środa, 1 stycznia 2014

14

Nie wiedziałem, że duszenie w sobie niektórych emocji może się okazać takie niszczące dla człowieka. Szczególnie kłamstwo. Byłem do reszty zmęczony tym wszystkim. Ukrywaniem się, ciągłym ustępowaniem, wymówkami… Były chwile słabości, kiedy chciałem wykrzyczeć mamie w twarz, że to wcale nie koledzy mnie tak załatwili – co łatwo łyknęła i nawet wyglądała na naprawdę przejętą. Ale nie zważałem już na jej troskę o mnie. O jej nagłą troskę, dla ścisłości.

Któregoś pięknego dnia maja, kiedy siedziałem w altance za domem i rozmawiałem z Nathalie, zaczynałem zdawać sobie sprawę z rzeczy, których do tej pory nie dostrzegałem. Była dobrą przyjaciółką. Nie tylko dla Gemmy, ale również dla mnie. A jeszcze cudowniejsze było to, że nigdy nie zdradzała naszych sekretów temu drugiemu. Nie spotykaliśmy się często, bo niby o czym moglibyśmy rozmawiać? Ją interesuje moda, a mnie piłka nożna – gdzie tu jakiekolwiek powiązanie? Mogłem jednak liczyć na jej pomoc, kiedy tego potrzebowałem.

- Przyznać ci się do czegoś? – zapytała nagle, kiedy skończyliśmy się śmiać z kawału, który opowiedziała. Zaskoczony jej pytaniem po prostu skinąłem głową, a na mojej twarzy wciąż gościł radosny wyraz. – Wiem wszystko o twoim ojcu.

I nagle uśmiech z mojej twarzy zniknął, a policzki oblały się rumieńcem. Nathalie widocznie tego nie dostrzegła, gdyż upał panujący na zewnątrz robił swoje.

- Co masz na myśli?

Próbowałem udawać głupiego i nie pokazywać jej, że wiem o co chodzi. Choć moja nagła reakcja jasno jej pokazała, że doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

- Uważam, że to ja powinnam ci powiedzieć. Wiem, że nie powinnam tego robić, ale… wyciągnęłam wszystko od Louisa.

- Co?! – zawołałem z oburzeniem, otwierając usta. – I on ci powiedział?

- Nawet nie wiesz, ile musiałam go męczyć, żeby to w końcu z siebie wydusił – odparła spokojnie. – A raczej potwierdził moje przypuszczenia – dodała, gdy zobaczyła, że złość mnie ogarnia.

Wstałem zza dużego drewnianego stołu, wychodząc z altanki. Louis właśnie się zbliżał do nas z szerokim uśmiechem na twarzy i kubełkiem lodów w reklamówce. Zmartwił się, gdy dostrzegł mój wyraz twarzy i już z daleka spytał:

- Co się znów stało?

- Ty – warknąłem zły, krzyżując ręce na torsie.

- Ja? – Wskazał palcem na siebie, niedowierzając.

- Tak, ty. Paplo – dodałem.

Wystarczyło jedno porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Nathalie, aby złość na nowo we mnie zawrzała. Prychnąłem pod nosem, chcąc odejść, ale zanim udało mi się postawić krok, Louis był już koło mnie i delikatnie złapał za ramiona, niemo prosząc, abym został.

- Spójrz, Harry. – Zaczął powoli. Spojrzałem na niego spod ściągniętych brwi, a upór i złość nie ustępowały z mojej twarzy. – Naprawdę nie chciałem jej nic powiedzieć, ale widzę, że ufasz jej równie mocno jak mi i nie widziałem sensu w tym, żeby zaprzeczać jej słusznym podejrzeniom. Zresztą, dziwnym by było, gdyby taka inteligentna osoba, która na dodatek cię zna, nie zorientowała się po tym, jak pojawiłeś się wtedy w poniedziałek w szkole, że to ojciec cię pobił. Poza tym… wiesz, jaka ona potrafi być męcząca? – dodał z ciężkim westchnieniem, powodując na moich ustach cień uśmiechu.

Nie byłem na niego zły. Nieraz chciałem powiedzieć Nathalie o wszystkim, ale nigdy nie było okazji. Zawsze coś mi przeszkadzało przed tym, a potem już zwyczajnie sobie odpuściłem. Za to ona wyczuła, że Louis będzie idealną osobą, która mi pomoże, dlatego od samego początku kierowała mnie do niego. Miałem ochotę podziękować jej za to.

- No dalej, uśmiechnij się szerzej i powiedz, jak bardzo się cieszysz, że przyniosłem twoje ulubione czekoladowe lody – powiedział cicho Louis, sprawiając, że oboje uśmiechnęliśmy się w tym samym czasie.

Usiedliśmy w altance razem z Nathalie i chwilę rozmawialiśmy o moim ojcu. Zapewniłem ich, że jest w porządku. Od tamtego felernego dnia, minęło sporo czasu i odpuścił trochę. Na dodatek pod koniec maja miał wylecieć znów do Stanów na dwa miesiące i to było dla mnie plusem, gdyż wiedziałem, że będę całkowicie wolny i nie będę musiał żyć w stresie.

Później nasza rozmowa zeszła na przyjemniejsze tematy. Nathalie opowiadała nam o ostatnim weekendzie spędzonym z chłopakiem w domku letniskowym jego rodziców. Naprawdę widać było, że trafiła na odpowiedniego partnera.

- I wiecie, co było najlepsze? – zapytała, uśmiechając się coraz szerzej na wspomnienia. – Jego babcia co dwa tygodnie chodzi tam co nieco posprzątać w soboty. I tego wieczoru także miała tam być, bo mama Charliego nie powiedziała jej o naszym wypadzie. – Zaśmiała się głośno, łapiąc za brzuch. – I kiedy po umyciu Charlie pogasił wszystkie światła i poszliśmy do sypialni, to wiecie.. całowaliśmy się trochę i wtedy ja usłyszałam jakieś hałasy dobiegające z korytarza. Powiedziałam o tym Charliemu, ale on nie chciał mnie słuchać i zaczął mnie rozbierać. A że dopiero co się myłam, to nie miałam nic pod koszulą nocną i… - przerwała, znów śmiejąc się głośno.

Spojrzeliśmy na siebie z Louisem porozumiewawczo, domyślając się, do czego zmierzała cała historia. Zaśmialiśmy się cicho, kręcąc głowami.

- Nie mów, że w tym momencie jego babcia weszła do was– powiedział Lou, nabierając na łyżeczkę kolejną porcję i od razu pochłaniając ją.

- Tak! – zawołała, wybuchając niepohamowanym śmiechem. Jednak szybko zaczęła machać dłońmi, dając nam znak, że to nie koniec. – Jego babcia niespodziewanie wpadła do tej sypialni, zaświeciła światło, a za nią stali dwaj policjanci, rozumiecie to?!

- Żartujesz! – zawołałem, zaczynając się śmiać razem z nią.

- Jak to policja? Dlaczego? – pytał Lou, pomiędzy wybuchami śmiechu.

- Bo ona myślała, że to włamywacze i zadzwoniła po nich, a kiedy nas dostrzegła, od razu zaczerwieniła się, a policjanci zaczęli się śmiać z tej całej sytuacji. Wyobrażacie sobie, jak ja się musiałam czuć? W ostatniej chwili złapałam koszulę i niezdarnie się nią zakryłam! To było takie upokarzające i śmieszne zarazem.

- Nathalie! – Głos Gemmy dobiegł z tarasu.

- Już biegnę! – odkrzyknęła. – Żegnam, moi chłopcy. Zakupy czekają – dodała uśmiechnięta, całując na koniec każdego z nas w policzek.

Kiedy poszła, ciągle jeszcze chichotaliśmy z tej sytuacji, o której opowiedziała nam nasza przyjaciółka. Nagle przypomniał mi się pocałunek mój i Louisa. Choć pamiętałem jak przez mgłę, a wszystko wokół mnie wirowało, byłem pewien, że zachowywałem się dosyć głośno i wtedy też ktoś mógł nas nakryć.

- Nie chcę nawet myśleć co by było, gdyby twoja mama słyszała, że wróciliśmy i wtedy przyszła do twojego pokoju… - powiedziałem cicho, ciągle się uśmiechając.

Louis był zaskoczony nagłą wzmianką o pocałunku, gdyż kątem oka dostrzegłem, że przestał jeść lody, zamiast tego wpatrując się we mnie.

- Hałasowałeś trochę… bardzo – dodał po krótkiej chwili namysłu.

- I nazwałem cię głupkiem, bo zabrałeś mnie stamtąd…

- A ja ciebie głupszym, bo wiedziałem, że i tak byś mi dziękował, że cię stamtąd zabrałem – przekomarzał się z uśmiechem. – Dobrze, że już dali sobie z tym spokój i wszyscy powoli zapominają o tej akcji.

- Tak… - mruknąłem. Myślałem w tamtym momencie o czymś zupełnie innym. – Dobrze chociaż całowałem?

- Słucham? – zapytał z niedowierzaniem. Nie odezwałem się słowem. Po prostu spojrzałem na niego i wyczekiwałem odpowiedzi. – Znaczy, no… nie było tak źle, wiesz… jak dla mnie to… ugh, nie tak. – Mruknął pod nosem przekleństwo, mierzwiąc swoją czuprynę. – Powiem tak: gdybyś mnie nie pociągał ani trochę, byłbym skłonny powiedzieć, że było super. Ale że jest jak jest, to powiem, że było fantastycznie.

Zamilkliśmy na dłuższą chwilę. Louis uniósł papierowe pudełko, po czym zaczął wypijać z niego roztopione lody.

- A myślałeś, żeby to powtórzyć?

Chyba zadałem pytanie w niewłaściwym momencie, bo Louis, będąc tym zaskoczony, zakrztusił się, przez co czekoladowa ciesz popłynęła strumieniem wokół jego ust, aż do brody, skapując na jego koszulkę.

- Cholera – mruknął cicho pod nosem, odrzucając prawie puste pudełko na stół.

Sięgnął dłonią ku brodzie, wycierając z jej krańca lepką ciecz. Widziałem w jego zachowaniu niepewność i… strach. Jakby bał się, że moje słowa były tylko żartem nieświadomie rzuconym na wiatr, który spowoduje, że straci nad sobą kontrolę i zrobi coś, co mogłoby zaszkodzić naszej przyjaźni.

Ale ja nie żartowałem. Naprawdę o tym myślałem.

Zanim ponownie sięgnął dłonią do twarzy, aby zetrzeć w niej resztkę lodów, uniemożliwiłem mu to, nachylając się w jego kierunku i składając krótkiego całusa blisko kącika jego ust. Poczułem smak lodów czekoladowych i uśmiechnąłem się na samą wizję tego, co prawdopodobnie działo się z nim w środku.

- Harry, nie powinieneś… - szepnął, kiedy oddaliłem się tylko po to, aby zlizać lody z ust.

- A co, jeśli tego chcę? – Zapytałem z uśmiechem.

- Chcesz się tylko zabawić. – Opuścił głowę na swoje splecione dłonie, garbiąc się lekko.

Chciał sam zetrzeć czekoladę z twarzy, ale ponownie mu to uniemożliwiłem, chwytając jedną dłonią jego nadgarstki.

- Nie chcę się tylko zabawić – powtórzyłem spokojnie i pewnie, kiedy nasze wzroki się spotkały.

Był oszołomiony tym, co się wokół niego działo. Prawdopodobnie robiłem coś, czego nawet sobie nie wyśnił; na co nie miał nawet najmniejszych nadziei, nie łudził się, pewnie nawet nie myślał. Bez zastanowienia odsunąłem jego dłonie, siadając okrakiem na jego kolanach. Jedną dłoń wplotłem mu we włosy, a drugą uniosłem lekko podbródek, zaczynając powoli scałowywać całą czekoladę wokół jego ust. Słyszałem jego przyspieszony i nierównomierny oddech, kiedy powoli drażniłem się z nim, specjalnie omijając jego usta. Kiedy po lepkiej czekoladzie zostały już tylko resztki. Sięgnąłem po dół koszulki Louisa, unosząc ją ku górze i wycierając go.

- Przynajmniej nie będziesz się lepił. – Powiedziałem z uśmiechem, kiedy otworzył oczy. – Wiem, mogłem użyć mojej bluzki, ale ty już wyglądasz jak pięcioletnie dziecko, które nie potrafi zjeść lodów więc… Auć! – warknąłem, kiedy chłopak uderzył mnie lekko w klatkę piersiową.

- Jesteś świnią, wiesz?

- Wiem – odparłem dumnie.

- Złaź ze mnie. – Dotknął mojego torsu, popychając mnie lekko, ale zdążyłem spleść swoje dłonie na jego karku, uniemożliwiając mu to. – No dalej, Harry.

- Aż tak ci przeszkadzam? - Przybrałem na twarz smutny wyraz, który niestety nie przekonał Louisa.

- Dobrze wiesz, o co chodzi – powiedział zmęczonym tonem, patrząc mi w oczy. Był tak blisko mnie, jak nigdy wcześniej. Mogłem dostrzec maleńkie piegi wokół jego nosa, a w jego oczach gdzieniegdzie odcienie granatu pomieszane z szarym błękitem. Takie małe detale, które wcześniej mi umykały, a które wydały mi się… niesamowite. – Nie możesz się tak zachowywać przynajmniej ze względu na moje uczucia. Nie chcę pomyśleć, że bawi cię to i wykorzystujesz mnie w ten sposób.

Wtedy zrozumiałem, że Louis naprawdę mógł to tak odebrać. A ja nie chciałem, żeby tak było. Nie myśląc długo naparłem gwałtownie na jego wargi, zmniejszając dystans dzielący nasze klatki piersiowe. Louis położył dłonie na moich biodrach, zaciskając lekko palce. Odwzajemnił pocałunek, choć za pewno nie chciał tego zrobić. Nie, dopóki nie wiedział na czym stoi. Dopóki nie miał jasnej sytuacji. Ale pragnął mnie. Bardziej niż to sobie mogłem wyobrazić. Uświadamiałem to sobie dopiero w trakcie tych niewinnych pieszczot. Poznawaliśmy się dzięki temu. Szybko się zapomnieliśmy w naszych gwałtownych i namiętnych pocałunkach, powoli tracąc oddech. Ale było nam tak przyjemnie, że żaden z nas nie zamierzał przerywać tej cudownej chwili. Dopiero w momencie, kiedy uświadomiłem sobie, że znacznie podnieciłem się tym i było mi trochę wstyd z tego powodu. Oderwałem swoje usta, zaciskając je w wąską linię, zanim powiedziałem:

- Nie wiem jak ty to zrobiłeś, ale przy twoich pocałunkach podnieciłem się bardziej, niż przy pocałunkach chociażby Nancy. To niedorzeczne. – Patrzyłem na dach altanki, chcąc za wszelką cenę uniknąć jego wzroku i tego zażenowania, które czułem.

- Ja też – szepnął Louis.

Wtedy spojrzałem na niego, koniuszkiem języka wilżąc wargi.

- Łazienki są wolne. Jeśli nie chcemy, żeby mama nas nakryła, powinniśmy jak najszybciej zająć obie i coś z tym zrobić, bo… ciężko nam będzie bez małej pomocy.

Louis zaśmiał się cicho, po czym skinął głową.

- Dobrze. Chociaż potem i tak na nowo podniecę się na twój widok, przepraszam.

*

Tego dnia Louis został na obiedzie. Mama wracając z pracy kupiła pizzę i z uśmiechem zjadła z nami. Zaczęła wypytywać mojego przyjaciela o to, czy jego mama jest z zawodu pielęgniarką. A kiedy on potwierdził i dodał, że ostatnio nawet zmieniła pacę, Anne uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

- Poznałam ją dzisiaj! Cudowna kobieta. Wydawała mi się podoba do ciebie, dlatego zapytałam.

Zaczęła potem opowiadać o mamie mojego przyjaciela. Nie słuchałem o czym konkretnie, bo siedząc przy stole naprzeciwko Louisa i zwyczajnie go obserwowałem. Kiedy on się uśmiechnął, ja także się uśmiechałem. Kiedy poważniał, ja także poważniałem. A kiedy nasze spojrzenia krzyżowały się na ułamki sekund, szybko odwracał wzrok, słabo się rumieniąc.

W końcu przyszedł czas, kiedy musieliśmy się pożegnać. Odprowadziłem go do drzwi, otwierając mu je.

- To do jutra w szkole – powiedział, uśmiechając się.

Chciał opuścić mój dom, ale ja zatrzymałem go, dając krótkiego całusa w usta. Był zaskoczony i chciał porozmawiać o tym ze mną, ale nie mogliśmy zrobić tego na korytarzu, żeby mama usłyszała jakiegokolwiek słowa.

- Zadzwonię do ciebie wieczorem. Do zobaczenia jutro!

Zamknął drzwi z uśmiechem, odwracając się. Wtedy stanąłem jak wryty, nie będąc zdolnym wykonać żadnego ruchu. Po prostu stałem i patrzyłem na mamę, która wydawała się być nie mniej zszokowana tą sytuacją niż ja.

- Mamo, ja… - zacząłem, ale przez moje gardło nie mogły przejść żadne słowa.

- Naprawdę jesteś gejem? – zapytała spokojnie, uważnie patrząc mi w oczy.

Opuściłem spięte ramiona, patrząc na podłogę. Byłem gejem? Nie patrzyłem tak na to. Skąd to mogłem wiedzieć. Wizja całującego mnie Lou podobała mi się, ale gdyby miał to być jakiś inny chłopak… czułem odrazę. To było dla mnie zagadkowe uczucie, którego chciałem doznać. Ale nie byłem pewien, czy mogłem to nazwać po imieniu.

- Nie chcę o tym gadać – powiedziałem w końcu, idąc do kuchni. Wyminąłem zaskoczoną mamę, która jednak nie chciała dać za wygraną.

- Harry, synku – zaczęła spokojnie. – Jestem twoją matką, powinieneś mi ufać. Powinieneś móc powiedzieć mi o wszystkim. Powinieneś widzieć we mnie osobę, która jest ci tak bliska jak… Louis. Która jest twoim przyjacielem – dodała, gdy dostrzegła mój niepewny wyraz twarzy.

- Chcesz mi pomóc w taki sam sposób jak ojciec? – zapytałem od niechcenia.

- On docierał do ciebie do pewnego momentu aż…

- On nigdy do mnie nie dotarł! – zawołałem, czując ogarniającą mnie frustrację. – Boże, naprawdę byłaś aż tak ślepa, żeby nie dostrzec, że ten sukinsyn wolał mnie uderzyć zamiast ze mną porozmawiać jak człowiek?! Naprawdę tego nie widziałaś?! – krzyczałem, czując, że to jest koniec tego wszystkiego. Coś we mnie pękło. Coś mnie podświadomie zmusiło do tego, abym powiedział to na głos, choć to mogło być dla mnie najbardziej błędną decyzją w życiu.

Zaskoczona Anne otworzyła szerzej oczy, potrząsając lekko głową.

- Des cię bił? – zapytała dla pewności. Nie odpowiedziałem, jedynie spuściłem głowę, nie mają dłużej siły patrzyć jej w oczy. – Odpowiedz mi Harry, czy twój tata cię bił?

- On jest moim ojcem tylko na papierku. W rzeczywistości już dawno dla mnie umarł.

- Harry – pisnęła cicho mama, podchodząc do mnie i kładąc dłonie na moich ramionach. – Od jak dawna to trwa?

- Od samego początku – szepnąłem cicho, mając nadzieję, że ona jednak tego nie usłyszy.

Ale myliłem się.

- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – zapytała, ujmując moją twarz w dłonie.

- A co by to zmieniło? – zapytałem zmęczony, pozwalając moim powiekom opaść na dłuższą chwilę.

- Nie wysłałabym cię tam, to oczywiste! – Przytuliła mnie mocno, opierając swój policzek o moją czuprynę. – Nie wybaczę sobie tego, nigdy – szepnęła do siebie, głaszcząc moje plecy. – Nie wybaczę.

Gdybym powiedział, że byłem zaskoczony jej reakcją, skłamałbym. Byłem w szoku. Byłem kompletnie pozbawiony racjonalnych myśli i czynów. Dopiero po dłuższej chwili objąłem ją w pasie, mówiąc, żeby przestała, kiedy jej usta nie zamykały się od słów przeprosin i żalu do samej siebie. To był ten moment, kiedy zacząłem się zastanawiać, czy moja mama naprawdę była taka „zła”. Nadal jednak nie wiedziałem, co będzie zamierzała z tym zrobić. Byłem tylko pewien, że nie zostawi tego tak w spokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz