środa, 1 stycznia 2014

13

Będąc gówniarzem, powinienem się nauczyć jeszcze jednej ważnej rzeczy. Nigdy nie ufaj bezgranicznie osobom, które już raz cię zawiodły. Ale takie wnioski przychodziły do mnie dopiero z czasem. Nie ufałem przyjaciołom, ale mamę czy tatę w jakimś stopniu nadal darzyłem zaufaniem. I to było kłodą, którą rzucono mi pod nogi w piątkowy wieczór.

Siedziałem skulony na parapecie w „moim pokoju”, obserwując cichą ulicę, na której ojciec wykupił apartament. Patrzyłem nieobecnym wzrokiem na bliżej nieokreślony punkt, walcząc z myślami, które sprawiały, że co chwilę popłakiwałem. Był środek nocy, a ja znów nie spałem. Nie potrafiłem, kiedy przebywałem u ojca w domu. A już na pewno nie po minionym wieczorze.

Anne zawsze miała długi język. Szczególnie, kiedy w końcu zauważała, że dzieje się coś niedobrego. Szukała oparcia u innych osób, które teoretycznie mogły jej pomóc. W praktyce nie przynosiły żadnego rezultatu. A jedynie wieści po sąsiedztwie szybciej się rozchodziły.

Nie byłoby nic złego w tym, że nie potrafi utrzymać języka za zębami, gdyby po prostu nie podsłuchiwała mnie tamtego dnia.

Zanim mój ojciec po mnie przyjechał, rozmawiałem z Liamem długi czas. Poczułem, że jest to osoba, na której w jakimś stopniu mogę polegać i ufać. Oczywiście nie zrobiłem się od razu taki rozgadany. Na początku zbywałem go, kiedy chciał dociec przyczyny kłótni mojej i Louisa. Nie mógł uwierzyć, że coś było w stanie nas poróżnić. Opowiadał, że obserwował nas od początku i zazdrościł nam tego, co powoli pojawiało się między nami. Widział każde nasze uśmiechy, posyłane sobie na szkolnych korytarzach. Zauważył też, że kiedy znajdowałem się w jego pobliżu, śmiały się moje oczy, a nie tylko usta. Wtedy coś we mnie pękło i powiedział Liamowi o co poszło między nami. Że całowaliśmy się i on wpierał mi, że to był tylko mój sen. I że odebrałem to jako kłamstwo z jego strony, które mnie zabolało.

- Naprawdę tylko o to poszło? – zapytał zaskoczony Liam. – Może bał się, że ta sytuacja wiele zmieni pomiędzy wami.

- Zapomniał też powiedzieć, że się we mnie zakochał – dodałem, będąc nieobecny myślami.

- Zakochał?

- Tak, zakochał. Chyba, jak to sam ujął, bo widocznie nadal nie jest pewien tego… uczucia. – Roześmiałem się pod nosem, kręcąc głową. – Czuję się dziwnie z myślą, że podobam się chłopakowi. I że na dodatek całowałem się z nim, prawdopodobnie robiąc mu większą ochotę na mnie. I… że ten chłopak jest moim najbliższym przyjacielem.

- A jakie masz teraz odczucia względem jego? – spytał ostrożnie. – No wiesz… - zaczął, kiedy dostrzegł mój nieodgadniony wyraz twarzy. – Gdyby ci powiedział o tym od razu, zaraz następnego dnia… jakbyś zareagował?

- Uciekłbym – odparłem pewnie, zaraz potem śmiejąc się głośno. – Ale potem przemyślałbym to i wrócił, i przeprosił za moje zachowanie. Dodałbym też, że mimo tego zależy mi na nim i że będę potrafił żyć z myślą, że jest biseksualny.

- Nawet gdyby czasem dochodziło do zbyt intymnych sytuacji?

Spojrzałem na Liama niepewnie. Byłem zaskoczony jego słowami. O tym nie pomyślałem; nawet na ułamek sekundy nie przewinęło mi się to przez myśl. Ale kiedy mi to zasugerował… zacząłem nad tym rozważać. Nie wiedziałem, czy by mi to przeszkadzało. W końcu… całowałem się z nim i pamiętam, że pragnąłem tego jak niczego innego na świecie. Przynajmniej w tamtej chwili. Może to alkohol, a może nie… Nie wiedziałem.

- Przepraszam, nie powinienem pytać – bąknął pod nosem, odwracając wzrok w innym kierunku.

- Nie zastanawiałem się nad tym – odparłem szczerze. – Nie wiem, co bym czuł, gdyby… doszłoby do czegoś.

Zamyśliłem się na chwilę nad nocą, kiedy pocałowaliśmy się z Louisem. Starałem się przypomnieć sobie, co wtedy czułem. Czy to było możliwe, żebym doznawał tych samych emocji na trzeźwo?

Chciałem podzielić się tą myślą z Liamem, ale wtedy przyszła mama i oznajmiła, że tata już czeka i że mam się zbierać. Wydawała się być wtedy zaniepokojona i przestraszona, blada. Nie wiedziałem, co jest grane. Dopiero z każdą upływającą chwilą uświadamiałem sobie, że musiała podsłuchać rozmowę moją i Liama. Oraz to, że pomiędzy mną a Lou doszło do czegoś. Inaczej ojciec nie zrobiłby mi takiej awantury, jak tego wieczoru… Myślałem, że nie przeżyję tego paskudnego piątku; że to się nigdy nie skończy; że padnę tam jak długi i już nigdy nie odzyskam przytomności. Nie wiedziałem jak udało mi się przetrwać furię ojca, ale byłem pewien, że tego dnia nie zapomnę do końca życia.


Przynosisz wstyd nazwisku Styles!

Jak możesz patrzeć na mężczyzn jak na osobę, którą mógłbyś kochać?!

Jak ty wyobrażasz sobie dalsze życie!

Jesteś beznadziejny!


Każde groźne słowa, które usłyszałem tego wieczoru, zapadły głęboko w mojej pamięci. W końcu musiał odpuścić widząc, że nie miałem najmniejszej siły się bronić, tylko poddawałem się każdemu jego atakowi. Wtedy odszedł, zostawiając mnie samego w salonie, skąd ledwo uciekłem do pokoju. Usiadłem skulony w kącie, patrząc szeroko otwartymi oczami w przestrzeń. Bałem się wykonać jakikolwiek ruch. Bałem się zasnąć. Bałem się, że w ciszy mój oddech będzie głośnym hukiem, co tylko bardziej rozjuszy ojca.

Westchnąłem, otrząsając się z zamyślenia. Spojrzałem na telefon, aby sprawdzić godzinę. Było późno. Bardzo późno. Godzina czwarta nie była idealną porą na wykonywanie telefonów. Ale w tamtej chwili tak bardzo brakowało mi osoby, z którą mógłbym porozmawiać; która dodałaby mi otuchy i wsparłaby mnie; osoby, za którą tak bardzo tęskniłem…

Chwilę później siedziałem w kącie i trzymałem telefon przy uchu, wsłuchując się w sygnały oczekiwania. Po trzecim osoba po drugiej stronie odebrała, zaspanym głosem mrucząc:

- Halo...

Poczułem dziwny ucisk w brzuchu na dźwięk głosu Louisa. Milczałem, nie będąc zdolnym wypowiedzieć ani jednego słowa. Jedynie więcej łez wezbrało w moich oczach, czekając tylko aż zacisnę powieki i uwolnię je.
Louis wyraźnie się poruszył po drugiej stronie, o czym świadczył szum w telefonie.

- Harry? – Jego głos był zaskoczony i niepewny zarazem. – Harry, to ty? Jesteś tam?

Znów nic nie odpowiedziałem. Jedynie pociągnąłem głośno nosem, co nie umknęło uwadze Louisa.

- Co się stało? – zapytał ze śmiertelną powagą. – Powiedz mi, co się stało. Gdzie jesteś? Mam do ciebie przyjechać?

- Jest czwarta – zaśmiałem się pomimo wszystko. - A ja mam teraz wyrzuty sumienia, że cię obudziłem – dodałem cicho bardziej do siebie niż do niego.

- Nie dzwoniłbyś bez powodu.

- Przecież zawsze dzwoniłem bez powodu – zauważyłem, unosząc jeden kącik ust minimalnie ku górze. – Nawet żeby zapytać, czy oglądasz mecz i komu kibicujesz.

- Ale ostatnio się to zmieniło – szepnął przygnębiony.

W pierwszej chwili myślałem, że się przesłyszałem. Ale kiedy cisza pomiędzy nami zaczęła się coraz bardziej dłużyć uświadomiłem sobie, że to nie było moje przywidzenie. On naprawdę to powiedział, a mnie dopadły jeszcze większe wyrzuty sumienia. Zachowałem się jak dziecko. Jak ostatni gówniarz, który ucieka przed odpowiedzialnością, nie chcąc uczestniczyć w rozwiązaniu problemu do końca.

- Wiem, przepraszam.

- To ja ciebie powinienem przeprosić – zaczął Louis. Ponownie usłyszałem szmery po drugiej stronie, a gdy ucichły, Louis westchnął. – Powinienem powiedzieć ci prawdę. Nie wiem, co sobie myślałem. Że się nie dowiesz? – Prychnął cicho pod nosem. – To głupie. Wszystko kiedyś wychodzi na jaw. I czuję się winny, że… wtedy oddałem pocałunek, bo mogłem powiedzieć, że to niestosowne i nie powinniśmy tego robić i ja…

- Przecież chciałeś tego – przerwałem mu cicho. – A jak człowiek czegoś chce i widzi, że ma szansę to dostać, działa pod wpływem chwili. Nie myśli o konsekwencjach, tylko oddaje się… tej przyjemności, której może doświadczyć.

Zamilkłem, czekając na reakcję z jego strony. Jakieś słowo potwierdzenia albo sprzeczności i uzasadniający argument do tego. Ale jedyne, co usłyszałem, to cisza, dłużąca się w nieskończoność.

- Jesteś jeszcze? – zapytałem piskliwym głosem. Sam byłem zaskoczony desperackim dźwiękiem, który wydobył się z moich ust.

- Jestem – rzekł spokojnie. – Ale jeśli mam być szczery, nie wiem, co powinienem powiedzieć.

- Prawdę. Nie chcę słyszeć niczego innego z twoich ust, tylko prawdę.

Wyprostowałem nogi, opierając się wygodniej o ścianę. Odchyliłem głowę w tył, a wolną dłoń położyłem swobodnie na udach. Czekałem na jego słowa.

- Daj mi chwilę, aż przestanę się rumienić bez powodu i wymyślę coś, co mogę powiedzieć, żebyś nie pomyślał o mnie jak o głupku.

Roześmiałem się cicho, zakrywając usta dłonią, aby mój śmiech nie brzmiał zbyt głośno. Otarłem dłonią oczy, wznosząc je ku górze i zastanawiając się, co mnie w ogóle naszło, żebym się na niego obrażał? Tak naprawdę bez żadnego poważnego powodu?

- Okej, to ty myśl, a ja coś jeszcze dopowiem od siebie – powiedziałem, biorąc głęboki oddech. – Wtedy… po przeczytaniu twojego pamiętnika zachowałem się tak, bo uderzył mnie fakt, że okłamałeś mnie. W błahej sprawie, ale jednak. I byłem zdania, że skoro już raz to się wydarzyło, to teraz kłamstwa będą płynęły gładko z twoich ust, a ja znów będę w potrzasku, jak wtedy, kiedy wmawiałem sobie przyjaźń z Selley’ami, Mazzim i tobą. Teraz zostałeś mi już tylko ty i nie jestem zły z tego powodu. Cieszę się, nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo. Bo zamiast cudownej paczki mam niepowtarzalnego przyjaciela. Ostatnio coraz częściej mam ochotę przestać żyć, bo kompletnie nie rozumiem, po co się urodziłem, ale wtedy pojawiasz się ty… i nieważne jak bardzo chce mi się płakać, dzięki tobie zawsze się uśmiecham.

- Harry – Louis jęknął błagalnie po drugiej stronie. – Proszę, zamilcz.

- Powiedziałem coś nie tak?

- Nie, ja po prostu… - zawahał się. Słyszałem niepewność w jego głosie. Wyraźnie chciał mi coś powiedzieć, ale z drugiej strony bał się tego. – Czasem powinieneś mówić mniej, żeby przestać mi dawać do zrozumienia, dlaczego zwróciłem na ciebie większą uwagę i nie mogę tak po prostu przestać o tobie myśleć.

- Louis… - Wstrzymałem oddech, nie wiedząc, co powiedzieć.

Nie miałem nic przeciwko jego uczuciom. Każdy miał prawo zakochać się w kimś. Jednak postawił mnie tymi słowami w niezręcznej sytuacji i naprawdę nie wiedziałem, co powinienem odpowiedzieć. Nie mogłem mówić czegoś, co nie byłoby prawdą i było niezgodne z moimi uczuciami tylko dlatego, żeby nie było mu przykro.

- Przepraszam, nie powinienem.

- Nie przepraszaj, jest w porządku. – Zapewniłem. – Muszę się jeszcze oswoić z myślą, że mój przyjaciel leci na mnie i kiedy nie będę patrzył, on będzie pochłaniał mnie w całości wzrokiem.

- Harry – Louis ponownie jęknął błagalnie, co mnie rozbawiło.

- Przecież taka jest prawda – ciągnąłem niskim głosem, chcąc się trochę poznęcać nad Louisem.

W rzeczywistości po prostu chciałem się uśmiechać tak długo, jak tylko byłem w stanie. Zanim miałem ponownie wrócić do tego melancholijnego humoru, co uderzyło we mnie nagle i gwałtownie, jak zwykle. Niechcący szturchnąłem łokciem ścianę. Zabolało mnie i nagle moje szczęście w mig zniknęło. Louis doskonale wiedział, że coś złego mi się przydarzyło i że za wszelką cenę unikałem tego tematu.

- Powiesz mi teraz, dlaczego tak naprawdę zadzwoniłeś do mnie w środku nocy, w dodatku zapłakany?

- Po prostu brakowało mi ciebie.

*

- Zostaw mnie w rynku. Skoczę do sklepu po chleb, a potem do biblioteki. Muszę wypożyczyć lekturę, którą mamy na angielskim przerabiać – powiedziałem cicho, kiedy zbliżaliśmy się do Holmes Chapel.

Nie patrzyłem na ojca, dlatego mruknął cicho na znak zgody. Słowa, które wtedy wypowiedziałem były pierwszymi, jakie padły na głos odkąd wyruszyliśmy z Londynu.

Gdy samochód zatrzymał się na parkingu przed sklepem, złapałem za klamkę zamierzając wysiąść. Ale wtedy poczułem dłoń, owijającą się wokół mojego ramienia i mimowolnie zatrzymującą mnie. Obejrzałem się przestraszony.

- Jeśli o czymkolwiek powiesz Anne, inaczej porozmawiamy – dodał ostrzegawczo, puszczając mnie.

- Pobiłem się z kolegami, to oczywiste.

Nie czekając, wysiadłem, zatrzaskując drzwi z hukiem. Narzuciłem kaptur na głowę, opuszczając ją, aby nikt nie musiał oglądać mojego posiniaczonego policzka, którego moje włosy nie były w stanie przykryć. Wszedłem do sklepu tylko po to, żeby kupić chociaż gumy do żucia, a następnie jak najszybciej pobiegłem na przystanek autobusowy, chcąc jak najszybciej znaleźć się u przyjaciela.

Miałem niewyobrażalne szczęście, że drzwi otworzył mi Louis, który o mało nie wypuścił szklanki z herbatą na mój widok. W dodatku byliśmy sami, co uzmysłowiłem sobie po tym, jak natychmiastowo wciągnął mnie do mieszkania, zamykając drzwi na zamek.

- Harry! – zawołał zrozpaczony, odkładając szklankę na szafkę stojącą w korytarzu.

Zbliżył się do mnie, wspinając lekko na palce, żeby ściągnąć mi kaptur i zobaczyć moją twarz w pełnym świetle.

- Powiedz, że nie – szepnął cicho.

- Sam widzisz. - Wzruszyłem ramionami, czując, jak moja warga zaczyna coraz bardziej drżeć.

Poprzedniej nocy płakałem niewiele, większość wolałem zdusić w sobie, żeby przypadkiem ojca nie obudzić. I to wszystko, co kumulowało się we mnie od poprzedniego wieczoru – bezradność, rozpacz, płacz, bezsilność, wściekłość, zmęczenie – szukało ujścia w moich łzach.

Louis chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się, kiedy przylgnąłem do niego całym ciałem, tuląc się z całych sił. Nieważne, że wciąż czułem ból w różnych częściach mojego ciała. Byłem przy Louisie i byłem bezpieczny. To się liczyło. Tylko przy nim czułem, że już nic mi nie grozi, że wszystko może się ułożyć, a nawet byłem skłonny do uśmiechu wywołanego jego żartem.

- Proszę, nie płacz. Nie mogę patrzeć jak płaczesz – szepnął cicho, głaskając mnie po plecach.

- Jak mam nie płakać, kiedy… - Przełknąłem nerwowo, odpychając się na tyle, żeby móc patrzeć mu w oczy. Ręce wciąż trzymałem na jego ramionach, wiedząc, że zaraz ponownie się do niego przytulę. – Jak mam nie płakać, skoro mama podsłuchała rozmowę moją i Liama, w której wspomniałem, że pocałowaliśmy się i że mi o tym nie powiedziałeś następnego dnia… Tłumaczyłem mu powód naszej kłótni. Wiem, że jest po naszej stronie i chciałbym, żeby mógł odnaleźć w nas przyjaciół, bo jest naprawdę w porządku. I… matka to musiała powiedzieć ojcu, bo on urządził mi piekło u jego domu.

- To za daleko zaszło – warknął Louis z gniewem, którego nigdy wcześniej nie słyszałem w jego głosie. Przeraziłem się, nie ukrywałem tego.

- Co ty…

- Trzeba z tym wreszcie skończyć.

- Nie! – pisnąłem cicho, ujmując policzki przyjaciela w dłonie w akcie desperacji. – Posłuchaj mnie – zacząłem spokojnie, patrząc mu uważnie w oczy – nic a nic nie możesz powiedzieć. Absolutnie nikomu, słyszysz? Obiecałeś mi przecież…

- Wiem! – podniósł głos zdenerwowany, wyrywając się spod mojego dotyku. Odwrócił mnie, prowadzając do lustra znajdującego się w salonie nad barkiem. Wspiął się na palce, żeby mógł mnie dokładnie widzieć i mocno trzymał ramion, żeby nie zatracić równowagi. – Spójrz na siebie. – Poprosił, kiedy ciągle wychwytywałem w lustrze jego wzrok. A gdy moje zielone tęczówki ujrzały swoje własne odbicie, poczułem dziwny ucisk w środku. – Widzisz to?

- Widzę siebie – odparłem niewzruszony. Jednak na mojej twarzy pojawił się zniesmaczony grymas. Wyglądałem fatalnie.

- Szkoda – powiedział rozczarowany, co sprawiło, że mój wzrok znów uciekł ku niemu, krzyżując z jego. Nie wiedziałem, do czego zmierzał. – Naprawdę szkoda, bo ja widzę wartościowego chłopaka, który niesłusznie dostaje po tyłku od życia i nie chce zrobić z tym nic, co pomogłoby mu to przerwać. I być wreszcie szczęśliwym – dodał szeptem ostatnie słowa.

Opuściłem głowę, zdając sobie sprawę, że Louis naprawdę miał rację. Oczywiście mógł tak mówić tylko dlatego, że mu się podobałem. Ale znałem go na tyle, żeby mieć świadomość, że w takiej chwili potrafił odstawić swoje uczucia na bok i zwyczajnie troszczyć się o mnie jak o przyjaciela, nie chłopaka.

- I co zamierzasz powiedzieć mamie, kiedy o to zapyta?

- Wracając ze sklepu natknąłem się na kolegów ze szkoły, którzy mnie nie lubią. Ot, cała historia. Pobili mnie, sam nie wiem za co. Chyba mają do mnie jakieś zastrzeżenia i byli na tyle głupi, że zamiast porozmawiać, woleli spuścić mi łomot. – Powiedziałem, odwracając się do niego przodem. – Tylko wyrażę się bardziej przekonująco.

- Pieprzony kłamca.

- Ale w słusznej sprawie – przyznałem z bólem. – Gdyby to wyszło na jaw, nikt by mi nie uwierzył. Przecież Des Styles nie skrzywdzi muchy, a co dopiero gdyby oskarżono go o bicie dziecka z myślą, że to je wychowa na twardego mężczyznę. Nie widzisz tego? Już jestem na straconej pozycji. Nie rób czegoś, co może to jeszcze bardziej spieprzyć.

Louis skinął głową, jednak mało przekonująco. Wiedziałem, że nie odpuści tak łatwo i będzie coś kombinował. Odłożyłem jednak kolejne próby przekonywania go do zostawienia całej sprawy w spokoju na później, po prostu go przytulając. Tylko tego trzeba mi było w tamtej chwili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz