wtorek, 18 marca 2014

*Było gorąco. Naprawdę bardzo gorąco, mimo tego, że była już późna noc. Louis Tomlinson czuł się tak jakby miał zaraz zemdleć, a wszystko przez to, że przyzwyczaił się do zimnej Anglii. Sześciogodzinny pobyt w samolocie razem z kobietami z krzyczącymi dziećmi oraz chrapiącymi mężczyznami nie jest wcale niczym relaksującym – nawet jeśli to nie brzmi jak coś wyczerpującego. Wyszło na to, że nic nie zjadł i ledwo się zdrzemnął bo dopadły go takie mdłości, że to wszystko było dla niego, aż śmieszne. Kochał swoją pracę; musiał podróżować po całym świecie, aby pisać różne artykuły i recenzje do filmów i sztuk teatralnych. Można powiedzieć, że był pisarzem dla gazet, a wszystkie z nich dzwoniły do niego, chcąc by napisał dla nich chociaż paragraf lub dwa. Wciąż jednak nienawidził latania. Bał się, że samolot może się rozbić, albo że coś pójdzie nie tak, ale mimo tego starał się nigdy tego nie pokazywać. Dlatego właśnie poczuł ulgę, gdy tylko wyszedł z samolotu i znalazł się na LAX*. Jego duża i szara torba wisiała mu na ramieniu, a telefon spoczywał w dłoni. Mało brakowało, a by się potknął, gdy kobieta idąca za nim wpadła prosto na niego. Usprawiedliwiła się szybko przepraszając, a później pospieszyła przed siebie. Louis westchnął jedynie i zignorował ją przestawiając telefon na odpowiedni tryb, a w tym samym czasie zaczął przepychać się przez wszystkich ludzi, których uznał za zajmujących straszliwie dużo miejsca. Oczywiście wcale tak nie było, ale Louis nie znosił się spieszyć ani być spowalniany. Więc oto był, mamrocząc milion „Przepraszam”, gdy starał się dotrzeć do miejsca. Szukał krzesła lub kanapy, by mógł położyć na ziemię swoje torby podczas, gdy będzie dzwonił po taksówkę.

Gdy w końcu udało mu się wydostać z obszaru przylotów musiał zatrzymać się na chwilę, by móc rozejrzeć się dookoła. Czuł jak jego serce waliło mu w piersi. Podniósł bladą dłoń i przyłożył ją do klatki piersiowej, by móc to poczuć, a następnie próbował się uspokoić spoglądając na wyświetlacz telefonu, który czekał, aby wpisać kod PIN. Niebieskooki dwudziestotrzylatek szybko to zrobił, a następnie pobiegł do najbliższego fotela rzucając na niego torbę. Odetchnął głęboko i umieścił telefon pomiędzy swoim ramieniem, a uchem, zaraz po tym jak wpisał numer taksówki. Schylił się, a następnie zgiął nogę, kładąc ją na oparciu krzesła, po to by mógł zawiązać sznurówkę w swoim bucie.

- Chciałbym zamówić taksówkę, która zawiezie mnie na Baxter 5**. – powiedział do telefonu, wdzięczny, że jego oddech odrobinę się uspokoił. Gdy skończył wiązać swojego buta znów wziął małe urządzenie do ręki i usiadł na chwilę. Jego plecy oparły się o torby, gdy odchylił się do tyłu, a chwilę później syknął, gdy coś małego ostro wbiło mu się w plecy. Książka, prawdopodobnie. „Za jakieś dwadzieścia minut.” Spojrzał przed siebie, gdy kobieta mówiła, a następnie pytała go o miejsce, w którym się znajduje. Louis odpowiedział jej, a potem powiódł spojrzeniem po wielkiej sali. Przyglądał się dziewczynie w fioletowej sukience, która krzyczała na kogoś, potem mężczyźnie, który pomagał drugiemu na wózku inwalidzkim i małemu dziecku, które starannie kolorowało swoją kolorowankę i uważało na to by nie wyjść za linie. Louis uśmiechnął się lekko, a następnie wrócił myślami do konwersacji. Podziękował kobiecie i rozłączył się, po raz kolejny biorąc głęboki oddech. Przeciągnął się i postanowił znów zabrać swoje rzeczy i poszukać kawiarni lub czegoś podobnego. Zasnąłby, gdyby nie dostał odrobiny kofeiny, albo herbaty lub czegoś do zjedzenia. Louis przeprosił, gdy przez przypadek wszedł w walizkę należącą do mężczyzny w zielonej koszulce. Facet jedynie prychnął w odpowiedzi, a następnie odwrócił się do czegoś co wydawało się być jego żoną.

To było niemal komiczne, widzieć ludzi, którzy biegali w tą i z powrotem do sklepów z pamiątkami i restauracji, z plastikowymi torbami i portfelami w ręce. Louis odsunął się z drogi, gdy dwie nastolatki przebiegły. Przygryzł delikatnie swoje cienkie wargi, a potem ostrożnie torował sobie drogę w stronę kawiarni, która wydawała się być wystarczająco pusta, by wziąć szybki kubek herbaty. Podszedł do kolejki i stanął za szczupłą kobietą, która była ostatnią osobą. Westchnął.

- Dość krótka kolejka jak na taki ruchliwy dzień.

Louis drgnął odrobinę, odwracając swoją twarz do chłopaka, który mówił do niego. Uniósł nieznacznie brwi.

- Słucham? – zapytał, zmieniając rękę, którą trzymał torbę. Nie mógł się powstrzymać i uśmiechnął się odrobinę, gdy zobaczył, że włosy chłopaka są w takim bałaganie, że wyglądał jakby dopiero co wstał z łóżka.

- Mam na myśli, że powinno tu być więcej ludzi w tych godzinach, gdy samolot właśnie wylądował. Zazwyczaj tak jest. – wyjaśnił chłopak, a Louis zgodził się z nim, kiwając powoli głową. Przełknął odrobinę śliny.

- Skąd wiesz? – zapytał patrząc na kasjera, który stał i czekał na niego, aż złoży zamówienie. Zrobił krok do przodu, nerwowo skanując menu. Chłopak za nim zrobił to samo.

- Jeżdżę tutaj często, więc wiem jak te rzeczy działają. – wyjaśnił, a brwi Louisa znów uniosły się ku górze – Ty też jesteś z Anglii, tak myślę. – powiedział, a Louis poprosił o kubek herbaty z mlekiem i cukrem, a do tego cynamonową drożdżówkę. Po tym odwrócił się do loczka, który – jak teraz zauważył - miał zielone oczy.

- Też stamtąd jesteś? – zapytał Louis – Brzmisz bardziej jak Amerykanin niż Anglik. – dodał, a chłopak roześmiał się.

- Mieszkam tu od jakiegoś czasu, ale dorastałem i urodziłem się w Londynie. – uśmiechnął się, a Louis zamrugał odbierając swoją herbatę. Oblizał usta, rozglądając się za pustym stolikiem i niespodziewanie dostrzegł jeden przy oknie. Ponownie zerknął na chłopaka.

- Zamierzasz też tutaj zjeść, tak? – powiedział pokazując głową na dwa krzesła przy stole – Tu jest bardziej tłoczno niż na tablicach.

Zielonooki podniósł oczy z menu na stół, a później z powrotem na Louisa. Uśmiechnął się łagodnie.

- Pytasz mnie czy z tobą usiądę? – zapytał na co Louis zaśmiał się łagodnie.

- Być może. – odpowiedział, więc loczek jedynie skinął głową.

- Jeśli nie masz nic przeciwko. – kiwnął Louis i pociągnął swoją torbę do stołu, wpychając ją pod jedno z krzeseł zanim usiadł. W ciszy postawił swój kubek i cynamonową drożdżówkę na stole, patrząc ponownie na loczka, który zaczął torować sobie drogę w jego kierunku. Owinął swoje palce wokół papierowego kubka, a jego wargi ułożyły się w cienką linię, gdy spojrzał na zegarek, który spoczywał na jego nadgarstku.

- Będę musiał iść za jakieś dziesięć minut. – powiedział, a zielonooki skinął głową i wziął łyk ze swojego kubka. Oblizał usta po tym jak Louis zauważył małe drgnienie na jego policzku.

- Nie ma problemu. To znaczy, że będę miał stolik dla siebie. – zachichotał na co Louis parsknął.

- Oczywiście, że będziesz. – powiedział patrząc na chłopaka. Wziął cichy łyk herbaty – Dlaczego w ogóle tu jesteś? Dlaczego nie jesteś dalej w Anglii?

Chłopak wziął kęs kanapki, nie spuszczając oczu z jasnego chleba.

- Chciałbym zobaczyć nowych ludzi, tak sądzę. Anglia jest trochę nudna, więc zdecydowałem się tutaj przenieść. Jest też cieplej.

Louis przygryzł róg swojej wargi.

- Czy to nie straszne chodzić tutaj samemu? – powiedział, a loczek napiął się odrobinę. Louis widział jak jego paznokcie próbują kopać w ciemnym drewnianym stole. Zostawił tam małe znaki. Niebieskooki przełknął ślinę – Wybacz, nie chciałem poruszać delikatnego tematu. – dodał. Chłopak odetchnął i potrząsnął swoją głową.

- Nie, ja po prostu… przyjechałem tutaj z moją siostrą, ale straciliśmy kontakt.

- Dlaczego? – zapytał Louis.

- Jesteś tym wścibskim, prawda? – loczek odrzucił włosy do tyłu, a niebieskooki również potrząsnął głową, tak jak siedzący przed nim zrobił to chwilę wcześniej.

- Wybacz.

Było dziwnie. Nie brzmiał wściekle, ale brzmiał tak jakby chciał wyrwać komuś nagle głowę. Na szczęście nie Louisowi. Louis kopnął delikatnie w jedną z nóg stołu. Odetchnął głęboko nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że wstrzymywał oddech. Zielonooki nie powiedział nic przez dłuższą chwilę, a przynajmniej nie przez najbliższe dziesięć minut. Gdy tylko minęły Louis wstał, biorąc do ręki telefon i wrzucając go do swojej kieszeni, a potem chwycił również swoją torbę.

- Muszę iść. – wymamrotał i odchrząknął czyszcząc swoje gardło. Spojrzał na chłopaka, który patrzył na niego i przechylił odrobinę głowę zanim zrobił krok do tyłu. Przejechał dłonią po włosach – W takim razie cześć.

Loczek obserwował go. Louis mógł to poczuć, gdy odchodził, toczył się i giął, krzywiąc ciało, gdy unikał wpadnięcia na kogoś. Nawet nie dopił swojej kawy. Wciąż czuł niezręczne napięcie, mimo, że był w połowie drogi z lotniska. Może odrzucił go. Może posłał mu niewłaściwy wyraz twarzy. Dał jakiś fałszywy sygnał, sprawił, że tamten myślał, że chce go poznać, czy coś, co nie było prawdą. Zdecydowanie nie. Louis wypuścił głośno powietrze. Wiec to było to. Zdenerwował kogoś będąc w Ameryce zaledwie dziesięć minut. To nie było coś co często robił i to nawet nie było jego zamiarem. Wciąż czuł, że rumieni się jak szalony, a palce nerwowo grają jak na perkusji na jego torbie. Możliwe, że jego uda również drżały. Nie mógł stwierdzić.

Ostatni raz, gdy kogoś zdenerwował był wtedy, gdy poprosił Nialla – jeden z jego przyjaciół z dzieciństwa – by zawiózł go do Doncater w środku nocy, ponieważ chciał powiedzieć „Wszystkiego najlepszego” osobiście do swojej mamy, ale najwyraźniej było za późno jeśli chodzi o Nialla. Więc Louis po prostu wysłał jej wiadomość, a później jego mama była odrobinę rozczarowana, ale gdy zaczął się tłumaczyć i przepraszać wybaczyła mu. Ale poza tym nigdy. Nie lubił denerwować ludzi, ponieważ czuł potem ogromne poczucie winy, za każdym razem. Więc, innymi słowy, wolał mieć przyjaciół niż wrogów.

Louis odwrócił się w lewo, by spojrzeć czy taksówka już przyjechała. Natychmiast zaczął iść przed siebie, gdy zdał sobie sprawę, że kierowca już na niego czeka. Podziękował mężczyźnie, gdy ten pomógł mu podnieść swoją torbę na tylne siedzenie, a następnie usiadł zaraz obok niej, unosząc się dalej za pomocą swoich rąk. Jego wargi wykonały cienką linię, gdy samochód ruszył. Spojrzał przez okno, na migające światła, które mrugały witając go niemo. Wciąż pocił się jak szalony, a ciemno niebieska koszulka przykleiła się do jego pleców w raczej obrzydliwy sposób. Louis starał się to powstrzymać, pochylając się do przodu i opierając łokcie na kolanach. Chwycił telefon i zaczął przewijać wiadomości tekstowe. Prawie wszystkie z nich były od jego współpracowników, więc zdał sobie sprawę z tego, że nie jest za bardzo towarzyski. Westchnął. Właściwie obiecał swojej narzeczonej wysłać jej wiadomość, gdy tylko przybędzie na miejsce. Zmęczony obserwował swoje palce, które tańczyły na ekranie telefonu pisząc wiadomość.

Przyjechałem pół godziny temu. Napiszę do ciebie zanim pójdę jutro na spotkanie. Kocham cię. Śpij dobrze. X

Dopiero następnego dnia Louis poczuł się całkowicie wypoczęty, a jego niebieskie oczy mrugały, gdy jego telefon zaczął dzwonić. Zmierzwił kosmyki włosów sięgając po telefon, który stał gdzieś na szafce nocnej. Wyłączył go, gdy go znalazł, pozwalając by spoczął obok, na małej poduszce. Przeciągnął się z małym jękiem. Słońce kłuło go przez powieki przez co zaciągnął na głowę koc. Ziewnął. Wiedział, że miał około dwóch godzin zanim będzie musiał być w budynku Los Angeles Times, dlatego wytoczył się z łóżka na podłogę, odłączając swój telefon od ładowarki. Przesunął dłonią poczochrane włosy i przetarł zmęczone oczy. Po tym wziął głęboki oddech, wstał i udał się do toalety, która wcześniej została wypełniona w ubrania i produkty do włosów. Postawił na białą górę i parę czarnych jeansów, które ustawił starannie na łóżku zanim poszedł wziąć prysznic.

Ciepła woda dała Louisowi uczucie relaksu. Zawsze tak było. Niebieskooki stał tam z czołem spoczywającym na białej ścianie, a woda spływała po jego włosach, nagich plecach i udach. Nucił. Za każdym razem, gdy brał prysznic, ze swoją narzeczoną Eleanor lub sam, to wszystko zawsze wyglądało tak samo. Po prostu stał w ciszy, pozwalając ciepłej wodzie spływać po jego ciele, gdy Eleanor powoli całowała jego szyję lub ramiona, a ręce powoli myły jego ciało. W zamian za to Louis często muskał jej ciało ustami lub całował, ale to było to. Nic więcej. Nie za bardzo przepadał za tym całym seksem-pod-prysznicem. To przez jego wcześniejsze doświadczenia, poślizg i tego, że kabina prysznicowa była zawsze za mała. Więc nie, nic nie działo się pod prysznicem.

Gdy wyszedł z wody oblizał swoje wargi, sięgając po jeden z niebieskich ręczników i zaczął wycierać nim swoją klatkę piersiową, a następnie owinął go sobie wokół bioder. Musiał podnieść się na palcach, by dotrzeć do szerokiej umywalki z lustrem i wytrzeć trochę pary jaka na nim osiadła. Otworzył też drzwi i okno, więc para zniknęła dość szybko. Rozejrzał się za swoimi soczewkami tylko przez sekundę i przygryzł wargę zdając sobie sprawę, że już je założył. Zamrugał po tym krótko, rozglądając się po łazience, a potem wyszedł ubierając się i układając włosy. Zaraz po tym wyszedł z apartamentu, razem ze swoim telefonem i kluczami do pokoju.

Owijał klucze wokół palca, gdy schodził schodami w dół, a jego vansy wytwarzały drobne dźwięki na drewnianej podłodze. Jego jeansy były podwinięte po kostki, a koszula podciągnięta do łokci. Louis wciągnął swoją marynarkę na ramiona, gdy popchnął drzwi i wyszedł na zewnątrz. Musiał mrużyć oczy przed słońcem, gdy dotarł na chodnik z telefonem przyciśniętym już do ucha, dzwoniąc po taksówkę. Na szczęście przybyła na miejsce w ciągu dziesięciu minut, a Louis wspiął się do środka, dał kierowcy adres i odchylił się na fotel z małym westchnięciem.

Wystarczyło pół godziny, by dostać się do centrum miasta. Zapłacił więc mężczyźnie po raz kolejny przyciskając telefon do ucha i rozmawiając.

- Tak, będę na miejscu w ciągu pięciu minut. – powiedział, obracając swoje ciało tak, by nie wpaść na staruszkę, gdy szedł w stronę budynku. Popchnął drzwi i wszedł do środka, a następnie podszedł do recepcji uśmiechając się uprzejmie do kobiety za ladą. Jej czarne włosy były spięte w koński ogon, a garnitur starannie zapięty. Wyglądała właśnie tak, jakby tutaj należała, więc Louis od razu uznał, że mógłby ją polubić. Odwzajemniła swój uśmiech, a Louis zakończył rozmowę przez telefon.

- Mogę w czymś pomóc? – zapytała, a jej głos zabrzmiał zdumiewająco miękko.

- Mam spotkanie z Liamem Paynem o pierwszej. – odpowiedział.

- Imię?

- Louis Tomlinson. – powiedział i obserwował jak wpisuje coś na komputerze, a jej długie, smukłe palce tańczą na klawiaturze. Zauważył też tabliczkę, którą miała przypiętą. Nazywała się Courtney. Courtney Anderson.

- Pisarz, jak sądzę? – uśmiechnęła się, a Louis przeniósł swoje spojrzenie z tabliczki na jej oczy. Przechyliła lekko swoją głowę – Jestem wielką fanką twojej pracy, wiesz. – Twój paragraf o ślubie szwedzkiej księżniczki i Daniela był niesamowity. – powiedziała na co Louis uśmiechnął się.

- Dziękuję. Daję z siebie wszystko.

Courtney zaśmiała się krótko i umieściła arkusz papieru na blacie, a następnie zaczęła wskazywać różne obszary piórem, gdy mówiła.

- Potrzebuję żebyś to wypełnił. To potwierdzenie, że jesteś tutaj i że będziesz to robił prawidłowo. Nigdy nie wiesz jacy są dzisiaj ludzie. – powiedziała, a Louis skinął głową i wziął do ręki pióro, które mu zaoferowała. Po tym podpisał się patrząc na nią z uśmiechem.

- Dlaczego? Masz jakieś wcześniejsze doświadczenia z próżniakami? – zachichotał wracając do podpisywania. Courtney pokręciła głową.

- Ja nie, ponieważ jestem tutaj całkiem nowa. Ale mój współpracownik ma.

- Co się stało? – zapytał Louis kończąc i podając jej papier. Roześmiała się.

- Ktoś przyszedł pijany i poprosił o Zayna Malika, dziennikarza, który w tym momencie pracuje w Nowym Jorku. Wpadł w szał, gdy powiedziano mu, że już tutaj nie pracuje, mało tego, powiedziano mu, że może przyjść i czekać na innego dziennikarza. Skończyło się zrujnowaniem całego biura. – Louis patrzył na nią jak mówiła. Jego brwi się podniosły, a następnie opadły, gdy zaczął się śmiać.

- To była głupia decyzja. – powiedział przesuwając dłonią po ułożonych włosach. Courtney wzruszyła ramionami i wzięła papier sprawdzając go zanim wręczyła Louisowi białą kartę z trójkątną strzałką. Wskazała na lewo, w stronę trzech wind, które były obok wielkiego basenu kwiatów. Wszystko wyglądało bardziej jak hotel niż budynek firmy. Ciemne, brązowe podłogi, czerwone i białe ściany i duże okna. To nie krzyczało „nudne gazety”.

- Weź lewą windę i wjedź na dziesiąte piętro. Używasz jej przykładając kartę do szczeliny i przeciągając, a następnie naciskasz przycisk. – wyjaśniła, a Louis kiwnął głową – Potem po prostu poczekaj na jednej z kanap. On będzie w porządku. – powiedziała, a Louis ponownie skinął głową i podziękował jej biorąc kartę z uśmiechem na twarzy.

Wszedł do windy i zaczął powoli wjeżdżać na górę, kołysząc się cicho na nogach, gdy patrzył na czerwone numerki, które zmieniały się nad drzwiami od jednego do dziesięciu. Wziął głęboki oddech, gdy się otworzyły i z ciekawością wystawił głowę zanim zrobił krok w prawo, w stronę poczekalni. Ciemnozielona farba pokrywała ściany, poza dwoma z nich, z które jedna była wielkim akwarium, gdzie pływały kolorowe rybki. Ostatnia ściana była po prostu wielkim oknem z widokiem na Los Angeles. Już nie było tak bardzo słonecznie, ale też nie padało. Było po prostu pochmurnie.

Louis usiadł na jednej z dwóch czarnych skórzanych kanap i oparł łokcie o kolana. Niecierpliwie potrząsał nogą ze splecionymi palcami. Rozejrzał się wokół, lustrując obrazy i dekoracje, które były na obu ścianach, stołach i półkach. Wszystko było nowoczesne, tak podejrzewał Louis. Nigdy nie był wielkim fanem malarstwa.

Jakieś dziesięć minut później jedne z drzwi otworzyły się i krótko ścięty mężczyzna wystawił swoją głowę, rozglądając się po pomieszczeniu zanim jego brązowe oczy wylądowały na Louisie. Louis podniósł się powoli i wstał.

- Pan Payne? – powiedział wycierając dłonie o jeansy – Jestem Louis Tomlinson. – dodał, a mężczyzna uśmiechnął się i skinął głową, otwierając im drzwi.

- Wejdź. – powiedział, a Louis poprowadził swoją rękę po włosach, gdy szedł obok niego do biura, które wyglądało podobnie jak poczekalnia – Usiądź, proszę.

Uczynił tak, jak mu kazano i patrzył jak Liam okrąża wielkie biurko, siadając po drugiej stronie. Szatyn spodziewał się, że mężczyzna okaże się starszym od niego, ale wydawało się, że był młodszy od Louisa. Liam odchrząknął, czyszcząc swoje gardło i poprowadził swój ciemno purpurowy krawat. Louis przełknął cicho ślinę.

- Przede wszystkim witamy w Los Angeles, panie Tomlinson. – powiedział, a Louis pokiwał głową.

- Louis, proszę.

Liam jedynie spojrzał na niego i ukłonił się lekko. Wyjął folder z półki za nim, a następnie podał go Louisowi.

- Widzisz, bylibyśmy bardzo szczęśliwy tu w Los Angeles Times gdybyś napisał dla nas paragraf lub dwa. – powiedział, a Louis zwilżył wargi i otworzył czarny folder. Przejrzał strony czytając kilka informacji i spoglądając na zdjęcia na temat czegoś czego Louis odrobinę nie rozumiał. Założył, że nie jest jeszcze przyzwyczajony do pisania do tak dużych gazet. Ponownie zwrócił się do Liama.

- O czym? – zapytał, ponownie zamykając folder. Pochylił głową – Ja naprawdę nie… nie piszę newsów panie Payne. Piszę raczej zwykłe artykuły o życiu i polityce.

Liam zanucił cicho, bębniąc delikatnie swoimi palcami o brodę, która była pokryta lekkim zarostem, podobnie jak Louisa. Może powinien się ogolić.

- Chcielibyśmy, żebyś pisał o Los Angeles ponad wszystko. – powiedział, a Louis wyprostował plecy żując wewnętrzną stronę policzka – Wiesz, o tym co jest do zobaczenia. Twoje pierwsze wrażenie. Piękno. Dlaczego ludzie powinni je odwiedzić. Wiesz, jak w recenzji. – dodał na co Louis zmrużył odrobinę oczy.

- Czy to nie jest bardziej jak szkolny esej niż artykuł do gazety? – powiedział ostrożnie, a Liam oparł swój podbródek na końcówkach palców. Louis odsunął się nieznacznie do tyłu na czarnym, skórzanym krześle.

- Być może. – powiedział Liam spoglądając na chwilę przez okno, na drapacz chmur, który znajdował się tuż obok nich. Wypuścił powoli oddech, a Louis zobaczył jak jego klatka piersiowa się obniża. Po raz kolejny położył folder na biurku – Turystyka drastycznie zatonęła, więc Los Angeles potrzebuje kogoś, by ponownie zwabić tu ludzi. – dodał patrząc na Louisa kątem oka. Uśmiechnął się delikatnie – Potrzebuje dobrego pisarza, którym jesteś ty.

Louis oparł się na krześle.

- Jestem bardzo zaszczycony panie Payne, ale ja naprawdę nie uważam, że jestem odpowiedni do tego.

- Dlaczego nie? Jeśli mogę spytać.

Louis westchnął, po raz drugi tego dnia przecierając oczy.

- Nie wiem, po prostu… Co miałbym napisać? Baxter 5 ma piękne usługi, serwuje pyszne śniadania każdego dnia, powinieneś to sprawdzić?

Liam wzruszył ramionami.

- Jeśli chcesz.

Louis westchnął, pochylając się znów do przodu i schował twarz w dłoniach. Czuł się tak jakby był cicho przez godziny, ale gdy ponownie spojrzał na zegarek minęło zaledwie kilka sekund. Spojrzał na Liama.

- Na kiedy chciałbyś to mieć? – zapytał, a Liam rozchmurzył się.

- W przeciągu miesiąca najlepiej. W ten sposób będziesz miał więcej czasu, by rzeczywiście zwiedzić miasto. – powiedział, a Louis spojrzał przez okno – Zrobisz to?

Po raz kolejny zapadła cisza, którą po kilku sekundach przerwał Louis.

- Tak, na pewno. Przejechałem kawał drogi by się tu dostać. Nie chcę wracać teraz do domu.

Liam uśmiechnął się i skinął głową sięgając do niego dużą ręką. Louis chwycił ją i potrząsnął, gdy podnieśli się z miejsc.

- Witamy w Los Angeles Times Louis.

Louis poczuł nerwy, gdy tego samego dnia później wyszedł z budynku. Słońce powoli zachodziło. Wdychał i wydychał powietrze patrząc w dół, na kartkę papieru, którą trzymał w ręku. Było tam zawarte wszystko, co powinien wiedzieć, ale to było to. Wszystko co musiał zrobić, to napisać coś o Los Angeles. I to by było na tyle.

Nieźle.

Złożył papier i schował go do kieszeni na piersi, a następnie wyprostował swoją marynarkę i ruszył prosto ulicą. Miasto było bardziej zatłoczone niż poprzednio. Uśmiechnął się do kobiety, która szturchnęła jego ramię, a ona odwzajemniła uśmiech nie zatrzymując się. Szatyn zauważył, że trzymała za rękę dziecko - blond włosy chłopak z bałaganem na głowie. Zupełnie jak jego mama. Albo ciocia może. To mógł być każdy.

Pisarz zagryzł wargi, zwalniając na chwilę, by przyjrzeć się dziecku. Przypominał mu o chłopaku z kręconymi włosami, którego spotkał na lotnisku. Włosy dziecka nie były pokręcone, ale na pewno były podobne. Przełknął odrobinę kontynuując unikanie każdego kto spacerował w innym kierunku. Naprawdę miał nadzieję, że nie zdenerwował wtedy tego chłopaka. Ale skąd mógł wiedzieć, że nie powinien pytać go o rodzinę. Może to faktycznie było oczywiste. Ledwo pamiętał jak wyglądał lub dokąd zmierzał. Cholera, on nawet nie znał jego imienia.

Louis mruknął do siebie, kiedy spojrzał w dół na ziemię, drepcząc powoli. Dlaczego aż tak się zezłościł? Przecież Louis był dla niego zwykłym nieznajomym. Dlaczego do diabła wściekł się na nieznajomego?

Niebieskooki sapnął, kiedy został zmuszony do zatrzymania, potykając się odrobinę. Wpadł na kogoś, lub coś, a następnie przyłożył rękę do swojego czoła. Musiał zagryźć swoją wargę, by nie zapiszczeć, podczas, gdy czuł, że na jego twarzy tworzy się guz lub coś podobnego. Zamiast tego westchnął i spojrzał spod rzęs do góry na osobę, lub coś z czym się zderzył. Przełknął ślinę, gdy zobaczył, że to rzeczywiście była osoba. A może dlatego, że po prostu rozpoznał tę głowę brązowych loków z zielonymi oczami. I te drgające delikatnie policzki, coś co niektórzy nazywają dołeczkami. Czuł jak jego usta rozchylają się.

- Ty. – wydyszał spoglądając na loczka.

- Cześć. – powiedział na co Louis zamrugał zupełnie jakby tylko wyobrażał sobie, że on tam stoi. Tak jakby nawet nie istniał. Nie spodziewał się, że zacznie mówić – Nie spodziewałem się zobaczyć cię ponownie.

Louis przełknął ślinę, przesuwając ręką po swoim czole i marynarce, której trzymał rąbek.

- Wzajemnie. – powiedział cicho, patrząc w dół na ulicę, a następnie znów na loczka – Nie chciałem w ciebie wpaść.

- Wiem, że nie. – powiedział ten z dołeczkami i uśmiechnął się. Louis spojrzał na niebo, które robiło się coraz ciemniejsze. Nie zdziwiłby się, gdyby wkrótce zaczęło padać. Odwrócił się do chłopaka, który był tak wysoki, że było to, aż śmieszne. Patrzył w dół na Louisa co było wyjątkowo zawstydzające. Louis oczyścił swoje gardło.

- Nie chciałem też… no wiesz, powiedzieć tego wczoraj. – powiedział dłubiąc w jednym z guzików.

- Chciałbyś napić się ze mną kawy? – zapytał chłopak, a Louis spojrzał na niego do góry, marszcząc brwi.

- Co?

- Jestem pewien, że słyszałeś co powiedziałem.

Louis zamknął usta i rozejrzał się wokół, zastanawiając się czy chłopak faktycznie mówi do niego. I najwyraźniej tak było, ponieważ wszyscy inni byli w ruchu. Ponownie zerknął w górę, na loczka.

- Dlaczego?

- Bo prawdopodobnie zaraz będzie padać, a ja właśnie jestem w drodze na kawę. Przydałoby mi się towarzystwo. – powiedział, a szatyn ponownie przełknął, czując suchość w ustach – Poza tym, będę miły. Chodź.

Louis wiercił się chwilę w miejscu.

- Dobrze – jęknął wzdychając, gdy poczuł jak kropla deszczu ląduje na jego ręce. To będzie dobra okazja do jego artykułu. Przytulna kawiarnia. Wszyscy je lubią – Ale tylko wtedy, gdy zapłacisz. Jestem spłukany.

Chłopak skinął głową.

- Zapłacę. Bez obaw.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz