiedziałem, że jego wzrok pobiegnie za moim językiem i nie myliłem się. Z satysfakcją obserwowałem, jak chłopak oddycha coraz głębiej, a jego oczy zaczynają błyszczeć w przyjemny sposób.
- Wiesz, że możemy tego żałować? – zapytał dla upewnienia, kiedy sięgnął dłonią do mojego krawatu i powoli zaczął go rozwiązywać.
- Wiem, że możemy to wspominać bardzo długo z wielką przyjemnością – powiedziałem cicho, całując jego wargi. – Gdybyś nie chciał, nie patrzyłbyś na mnie jak na ulubione ciastko, które chcesz schrupać – dodałem, omiatając ciepłym oddechem usta chłopaka.
Louis zaśmiał się cicho.
- Zdajesz sobie sprawę, jak trudno było mi wysiedzieć w kawiarence? – zapytał, pozbywając mnie krawatu i puszczając go niezdarnie na podłogę. Powoli palcami odszukał pierwszego guzika mojej białej, eleganckiej koszuli. – Kiedy pomyślałem, że siedzisz obok mnie… taki wystrojony i przystojny, i że mnie obserwujesz, i też nie możesz się doczekać, aż w końcu będziemy sami… - musnął kącik moich warg, powoli odpinając guziki koszuli. – Powinni cię zamknąć za taki wygląd.
- Skończ już gadać i po prostu to zrób – mruknąłem, napierając z gwałtownością na usta chłopaka.
Byłem spragniony jego bliskości. Może i Manchester nie był tak daleko od Holmes Chapel. Jednak nie pozwalaliśmy sobie na częste spotkania. Louis miał pracę w ciągu roku szkolnego; nie chciałem go od niej odciągać. Prędzej czy później i tak spotkalibyśmy się i mogli nacieszyć sobą za wszystkie miesiące, kiedy nie mogliśmy się nawet dotknąć.
Kiedy rozdzieliłem językiem nasze wargi, chcąc pogłębić pocałunek, usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Oderwaliśmy się od siebie z głośnym mlaśnięciem, w ciszy oczekując, aż ponownie usłyszymy delikatny dźwięk, roznoszący się po pomieszczeniu. Wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Louis wciąż trzymał mój podbródek; czułem jego oddech na swojej twarzy. Pojawiło się pomiędzy nami małe napięcie, kiedy wstrzymaliśmy oddechy i tkwiliśmy w tej ciszy, która nie trwała długo, gdyż dźwięk dzwonka szybko rozbrzmiał ponownie.
- Świetne wyczucie czasu – mruknął Louis, puszczając mnie.
- Zrobię temu komuś awanturę, zobaczysz – powiedziałem cicho, przybierając bojowy wyraz twarzy.
Poszedłem do drzwi. Naprawdę byłem skłonny do niemiłego potraktowania osoby, która zakłóciła nam chwilę. Zanim jednak zdążyłem położyć dłoń na klamkę, coś sobie przypomniałem i musiałem się tym natychmiast podzielić z Louisem. Dlatego cofnąłem się o kilka kroków, patrząc na przyjaciela z korytarza. Nie ruszył się z miejsca ani o centymetr.
- Dlaczego nie udajemy, że nie ma nikogo? – szepnąłem.
Po mieszkaniu ponownie rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Louis westchnął, przewracając teatralnie wzrokiem.
- Po prostu… otwórz te cholerne drzwi i wracaj do mnie. – Ponaglił mnie ruchem dłoni, co mnie rozbawiło.
Otworzyłem drzwi, wyglądając na równie zaskoczonego, jak mój gość.
- Mam wyczucie czasu – powiedziała wesoło, pewnie wchodząc do mieszkania. – Chętnie popatrzę jak się przebierasz.
- Właściwie to ja nie… - zacząłem, ale przyjaciółka mi przerwała.
- Nieważne. Słuchaj mnie tylko. – Mówiła podekscytowana, zniżając ton, jakby miała wyjawić mi swój sekret. – Długo nad tym myślałam i… wpadłam na genialny pomysł! Harry, to odmieni twoje… w zasadzie wasze życie! – dodała z naciskiem. – Ty i twoi przyjaciele w końcu będziecie mogli spełnić swoje marz… o, cholera! – zawołała, patrząc szeroko otwartymi oczami na Louisa, który właśnie stanął w drzwiach kuchni i oparł się ramieniem o framugę.
- Jaka tam cholera… - mruknął rozbawiony. – Przecież nie zapomniałaś mnie, Nathalie. Nie uwierzyłbym w to.
Uśmiechnąłem się, patrząc na chłopaka. Jednak Nathalie nie czuła jego żartów. Kiedy mówił, nie mrugnęła nawet okiem. A potem spojrzała na mnie i dałbym sobie głowę uciąć, że na jej policzkach pojawiły się rumieńce. Byłem zaskoczony tą reakcją.
Nathalie opuściła głowę, zasłaniając oczy.
- Czy ja właśnie wam w czymś przeszkodziłam? – zapytała na wydechu.
- Nie – zaczął Louis, powodując, że spojrzała na niego z wyraźną ulgą w oczach. – Ćwiczyliśmy tylko anatomię. Wiesz… w praktyce zawsze lepiej, a Harry’emu przyda się na studia medyczne.
- Studia medyczne? Przecież miałeś w planach prawo. – Spojrzała otępiała na mnie, próbując odnaleźć odrobinę wyjaśnienia w moich oczach.
- Nathalie… - zacząłem spokojnie, ale wtedy dziewczyna wszystko zrozumiała.
- Nienawidzę cię, Louis! – Zawołała zdenerwowana, uderzając zaciśniętą pięścią o klatkę piersiową chłopaka. – Zawsze musisz tak ze mnie żartować? – zapytała z wyrzutem. Zaraz jednak potrząsnęła głową, powoli przemieszczając się w stronę wyjścia. – Okej, okej, już. Ja wyjdę. Powiedzmy, że mnie tu nie było. Wy wrócicie do… ćwiczenia anatomii… - Louis zaśmiał się, ale Nathalie zignorowała to, przybierając na twarz zawstydzony uśmiech. – W każdym razie mnie tu nie było. Zapomnijcie.
- Ale chciałaś mi coś powiedzieć – zatrzymałem ją, zanim wyszła.
- To nic takiego, Hazz. Jutro pogadamy. – Uśmiechnęła się pewniej, klepiąc mnie lekko w policzek. – Wątpię, że macie dużo czasu, więc… do zobaczenia!
Zniknęła, zatrzaskując za sobą lekko drzwi. Przekręcając klucz w drzwiach, usłyszałem kroki. Zaraz potem ciepłe ramiona Louisa objęły mnie, a na karku złożył krótki pocałunek.
- To… na czym stanęło? – zapytał, powodując na moich ustach szeroki uśmiech.
*
Kiedyś byłem skłonny powiedzieć, że moje życie biegnie donikąd. Załamywać się z najdrobniejszych potknięć i płakać w samotności, nie chcąc pokazać światu, jak bardzo słaby i kruchy jestem. Potrzebowałem wsparcia od osoby, która po prostu by mnie rozumiała, bez słów. Która zawsze zjawiałaby się w momencie, kiedy jej najbardziej potrzebowałem.
Potrzebowałem przyjaciela.
Prawdziwego przyjaciela.
Teraz łatwo jest przywiązać się do kogoś, nazwać go przyjacielem i zwierzać mu się z najbardziej intymnych sekretów swojego życia. A potem tego żałujemy, bo osoby okazują się być fałszywe. Potrafią owinąć nas wokół palca, a my tańczymy dla nich jak nam zagrają, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Trzeba nauczyć się szukać osób o szczerych intencjach, których możesz nazwać przyjacielem.
- O czym myślisz?
Westchnąłem ciężko, wtulając się w ciało Louisa. Od dłuższego czasu nie odzywałem się, patrząc tępo w okno znajdujące się naprzeciwko mojego łóżka. Obserwowałem gałęzie drzewa uginające się pod wpływem letniego wietrzyku. Odchyliłem głowę w tył, aby móc spojrzeć na chłopaka.
- O tobie – odparłem cicho, całując linię jego szczęki. Uśmiechnąłem się, przymykając powieki. – To zabawne, że wszyscy biorą nas za takich bliskich przyjaciół.
- Przecież nimi jesteśmy – zauważył, bawiąc się moimi włosami.
- Tak – przytaknąłem. – Ale nie tylko. Przecież tylko przyjaciele się nie całują, a już na pewno nie śpią ze sobą – dodałem, zagryzając wargę. Poczułem rumieńce, wkradające się na moje policzki, kiedy tylko wspomnienia sprzed paru chwil zaczęły do mnie docierać.
Przewróciłem się na brzuch, podpierając na łokciach i patrzyłem na Louisa. Sięgnąłem jedną dłonią ku jego twarzy, ujmując jego policzek i gładząc kciukiem. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Dlaczego tak bardzo starałem się wierzyć, że to moi kuzyni są dla mnie najbliżsi? Że to im mogę ufać? Dlaczego nie starałem się wcześniej zbliżyć do Louisa, tylko urzeczywistniałem coś… co w zasadzie nie istniało? Tu już nie chodzi o to, że czułem się zakochany w nim bez pamięci. Byłem święcie przekonany, że nawet gdyby Louis zakochał się w jakiejś dziewczynie, wciąż bylibyśmy bliskimi przyjaciółmi.
- Bardzo wiele ci zawdzięczam – wypowiedziałem powoli, zatrzymując wzrok na jego ustach.
- Mi? – zdziwił się. – Co ja takiego mogłem zrobić?
Uśmiechnąłem się, przenosząc wzrok na jego szaroniebieskie oczy, w które uwielbiałem się wpatrywać długimi chwilami.
- W pewien sposób – ciągnąłem tym samym cichym i spokojnym tonem – pokazałeś mi, jak bardzo ludzie są prości. Jak uciekają od problemów zamiast się z nimi zmierzyć. – Uśmiechnąłem się. – wiem, że zanim mama nakryła nas tego dnia na pocałunku i powiedziałem jej prawdę, ty wcześniej jej coś sugerowałeś. Dlatego to przyjęła tak… naturalnie? – Westchnąłem, znów opuszczając wzrok na jego usta, których kształt kreśliłem kciukiem. – Wiem, jaką jest histeryczką. I wiem też, że podjęłaby pochopną decyzję, gdybyś nie porozmawiał z nią przed przyjazdem ojca w weekend. A tak… skończyło się rozmową.
- Nie mogłem patrzeć na to wszystko, wiesz o tym.
- Mhm. – Mruknąłem potakująco, składając długi pocałunek na jego ustach. – Czasem miałem ochotę stąd zniknąć. Bo… komu byłem potrzebny?
- Mi jesteś – odparł poważnie Louis, kładąc dłoń na mojej, którą ciągle trzymałem na jego policzku.
- Teraz – podkreśliłem. – Ale wtedy… och, Louis. No powiedz. Byłem bo byłem. A gdyby nagle mnie zabrakło, to mało kto odczułby brak mojej obecności – dodałem przytłoczony.
Uśmiechnąłem się, składając na jego ustach długi pocałunek.
- Wiesz? Kocham cię.
Dostrzegłem dziwną iskrę w jego szaroniebieskich tęczówkach, kiedy wypowiadałem te dwa dosyć istotne słowa. Nie wiem, co mnie natchnęło. Po prostu poczułem potrzebę powiedzenia tego na głos. Nie liczyłem na to, że coś się między nami zmieni. Odpowiadał mi luźny związek bez zobowiązań, choć oboje byliśmy względem siebie wierni w pewien sposób. Żaden z nas nie spotkał w przeciągu tych dwóch lat nikogo, kogo obdarzyłby większym uczuciem, niż darzyliśmy siebie nawzajem.
Louis westchnął głośno, nie będąc zdolny wypowiedzieć żadnego słowa. Po prostu mnie pocałował w czubek nosa, układając moją głową na swojej klatce piersiowej. Słyszałem idealnie przyspieszone bicie jego serca i uśmiechnąłem się wiedząc, że to ja byłem tego powodem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz