Louis uważa, że to najchłodniejsza zima, jakiej kiedykolwiek doświadczył w swoim życiu. Uświadamia to sobie, kiedy kieruje swój samochód na drogę kompletnie pokrytą śnieżną pierzyną. Ogrzewanie pracuje tak głośno, że toną w nim wibracje radia i świąteczne piosenki, i nawet mimo podmuchów nieświeżego, ciepłego powietrza jego nos ciągle jest zdrętwiały, a palce zesztywniałe.
Zawsze uwielbiał te podróże do mamy, a zwłaszcza w Wigilię. Jedzie mniej uczęszczanymi drogami z Londynu do Kornwalii, rozkoszując się widokiem wysokich jodeł po obu stronach drogi, łagodnych zbocz wzgórz, pokrytych białą pokrywą, mglistych chmur, owiec, które przekopują się przez śnieg w poszukiwaniu pozostałości trawy i dzieci bawiących się na podwórkach z wielkimi uśmiechami i zarumienionymi policzkami.
Louis kocha możliwość poczucia zapachu bożonarodzeniowego szczęścia w powietrzu – to prawie jak zaraza. Nawet jako trzydziestojednolatek wraca do domu na święta – do domu wypełnionego absolutnym chaosem – ale kocha go mimo wszystko. Kocha sposób, w jaki jego siostry pędzą z każdego kąta domu, gdy tylko słyszą dźwięk otwieranych drzwi i uwieszają się na nim, tak jak wtedy, gdy były młodsze. Kocha sposób, w który niepewny uścisk od jego mamy jest zawsze najcieplejszy. Kocha sposób, w jaki korytarz jest zawsze przystrojony lampkami, a salon zostaje połknięty przez największą choinkę, jaką udało się im znaleźć.
Te myśli o domu, którymi zadowala się przez długą, nieco męczącą podróż, tak, to definitywnie one przysłaniają jego zdrowy rozsądek, gdy zauważa samotną postać, która uparcie prze przed siebie po jednej stronie drogi.
To po prostu jest tak – Louis jest w ciepłym, rozdającym nastroju. I z każdym metrem, który przybliża go do tej osoby, czuje coraz więcej współczucia. Chłopak nie ma na sobie nawet porządnej kurtki i przez to wygląda raczej nędznie.
W jego wnętrzu czy powinienem powieźć nieznajomego toczy walkę z wszystkimi skutkami ubocznymi tej decyzji, zanim wciska hamulec i opuszcza okno po stornie pasażera.
Żałuje tego, gdy zimne powietrze napływa przez otwarte okno, powodując, że zaczyna szczękać zębami. Chłopak nawet na niego nie patrzy, tylko dalej brnie przez śliski śnieg, a jego nos i policzki są czerwone, czapka opada na czoło i grymas wydaje się być wyryty na jego ustach.
Louis odchrząka. – Hej.
Kiedy to nie przyciąga uwagi chłopaka, Louis przesuwa się trochę, pochylając się bliżej okna. – Hej! – Myśli, że może dodanie do swojego głosu odrobiny wesołości pozwoli mu zwrócić jego uwagę na siebie. Ale to nie spełnia swojej roli. Chwilę potem uświadamia sobie, że chłopak ma na uszach słuchawki, a oczy utkwił w podłożu.
Więc naturalnie Louis wciska klakson, wywołując kilka monotonnych dźwięków pomiędzy świątecznymi utworami.
Chłopak podrywa głowę do góry, jego brwi marszczą się w dezorientacji, a oddech zawisa przed jego twarzą w postaci białego obłoczku. Louis uśmiecha się szeroko i macha pewnie trochę zbyt entuzjastycznie, a chłopak odpowiada mu trochę zdezorientowanym uśmiechem. To uśmiech przepełniony ulgą, a Louisa tylko troszkę fascynuje to, że dołeczek w jego lewym policzku jest tak głęboki, że można by jeść z niego lody.
Pokonuje drogę do drzwi pasażera i pochyla się, więc Louis może zobaczyć jego twarz, która jest… nawet lepsza z bliska. Momentalnie traci wątek.
– Jesteś na popołudniowym spacerku bez odpowiedniego okrycia w to zimne popołudnie czy potrzebujesz podwózki? – ćwierka Louis z cwanym uśmieszkiem na ustach, pochylając trochę głowę, by chłopak także mógł go zobaczyć.
Chłopak szczęka zębami. – Samochód mi się popsuł – śmieje się pod nosem, pokazując w dół drogi. – Szedłem, aż znalazłem jakąś stację benzynową, chyba. Naprawdę nie wiem co z nim nie tak. – Wzrusza ramionami, wyglądając trochę jak zagubiony szczeniaczek.
– Wskakuj. Jestem w drodze do mojej mamy. W mieście można naprawić samochód. – Pochyla się poprzez siedzenie, by odblokować drzwi i otworzyć je przed chłopakiem, który mruga szybko. Louis jest trochę zauroczony sposobem, w jaki płatki śniegu opadają na jego rzęsy. Chłopak zatrzymuje się tuż przed wejściem, szczerze zaniepokojony.
– Nie zamierzasz posiekać mnie na małe kawałeczki, no nie?
– Nie, chyba że spróbujesz mnie posiekać na małe kawałki pierwszy.
– Zgoda.
Chłopak wspina się na siedzenie, mocno dygocąc. – Nazywam się Harry. – Wyciąga trzęsącą się rękę do Louisa, który uśmiecha się szeroko i potrząsa nią.
– Louis.
***
Pierwsze dziesięć minut jazdy są trochę jak bardzo szybkie przesłuchanie, a Louis myśli, że trzecia kawa była złym pomysłem, ale decyduje, że Harry nie przestał się uśmiechać od kiedy wsiadł do samochodu, więc musi być dobrze.
– Ile masz lat?
– Dwadzieścia trzy.
– Ulubiony kolor?
– Niebieski.
– Kawa czy herbata?
– Herbata.
– Dobry chłopak, a skąd?
– Cheshire.
– Manchester United czy jesteś jednym z tych facetów, którzy nie lubią nogi?
– Manchester United, mam plakat i takie tam.
Louis uśmiecha się na to, ponieważ, no cóż, Harry jest trochę czarujący. Ze swoją miękką, pomarańczową bluzą, szerokimi ramionami, małymi loczkami wystającymi spod czapki, pięknym uśmiechem, zielonymi oczyma i niskim głosem sprawia, że ta podróż staje się jeszcze milsza.
Są cicho przez chwilę, a Louis ma czas, by uporządkować myśli i wszystko spowolnić. Bierze kilka głębokich wdechów, skupiając się na sposobie, w jaki chmury ujednoliciły się w wielką, szarą plamę, a podmuchy rozbijają płatki śniegu na przedniej szybie.
– Co zaplanowałeś na święta, Harry? – pyta cicho, a cisza, która nastaje potem, czyni go ciekawszym.
– Właściwie nic. – Jego głos jest niemal niesłyszalny. – Rodziny nie ma w mieście… Mieszkanie było zbyt ciche, więc postanowiłem się przejechać i um… Cóż, jestem tutaj. – Uśmiecha się smutno, opierając głowę na szybie. Louis domyśla się, że historia jest dłuższa, ale nie naciska więcej.
– Louis na ratunek, nie? – wiwatuje, imitując raczej cicho ryczący tłum.
Harry obraca twarz do szyby i próbuje ukryć uśmiech, ale Louis i tak go widzi. – Louis na ratunek – powtarza cicho.
***
Jest cicho już za długo, a Louis odkrywa, że spogląda na chłopaka siedzącego na miejscu pasażera prawdopodobnie co dwie sekundy. Jego oczy są zamknięte, głowa oparta o okno, a policzki mają wciąż ciepły odcień różu.
Louis uczy się definicji jego szczęki, nachylenia nosa i różowych ust. W pewnym momencie to zaczyna go krępować, więc odsuwa zasłonkę przeciwsłoneczną i spogląda na chłopaka w małym lusterku. Marszczy nos, próbując zignorować zmarszczki, które powstały od uśmiechu wokół oczu chłopaka, stając się widoczniejsze i kilka siwych włosów, które zaczynają się przebijać przez jego włosy. Ciemny cień na jego szczęce czyni go bardziej chropowatym i przystojnym (jeśli sam tak mówi), a jego włosy są odrzucone w tył, tworząc coś w rodzaju rozlazłego quiffa.
Zasuwa osłonkę z powrotem, wypuszczając długie westchnienie, które zmienia się sapnięcie, gdy orientuje się, że zaraz zjedzie z drogi, więc gwałtownie przekręca kierownicę w drugą stronę. Głowa Harry’ego uderza w okno, a on wydaje z siebie mały skowyt, który zmienia się w długie heeeeeeeeeeeejj i ciche chichoty. Twarz Louisa płonie, kiedy uśmiecha się do chłopaka.
– Cholera, przepraszam. Byłem nieco roztargniony… Co powiesz na jakieś świąteczne brzmienia? – mówi tak szybko, że to jest prawdopodobnie niespójne. Wyciąga rękę, by pogłośnić radio, a muzyka wybucha na poziomie rozrywającym bębenki.
Harry skrzeczy, zakrywając uszy, a głupawy, wielki uśmiech i co do cholery jest z tobą nie tak? znikają w „All I Want for Christmas is You” w wykonaniu Mariah Carey.
– Kurwa! – krzyczy Louis, uderzając w powietrze. – Ta piosenka.
Czuje na sobie spojrzenie Harry’ego, więc spogląda na niego z uśmiechem, unosząc brwi, zanim zaczyna synchronizować ruchy ust ze słowami tak perfekcyjnie, że można by pomylić Louisa Tomlinsona z Mariah we własnej osobie. To sprawia, że Harry śmieje się tak głośno, że musi zasłonić sobie usta swoją wielką dłonią.
Louis nie powstrzymuje się od tańca, okazjonalnie odrywając dłonie od kierownicy, by sobie przyklaskiwać.
Make my wish come true, all I want for Christmas is you.
Louis może wskazuje na Harry’ego.
Może.
***
Niebo zostało nasycone przez noc, kiedy docierają do Kornwalii. Śpiewali świąteczny album Michaela Bublé przez ostatnie dwie godziny, śmiejąc się, aż prawie zbaczali z drogi, zamieniając się solówkami i harmonizując się naprawdę okropnie (aż dotarli do Holly Jolly Christmas, gdzie Louis ogłosił, że powinni założyć razem zespół).
Właściwie, Louis nie jest zbyt chętny, by Harry go opuszczał. Rozkoszuje się jego towarzystwem tak bardzo, że im więcej o tym myśli, tym mocniej czuje ciepło rozprzestrzeniające się pod jego skórą jak jakaś choroba zakochania. Odnajduje siebie, lżej przyciskającego na pedał gazu, kiedy skręca w ulicę oświetloną słabym światłem jednej latarni, iluminującą wielkimi płatkami śniegu, które pokrywają wszystko. Zauważa znak Trencrom Garage i czuje, jak jego serce tonie. Zatrzymuje się przy wejściu, pochylając głowę, by zobaczyć, czy mają dzisiaj otwarte.
Musi powstrzymać wielki uśmiech, kiedy zauważa, że wszystkie okna są ciemne, a drzwi do garażu zamknięte. Chociaż to znaczy, że będzie musiał podrzucić Harry’ego do hotelu czy coś, to przynajmniej daje mu trochę więcej czasu z chłopakiem. Przygryza wnętrze policzka, besztając się za stawanie się takim durniem.
– Cóż, cholera – wzdycha, unosząc brew. – Możemy wrócić do twojego samochodu i wyciąć podwozie, więc będziesz mógł wyflinstonować* się do domu.
Harry śmieje się w swoją dłoń, a jego oczy się marszczą i Louis wewnętrznie podziwia sposób, w jaki jego skóra jest okryta bladym, żółtym światłem latarni, która rzuca cień na jego dołeczek, a jego piękne oczy błyszczą i Louis jest taki popierdolony.
– Doceniam ten pomysł, bo wygląda na to, że jestem trochę opuszczony. – Harry się przesuwa, przygryzając paznokieć u kciuka, kiedy jego brwi się marszczą.
Louis ma pomysł.
– Cóż, mógłbym wyrzucić cię na St Ives za rogiem – robi przerwę, wijąc się nieco w oczekiwaniu – albo…
Oczy Harry’ego przemykają do Louisa, jego kciuk ciągle znajduje się między zębami, ale uśmiecha się dookoła niego i unosi brwi. – Albo?
– Mógłbyś zostać u mojej mamy, jeśli nie masz nic przeciwko bryłowatym kanapom i domowi pełnemu dziewczyn… Wiesz, dopóki ta cała sytuacja z samochodem się nie wyjaśni.
– Naprawdę? – Harry gapi się na niego wielkimi oczyma, a jego usta rozciągają się w zadowolonym uśmiechu. – Nie będzie miała nic przeciwko? Twoja mama?
– Uhm… – waha się Louis, spuszczając wzrok na swoje kolana, ponieważ tak, jego mama będzie miała coś przeciwko kompletnemu nieznajomemu w ich domu. Jak miałby przedstawić Harry’ego? Wesołych świąt, mamo. To jest Harry – autostopowicz, którego dzisiaj zabrałem. Zostanie z nami przez jakiś czas! Albo…
– Cóż… Jest jeden mały haczyk – śmieje się nerwowo, a rozpacz kumuluje się w jego brzuchu. – Będę musiał powiedzieć, że jesteś moim chłopakiem… Tylko po to, żeby tak nie panikowała. – Jego głos się trzęsie i jest zbyt przestraszony, by spojrzeć na Harry’ego. Mimo wszystko zbiera się na odwagę i rzuca mu jedno spojrzenie spod rzęs.
– Och – mówi Harry powoli, zanim się uśmiecha, a coś, czego nie było wcześniej błyszczy w jego oczach. Louis ma nadzieję, że to dobra rzecz. – Jesteś gejem?
Louis powoli kiwa głową, znowu odwracając wzrok. – Mam nadzieję, że to nie problem, kolego.
– Ani trochę, Louis… Nie, Boże, nie, ani trochę. – Brzmi na niemal zaszokowanego, ale Louis zakłada, że to nie było szokujące. W jakiś sposób oczekuje od niego przyznania, że także nie jest do końca hetero, ale to się nie dzieje i Louis nie może nic poradzić na to, że czuje się trochę jak naiwniak. Potrząsa głową, wypuszczając z siebie krótki śmiech i mruga kilkanaście razy.
– Dobrze… Dobrze. Cóż, jedziemy.
Louis nie orientuje się, że nie przestał się uśmiechać, dopóki nie są w połowie drogi, a jego policzki zaczynają boleć.
***
– Przygotuj się – ostrzega Louis Harry’ego, zanim naciska dzwonek, uśmiechając się do niego szeroko. Głośny dźwięk dobiega ze środka domu, a za nim podążają stłumione okrzyki i dźwięk stóp uderzających o drewniane podłogi. Czerwone frontowe drzwi się otwierają, a w nich ukazują się najmłodsze bliźniaczki – Eva i Fay** – ubrane w takie same świąteczne bluzy. Uśmiechają się szeroko.
– Wujek Tommo! – krzyczą, zanim skaczą w jego ramiona. Louis chrząka, całując je obie w czoła.
– Dobry Boże, trochę urosłyście, co? – Wypuszcza z siebie dramatyczne westchnienie i podnosi dziewczynki wyżej, zanim wchodzi do korytarza. – Niedługo będę w stanie podnieść pociąg. – Dziewczynki chichoczą. Eva wtula twarz w zagłębienie jego szyi, kiedy Fay ogłasza reszcie domowników, że Louis przybył „z jakimś ładnym chłopcem”.
Harry dziwacznie szura nogami w korytarzu, patrząc z uśmiechem na małą dziewczynkę, która przechodzi chwiejnie koło Louisa aż do niego i obejmuje go za nogę. Uśmiecha się do niego z błyszczącymi niebieskimi oczkami i blond loczkami jak u cherubinka.
– Witaj – grucha, machając do niej. Dziewczynka cmoka, zanim unosi swoją małą, grubiutką rączkę i także do niego macha.
– Posey? – woła głos i zza rogu wyłania się Lottie. – Cześć, duży bracie – mówi z roztargnieniem, pochylając się, by złożyć na jego policzku krótki pocałunek, zanim podnosi małą dziewczynkę.
– Tu jesteś, małpko. Kogo znalazłaś? – Trąca jej nosek, zanim uśmiecha się szeroko do Harry’ego. Trzyma teraz Posey jedną ręką, by drugą móc podać Harry’emu. – Lottie.
– Harry – przedstawia się z uśmiechem chłopak. Louis obraca się do nich, zanim odkłada bliźniaczki na ziemię z cichym stęknięciem.
– Ach, kochana siostro, znalazłaś moją małą minx*** – uśmiecha się szeroko, szturchając ją biodrem. Dziewczyna robi zdegustowaną minę i jakoś udaje jej się zakryć oboje uszu za pomocą jednego ramienia. Louis przygląda się z fascynacją jak cała twarz Harry’ego robi się czerwona.
– Nie chcę tego słuchać – krzyczy, zanim rusza w dół korytarza, zwieńczonego schodami, które pokryte są każdą możliwą dziecięcą zabawką, jaką zna ludzkość. – Mamo, Louis przyjechał i znowu jest niegrzeczny.
– A kiedy nie jest, Lottie? – Dobiega go z kuchni krzyk Jay. Za chwilę pojawia się we własnej osobie, wycierając dłonie w kuchenną ściereczkę. Zatrzymuje się, kiedy jej wzrok pada na chłopca stojącego za Louisem. – Och… Och? – Uśmiecha się, unosząc brew, kiedy przyciąga Louisa do ciepłego uścisku i składa pocałunek na jego policzku. Nie spuszcza oczu z Harry’ego przez cały czas. – Przyprowadziłeś przyjaciela? – Robi krok w tył, spoglądając na syna i zaciskając usta.
– Um, tak, mamo. Przepraszam, że nie powiedziałem ci wcześniej. Ale, uch – Louis odchrząkuje – to jest mój… chłopak, Harry. – Macha entuzjastycznie, wskazując na chłopaka.
Nastaje moment ciszy, kiedy kobieta spogląda raz to na Louisa, raz to na Harry’ego, aż w końcu uderza Louisa w ramię. – No czas najwyższy – mówi, zanim posyła Harry’emu zwycięski uśmiech i przyciąga go do uścisku.
– Witaj w domu Tomlinsonów, Harry. Mów mi Jay i proszę, wybacz mi bałagan, kilka drama queens zostają w tym domu, włączając tą tutaj – ponownie wskazuje na Louisa, który wydyma wargi – ale to już pewnie wiesz. – Mruga do niego, zanim kieruje się do holu.
– Mamo – grozi Louis, podążając za nią, a potem obraca się i idąc tyłem wypowiada bezdźwięczne „przepraszam” do Harry’ego, który stoi, rumieniąc się, ale uśmiechając od ucha do ucha.
Podążają za Jay do pokoju gościnnego, który zdominowany jest przez wielką choinkę z co najmniej dwustoma ozdobami na gałęziach. Eva i Fay siedzą zgniecione na kanapie obok Phoebe i Daisy, wszystkie oglądając „Charlie Brown Christmas”. Fizzie siedzi na podłodzie, czesząc włosy Posey, podczas gdy Lottie siedzi naprzeciwko, robiąc głupie miny, aby ją rozśmieszyć.
Harry przysuwa się bliżej Louisa, zniżając się, aby wyszeptać to jego ucha – Nie żartowałeś, kiedy mówiłeś o domu pełnym dziewczyn. – uśmiecha się, gdy Louis odwraca się do niego, tak, że ich nosy prawie się ocierają i sprawia, że jego serce podskakuje mu do gardła.
Louis odgania to, gdy kładzie dłoń na jego biodrze, szydząc. – Czy wyglądam, jakbym żartował, Harold? – unosi swoje brwi, mrugając powoli.
– Cóż, może troszkę – uśmiecha się, schylając głowę, gdy Louis próbuje go pacnąć i wtedy musi sobie przypomnieć, że poznał tego chłopaka dopiero cztery godziny temu.
Louis odwraca się, przewracając swoimi oczami i krzyżuje ramiona. – Lottie, gdzie jest twój mężulek?
– Na górze, ścieląc twoje łóżko – prycha, patrząc na niego.
– Och. Wiedziałem, że lubię tego faceta.
– Hm – mruczy, przewracając oczami.
– Nie sprawiaj, że znowu włożę gumę w twoje włosy, siostrzyczko – ostrzega z bezczelnym uśmiechem, a ona wzdycha, patrząc jakby intensywniej.
– Nadal ci tego nie wybaczyłam.
– Dwanaście lat, Lottie.
– To nie ma znaczenia, czy powinnam wspomnieć Harry’emu o tym gdy pocałowałeś tego…
– Lottie! – krzyczy, a Harry rzuca Louisowi wzrok, wytrzeszczając oczy i uśmiechając się.
– Pocałowałeś kogo?
Lottie otwiera usta, ale powstrzymuje ją brat, który zakrywa je ręką. Krzyczy w nią, wiercąc się w jego ramionach, zanim on nie uświadamia sobie, co zrobiła i cofa rękę z twarzą wyrażającą obrzydzenie.
– Czy ty właśnie mnie polizałaś? – jęczy. – Jesteś nieokrzesana.
Śmieje się, gdy Jay przerywa im, wołając wszystkich do pokoju na obiad.
– Powiem ci po obiedzie, Harry – chichocze i mruga do niego, wstając z podłogi ze swoją córką.
– Nie mogę się doczekać – śmieje się i odwraca, aby podążyć za Louisem przez hol, aż do zatłoczonej jadalni.
– Dlaczego, do cholery, nikt nie powiedział mi, że Tommo już dotarł? – Ciężki irlandzki akcent dociera od tyłu do Harry’ego.
Louis się obraca. – Niall! Słyszałem, że przygotowywałeś dla mnie łóżko jak prawdziwy mężczyzna, którym jesteś. – Przyciąga blondyna do uścisku.
– Kto wie co jest w tej pościeli? – Niall robi dziwną minę, zanim wybucha śmiechem i trąca łokciem Louisa, którego policzki przybrały trochę ciemniejszy odcień.
Sprowadza konwersację na inne tory, jak najdalej od tego tematu. Gestykuluje w kierunku chłopaka, który stoi kilka kroków za nim. – Niall, to mój chłopak, Harry – wiwatuje, a Niall się rumieni, miażdżąc chłopaka w ogromnym uścisku i poklepuje stanowczo jego plecy.
– Gratulacje, kolego – mówi z dzikim uśmieszkiem i niegrzecznym mrugnięciem oka, zanim siada obok Lottie przy stole.
Louis bezgłośnie mówi do Harry’ego przepraszam po raz kolejny, ale on tylko potrząsa głową z uśmiechem i siada obok niego przy stole.
***
Obiad idzie jak po maśle, aż Fizzie pyta o to, jak Harry i Louis się spotkali, co skutkuje historią miłosną, które brzmi mniej więcej tak:
Cóż, poznaliśmy się w um… W oceanarium… Tym w Brighton…
Louis stał koło koników morskich, wyglądając na trochę zaintrygowanego…
Bardzo zaintrygowanego! Harry podszedł, a ja poinformowałem go, że właściwie samce koników morskich mogą mieć dzieci… To sprawiło, że mnie zapamiętał.
Byłem tak oczarowany jego ogromną wiedzą na temat koników, że zaraz potem zaprosiłem go na kolację.
Zabrał mnie do McDonalda…
Nie, nie zabrałem, Louisie Tomlinsonie, zabrałem cię do bardzo miłej restauracji. Jeszcze raz, jak ona się nazywała?
Nandos?
Odwal się, to była jakaś włoska knajpka, tak. W każdym razie, Louis zakochał się we mnie nieprzytomnie, czego można było się spodziewać.
Oczywiście, pokazałem mu nawet mój piękny drut kolczasty wytatuowany na tyłku.
Louis – tu są dzieci.
Okej, wybacz mi, drut kolczasty ze słowem mama na nim. To spłaca dług.
A reszta jest już historią.
***
Po kolacji Harry i Louis zostają wyznaczeni do mycia naczyń. Gromadzą w kuchni wszystkie talerze i srebra, wreszcie sami.
Harry pracowicie myje, kiedy Louis przysuwa się do niego, wzdychając. – Dzięki za bycie wspaniałym wsparciem dla mnie. To musi być przytłaczające – szepce, śmiejąc się w swoją dłoń i potrząsając głową.
– Nie ma problemu. Naprawdę lubię twoją rodzinę. Sprawiają, że czuję się, jakby była Wigilia. – Uśmiech uwalnia jego dołeczek, a Louis studiuje go ze zmrużonymi oczyma.
– Oni naprawdę lubią ciebie – zaznacza, usadawiając się na blacie. Przyjmuje od Harry’ego umyte naczynia i osusza je ściereczką.
Długa, komfortowa cisza zalega pomiędzy nimi a miarowymi uderzeniami naczyń i ściereczki, zanim ktoś się odzywa.
– Naprawdę doceniam wszystko, co dla mnie dzisiaj zrobiłeś, Louis – mówi cicho Harry, spoglądając spod rzęs z wdzięcznym uśmiechem na ustach. Dźwięk płynącej wody i talerzy uderzających o metalowy zlew wypełnia ciszę, która na podążyła za tym wyznaniem. Louis podłapuje spojrzenie chłopaka i tonie w nim na chwilę, zapominając, co chciał powiedzieć. Musi odwrócić wzrok i potrząsnąć głową z szerokim uśmiechem na twarzy.
– Nie ma problemu, kolego – wzdycha. – Szczerze, jesteś naprawdę dobrym kompanem. – Rumieni się lekko na dźwięk tego, co właśnie przyznał i spuszcza głowę, skupiając się na osuszaniu talerza, który trzyma.
Harry przestaje myć naczynia na chwilę, by spojrzeć na Louisa, który także w końcu na niego spogląda. Oczy chłopaka błyszczą i Louis może przysiąc, że na chwilę spuścił wzrok na jego usta. Ale równie szybko jak się to pojawia, równie szybko znika, a Harry wraca do mycia naczyń z uśmiechem przyklejonym do ust.
– Ty też – mówi w końcu, okropnie polegając przy ukrywaniu uśmiechu, który pożera połowę jego twarzy.
***
Louis siedział na podłodze z Posey na kolanach, bujając nią, by zaczęła chichotać i prztykając ją w nos. Harry siedział bokiem na krześle, oglądając cicho rodzinne zamieszanie i pojadając świąteczne ciasteczka, które zrobiła Fizzie.
Jay pojawia się w drzwiach. – Czas do łóżek, dziewczyny.
Monotonny jęk wypełnia pokój, a podąża za nim rozdrażnione Mamoooooo.
– Nie, nie ma mowy. Jest prawie jedenasta. Weźcie swoje tyłki na górę, wyszczotkujcie zęby, albo ja upewnię się, że Mikołaj ominie nasz dom obwodnicą – beszta je Jay, ale na jej ustach igra delikatny uśmiech.
Fay i Eva jęczą na taką groźbę i wypadają z pokoju, przebiegając korytarz, a potem schody i wydając z siebie dzikie odgłosy. Niall ziewa, przyciągając Lottie bliżej siebie i sapiąc w jej włosy.
– Louis, Lottie i Niall śpią na kanapie tym razem, a ty i Harry dostajecie twój pokój – informuje Jay, zanim wskazuje na Phoebe i Daisy. – Łóżko.
Louis spogląda na Harry’ego, którego policzki są trochę zarumienione, a oczy szeroko rozwarte, ponieważ zakładał, że to on będzie spał na kanapie.
– Mamo, moje łóżko jest małe. Nie możesz ty tam spać, a my zajmiemy twój pokój? – śpieszy z pytaniem Louis, a jego serce wali tym szybciej w jego klatce piersiowej, im więcej myśli o perspektywie bycia przyciśniętym do Harry’ego całą noc. Nie zasnąłby definitywnie.
– Nie mogę. Fizzie śpi ze mną, a ty wiesz, jak bardzo ona lubi kopać i kotłować łóżko. – Jay rzuca mu spojrzenie. – Jestem pewna, że wasza dwójka coś wykombinuje. – Uśmiecha się szeroko, zanim wychodzi do kuchni.
Kiedy salon jest pusty, oprócz Lottie i Nialla, którzy śpią już, skuleni razem na kanapie, Louis spogląda na Harry’ego przepraszająco.
– Naprawdę przepraszam… To prawdopodobnie więcej, niż to, na co się pisałeś – szepce, śmiejąc się z roztargnieniem. Ale Harry tylko potrząsa głową, przebiegając palcami przez swoje loki.
– Jest w porządku, jestem dobry w spaniu na podłodze. – Kiwa głową, a Louis wzdycha, ściskając swoje dłonie, zanim wstaje z podłogi.
– W takim razie dobrze. – Brzmi trochę niezdecydowanie, a potem idą przez korytarz, ale zanim dają radę wspiąć się po schodach, dobiega ich cichy głos Jay.
Wychodzi zza rogu, trzymając zapakowany prezent. Przyciąga Louisa do uścisku, wciskając mu paczkę w dłoń. – Wszystkiego najlepszego, Louis.
Harry marszczy brwi, przypatrując się człowiekowi, który rzuca swojej matce twarde spojrzenie, które mięknie jednak, gdy mamrocze ciche dziękuję.
– Zmusił rodzinę do obietnicy, że nie będzie kupować mu prezentów po trzydziestce. Ja oczywiście nigdy nie słucham – wyjaśnia Jay, uśmiechając się szeroko i szczypiąc jego policzek.
– Nie lubię przypominania mi, że staję się starym człowiekiem – wzdycha Louis, spoglądając na Harry’ego ponad swoim ramieniem.
– O, tak, takim starym – popiera go Harry z małym uśmieszkiem, który zmusza Louisa do wywrócenia oczami.
– Dobranoc, mamo. Potrzebujesz pomocy w stawaniu się Mikołajem tej nocy? – pyta Louis, bawiąc się małą kokardką na szczycie prezentu.
– Nie, dziękuję, kochanie. Mam to wyćwiczone do perfekcji. – Uderza go w ramię, zanim składa na jego policzku pocałunek. – Dobranoc, Harry.
Wskazuje na schody, a oni posłusznie zaczynają się po nich wspinać.
***
Louis nie otwiera prezentu, dopóki nie znajduje się w łóżku, a małe legowisko Harry’ego na podłodze jest już przygotowane. Chłopak się na nim zwija, kartkując jakąś książkę, którą znalazł na podłodze Louisa. Pokój jest skąpany w ciepłej poświacie, którą daje jego lampka, rzucając długie cienie na drewnianą podłogę. Ściany są ciemnoniebieskie, usiane plakatami Manchesteru United i rodzinnymi zdjęciami. Louis oparł się o zagłówek, spoglądając na błyszczący zielony papier, zanim zaczął go ostrożnie rozrywać.
W środku małego, białego pudełka znajduje się, wyglądający na używany, kluczyk i dokładanie złożona karteczka. Louis jest tylko trochę zdezorientowany, kiedy rozwija papier, a jego dolna warga znajduje się między zębami, kiedy czyta słowa zapisane pismem jego matki.
Mój aniołku,
To jest klucz do naszego domku w Leeds. Teraz jest twój. Proszę, nie urządzaj tam zbyt wielu dzikich imprez :)
Kocham Cię,
Mamusia xx
P.S Naprawdę lubię Harry’ego :)
Louis śmieje się bezdźwięcznie, potrząsając głową i mamrocąc coś pod nosem. Przyciska karteczkę do piersi, zanim ostrożnie składa ją z powrotem. Wkłada ją do pudełka i odkłada je na szafkę nocną.
Spogląda w dół na Harry’ego, który przewrócił się na brzuch, kryjąc twarz w poduszce. Louis się uśmiecha, czując, jak jego żołądek robi małego fikołka, zanim wyłącza lampkę, a pokój spowija delikatna ciemność nocy.
Louis wzdycha i przewraca się na bok, wsłuchując się w odległy dźwięk płatków śniegu spływających do rynny i oddychając zapachem jodłowej świeczki, którą jego mama postawiła w jego pokoju krótko po tym, jak wyjechał na uniwersytet.
– Hej, Louis. – Głos Harry’ego jest cichy i zniekształcony przez poduszkę. Louis uśmiecha się w swoją dłoń, zanim bierze głęboki oddech i obraca się na drugi bok.
– Tak, Harry?
– Wszystkiego najlepszego – szepce, a Louis może usłyszeć uśmiech w jego głosie. Potrząsa głową, wywracając oczyma, zupełnie tak, jakby chłopak mógł to zobaczyć.
– Dzięki – mamrocze z głupim uśmiechem. – Dobranoc, Harry.
– Branoc.
Mija kilka minut i Louis jest już na krawędzi snu, kiedy Harry znów się odzywa.
– Hej, Louis. – Tym razem brzmi, jakby chichotał. Louis jęczy, wciskając swoją głowę w poduszkę, zanim wypuszcza z siebie zmęczony śmiech.
– Co, Harold?
– Wesołych świąt.
– Wesołych świąt, a teraz pozwól mi spać, cioto.
A niezbyt długo potem:
– Hej, Louis…
– Co?! – prawie krzyczy Louis, przewracając się na plecy jednym, brutalnym ruchem i z zaskoczeniem odkrywa, że chłopak spogląda chytrze na jego łóżko.
Dzięki słabemu światłu, które wydobywa się ze szpary pod drzwiami, Louis może ledwo dostrzec bezczelny uśmiech, który igra na ustach Harry’ego. – Skłamałem o tym, że jestem dobry w spaniu na podłodze – szepce, ale nerwowy chichot sprawia, że jego staje się odrobinę głośniejszy na końcu, a to z kolei przypomina Louisowi, jak bardzo popieprzony on jest.
– Och, na miłość boską, Harry. Po prostu właź. – Próbuje brzmieć na mniej zdenerwowanego, niż jest poprzez zakrywanie tego odrobiną rozdrażnienia. Jego serce zaczyna trochę walić, kiedy czuje, jak ciężar ciała chłopaka naciska na łóżko i gdy słyszy, jak szeleszczą kołdry.
A potem naprawdę ciepły, wielki, wyśniony chłopak układa się obok Louisa, przyciśnięty do niego od ramion aż po łydki. Przekręca się na bok, by na niego spojrzeć, a Louis rzuca mu spojrzenie, by przekonać się, że chłopak uśmiecha się do niego leniwie.
– Masz bardzo ładny nos, Louis. – Głos Harry’ego jest cichy, a oddech ciepły na ramieniu Louisa, który jest wdzięczny za ciemność panującą w pokoju, ponieważ nagle cała jego twarz zapłonęła.
– Pozwolisz mi kiedykolwiek pójść spać? Czy będziemy po prostu się wzajemnie komplementować przez całą cholerną noc? – wyrzuca z siebie, ukrywając twarz w zgięciu łokcia.
– Masz też bardzo ładne rzęsy.
– Och, odwal się, Harry.
– I oczy.
– Nudne.
– I usta.
To sprawia, że Louis cichnie, ponieważ jego cała szyja jest pokryta rumieńcem, a jego serce bije odrobinę zbyt mocno. Odsuwa trochę ramię z twarzy, by móc spojrzeć na chłopaka, który wygląda na bardzo zadowolonego z siebie.
– Nie patrz tak na mnie, dopiero co się poznaliśmy, Harold – zrzędzi, starając się brzmieć poważnie, ale jego głos faluje od uśmiechu i postanawia zamknąć oczy.
Harry pozostaje cicho przez długi czas, więc Louis myśli, że może już zasnął. Otwiera oczy, by to sprawdzić. Ale Harry nie śpi. Wcale.
On po prostu patrzy na Louisa tym spojrzeniem. I to sprawia, że serce Louisa obija się o jego klatkę piersiową, a palce u stóp się podwijają i on jest taki popierdolony.
I nagle, cały ciężar Harry’ego znajduje się na nim. Louis wydaje z siebie małe mruknięcie, a jego ramiona spadają z twarzy, kiedy przygląda się chłopakowi, który uśmiecha się do niego bezczelnie.
– Co ty robisz…
– Hej, Louis?
– Och, Chrystusie…
– Mogę cię pocałować?
Usta Louisa zastygają otwarte i czuje, jakby powietrze zostało wyssane z jego płuc. Mruga kilkanaście razy, zanim zamyka usta. – Uch… Tak. Um. Tak, mógłbyś? – Jego głos faluje i czuje się onieśmielony tym, jak szybko wali jego serce, a Harry definitywnie może to poczuć, zważając na to, że właściwie na nim leży.
Harry po prostu przytakuje, głupawy uśmieszek nie schodzi mu z ust, kiedy powoli się pochyla, by pocałować Louisa prosto w usta. Louis musi przypomnieć sobie, jak się oddycha i zamknąć oczy, ponieważ jest zbyt oczarowany tym, jak miękkie są te pieprzone usta Harry’ego i tym, jak nagle ich wargi są połączone razem. To sprawia, że trochę kręci mu się w głowie, szczególnie wtedy, gdy chłopak odsuwa się trochę, chwytając jego dolną wargę pomiędzy swoje zęby. Zduszony jęk zostaje złapany gdzieś w dole gardła Louisa.
Stara się trzymać ręce przy sobie, ale oczywiście mu się nie udaje, ponieważ śmigają wprost do loczków Harry’ego i na jego kark, przyciągając go bliżej. Czuje, jak udo chłopaka wpada między jego nogi. Kurwa.
Harry trochę się odsuwa, tworząc wystarczająco przestrzeni dla zmęczonych oddechów. Louis otwiera oczy, napotykając szeroko otwarte oczy Harry’ego. Wypuszcza drżący oddech, pozwalając swojemu spojrzeniu spocząć na opuchniętych, różowych ustach chłopaka.
– Kurwa – mówi głośno Louis, absolutnie nim zafascynowany. Znowu zmniejsza odległość między nimi, powodując, że usta stają się plątaniną mokrych, ciepłych oddechów, języków, rąk we włosach i potrzebujących jęków.
– Zaoszczędziłbyś nam wiele czasu, uświadamiając mnie wcześniej, że jesteś gejem – dyszy Louis, a oddech więźnie mu w gardle, kiedy czuje, jak Harry ociera się o niego biodrami.
Harry dyszy szybko koło jego ucha. – Chciałem, żeby to była niespodzianka. – Przyciska pocałunki do linii jego szczęki, a potem szyi.
– Niegrzeczny chłopiec – śmieje się Louis pod nosem, zaciskając mocno palce w lokach Harry’ego i wypuszczając z siebie długi jęk. Nie był świadomy tego, jak twardy się stał, dopóki nie zaczynają się o siebie ocierać niczym napalone nastolatki. Twarz Harry’ego jest zakopana w zagłębieniu jego szyi, kiedy ociera się o niego, dysząc i jęcząc. Louis może poczuć, jak serce chłopaka wali o jego klatkę piersiową, jak długie palce wbijają się w jego biceps, oraz jak uda trzęsą się naprzeciw jego własnym.
Louis obraca głowę, więc jego usta są przyciśnięte do ucha chłopaka. – Blisko, kochanie?
Harry przytakuje gorączkowo, skomląc i zatapiając swoje zęby w miejscu, gdzie puls Louisa jest najbardziej wyczuwalny. To sprawia, że starszy chłopak wydaje z siebie przytłumiony szloch, wypychając biodra w górę.
– Usiądź dla mnie – mówi szybko Louis, a Harry słucha natychmiast, pocierając samego siebie przez materiał bokserek, które są mokre od preejakulatu. Louis unosi się lekko, opierając głowę o zagłówek i ustawiając biodra chłopaka naprzeciw swojej twarzy. Ściąga jego bokserki w dół jego ud.
– Pieprz moje usta, aż dojdziesz – dyszy, a Harry jęczy, przeciągając po swoim penisie kilka razy, zanim przytakuje, klękając na kolana po obu stronach jego ramion. Louis go połyka, jęcząc dookoła jego obwodu i pocierając swojego penisa przez materiał bokserek.
Harry podpiera się o zagłówek i zaczyna powoli poruszać się w ustach Louisa, który parska i krztusi się, kiedy jego kutas uderza w tylną ściankę jego gardła. Próbuje rozpłaszczyć swój język i wciągnąć policzki, spoglądając spod rzęs na twarz chłopaka ponad nim.
– Kurwa – dyszy Harry, a jego głowa opada, by napotkać spojrzenie Louisa, który ssie główkę jego kutasa. To najwyraźniej jest to, ponieważ jego biodra wyrzuca do przodu, kiedy on wbija zęby we własny biceps, próbując powstrzymać się od płaczu z przyjemności. Zamiast tego wydaje z siebie ciche skamlenie, kiedy dochodzi w ustach Louisa.
Louis przełyka wszystko i mruga do niego, kiedy ten się wysuwa i opada obok niego. Louis pracował nad swoją erekcją przez cały czas, gdy jego usta były pieprzone i czuje, jak ciepło gromadzi się w jego podbrzuszu. Jego ręka pracuje szybko, a biodra unoszą się z łóżka.
Harry uśmiecha się szeroko, zanim pochyla się i owija swoje nieprzyzwoicie czerwone usta wokół główki, zagłębiając język w szczelinę i to jest wszystko, czego Louis potrzebuje. Wygina plecy w łuk, a z jego gardła wydobywa się drżący jęk. Zaciska mocno oczy, pchając kilka razy w usta Harry’ego.
– No cóż – śmieje się Louis, a jego głos jest zachrypnięty od tego, że jego gardło było pieprzone. Harry układa się obok niego, wypuszczając z siebie długie westchnienie, i układa swoją twarz w zagłębieniu szyi Louisa, a na jego ustach błąka się śpiący uśmiech.
– Wesołych świąt, Louis – mówi cicho Harry, całując jego szyję.
Louis uśmiecha się do sufitu, ciągle czując zawroty głowy, kiedy przyciąga chłopaka bliżej. – Wesołych, rzeczywiście.
***
Louis budzi się o czwartej nad ranem, by odnaleźć ciało Harry’ego w połowie zarzucone na niego. Wywraca oczami ze zmęczeniem, ale nie może nic poradzić na to, że się uśmiecha i całuje chłopaka w czoło. Pokój spowija szarawe światło, a Louis myśli, że mógłby pozostać tak już na zawsze – słuchając, jak Harry cicho pochrapuje naprzeciw jego piersi, i czując bicie jego serca.
Domyśla się, że nie ma sposobu, żeby udało mu się znowu zasnąć, więc ostrożnie wyplątuje się spod ciała Harry’ego i przebywa drogę po zimnych, drewnianych deskach aż do łazienki. Bierze prysznic, próbując zeskrobać z siebie zimno, które przylgnęło do niego niczym druga skóra.
Kończy prysznic i zakrada się na dół, zaskoczony ciszą, która tam panuje, jeśli nie liczyć niesamowicie głośnego chrapania Nialla. Zatrzymuje się w otwartych drzwiach, rzucając chytre spojrzenie niemal głupiej ilości błyszczących prezentów, które piętrzą się pod choinką. Uśmiecha się szeroko i potrząsa głową, zanim wślizguje się do kuchni, by przygotować herbatę.
Na zewnątrz jest spokojnie, śnieg momentalnie przestał padać, a niebo jest ukryte za grubą warstwą mgły. Louis nigdy nie lubił poranków, aż do czasów trochę po ukończeniu dwudziestu lat, kiedy zorientował się, że to czas, w którym robi najwięcej rzeczy.
Opiera się o szafki, czekając aż woda się zagotuje, i uśmiecha się do siebie, kiedy przypomina mu się ostatnia noc.
– Z czego się tak cieszysz? – burczy Lottie, wchodząc do kuchni z ledwo otwartymi oczyma. Jej włosy są w całkowitym nieładzie, a makijaż rozmazał się na twarzy.
– Z niczego – kłamie, ciągle się uśmiechając. – Spałaś choć trochę z tym odkurzaczem do liści, którego błędnie nazywa się twoim mężem?
– Oka nie zmrużyłam – wzdycha, pocierając oczy rękoma. Napełnia sobie szklankę wodą, zanim odchodzi. – Wracam tam, życz mi szczęścia.
– Szczęścia – śmieje się cicho Louis, obracając się z powrotem do czajnika.
***
Louis przynosi dwa kubki parującej herbaty do swojego pokoju, siadając na brzegu łóżka i przyglądając się Harry’emu, który ma twarz zakopaną między dwiema poduszkami i ramiona rozłożone niczym orzeł. Louis odkłada jeden kubek na szafkę nocną i szturcha palcem dłoń chłopaka, zanim przebiega dwoma palcami przez jego ramię do szyi.
Harry mamrocze coś w poduszkę, zanim wciska głowę mocniej między pościel.
– Wstawaj, Harold, zrobiłem ci herbatę i lepiej dla ciebie, jeśli ją wypijesz, albo będę zmuszony wylać ją na twoje nagie plecy.
Chłopak jęczy głośno, podnosząc się trochę i spoglądając przez ramię na Louisa. Oczy ma opuchnięte od snu, a na twarzy odcisnęły mu się wzorki poduszki. – Która, do cholery, jest godzina?
– Piąta trzydzieści. – Louis uśmiecha się szeroko, ukazując zęby, a głowa Harry’ego opada z powrotem na poduszki. Wydaje z siebie lekko zachrypnięty dźwięk, zanim oblizuje usta.
– Jaka to herbata? – pyta cicho w poduszkę.
– Yorkshire.
To przyciąga jego uwagę na tyle, że siada i pociera swoje oczy dłońmi, po chwili wyciągając je po kubek, który znajduje się w rękach Louisa. Chłopak wywraca oczyma i podaje mu go, czując, jak jego pierś zaciska się podczas niespodziewanej walki z uczuciem.
– Dlaczego musiałeś obudzić mnie o tak okropnej porze? – mamrocze Harry z ustami dookoła krawędzi kubka, trzymając oczy zamknięte.
– Chciałem, żebyś poszedł ze mną na spacer nad wodę, zanim wszyscy się obudzą.
Harry buczy z pięknym uśmiechem na ustach, upijając łyk herbaty. – Jak romantycznie. – Otwiera oczy, by skierować swój uśmiech prosto na Louisa. Przechyla nawet głowę. Louis chce go pocałować.
– Chciałbym, żeby tak było. – Louis poklepuje jego stopę. – Ubierz się… Wyciągnąłem największą bluzę, jaką mogłem znaleźć w mojej szafie i kurtkę, zważając na to, że… Że ty nie miałeś żadnej wczoraj. – Uśmiecha się szeroko, wstając i rozprostowując mięśnie.
– Kim ty jesteś, moją matką? – dokucza Harry, wyczołgując się z łóżka, zanim wciąga na siebie swoje czarne, ciasne jeansy i ciągle za małą, szarą bluzę. Louis stara się ukryć fakt, że naprawdę kocha widzieć swoje ubrania na Harrym.
Louis przygląda mu się, kiedy zakłada na siebie kurtkę, studiując biel jego policzków i oczy w odcieniu mchu, kiedy właśnie one unoszą się, by podchwycić jego spojrzenie. – Jesteś pewien, że poznaliśmy się wczoraj? – pyta Louis, brzmiąc szczerze. Bo cóż, naprawdę jest. Nigdy nie spotkał osoby, do której poczułby się tak przywiązany.
– Myślę, że spotkaliśmy się w jakimś dziwacznym poprzednim życiu, gdy oboje byliśmy zakonnicami gdzieś w Austrii. Albo jako ktoś bardziej fajowy, na przykład ja byłem Józefem, a ty Maryją i razem stworzyliśmy Jezuska.
Louis pociera czoło, wypuszczając z siebie rozdrażniony oddech i śmieje się o wiele za głośno jak na piątą rano. – Jesteś zupełnym głuptakiem, Józef i Maryja nie pieprzyli się, żeby mieć Jezusa. Zapłodnił ją Bóg poprzez jakąś sondę kosmitów czy coś. Nie wiem, nigdy nie skupiałem się w szkółce niedzielnej. Ale widocznie ty też nie, więc…
– W porządku, więc za pierwszym razem byliśmy zakonnicami.
– Coś ty brał? – krzyczy Louis, uśmiechając się tak szeroko, że jego policzki bolą.
– Ciebie. – Harry przyciska swoje usta trochę poniżej ucha Louisa, który go odpycha.
– Boże, jesteś beznadziejny.
– I jestem z tego dumny.
***
Idą poprzez pokrytą śniegiem, wybrukowaną drogę, uderzając się ramionami i uśmiechając do siebie szeroko. Mgła ciągle spowija wszystko, więc widzą tylko na kilka metrów przed sobą. Wiatr wieje ze wschodu, odrzucając szalik Louisa i uderzając nim jego szyję, zanim Harry zawiązuje go na głowie, więc go nie tracą.
Kiedy wreszcie docierają na plażę, mgła jest tak silna, że mogą tylko zobaczyć, jak fale pienią się u wybrzeża. Samotna mewa nawołuje gdzieś we mgle, a Harry spogląda w górę, jakby mógł ją zobaczyć.
Stoją blisko siebie, a Louis studiuje skomplikowane wzory muszelek na piasku, teraz pokrytych przez mróz.
– Co za piękny widok, Louis – parska Harry sarkastycznie, a Louis bezwstydnie uderza go w ramię.
– Zazwyczaj jest – dąsa się, krzyżując ramiona na piersi.
Harry ciągnie za jego ramiona, próbując je rozplątać. – Cóż, przynajmniej jestem w dobrym towarzystwie. – Zadziera głowę, unosząc brew z tym głupim uśmieszkiem, jakby właśnie powiedział coś zabawnego i czeka, aż wszyscy się roześmieją. Louis mruga do niego, zanim potrząsa głowę z wielkim uśmiechem i pozwala, by ramiona opadły wzdłuż jego boków.
Pozostają chwilę cicho, a potem palce Harry’ego wplątują się między jego. Louis spogląda na ich dłonie, marszcząc brwi.
– Co to jest? – Wskazuje głową na ich splecione ręce. Harry na niego nie patrzy, tylko uśmiecha się bezczelnie, wzruszając ramionami.
Louis musi odwrócić głowę w innym kierunku, by ukryć wielki uśmiech, który wkrada się na jego twarz. Posuwa się nawet do tego, że ściska dłonie Harry’ego w swoich.
Patrzy w innym kierunku, uśmiechając się, gdy czuje usta Harry’ego na swoim policzku. Obraca twarz, wydając z siebie zduszony dźwięk. – Zupełnie nie trafiłeś w moje usta, młody Haroldzie.
– Och? Czy ty w ogóle możesz dosięgnąć moich ust, drobniutki Lewisie? – dokucza Harry, układając swoją brodę na czubku głowy Louisa, by udowodnić swoje słowa. To naprawdę irytuje chłopaka, bo nie, on nie jest drobniutki.
Więc popycha Harry’ego, aż ten upada na plecy. – Teraz mogę – komentuje sarkastycznie, zanim siada na biodrach chłopaka, a śnieg natychmiast przesiąka przez jego jeansy. Harry unosi się na łokciach, wciągając powietrze z oburzeniem.
– Jestem pewny, że to liczy się jako oszustwo…
– Och, zamknij się. – Louis wywraca oczyma, uśmiechając się, kiedy pochyla się i przyciska lekki pocałunek do ust chłopaka, a za nim podąża kolejny, i kolejny, i kolejny.
***
– Och, dobrze, wróciliście właśnie na czas, by obudzić dziewczynki. – Jay oddycha z ulgą.
– Dobry, mamo. Widzę, że robisz naleśniki – zaćwierkał Louis, całując ją w policzek, zanim ściągnął czapkę.
– Chryste, Louis, jesteś lodowaty… i mokry. – Robi dziwną minę, przewracając naleśnika. – Rozpalisz w kominku, proszę? Ten dom to cholerna lodówka.
– Jasna sprawa – rzuca przez ramię, podążając do salonu. – Harold, kochanie, podasz mi garnek i drewnianą łyżkę?
Harry robi dziwną minę, zanim człapie do kuchni, a Jay pokazuje mu, gdzie znaleźć dziwne zamówienie Louisa. Pojawia się z powrotem w salonie – który jest teraz oświetlony na pomarańczowo – i wyciąga garnek oraz łyżkę do Louisa.
– Dziękuję, ukochany. Teraz patrz i ucz się, jak sprawić, by wszyscy domownicy absolutnie cię uwielbiali. – Unosi głowę do góry, prostując się, i maszeruje aż pod same schody, biorąc głęboki oddech.
A potem zaczyna walić łyżką w garnek, naprawdę głośno, i krzyczeć.
– JEŚLI SIĘ NIE POMYLIŁEM, TO WYGLĄDA NA TO, ŻE ŚWIĘTY MIKOŁAJ ODWIEDZIŁ DOMOSTWO TOMLINSONÓW!
Harry chichocze w swoją dłoń, opierając się o ścianę.
– Zamknij się, Louis – krzyczy Lottie z salonu. Jedne z drzwi na górze zostają gwałtownie otwarte, a chwilę potem dwa dzikie potwory zbiegają na dół, ledwo dysząc podczas wściekłego biegu do salonu. Fizzie, Phoebe i Daisy pojawiają się krótko po nich, ale są o wiele mniej entuzjastycznie nastawione, wszystkie równo zaspane.
– Która jest godzina? – jęczy Fizzie, otrzymując w odpowiedzi uderzenie drewnianą łyżką w tył głowy.
– Godzina pobudki! – krzyczy Louis, uśmiechając się dumnie do Harry’ego, kiedy ostatnia dziewczyna schodzi ze schodów.
Harry i Louis podążają za nimi do stołu kuchennego, gdzie czeka na nich ogromna sterta naleśników i jeszcze więcej sprzeczek.
***
Po śniadaniu wszyscy przenoszą się do salonu. Harry siedzi na końcu kanapy, a Louis się do niego tuli. Lottie i Niall siedzą zaraz obok nich, Jay jest odpowiedzialna za rozdawanie prezentów, a reszta dziewczynek jest rozwalona na podłodze.
Fizzie włącza świąteczną muzykę, a pierwszą piosenką, która się pojawia jest „All I Want for Christmas is You”. Louis uśmiecha się promiennie do Harry’ego, trącając go łokciem, zanim pochyla się, by szepnąć mu coś do ucha.
– Mam to, czego chciałem na święta. – Louis odsuwa się z bezczelnym uśmiechem, a Harry śmieje się cicho.
– A ty mnie nazywasz beznadziejnym. – Harry potrząsa głową, kryjąc twarz z zażenowaniem.
***
Kiedy przychodzi kolej Louisa na odpakowywanie prezentów, na jego kolanach lądują trzy pudełka różnej wielkości.
– Otwórz mój na koniec, Lou – mówi Lottie z uśmiechem, a Louis boi się, co to może być. Więc otwiera prezent od Fay i Evy jako pierwszy, pudełko średniej wielkości, które z pewnością zapakowały własnoręcznie.
W środku znajduje się nowiutka para rękawic bramkarskich. Louis śmieje się głośno. – Ludzie, możecie zbierać swoje tyłki, bo na pewno dzisiaj przechrzcimy te cudeńka.
Bliźniaczki piszczą, kiedy Louis całuje je w czoła. – Dziękuję, kochane.
Następny jest od Fizzie – ciepłe skarpety i pudełko czekoladek z rodzynkami. – Och, słodziutkie! Zakładam je od razu! – krzyczy, wsuwając skarpety na nogi i studiując małe pingwinki, które je pokrywają. – Oszałamiająco. Wiedziałem, że trzymam cię z jakiegoś powodu, Fiz. – Dziewczyna się śmieje i rzuca w niego kawałkiem papieru prezentowego.
I na koniec – Lottie. Przesuwa się, by dobrze widzieć swojego brata, a na jej ustach igra złośliwy uśmieszek. Louis rzuca jej spojrzenie, a potem spogląda na największe pudełko. – To nie jest coś, co splunie na mnie kwasem, gdy tylko otworzę, no nie?
Lottie śmieje się histerycznie, potrząsając głową. – Chrystusie, nie. Po prostu to otwórz.
Louis spogląda na karteczkę, na której ktoś przekreślił jego imię, dopisując w zamian LOUIS I HARRY ;), podkreślone jedną linią.
Wydaje z siebie rozdrażnione westchnienie, zanim rozrywa papier, ostrożnie zaglądając do pudełka.
SPECTRAGEL ANAL STUFFER, głosi jaskrawoczerwony tekst. Obrazek przedstawia świecącą, fioletową zatyczkę analną, która działa na wszystkie jego zmysły.
Cała szyja Louisa pokrywa się rumieńcem, kiedy zakrywa pudełko rękoma, wrzeszcząc zirytowanym głosem LOTTIE!, kiedy dziewczyna dusi się ze śmiechu. Jay patrzy absolutnie przerażona ze swojego miejsca koło choinki, a Harry… Cóż, Harry także trochę zesztywniał i się zarumienił.
– No co?! Stwierdziłam, że to ma sens. Byłeś singlem przez cholernie długi czas. Ale teraz… – Unosi brwi w stronę Harry’ego, uśmiechając się szeroko.
– Tu są dzieci! – piszczy Louis, pochylając się, by ją złapać, ale właśnie w tym momencie dziewczyna skacze z kanapy i ucieka biegiem. Louis rzuca pudełko do Harry’ego, zanim podąża za siostrą, krzycząc.
Harry spogląda na pudełko, a róż pokrywa jego policzki, kiedy zastyga w dziwnej pozie na kanapie. Mały uśmiech wpływa na jego usta, kiedy unosi głowę, by dostrzec spojrzenia wszystkich na sobie.
***
Poranna mgła została wypalona przez odlegle wyglądające słońce, które siedziało wysoko na opalizującym niebie. Wszystko jest spokojne i krystaliczne, przyjemnie błyszcząc. Chłód ciągle jest obecny, ale słońce praży na tyle, by uczynić go znośnym.
Louis i Harry trzymają się za ręce przez cały spacer z dziewczynkami. Żaden z nich nie może zetrzeć sobie z twarzy głupiego uśmiechu, kiedy machają rękoma w przód i w tył. Niall niesie Posey na barana, Lottie i Jay rozmawiają, przesadnie gestykulując, a dwie pary bliźniaczek broją i rzucają śnieżkami, piszcząc głośno.
– Wujku Tommo, uważ…
Louis obraca się, by spojrzeć na Evę, gdy jego policzek spotyka się ze śnieżką, a lód dostaje się nawet do jego ust. Parska, wycierając twarz rękawiczką i puszcza dłoń Harry’ego, zanim rzuca się na Evę.
– Wystarczy – krzyczy, łapiąc ją za ramiona i (delikatnie) przewracając na śnieg. Łaskocze ją tak długo, aż dziewczynka krzyczy. – Mała przyjaciółko. Hańba! – dyszy pomiędzy śmiechem, a jego oczy marszczą się od wielkiego uśmiechu, kiedy dziewczynka próbuje go odepchnąć, chichocząc jak cherubinek.
Harry przystaje, by pooglądać zmagania tej dwójki, wciskając ręce do kieszeni i uśmiechając się szeroko.
– Twoja upodobanie jest widoczne, Harry – mówi Lottie, przechodząc ze jego plecami razem z Jay. Zbywa ją machnięciem ręki, a jego policzki zabarwiają się na różowo, kiedy pochyla głowę. Louis spogląda na niego przez ramię, ciągle łaskocząc Evę, i mruga do niego, a Harry musi zakryć usta rękami, śmiejąc się w nie.
***
Na boisku Louis decyduje, że on i Harry przeciwko reszcie rodziny to będzie sprawiedliwy podział. Harry ostrzega go, że nie umie kontrolować swoich nóg, szczególnie na lodzie, ale Louis tylko przykłada rękę do jego policzka.
– Masz mnie, jesteś bezpieczny – mówi stanowczo, zanim przetacza piłkę na środek boiska. – W porządku, dziewczęta, przygotujcie się na przegraną! – krzyczy, zakładając ramiona za głowę i truchtając na swoje miejsce. Phoebe przeciska się obok, odbierając mu piłkę i biegnąc na drugi koniec boiska. Louis obraca się szybko, goniąc ją z głośnym śmiechem.
– Szczwany lis! – krzyczy, zanim wskazuje na Harry’ego. – Skończ ze staniem tam, ty cioto. Ruszaj tymi pięknymi nóżkami!
Harry się rumieni, zanim podskakuje na palcach, biegnąc za Phoebe, a jego nogi wymykając się spod kontroli, kiedy próbuje zablokować jej starzał. Nie udaje mu się to, ale za to skutecznie podcina i Louisa, i Phoebe. Wszyscy oni upadają na ziemię, a śnieg odnajduje drogę do butów i spodni Louisa. Wydaje z siebie żałosny jęk, oglądając, jak piłka wpada do bramki, zanim uderza Harry’ego w ramię.
– Nie żartowałeś, mówiąc, że masz nogi jak jeleń, no nie? – sapie, pocierając nos, by przywrócić w nim czucie.
– Nie! – wyśpiewuje Harry, przewracając się na plecy i wymachując nogami w powietrzu.
***
Mija godzina i wszyscy są absolutnie przemoczeni, a twarze mają czerwone z zimna oraz śmiechu. Po tym, jak podczas bronienia bramki Louis dostaje w twarz ubłoconą piłką, zarządza koniec gry, sapiąc ze śmiechu.
– Ha! Wygrałyśmy! – wykrzykuje Fay, przybijając Evie piątkę i szturchając biodrem Lottie.
Louis spogląda na Harry’ego, popychając go, by przewrócił się na bok. – Twoja wina.
– Och, odwal się! Byłeś zbyt zajęty robieniem głupich komentarzy, żeby strzelić gola – mówi rozpromieniony Harry.
– Pożałujesz, że te słowa kiedykolwiek wyszły z twoich ust, Harold – krzyczy Louis, zanim wdrapuje się na plecy chłopaka, ściągając jego czapkę, by odsłonić zmierzwione loki.
– Całkiem zwinny jesteś jak na staruszka! – dokucza Harry, podnosząc się i próbując odebrać swoją czapkę z powrotem.
Louis zeskakuje z jego pleców, wydając z siebie dźwięk pełen niedowierzania. – Och, nigdy nie dostaniesz jej z powrotem! – Zaczyna biec, machając czapką nad swoją głową.
– A jeśli obciągnę ci pod prysznicem? – Głos Harry’ego jest niski, kiedy łapie Louisa od tyłu za biodra, a potem obraca go do siebie przodem, kryjąc twarz w jego szyi.
– To ciekawa propozycja.
– Tak właśnie myślałem. – Uśmiecha się Harry, całując go w szczękę, zanim klepie go delikatnie w tyłek i popycha w kierunku reszty rodziny, która zaczyna znikać w dole ulicy.
***
Noc przychodzi szybko, tłocząc się dookoła śniegu, który otula dachy domów i trzyma je razem, niczym więzy rodzinne trzymające razem ludzi. Wszystko jest po prostu bliskie. W środku domu, Jay siedzi w kącie, obserwując swoją rodzinę z łagodnym uśmiechem na ustach, kiedy popija swoje wino. Zimno zatrzymało prąd, więc pokój jest oświetlony przez blask ognia, który spowija go w pomarańczowe i żółte cienie, rzucając na twarze delikatne smugi. Lottie siedzi na podłodze z głową na kolanach Nialla. Posey coś koloruje, używając pleców Daisy jako biurka. Phoebe i Fizzie zmagają się z pudełkiem od Monopoly, które nie ma odpowiedniego otwarcia. Eva i Fay siedzą na oparciu kanapy, chichocząc, kiedy robią Harry’emu warkoczyki, gdzieniegdzie upinając kokardki. Chłopak jest zupełnie tym niewzruszony, uśmiechając się leniwie, kiedy rozmawia z Lottie. Louis siedzi naprzeciwko niego, trzymając swoje stopy (w skarpetkach w pingwiny) na kolanach Harry’ego. Popija swoje wino, przechylając głowę, kiedy niemal żenująco zakochane spojrzenie spoczywa w miękkich przestrzeniach wokół jego oczu i ust. Przygląda się, jak cienie tańczą dookoła twarzy Harry’ego, studiuje, jaki chłopak jest, kiedy z kimś rozmawia, jak skupia na nim całą swoją uwagę. Cóż, prawie całą, ponieważ teraz Harry delikatnie ugniata stopę Louisa, a ten prosty dotyk jest tak rodzinny, że niemal kręci mu się w głowie.
Chce zostać zwieszony w tej chwili na zawsze, czując mocny zapach jodły i słuchając jakiegoś brytyjskiego zespołu ze starego odtwarzacza jego mamy, z tym chłopakiem zakotwiczonym na końcu kanapy. Louis czuje się jak naiwniak, albo czuje, że powinien czuć się jak naiwniak, ponieważ gdyby ktoś go zapytał, czy zakochał się w Harrym, odpowiedziałby tak bez chwili wahania. Cóż, minęły tylko dwa dni, skąd może wiedzieć na pewno? Pytanie wydaje się być proste, ponieważ, cóż, trzeba mu przyznać słuszność. Louis potrząsa głową na pytanie, które sam sobie zadał, a cień uśmiechu igra mu na ustach. Czasami po prostu wiesz.
Czasami spotykasz osobę i wydaje ci się, jakbyś znał ją całe swoje życie. Czasami ta osoba wpasowuje się w twoje życie tak bezwstydnie, że spoglądasz na nią z szokiem, bo nigdy nie wiedziałeś, że brakuje ci części ciebie, zanim ta brakująca połowa nie pojawia się u twojego boku.
Louis ogłasza te myśli, kiedy leżą ciasno spleceni w łóżku, patrząc na siebie i uśmiechając się szeroko. Harry kiwa głową, całując wierzch jego dłoni.
– Jesteś nawet dobrym poetą, Louisie Tomlinsonie – mówi, a szkliste refleksy w jego oczach się marszczą, formując łzę, która wygląda jak światło księżycowe, ukryte w kąciku jego oka. Louis wzdycha tak długo, aż czuje, że jego płuca mogą wybuchnąć. Czuje, że mógłby zażartować sobie z chłopaka, ale nie umie tego właściwie zrobić, więc po prostu uśmiecha się szeroko, głupawo kiwając głową.
– Ćwiczyłem – śmieje się, ręką ocierając łzę płynącą po policzku Harry’ego. – Dlaczego płaczesz, kochanie? – pyta Louis cicho, przebiegając palcami przez jego włosy i odnajdując mały warkoczyk, który bliźniaczki zapomniały rozplątać. Uśmiecha się nieobecnie.
Harry zamyka oczy, wzdychając delikatnie, i zagryza dolną wargę. – Ja po prostu… Dość podoba mi się przebywanie z tobą – śmieje się, potrząsając głową, zanim chowa ją w poduszkę przy akompaniamencie zawstydzonego jęku. – I nie chcę odjeżdżać. – Jego głos jest zniekształcony przez poduszkę.
Louis uśmiecha się tak szeroko, że musi ukryć to w dłoni. Przesuwa rękę poprzez nagie plecy Harry’ego, obrysowując palcem linię jego kręgosłupa. – Wiesz, nie muszę odwozić cię do samochodu już jutro, ty głupku – dokucza, domyślając się, że to raczej oczywiste, że nie chce, by Harry odchodził.
– To inna sprawa – wyrzuca z siebie Harry, brzmiąc na niezwykle winnego. Louis ściąga brwi, zatrzymując ruchy ręki na plecach chłopaka. – Mój samochód nigdy się nie zepsuł…
Louis wybucha zaskoczonym śmiechem. – Huh?
– Mieszkam mniej więcej… Pięć minut drogi od miejsca, z którego mnie zabrałeś…
– To brzmi naprawdę prostytucy… jnie…
Harry śmieje się nerwowo. – Zamknij się i daj mi skończyć. – Przykłada dłoń do ust Louisa.
– W każdym razie, potrzebowałem chleba i jajek, ale na zewnątrz było zbyt ślisko, a ja byłem zbyt leniwy, by odśnieżyć samochód, więc po prostu wyszedłem z mieszkania i ruszyłem drogą do sklepu. – Jego głos przyspiesza, a Louis śmieje się w jego dłoń. – Potem pokazałeś się ty i… W skrócie, byłem po prostu trochę kretynem, który udawał, że potrzebuje podwózki, żeby pogadać z przystojnym kolesiem.
Louis zdejmuje jego dłoń ze swoich ust, chichocząc. – To było bardzo desperackie z twojej strony, Harold.
– Tak, no cóż, to nie ja byłem tym, który zatrąbił, by przyciągnąć moją cholerną uwagę.
– Próbowałem tylko być dobrym obywatelem! A obciągnąć chciałem ci dopiero po tym, jak wsiadłeś do mojego samochodu.
– Cieszę się, że uczucie było obustronne już od początku – śmieje się Harry leniwie, przewracając się na plecy i zakrywając twarz rękoma. – Więc nie jesteś zły o to, że skłamałem na temat mojego samochodu i zmusiłem cię nawet do zawiezienia mnie do serwisu, chociaż… Chociaż nie mam samochodu do naprawy?
Louis wywraca oczyma, zanim wspina się na ciało chłopaka, odsuwając mu ręce z twarzy. – Wyglądam na złego?
Harry otwiera oczy, a uśmiech pochłania jego twarz. – Nie wiem, może troszkę.
– Jesteś taki dziwaczny. Po pierwsze, wolisz iść na przejmującym mrozie, niż odśnieżyć samochód. I jak świetnie kłamiesz na poczekaniu… Nie pomyślałem nawet drugi raz o tej całej historii z zepsutym samochodem, która oczywiście była całkowicie z dupy wzięta – parska Louis, pochylając się, by złożyć pocałunek na ustach chłopaka, zanim odsuwa się ze zdenerwowanym i przesadnie dramatycznym westchnieniem. – Po prawdzie… Skąd mam w ogóle wiedzieć, że jesteś tym, za kogo się podajesz? Możesz być jakimś Craigem! Craigem, który ma dwanaście psów w domu, a każdy z nich jest nazwany imieniem postaci, którą grała Julie Andrews. Craigem, który ma pokój w całości upamiętniający Gwiezdne Wojny…
– Z całą pewnością mówisz za wiele – uśmiecha się Harry, a jego wzrok skacze z oczu na usta Louisa i z powrotem.
– Mama mówi, że kłapałem dziobem już od chwili narodzin.
– Kłapałeś dziobem? – śmieje się Harry z niedowierzaniem, pocierając oczy wierzchem dłoni.
– Jesteś głuchy, Harold? To właśnie powiedziałem, no nie? – dokucza Louis. – Czy może jednak muszę się jeszcze zbliżyć? – Przyciska usta do ucha Harry’ego, składając tam mały pocałunek.
– Może ty mi powiesz, staruszku? – ośmiela się powiedzieć Harry, a Louis czuje, jak ciało chłopaka drży pod nim od powstrzymywanego śmiechu.
Louis sapie. – Stąpasz po cienkim lodzie, kolego. – Uśmiecha się i scałowuje ścieżkę w dół szyi Harry’ego.
Harry nie odpowiada, po prostu pozwalając swoim rękom spocząć na karku chłopaka. Matowy płomień pożądania zostaje zwyciężony przez absolutne wyczerpanie, które zakrada się do oczu Louisa. Po chwili odnajduje samego siebie, przyciskającego nos do zagłębienia szyi Harry’ego ze zmęczonym ziewnięciem na ustach.
– Dostaniesz to jutro – mamrocze, składając mały pocałunek na ciepłej skórze Harry’ego.
– Jutro? – szepce Harry we włosy Louisa, a jego głos jest wypełniony nadzieją.
– Nie myślałeś chyba, że pozwolę ci teraz odejść, co?
Może poczuć, jak Harry uśmiecha się w jego włosy, głaszcząc jego plecy, kiedy on ciągle na nim leży. – Nie zamierzasz posiekać mnie na małe kawałeczki, no nie?
Louis śmieje się ze zmęczeniem, umiejscawiając swoje ręce między materacem a plecami Harry’ego. – Tak długo, jak nie spróbujesz zrobić tego pierwszy.
***
Harry zostaje aż do Nowego Roku i dokładnie minutę po północy Louis pyta go, czy chce być jego prawdziwym chłopakiem.
Zgadza się.
———————————-
*w oryginale Louis mówi „We could go back to your car and saw out the floor and you could Flintstone it home?”, więc doszłam do wniosku, że wyflinstonować się do domu będzie najlepsze. Czujecie, nie? Flinstonowie nie mieli podwozi i tak sobie biegali w tych samochodach, o. Ale żarcik.
**Eva i Fay to bliźniaczki, z którymi realnie Jay jest dopiero w ciąży. Autorka nazwała je sobie sama.
***minx – kokietka, psotnica, bezczelna dziewczyna, flirciara. Nie wiedziałam, jak dobrze to przełożyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz