W moim prawdziwym życiu nigdy nie było nikogo, kto powiedziałby mi, że mnie kocha. Rodzice byli wysoko postawionymi ludźmi, którzy cały swój wolny czas poświęcali pracy i zarabianiu pieniędzy, których i tak nie mieli kiedy wydawać. Widywałem ich okazjonalnie rano, jeśli udało mi się wcześniej wstać lub wieczorem, jeśli akurat nie włóczyłem się bez celu po pobliskim parku czekając, aż pójdą spać. Wcale nie chciałem ich uwagi czy zainteresowania, bo nawet nie wiedziałbym, jak się zachować gdyby zaczęli pytać o moje życie. Nigdy tego nie robili i można powiedzieć, że ich brak zainteresowania był niezmienną stałą w moim życiu. Odkąd pamiętam otaczało mnie morze ludzi, którzy mieli zastępować mi rodziców. Nianie, ciocie, babcie, kucharki, sprzątaczki. Było tego naprawdę sporo. Myślę, że ich nieobecność w moim życiu miała bardzo duży wpływ na to, kim się stałem, choć to brzmi zabawnie. Jak ktoś, kogo w ogóle nie było mógł aż tak wiele zmienić? To była jedna z wielu rzeczy, których wciąż nie potrafiłem pojąć.
W moim prawdziwym życiu nigdy nie miałem przyjaciela. Zawsze byłem tylko ja i problemy, którym stawiałem czoła. Nie potrafiłem nikomu zaufać i nie byłem przyzwyczajony do tego, że ktoś jest obok. Nie umiałbym się odnaleźć w przyjaźni, choć wiem, że ta prawdziwa różni się nieco od tej, którą ogląda się we filmach. Mimo wszystko było to dla mnie coś zupełnie obcego i cholernie mnie przerażało. Póki byłem w moim świecie sam nikt nie mógł mnie zranić, bo nie wiedział, jak to zrobić. I tak było mi wygodnie. Myśl, że ktoś mógłby mnie poznać i wiedzieć, co sprawia, że w moich oczach pojawiają się łzy budziło we mnie lęk, jakiego nigdy wcześniej nie czułem. Zdecydowanie nie byłem gotowy na przyjaźń i sądziłem, że nigdy nie będę. W tych wszystkich kiczowatych filmach, które oglądałem dla zabicia czasu bogate dzieciaki takie, jak ja zawsze miały morze przyjaciół, którzy przesiadywali u nich bez przerwy. Alkohol lał się strumieniami, impreza goniła imprezę, i póki ten bogaty dzieciak za wszystko płacił był uwielbiany. Nie chciałem czegoś takiego. Nigdy nie pozwoliłem, by pieniądze, które zalegały na moim koncie miały wpływ na to, z kim rozmawiam. Tak naprawdę mało kto wiedział o tej fortunie, która posiadała sporo zer.
Rodzice zadbali o to, by nie zabrakło mi pieniędzy zupełnie, jakby chcieli w ten sposób wynagrodzić mi ich nieobecność. Wcale tego nie chciałem i nie potrzebowałem, ale skoro już miałem taką możliwość to starałem się zrobić z tym coś pożytecznego. W każdy piątek po zajęciach szedłem do pobliskiego marketu i kupowałem trochę jedzenia. Takie zwykłe, podstawowe rzeczy, jak chleb, masło i coś do obkładania. Później z pełnymi siatkami jedzenia szedłem w miejsce, w którym koczowali bezdomni. To nie byli tacy bezdomni, jak na filmach, którzy napadali na staruszki i żebrali po kątach. Oni byli złamani i pogodzeni ze swoim losem. Nigdy nikogo o nic nie prosili nawet jeśli przez kilka dni nie mieli nic w ustach. Odkryłem to miejsce zupełnie przez przypadek, gdy jak zawsze włóczyłem się bez celu. I w ten oto sposób już od dwóch lat w każdy piątek pojawiałem się w opuszczonym, zaniedbanym domu na końcu rzadko uczęszczanej ulicy niosąc ze sobą to, co było im najpotrzebniejsze. Nigdy nie prosili mnie o nic. Nigdy nie padło z ich ust zapytanie o pieniądze. Dziękowali mi szerokimi uśmiechami i łzami w oczach. Mówili, że wcale nie muszę tego robić, ale ja chciałem. Chciałem, by pieniądze, które miałem przyczyniły się do czegoś dobrego. A czy istnieje coś lepszego od pomocy tym najbardziej potrzebującym? Można powiedzieć, że stali się częścią mojego świata i byli jedynymi osobami, które regularnie gościły w moim życiu. Niektórych znałem już od dwóch lat, inni pojawiali się i znikali. Starałem się zapamiętywać, jak najwięcej imion i dowiadywać się, co jeszcze mógłbym dla nich zrobić, ale oni bardzo się starali, by nie nadwyrężać mojego i tak pełnego po brzegi konta. Za to ceniłem ich najbardziej. Gdybym miał pewność, że inni ludzie, których do siebie dopuszczę zachowają się tak samo, jak ci bezdomni to pewnie już dawno miałbym morze przyjaciół. Ale ludzie nie są tacy. Im więcej mają tym więcej chcą. Z bezdomnymi jest prościej. Oni nie mają niczego, więc z wdzięcznością przyjmują cokolwiek. A ja byłem naprawdę szczęśliwy robiąc to wszystko.
-x-
Wakacje powoli dobiegały końca. Nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Byłem nawet szczęśliwy, że wrócę do szkoły. W domu powoli dostawałem do głowy. Znałem na pamięć każdy film, który kiedykolwiek wyszedł, obejrzałem każdy serial, którego powtórkę puszczano w telewizji i naprawdę nie mogłem już patrzeć na książki. Szkoła oznaczała zajęcie na pół dnia i czasem zadania domowe, które choć w połowie wypełnią czas po szkole. Lubiłem to nawet. Lubiłem być wśród ludzi, obserwować ich i zastanawiać się, jak wyglądało ich życie. Czy byli szczęśliwi? Mieli wszystko, czego potrzebowali? Potrafili się cieszyć z małych rzeczy? Zawsze starałem się ich porównywać do ludzi, których spotykałem w opuszczonym domu w każdy piątek, ale ci ze szkoły nie mieli tego błysku w oku. Byli niczym roboty wyprani z jakichkolwiek emocji. Zaprogramowani, by się uczyć, pójść na studia i zarabiać duże pieniądze zupełnie, jak moi rodzice. To było coś, czego z całą pewnością nie chciałem, choć jeszcze nie miałem konkretnego planu na życie. Chyba chciałem po prostu być i robić coś dla ludzi, którzy mieli mniej szczęścia ode mnie.
Ubrałem się i udałem do supermarketu. Dziś był ostatni piątek wakacji. Od poniedziałku moją głowę będą wypełniać bezsensowne regułki i inne rzeczy, które na pewno nie przydadzą mi się w życiu. Z szerokim uśmiechem na ustach wszedłem do sklepu, w którym wszyscy doskonale mnie znali. Pchając przed sobą sporych rozmiarów wózek wybierałem produkty, które w każdy piątek w nim lądowały. Nic wyszukanego. Znałem sklep niemal na pamięć i mogłem robić w nim zakupy z zamkniętymi oczami. Już po chwili wędrowałem znajomą drogą w stronę opuszczonego domu. Zawsze budziło to we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony modliłem się, by moi bezdomni znaleźli jakiś dom i nigdy więcej nie pojawiali się w tym miejscu. By mieli lepiej ni teraz, ale drugiej cieszyłem się, gdy oglądałem te same twarze. Zawsze za to martwiłem się, gdy do tych znanych twarzy dołączały nowe. Idąc tam nie miałem pojęcia, co zastanę.
- Harry! Czyżby był piątek, skoro dajesz nam możliwość oglądania twoich loków w tej dziurze? - zapytał z uśmiechem na ustach George podchodząc do mnie. Zaśmiałem się cicho. George był tutaj chyba najmłodszy. Rok ode mnie starszy zamieszkiwał w opuszczonym domu od kilkunastu miesięcy. W roku szkolnym zawsze przynosiłem mu ksera moich notatek, by mógł się choć trochę pouczyć, za co był mi wdzięczny, choć przed nikim nie przyznałby się, że chętnie wróciłby do szkoły.
- Te siatki chyba mówią same za siebie. Mamy kogoś nowego na pokładzie? - zapytałem odkładając zakupy na kulawy stolik przed domem. Rozejrzałem się próbując odszukać znajome twarze. Nikogo nie ubyło i miałem nadzieję, że nie przybyło.
- Chciałbym móc powiedzieć nie, ale od dwóch dni mieszka z nami nowy chłopak. Póki co nie chce z nikim rozmawiać i wyczynem było poznanie jego imienia.
Spojrzałem zaskoczonym wzrokiem na znajomego. Z reguły ludzie pojawiający się tutaj byli nad wyraz wylewni. Szybko otwierali się i opowiadali, co im się w życiu przydarzyło dzięki czemu reszta wiedziała, jak się przy danej osobie zachować. Byli jedną wielką rodziną. Takie zachowanie było zdecydowanie czymś tutaj nie spotykanym. Rozejrzałem się uważnie i wreszcie go dojrzałem. Był… No cóż po prostu piękny, ale w taki zupełnie inny sposób. Jego czarne włosy opadały niesfornie na przymknięte oczy. Wytarta skórzana kurtka i wysokie buty sprawiały, że wyglądał niczym rasowy bad boy, których oglądałem w tych kiczowatych filmach. Cała jego postawa wręcz krzyczała, by dać mu święty spokój i sądząc po tym, że siedział sam w oddalonym od reszty kącie świadczył, że wszyscy bez wyjątku zrozumieli przekaz.
- Jak myślisz, ile może mieć lat? - zagadnął po chwili milczenia George przeglądając zakupy i segregując je. Potrząsnąłem głową wyrywając się ze swoich myśli.
- Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że wkrótce wyjdzie ze swojej skorupy inaczej zacznie panować tutaj niemiła atmosfera.
George pokiwał głową i zaczął wnosić zakupy do środka, więc mu w tym pomogłem. Robiłem naprawdę wszystko, by przestać myśleć o chłopku, który od kilku dni mieszkał w opuszczonym domu, ale nie potrafiłem. Miał w sobie coś, co sprawiało, że miałem ochotę krzyczeć i rwać loki z głowy.
-x-
Byłem w niemałym szoku, gdy nauczyciel ogłosił, że do naszej klasy dołączy nowy uczeń. To nie zdarzało się zbyt często, więc wszyscy byli poruszeni. Prawie zbierałem szczękę z podłogi, gdy nowy uczeń wszedł do klasy i bez słowa skierował się na tyły, by zająć jeden z dwóch wolnych stolików na końcu. Obok mnie. Jakim cudem chłopak, który od piątku nawiedzał moje myśli i sny teraz siedział w ławce obok nawet nie zdając sobie sprawy z tego, jak wiele zmienił w moim życiu samym swoim istnieniem. Los okrutnie ze mnie drwił. Robiłem, co mogłem, by na niego nie patrzeć. W akcie desperacji zacząłem nawet zagadywać Nialla, który był chyba najpogodniejszą osobą, jaką w życiu widziałem. Zawsze się uśmiechał i ze wszystkimi miał dobry kontakt, choć wcale się o to nie starał. To przychodziło mu zupełnie naturalnie. I pewnie gdybym trochę bardziej ufał ludziom ten blondyn miałby szansę stać się moim przyjacielem. W tej chwili niczego nie pragnąłem bardziej, jak posiadania kogoś bliskiego, kto odgoniłby niepokojące myśli.
Na lunchu postanowiłem usiąść obok blondyna, który nie miał nic przeciwko. Przyglądał mi się tylko uważnie i wiedziałem, że za chwile padnie pytanie, na które być może nie będę potrafił odpowiedzieć.
- Dlaczego się do mnie odezwałeś? Nie żeby mi to przeszkadzało, ale… Ty nigdy się do nikogo nie odzywasz i nieco mnie to zaskoczyło.
- Ja… Ja chyba za długo byłem sam i zaczęło mnie to przytłaczać. Ja… Ja nigdy nie miałem nikogo…
Było mi wstyd. Cholernie wstyd przed tym pogodnym chłopcem, bo niemal się tam rozpłakałem. Dlaczego akurat teraz zaczęło mi przeszkadzać bycie samemu? Przecież zawsze byłem sam. To moja przystań.
- W porządku. Rozumiem. W pewnym sensie cieszę się, że się odezwałeś, bo sam pewnie nigdy bym się na to nie zdobył.
Spojrzałem na niego zaskoczonym wzrokiem. Co to tak właściwie znaczyło? Czy i moja postawa krzyczała, by trzymać się ode mnie z daleka? Już chciałem go o to zapytać, gdy do stołówki wszedł chłopak z opuszczonego domu. Jak on właściwie miał na imię? Uważnie obserwowałem, jak podchodził do bufetu, jak nakładał jedzenie i jak z tacą w ręce kierował się w stronę wolnego stolika. Widziałem, jak Louis, szkolny bad boy wstawał ze swojego miejsca, by stanąć na drodze nowego ucznia. Widziałem, jak jego najlepszy przyjaciel, Liam, starał się go powstrzymać. Niestety, gdy Louis obierze sobie jakiś cel nic nie jest w stanie go powstrzymać. Obserwowałem go od lat. Wiedziałem, że jego postawa jest tylko maską. W rzeczywistości był zupełnie inny. I nie rozumiałem, dlaczego każdego dnia udawał. Jaki miał w tym cel?
- Proszę, proszę kogo my tu mamy. Nasz bezdomny postanowił się edukować.
- Czego chcesz Tomlinson?
- Żeby takie szumowiny, jak ty nie zatruwały mojego powietrza.
- To przestań oddychać.
- Nie igraj ze mną Malik, bo zamienie twoje życie w piekło.
- Za późno. Moi rodzice już się tym zajęli.
Byłem w szoku. Ta rozmowa w ogóle nie powinna mieć miejsca. Louis brzmiał, jakby znał tego nowego ucznia. I skąd u diabła wiedział, że tamten chłopak nie miał, gdzie się podziać? Chciałem wstać i pójść tam, choć nie miałem pojęcia, co powinienem powiedzieć. Pewnie, gdyby nie ramię Nialla, który mnie przytrzymał teraz mierzyłbym morderczym spojrzeniem w faceta, który miał najlepszą dupę, jaką moje oczy oglądały.
- To nie jest tego warte. Tommo powarczy i mu przejdzie.
- Skąd to wiesz? Nikt nie zasłużył na takie traktowanie.
- Nie zbawisz wszystkich Harry. Znam Louis’ego nie od dzisiaj i wiem, jak funkcjonuje. Za tydzień mu się znudzi.
Westchnąłem cicho, ale przytaknąłem. Nigdy nie było tak, że Lou długo znęcał się nad jedną osobą. Raczej lubił różnorodność. Mimo wszystko do końca lunchu rzucałem w jego stronę gniewne spojrzenia.
To wszystko było takie zagmatwane. Louis był pierwszym facetem, na które zwróciłem uwagę w ten inny sposób. Intrygowało mnie jego zachowanie i to, co czasem dostrzegałem w jego oczach. Niestety mój lęk był silniejszy od tego, co czułęm do szkolnego chuligana, więc nigdy nie zamieniłem z nim nawet słowa. Z daleka obserwowałem, jak znajdował nowe ofiary, jak upadał, choć nikt tych upadków nie dostrzegał. I jak Liam próbował go ratować, choć i on powoli traci siły i wiarę. Niall miał rację. Nie mogłem zbawić wszystkich, ale były osoby, którym mogłem pomóc i ta dwójka zdecydowanie zaliczała się do tego grona, choć wciąż nie wymyśliłem, co zrobić, by zdobyć ich zaufanie. Nie byłem w tym dobry. Pierwszą normalną rozmowę przeprowadziłem z bezdomnymi, którzy zupełnie inaczej patrzą na świat. Niall był pierwszą osobą, do której odezwałem się w szkole, a chodziłem do niej od trzech lat. To niezbyt imponujące wyniki, jak na kogoś kto chce uratować kilka istnień.
-x-
Czułem się niczym jakiś psychopata. Z uporem maniaka obserwowałem zachowanie Zayna, którego imię wreszcie poznałem, coś nie od samego zainteresowanego, i Louis’ego. Między nimi było coś, co nie pozwalało im przebywać w jednym pomieszczeniu bez wywołania burzy, więc wcale się nie zdziwiłem, gdy w piątek podczas lunchu doszło do kolejnego starcia.
- Malik ty cipo, ile razy mam ci powtarzać, że nie jesteś tu mile widziany.
- A od kiedy to ty decydujesz o tym, komu wolno, a komu nie przebywać w szkolnej stołówce? Twoje ego jeszcze bardziej urosło odkąd ostatni raz się widzieliśmy Lou. To w sumie smutne.
- Igrasz z ogniem Malik.
- Nie Lou. Ja już dawno w nim spłonąłem. To ty wciąż bawisz się popiołem nie zauważając, że brudzi twoje ręce.
Kolejne westchnienie wyrwało się z moich ust. Byli beznadziejnym przypadkiem. A ja nadal chciałem im pomóc.
- Nie poddajesz się, nie? - zagadnął Niall, który z każdym dniem zyskiwał moje zaufanie. Byłem szczęśliwy, że wtedy się do niego odezwałem. Z blondynem u boku moje życie nie wydawało się być takie puste, choć wciąż byłem ostrożny.
- Aż tak to widać?
- Co robisz dzisiaj po szkole?
- Ja… Mam… Mam pewne plany.
- Jakie?
Cholera. Naprawdę lubiłem Nialla i wiem, że on jako jedyny zrozumiałby moje działania, ale wciąż bałem się. Irlandczyk nadal nie wiedział, co robią moi rodzice i ile z tego jest zysku. Byłem szczęśliwy, że moje nazwisko nie pojawiało się w gazetach, bo nie miałbym życia.
- Emm… Ja w każdy piątek chodzę w pewne miejsce. Możesz iść ze mną jeśli chcesz.
- Naprawdę? Bardzo chętnie.
Chłopak obdarzył mnie swoim najpiękniejszym uśmiechem, a ja wiedziałem, że zrobiłem dobrze proponując mu to. Miałem nadzieję, że moi bezdomni przyjmą go z szerokim uśmiechem. Modliłem się też o to, by Zayna jeszcze nie było na miejscu, gdy tam dotrzemy. Wciąż nie byłem gotowy na konfrontacje z nim w tamtym ani żadnym innym miejscu.
- Powiesz mi, czemu musimy najpierw iść po zakupy? Składasz chleb w ofierze jakiemuś bożkowi? - dopytywał się Niall zaglądając bez przerwy do wózka, w którym lądował stały zestaw. Z racji tego, że miałem dzisiaj dwie dodatkowe ręce mogłem kupić nieco więcej. To był kolejny powód, dla którego cieszyłem się, że blondyn mi towarzyszył.
- Niall błagam się. A chwilę wszystkiego się dowiesz. Po prostu przestań marudzić i weź ten dżem.
Chłopak przewrócił oczami, ale sięgnął na półkę ściągając z niej dwa słoiki z dżemem truskawkowym. Uśmiechnąłem się do niego i ruszyłem dalej.
Gdy chwilę opuściliśmy skelp obładowani zakupami Niall niecierpliwił się nieco bardziej, a ja zacząłem się denerwować. Nie byłem pewien, jak zachowa się chłopak, gdy zrozumie dokąd zmierzamy, ale naprawdę chciałem wierzyć w to, że był wart zaufania mu i pozwolenia na wejście do mojego życia.
- Zaczynam się ciebie nieco obawiać – powiedział cicho blondyn rozglądając się po zaniedbanej ulicy, którą właśnie szliśmy. - Nie chcesz mnie zabić i zakopać w którymś z tych zaniedbanych ogródków, prawda?
- Mam nieco wyobraźni, a ogródki wyszły już z mody.
Zaśmiałem się cicho dostrzegając przerażenie na twarzy blondyna. Jednak nie dodałem już nic więcej, bo właśnie dotarliśmy do celu swojej wycieczki.
- Harry! - zawołał George biegnąc mi na spotkanie. Posłałem mu promienny uśmiech i odłożyłem siatki na chodnik, by już po chwili znaleźć się obok nich powalony siłą uścisku chłopaka, które widziałem przecież tydzień temu. - Skoro twoje loki tu są to musi być piątek. Kocham piątki. Choć mógłbyś odwiedzać mnie częściej. Strasznie się nudzę przez większość czasu. Masz dla mnie notatki?
Zaśmiałem się słysząc potok słów wypływający z ust chłopaka. Szturchnąłem go by się ruszył i pozbierałem swoje cztery litery z chodnika. Chłopak dopiero teraz dostrzegł, że nie przyszedłem sam i nieco się speszył.
- George, to jest mój… Mój przyjaciel ze szkoły, Niall. Poznajcie się.
Blondyn niepewnie wyciągnął wolną dłoń w stronę wciąż niepewnego chłopaka, ale po chwili uśmiechali się do siebie pogodnie i rozmawiali o sporcie. Pokręciłem głową i zabrałem zakupy, by zamieść je do środka. Tamta dwójka pewnie nawet nie zauważyła, że zniknąłem im z pola widzenia. Wszedłem do pomieszczenia, które robiło za kuchnię i odłożyłem siatki na poobijany stół, który tam stał. Zacząłem wypakowywać produkty, gdy usłyszałem zbliżające się kroki. Byłem niemal pewien, że George idzie pomóc mi, bo zawsze to robił.
- Ruszaj szybciej swoją dupę Geo. Zakupy same się nie wy… - jednak urwałem, gdy odwracając się w drzwiach napotkałem ciemne, niepewnie spojrzenie Zayna. Miałem wrażenie, że chłopak rozważał ucieczkę.
- Co… Co ty tutaj u diabła robisz?
- Rozpakowuję zakupy.
- Zakupy?
- No wiesz, produkty, które się kupuje w sklepie i przynosi w siatkach do domu.
- Wiem, czym do cholery są zakupy!
- To po co głupio pytasz?
Rzuciłem mu jeszcze jedno przelotne spojrzenie zanim wróciłem do opróżniania siatek, które przyniosłem. Byłem zadowolony z tego, jak wiele udało nam się dzisiaj przynieść. Miałem nadzieję, że Niall dołączy do mojego małego rytuału i będzie razem ze mną odwiedzać to miejsce.
- Dlaczego przyniosłeś zakupy?
Mulat powiedział to tak cicho, że nie byłem do końca pewien, czy dobrze usłyszałem. Obróciłem się ponownie w jego stronę i przyjrzałem mu się uważnie. W jego oczach wciąż gościł strach i niepewność, a cała jego postawa mówiła, że jeśli zrobię choć krok w jego stronę, to odwróci się i ucieknie. Westchnąłem i oparłem się o stół przeczesując dłonią loki.
- Przychodzę tutaj w każdy piątek od dwóch lat i przynoszę jedzenie. Chciałbym móc zrobić więcej, ale oni mi na to nie pozwalają. Gdy zaczyna się robić chłodniej to mogę jeszcze dorzucić do jedzenia koce, ale poza tym nie wolno mi kupować im nic więcej.
- Dwa lata? Jak… Skąd… Skąd bierzesz na to pieniądze?
- Powiedzmy, że akurat o to nie muszę się martwić.
Zayn wciąż przyglądał mi się nieufnie, ale ciekawość wzięła górę. Podszedł niepewnie do stołu przyglądając się jedzeniu, które przyniosłem.
- Zastanawiałem się, skąd biorą to jedzenie, ale nikt nie chciał mi odpowiedzieć. Za każdym razem tylko głupio się uśmiechali i powtarzali „sam zobaczysz w piątek”. Przyznaje, nie tego się spodziewałem.
Zaśmiałem się cicho widząc zmieszanie i zaskoczenie. Zupełnie, jakby chłopak nie mógł pojąć, że ktoś z własnej woli wydawał pieniądze na zupełnie obcych ludzi, którym każdy inny skąpił wszystkiego.
- Jestem, jak święty mikołaj, tylko częściej się pojawiam.
- Harry! Dlaczego mnie tam zostawiłeś? Wiesz, jak kocham myszkować w siatkach – głos George’a poniósł się po pomieszczeniu, gdy wmaszerował do niego z niezadowoloną miną.
- Trzeba było nie klepać tyle z Niallem na chodniku. Gdzie zgubiłeś mojego przyjaciela?
- Rozmawia z Dennise przed domem.
Zayn przyglądał się nam z wyrazem twarzy, którego nie potrafiłem odczytać. Było w nic coś, co sprawiało, że chciałem go poznać bliżej i rozszyfrować, skąd brała się każda zmarszczka na jego twarzy. Co ją wywoływało i co mogło sprawić, że ponownie zniknie.
- Możesz zając się resztą zakupów Geo. Ja porozmawiam chwilę z Zaynem.
- Oooo to on jednak potrafi mówić? Do tej pory rzucał tylko monosylabami.
Pacnąłem chłopaka ręką w głowę i ruszyłem w stronę wyjścia ciągnąc za sobą zaskoczonego mulata. Nie wyszliśmy jednak na zewnątrz. Nie chciałem, by ktoś nam przeszkadzał, więc ruszyliśmy schodami na górę, by po chwili znaleźć się na dachu, który robił za taras widokowy, choć tak naprawdę nie było co podziwiać. Rozsiadłem się wygodnie opierając plecy o komin, który pewnie niedługo do reszty się posypie i obserwowałem, jak Zayn niepewnie zajmuje miejsce obok mnie.
- Skąd znasz Louis’ego? - zapytałem cicho mając nadzieję, że nie byłem zbyt bezpośredni. W końcu prawie się nie znaliśmy.
- My… My kiedyś byliśmy razem. To było dwa lata temu. W moim domu wszystko się układało. Niczego nam nie brakowało. Pasowałem do życia, które Lou sobie zaplanował. Ale potem wszystko zaczęło się sypać. Tata stracił pracę i zaczął pić. Nagle wszystko mu przeszkadzało. Podczas jednej kłótni wyrzucił mnie i mamę z domu. Przez parę miesięcy pomieszkiwaliśmy u różnych znajomych. Tata się nieco ogarnął i wróciliśmy do niego, ale nie minęło sporo czasu, jak znowu zaczął się na nas wyżywać. Lou już od dawna ze mną nie gadał. Nie chciał mieć nic wspólnego z kimś takim. Zmienił szkołę i cieszył się, że nie musiał mnie oglądać. Myślę, że to wtedy zmieniło się jego zachowanie. Stał się agresywny. A ja… Ja nie mogłem już dłużej tam mieszkać, więc uciekłem. Sfałszowałem podpis mamy, by przenieść się do tej szkoły. Nie miałem pojęcia, że on też tutaj chodzi.
- Jak znalazłeś to miejsce?
- Przez przypadek. Nie miałem się gdzie podziać i włóczyłem się bez celu po zapuszczonych uliczkach. Denniese mnie znalazła i przyprowadziła tutaj.
Milczałem przez chwilę analizując wszystko. To miało sens. Louis chodził do ich szkoły dopiero od półtora roku. Wszyscy dziwili się, czemu w połowie roku zmienił szkołę, ale nikomu nie chciał nic powiedzieć. Pewnie nawet Liam nie znał powodu, choć był jedyną osobą, której Tommo ufał w tej szkole. Spojrzałem na Zayna, którzy z wielkim zainteresowaniem przyglądał się swoim butom. Coś mnie tknęło i przysunąłem się bliżej. Czekałem na jakąś reakcję, ale ta nie nadeszła, więc niepewnie objąłem go ramieniem i nim się obejrzałem chłopak wtulał się w moje ramiona szlochając cicho. Serce mi się łamało na ten dźwięk. Najgorsze było to, że nie wiedziałem, co zrobić, by mu pomóc. I nadal nie wymyśliłem, jak naprawić Louis’ego.
Godzinę później żegnałem się ze wszystkimi. Gdy siedziałem na dachu z mulatem Niall poznał wszystkich domowników i obiecał im, że wróci razem ze mną w następny piątek. Przez całą drogę powrotną uśmiech nie schodził z moich ust.
- Dziękuję – powiedziałem, gdy żegnaliśmy się pod jego domem.
- To ja dziękuję, że mi zaufałeś Harry.
Blondyn objął mnie ramieniem i krótko przytulił zanim przeszedł przez uliczkę i zniknął za drzwiami swojego domu. Ja nie chciałem jeszcze wracać do siebie. W domu i tak nikogo nie było, a ja nie chciałem siedzieć w czterech ścianach, więc skierowałem swoje kroki w stronę parku. Rozsiadłem się wygodnie na wolnej ławce i po raz kolejny analizowałem to, co dzisiaj usłyszałem. Wiem, że w jakiś sposób zyskałem zaufanie mulata i chciałem zrobić wszystko, by go nie stracić. Choć to głupie chciałem być powodem jego uśmiechu. Chciałem uczynić jego życie lepszym, choć to naiwne, bo nawet swojego życia nie potrafiłem zmienić.
-x-
Przez cały weekend nie opuściłem swojego pokoju. Tylko okazjonalnie zaglądałem do kuchni po coś do zjedzenia. Zastanawiałem się, jak będzie wyglądać poniedziałek. Czy Zayn się ze mną przywita czy będzie udawał, że piątkowa rozmowa nie miała miejsca? Byłem kłębkiem nerwów i cieszyłem się, że wreszcie przyszedł czas wyjścia do szkoły, bo gdybym posiedział w domu jeszcze chwilę to dostałbym do głowy.
Czekałem niecierpliwie w klasie, aż mulat się zjawi, ale nie było go. Nie pojawił się też na kolejnych zajęciach i wtedy Niall zaczął podzielać mój strach. Gdy podczas lunchu nie dostrzegłem nigdzie jego ciemnej czupryny miałem ochotę krzyczeć. Rozejrzałem się jeszcze raz uważnie po sali i dopiero po chwili dotarło do mnie, że mój wzrok spoczął na zadowolonym z czegoś Louis’m. Cała jego postawa promieniowała dumą, a ja wiedziałem, co to oznaczało. Podświadomie wiązałem jego zadowolenie z nieobecnością mulata. Niall musiał podążyć za moim spojrzeniem, bo położył dłoń na moim ramieniu chcąc mnie w razie czego powstrzymać, choć wcale nie miałem zamiaru niczego robić. Jeszcze nie teraz.
Pierwszy raz chciałem, by zajęcia wreszcie dobiegły końca. Niemal warczałem w stronę zegara, który w żółwim tempie poruszał wskazówkami. Gdy rozbrzmiał ostatni dzwonek wybiegłem z sali i nie czekając na blondyna pognałem w stronę opuszczonego domu. Musiałem, po prostu musiałem wiedzieć, czy wszystko z nim ok.
George był zaskoczony moim widokiem, ale zatrzymałem się przy nim tylko na chwilę, by zapytać, które pomieszczenie zajmuje Zayn. Widziałem po nim, że rozumiał mój niepokój. Wziąłem głębszy oddech i ruszyłem na górę do pokoju na poddaszu. Wszedłem tam bez pukania i niemal zamarłem widząc Zayna skulonego na materacu w rogu pokoju. Podszedłem powoli do niego i kucnąłem odgarniając z jego twarzy grzywkę. Z trudem powstrzymałem pisk, który cisnął mi się na usta, gdy ujrzałem sporych rozmiarów siniaka zdobiącego jego lewy policzek.
- Harry? Co… Co ty tutaj robisz? - zapytał ze strachem chłopak szybko siadając na posłaniu. Skrzywił się nieznacznie i złapał za żebra, a ja wiedziałem, że jego twarz to nie jedyne miejsce, które nosiły na sobie fioletowe ślady.
- Musiałem zobaczyć, czy wszystko z tobą w porządku.
- Dlaaa… dlaczego?
- Bo mi na tobie zależy.
- Nie… Nie… Tobie nie może zależeć. Nie możesz tak mówić. Nikomu nie zależy.
- Ciiii już dobrze. Jestem tutaj – powiedziałem cicho i usiadłem obok chłopaka obejmując go ramieniem i delikatnie przytulając. Nie miałem pojęcia, jak wiele szkody wyrządził mu Tomlinson, a nie chciałem sprawiać mu więcej bólu. - Nie obchodzą mnie inni Zayn. Jesteś dla mnie ważny, choć sam nie rozumiem dlaczego i nie pozwolę cię ponownie skrzywdzić. Po prostu mi zaufaj.
- Ufam ci Harry – szepnął mulat, a ja z czułością ucałowałem jego czoło kołysząc go delikatnie w swoich ramionach. Nie miałem pojęcia, co zrobić dalej. Nie mogłem pozwolić mu tutaj zostać ani nie mogłem go stąd zabrać, bo wiedziałem, że mi na to nie pozwoli. Byłem zrozpaczony i bezradny. I wtedy w mojej głowie pojawiła się pewna myśl.
- Kochanie? - szepnąłem cicho do Zayna, który uspokoił się nieco i oddychał teraz głęboko.
- Taak?
- Zostawię cię teraz, ale obiecuję, że wrócę jutro. W porządku? Nie martw się szkołą. Przyniosę ci notatki i razem się pouczymy. Chcę byś teraz odpoczął i nie ruszał się za wiele. Poproszę George’a, by przyniósł ci jedzenie.
- Nie… Harry nie musisz tego robić. Nie musisz go prosić ani przychodzić. Naprawdę. Ja…
- Hej nie chce tego słuchać. Geo to wspaniały chłopak i chętnie ci pomoże. A ja chce tutaj wrócić, bo ty tutaj jesteś. Rozumiesz? Naprawdę mi na tobie zależy.
Dostrzegłem delikatny rumieniec wkradający się na jego policzki i uśmiechnąłem się. Miałem wrażenie, że moje życie dopiero teraz zaczęło nabierać sensu i koloru.
Kilka minut później opuszczałem zaniedbany dom i kierowałem się w stronę własnego wciąż analizując w głowie plan, który miałem zamiar zrealizować nawet, jeśli miało mnie to kosztować podbite oko i utratę kilku zębów.
-x-
- No nie wiem Harry, czy to taki świetny pomysł.
Niall bardzo sceptycznie podchodził do planu, który pokrótce mu nakreśliłem podczas zajęć. Przewróciłem tylko oczami i na powrót skupiłem się na nauczycielce. Wiem, że w tym planie bardzo wiele mogło się nie udać, ale Louis musiał coś zrozumieć, a ludzie póki czegoś nie zobaczą to nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji. Więc musiałem go zabrać do opuszczonego domu i pokazać, jak wyglądało teraz życie Zayna.
- Idziesz ze mną? - zapytałem podczas ostatniej godziny zajęć. Wiedziałem, że Lou ma teraz wf, więc minie chwila zanim wyjdzie ze szkoły. Planowałem go złapać pod salą i zaciągnąć w tamto miejsce nawet, jeśli będę musiał użyć siły.
- Myślałeś, że puszczę cię samego? Po moim trupie.
Uśmiechnąłem się ciepło do przyjaciela i czekałem na dzwonek, który lada moment miał zadzwonić. Cieszyłem się, że Niall szedł ze mną. On znał trochę lepiej Louis’ego więc mógł bez problemu do niego zagadać. Ja nie wiedziałbym od czego zacząć.
- Hej Lou. Masz chwilę? Chcielibyśmy z tobą pogadać – powiedział Niall podchodząc do chłopaka, który właśnie wyszedł z sali gimnastycznej.
- O co chodzi? - zapytał chłopak przyglądając mi się uważnie.
- O Zayna i o to, co mu zrobiłeś.
- Dostał to, na co zasłużył.
- Jesteś tego taki pewien?
Louis spojrzał na mnie, jak na wariata, ale tylko przewróciłem oczami.
- Więc nie będziesz miał nic przeciwko, by pójść z nami w pewne miejsce, prawda?
- O ile to nie zajmie dużo czasu.
- Obiecuję, że to będzie chwila.
Louis skinął głową więc całą trójką ruszyliśmy w stronę opuszczonego domu. Im bliżej byliśmy tym bardziej się denerwowałem. Teraz rozumiem, czemu Niall miał zastrzeżenia, ale było już za późno, by cokolwiek zmienić.
- Czemu przyprowadziliście mnie tutaj?
- Znasz to miejsce?
- Słyszałem o nim. Tutaj przesiadują bezdomni.
Chłopak wzdrygnął się wypowiadając to słowo, a ja siłą woli powstrzymałem się od walnięcia go. Podeszliśmy bliżej, a ja dojrzałem znajomą postać z bałaganem na głowie.
- Harry! Zaczynam przyzwyczajać się twoich częstszych wizyt. Przyszedłeś zobaczyć, co z Zaynem? - zapytał chłopak podchodząc do nas. Kątem oka widziałem zaskoczenie malujące się na twarzy Tomlinsona.
- Zayn tutaj jest? Dlaczego?
- A jak ci się wydaje? My wszyscy jesteśmy tutaj z tego samego powodu – powiedział George przyglądając mu się uważnie. Było coś w jego wzroku, co mówiło mi, że Louis nie przypadł mu do gustu. I nie potrafiłem mu się dziwić.
- Ja… Ja nic z tego nie rozumie. Ja… Bo oni… Myślałem, że żartowali.
- Ubaw po pachy prawda? - mruknął George po chwili tracąc zainteresowanie Louis’m. Pociągnął Nialla za rękę i zniknęli na tyłach domu pewnie grając w piłkę. Niepewnie położyłem dłoń na ramieniu Lou.
- Chcesz zobaczyć, jak mieszka?
- Ty to nazywasz mieszkaniem? Skąd w ogóle ich znasz?
- Przychodzę tutaj w każdy piątek od dwóch lat.
- Dlaczego?
- Przynoszę im jedzenie. I czasem jakąś inną rzecz, która jest im potrzebna. Ale nie pozwalają mi na wiele. Stworzyli listę rzeczy, które wolno mi kupować.
Widziałem zdziwienie malujące się na twarzy chłopaka. Pewnie nie tego się spodziewał. Wziąłem głębszy wdech i ruszyłem w stronę domu. Obejrzałem się tylko raz by sprawdzić, czy chłopak idzie za mną. Wszedłem po skrzypiących schodach na górę w myślach odnotowując, by kupić parę gwoździ i umocować solidniej niektóre deski.
- Jakim cudem ich stąd nie wyrzucono?
- Płacę do urzędu co pół roku składkę, by mogli spokojnie tutaj mieszkać. Oczywiście nie wiedzą o tym, bo by mnie zadźgali. Są strasznie wyczuleni na takie rzeczy.
- Skąd ty bierzesz na to wszystko pieniądze?
- Z konta w banku.
- Nie łapie.
- Mam spora sumę na koncie i chciałem zainwestować ją w coś, co naprawdę się opłaca. Ci ludzie są dla mnie jak rodzina i cieszę się, że mogę im jakoś pomóc, choć nigdy mnie o to nie rosili.
- Nigdy nie chcieli od ciebie pieniędzy?
- Obrazili się, gdy im to zaproponowałem.
Widziałem, że Louis chciał powiedzieć coś jeszcze, ale dotarliśmy na poddasze. Zapukałem do jedynych drzwi, które się tam znajdowały i słysząc jakiś jęk o drugiej stronie otwarłem drzwi wchodząc.
- Hej kochanie. Mam nadzieję, że Geo się tobą dobrze opiekował – powiedziałem miękko wchodząc do pomieszczenia i siadając na brzegu materaca. Jego twarz rozjaśniła się, ale momentalnie spoważniał, gdy dostrzegł w drzwiach Tomlinsona.
- Co on tutaj robi? - zapytał tak cicho, że niemal go nie usłyszałem, choć siedziałem obok.
- Zwiedza.
- Ja… Ja naprawdę nie miałem pojęcia Zayn… Ja myślałem, że oni żartują… Przepraszam za… Za wszystko.
Mulat tylko skinął głową niezdolny, by cokolwiek powiedzieć. Byłem z siebie dumny. Lou wreszcie coś zrozumiał i miałem nadzieję, że coś się teraz zmieni. Uśmiechnąłem się delikatnie w stronę chłopaka, który wciąż niepewnie kulił się w progu. Przeniosłem swoje spojrzenie na mulata, który z większą pewnością spoglądał w stronę chłopaka w drzwiach.
- Wszystko w porządku kochanie? - zapytałem cicho delikatnie gładząc ręką jego ramię.
- Teraz już tak.
Uśmiech rozjaśnił jego twarz, a mnie nic więcej nie było trzeba.
-x-
W moim prawdziwym życiu nigdy nie było nikogo, kto powiedziałby, że mnie kocha, a potem pojawił się Zayn. Choć jeszcze nie powiedział mi, że mnie kocha, to pokazywał to na każdy kroku. Z dnia na dzień był swobodniejszy przy mnie. Na więcej mi pozwalał i nie krzywił się, gdy go gdzieś zabierałem i za niego płaciłem. Rozumiał, że robiłem to, bo mi zależało na nim. A ja cieszyłem się mogąc uczynić jego życie lepszym. Choć mu jeszcze o tym nie powiedziałem to udało mi się porozmawiać z rodzicami. Na moje osiemnaste urodziny, które są w lutym poprosiłem ich o mieszkanie. Nie jakieś super duże, ale takie zwykłe. Z dwoma pokojami, salonem, ładną kuchnią i łazienką. Planuję zabrać tam Zayna i George’a. Oboje zasłużyli na to, by mieć lepsze życie. A reszta… Reszta sobie poradzi. Wciąż będę ich odwiedzać i przynosić wszystko, czego im potrzeba.
W moim prawdziwym życiu wszystko wreszcie było na swoim miejscu, a ja byłem szczęśliwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz