*Podążając za chłopakiem wzdłuż ulicy Louis przeczesywał swoje włosy znów bawiąc się guzikiem marynarki. Padało coraz bardziej, ale na razie było to czymś w rodzaju mżawki, a nie coś większego przed czym się ucieka. Westchnął cicho, patrząc na tył głowy chłopaka, który szedł przed nim. Jego loki, które wystawały spod ciemnoczerwonej czapki poruszały się nieznacznie na wietrze. Louis rozejrzał przez chwilę, spoglądając na taksówki, które jeździły obok nich, na drapacze chmur, światła uliczne, aż w końcu na ludzi, którzy czekali na przejściu by przejść przez ulicę. Gdyby się tak nie spieszyli Louis z pewnością zrobiłby zdjęcie, ale najwyraźniej loczek usiłował uciec przed deszczem.
- Mógłbyś zwolnić? – zapytał Louis podbiegając do jego boku – Masz dłuższe nogi niż ja. – dodał, a zielonooki odwrócił się i spojrzał na niego z uśmiechem. Zaśmiał się krótko, ale zwolnił.
- Wybacz, chcę tylko wyjść z tego deszczu. – powiedział zdejmując na chwilę czapkę, by po chwili wcisnąć pod nią z powrotem swoje loki. Louis obserwował jego bladą dłoń, która kontrastowała się z ciemnymi włosami. Nie mógł być długo w Californi. Szatyn skinął głową i spojrzał w bok, następnie w dół na ziemię i znów na ludzi żeby wiedzieć dokąd idzie.
- Dotrzemy tam wkrótce? – zapytał podnosząc kołnierz marynarki tak, żeby deszcz nie kapał w dół na jego koszulę.
- Minuta, co najwyżej. – powiedział wyższy i wyprostował się. Był taki szczupły i smukły, że Louis był zazdrosny. Kiwnął głową.
Po tym żaden z nich nie mówił dużo, a Louis zaczął obserwować ludzi i samochody, aż dotarli do małego miejsca na końcu ulicy. Chłopak przytrzymał mu otwarte drzwi, dopóki nie wszedł do środka i potrząsnął głową by zatrzymać kapanie. To było ładne miejsce. Ściany pokryte były musztardowym żółtym kolorem, podłogi ciemnobrązowe, drewniane, a krzesła i stoły czarne. Sznury lampionów i małe światła zdobiły sufit i część ścian. Louis żałował, że nie wziął ze sobą aparatu. Jego telefon również nie robił dobrej jakości zdjęć. Zapisał w pamięci, aby później tu wrócić.
Odwrócił się widząc jak loczek zdejmuje z siebie kurtkę i uśmiecha się do Louisa.
- Ładnie, prawda? – powiedział spokojnie patrząc przez chwilę wokół siebie – Przychodzę tutaj dość często. Mają pyszne kanapki.
Louis oblizał wargi i zdecydował zostawić na sobie swoją marynarkę. Nie wiedział jak mokre są jego plecy i nie chciał, by inni widzieli jak bardzo był przemoczony.
- Tak. – zgodził się, rozglądając się za pustym stolikiem. Trzy z nich były wolne, jeden w rogu, a drugi w pobliżu lady. Ostatni z nich był przy oknie i Louis zaczął iść w jego kierunku.
- Czekaj. – powiedział chłopak, a Louis odwrócił głowę i zatrzymał się w pół kroku – Co dajesz do swojej kawy?
Louis zastanowił się chwilę.
- Mleko i dwie łyżki cukru. – mruknął i ponownie skierował się w stronę stołu, gdzie usiadł na jednym z dwóch krzeseł. Stół był wystarczająco czysty, a Louis jedynie strzepnął z niego odrobinę kruszyn. Nucił pod nosem uderzając palcami o blat. Spojrzał na loczka i obserwował go jak wsypuje dwie łyżki cukru do jednego z kubków, a następnie wlewa do obu z nich trochę mleka. Odwrócił się, a Louis uśmiechnął się lekko, gdy chłopak niósł dwa kubki i dwie kanapki na brązowej tacy.
- Dziękuję. – powiedział i wziął jedną z identycznych kanapek umieszczając ją przed sobą, a chłopak zrobił to samo ze swoją i kubkiem. Louis chwycił jeden z nich, pociągając mały łyk. Zmarszczył brwi oblizując usta – Nie smakuje jak to do czego jestem przyzwyczajony. – powiedział cicho, a loczek zaśmiał się miękko.
- Jesteś jednym z tych, którzy są przyzwyczajeni do angielskiej kawy, co? – powiedział, ale Louis pokręcił głową.
- Nie, nie piję angielskiej kawy. – przyznał biorąc kolejny łyk. Przełknął ślinę – Kanadyjską.
- Kanadyjską? – szczupły uśmiechnął się i uniósł brwi, biorąc łyk z własnej – Nie wiedziałem, że robią jakąś specjalną kawę.
- Ja też nie wiedziałem, ale sprzedają ją w domu. – Louis wzruszył ramionami i odłożył kubek na stół. Wziął kanapkę i ugryzł ją, a na jego ustach pojawił się mały uśmiech – Są naprawdę bardzo dobre.
- Mówiłem ci. – powiedział loczek popijając kawę i z ciekawością obserwując Louisa jak je. Przełknął ślinę – Więc, skąd jesteś? Nie byłem w Anglii przez długi czas więc ledwo pamiętam jakieś akcenty.
Louis zaśmiał się, wycierając kącik ust kciukiem.
- Urodziłem się w Doncaster, ale przeniosłem się do Londynu zaraz za tym jak zacząłem liceum. Nienawidziłem zostawiać moich przyjaciół, ale gdybym nie wyjechał nie byłoby mnie tutaj gdzie teraz jestem.
- Więc gdzie dokładnie jesteś? – zapytał, a Louis spojrzał na niego biorąc kolejny kęs kanapki.
- Piszę dla różnych gazet zaangażowanych w stabilną gospodarkę. – powiedział znów popijając kawę - A jak z tobą? Gdzie jesteś?
Chłopak jedynie spojrzał na niego, a potem przeniósł swoje spojrzenie na okno, gdzie przechadzało się trzech mężczyzn, a następnie wkroczyli do tej samej kawiarni. Louis nie dostał odpowiedzi. Westchnął.
- W porządku, przepraszam. – mruknął biegając palcami po krawędzi kielicha, który wyglądał na antyczny. Louis wydął wargi, a loczek zachichotał widząc kątem oka jak pokręcił głową.
- W porządku, ja po prostu nie lubię o tym mówić. – przyznał posyłając Louisowi słaby uśmiech. Oparł brodę – Jak masz na imię kochanie?
Louis spojrzał na niego i odwrócił wzrok.
- Nie mów do mnie kochanie. – wymamrotał kończąc swoją kawę – Jestem Louis.
Chłopak uśmiechnął się.
- Wybacz. – powiedział opierając swoje przedramiona na stole. Louis spojrzał na nie i na czarny atrament, którym były pokryte. Nie widział ich poprzedniego dnia. Loczek miał na sobie długi rękaw o ile się nie mylił. Louis nie miał pojęcia dlaczego było mu teraz tak ciepło, ale możliwe że było zimno dla tych, którzy tu mieszkali. Louis założył, że to zwykły przypadek.
- A jak ty masz na imię? – spytał cicho biorąc kęs kanapki. Żuł go, a niebieskie oczy spotkały się z zielonymi wyższego chłopaka.
- Harry. – uśmiechnął się, a jego dłoń powędrowała do jego loków – Jest głupie. – dodał na co Louis zmarszczył brwi.
- Nie podoba ci się imię? – zapytał oblizując palce z okruszków, gdy skończył jedzenie. Harry wzruszył ramionami.
- Nie, jest po prostu stare. – powiedział unosząc odrobinę ramiona, by mógł je rozciągnąć. Mały jęk wydostał się z jego gardła, a Louis skinął głową.
- Więc Harry – zaczął starannie składając plastik, w którym wcześniej była jego kanapka. Odłożył ją na tacę, a później to samo zrobił z kubkiem i ponownie spojrzał na Harry’ego – Nie sądzisz, że powinieneś podać mi nazwę tego miejsca? – zapytał, a Harry spojrzał na niego.
- Dlaczego, chcesz tu wrócić?
Louis uśmiechnął się lekko przesuwając odrobinę na krześle, na którym siedział. Przetarł oczy – Mam zamiar pisać o Los Angeles dla gazety. – powiedział odchylając się na krześle do tyłu – O różnych miejscach, które możesz odwiedzić. To z pewnością jest jednym, do którego ludzie chcieliby się udać. – mruknął, a Harry uśmiechnął się.
- Nazywa się Foreign. – powiedział – To dość stare miejsce, więc więcej ludzi na pewno by im pomogło. – Louis skinął powoli głową i wziął głęboki oddech, a potem spojrzał na świecę znajdującą się na stole i zamknął na chwilę oczy. W ustach czuł suchość, więc przełknął.
- Napiszę o tym. – powiedział i znów spojrzał na Harry’ego, a potem odgarnął z oczu kilka kosmyków. Odetchnął cicho i potarł czoło dłonią.
- Są też inne miejsca, dalej w dół ulicy. – powiedział Harry, a Louis przyglądał się jak zbiera wszystko i kładzie z powrotem na tacy. Szatyn oblizał cienkie i teraz suche usta. Chciał oczyścić swoje gardło, ale było coś co mu na to nie pozwalało. Jego język również zaczął wysychać – Budynki również są dość zabawne i warte zobaczenia. Nie musisz jeść w każdej restauracji, by znaleźć miejsce do jedzenia.
Louis zaśmiał się cicho, zamykając na chwilę oczy. Spotkanie z Liamem musiało go naprawdę wyczerpać. Czuł, jakby miał zaraz zasnąć. Niebieskie kropki ze świateł skakały mu przed oczami, a jego palce stały się nieco drażliwe. Być może wirowało mu również w głowie. Nie mógł tego stwierdzić, ponieważ był zbyt skoncentrowany na parze bladych rąk, które sięgały w jego stronę. Kilka sekund później zdał sobie sprawę z tego, że to Harry. Uśmiechał się, gdy Louis zaczął podnosić się w górę ze swojego krzesła z głową, która po prostu wisiała na jego szyi. Jego źrenice były tak rozszerzone, że zasłoniły niebieskie tęczówki, które teraz były prawie niewidoczne.
- Chodźmy do mojego samochodu, tak? – usłyszał głos Harry’ego i spojrzał na niego. Ziemia poruszała się pod jego stopami, a może to był on. Podniósł rękę, aby go odepchnąć bo nie, to się nie dzieje, ale czuł się zbyt słabo. Jego ręka jedynie opadła ponownie wzdłuż jego ciała. Harry? Nie, on był zbyt miły.
Może brał go do domu?
- Zabierasz mnie do domu? – wyszeptał niewyraźnie, a jego oczy fruwały zamknięte, gdy natknął się na Harry’ego. Mógł usłyszeć bicie jego serca. Biło bardzo szybko.
- Tak – odpowiedział również szeptem Harry, a następnie wziął kurtkę i powiesił ją na ramiona Louisa, który nie miał pojęcia co się właśnie działo. Czy w ogóle byli jeszcze w kawiarni? Brzmiało tak, jakby znajdował się pod wodą, a kolory skakały przed nim – Zabieram cię do domu kochanie.
Louis wziął oddech z westchnięciem i kiwnął głową czując jak nogi zginają się pod nim. Harry najwyraźniej go podtrzymywał bo nie spadł jeszcze na ziemię.
- Dobrze – wyszeptał, ale wiedział, że nie chciał tego powiedzieć. Był pewien, że Harry też to wie.
Nie jechali do domu. Louis to czuł.
Około minuty później Louis czuł, że jest ciągnięty z kawiarni na ulicę. Nie chciał z nim iść, chciał go odepchnąć, ale chłopak trzymał go i gdyby tego nie robił Louis po prostu by upadł. Cała siła kompletnie wyparowała z jego nóg. Gdy tylko próbował podnosić się stawał na palcach, a potem przechylał się na stronę Harry’ego. Nie miał wyboru. Chyba, że chciał leżeć tutaj na mokrym bruku, do czasu aż przyjazna dusza zabierze go do domu. Ale najwyraźniej nie. W tym momencie nikt go nie widział, nawet, gdy próbował krzyczeć o pomoc. Dźwięk, który wydostawał się z jego gardła przypominał bardziej westchnienie lub jęk. Jakimś cudem udało się Louisowi utrzymać przez kilka sekund otwarte oczy.
Wszedł do żółtego samochodu, który rozpoznał jako taksówkę i pozwolił sobie usiąść na fotelu. Jego głowa przewracała się z boku na bok. Gdy drzwi się zamknęły jego ręka pobiegła do zamka samochodu. Ale nie mógł się ruszyć. Był zamrożony. Czuł Harry’ego, który wsiadał do samochodu, obok niego. Powiedział coś do kogoś, kogo Louis uznał za kierowcę. Po tym zamknął na chwilę oczy.
Oczy Louisa otwierały się i zamykały przez całą jazdę. Czuł, że jest gdzieś prowadzony i słyszał głosy wokół niego, mimo tego, że nie mógł rozszyfrować o czym mówiły. Był w stanie usłyszeć jeszcze kilka sygnałów dźwiękowych i pozdrowienia szczęśliwych głosów, ale to wszystko. Czuł się tak jakby minęły godziny, gdy ponownie opadł na fotel i zrelaksował się na miękkiej tkaninie. Czuł ją pod palcami, mimo tego, że nie mógł nimi poprawnie ruszać. Gdy tylko próbował zaczynały drgać.
- Gdzie jesteśmy? – wyszeptał, ale to nie było niczym więcej niż niewyraźnym bełkotem. Poczuł jakieś kliknięcie, gdy coś owinęło się wokół jego bioder, a później coś dużego i ciepłego zostało ubrane na jego ciało.
- Po prostu spróbuj zasnąć. – usłyszał i natychmiast rozpoznał głos Harry’ego. Pokręcił głowę starając się ją odwrócić. Jedyne co mógł zrobić to cicho westchnąć w jego kierunku – Będziemy tam za jakieś siedem godzin. – usłyszał.
Louis chciał potrząsnąć głową i krzyczeć, ale jego słowa uwięzły w gardle. Co się dzieje. Gdzie oni byli? W pociągu? W samochodzie? Może w samolocie? W każdym razie przez moment wciąż stali. Ale Louis nie mógł nic zrobić, więc po prostu oparł się na siedzeniu i usnął, a w gardle wciąż czuł gulę. Tylko tym razem wiedział co to było. Strach. To nie była nawet złość. To był po prostu czysty strach i lęk.
Zapadł w coś w rodzaju snu, mimo tego, że ślizgał się pomiędzy świadomością, a nieświadomością. Nie był nawet pewien czy śni, czy nie. Jego myśli były po prostu wszędzie. Jeśli to można w ogóle nazwać myślami. Bardziej jako wymyślone wydarzenia, które prawdopodobnie zdarzą się pomiędzy nim, a Harrym, jeśli takie w ogóle było jego imię. Nawet tego już nie wiedział. Wszystko co widział było czarne z kilkoma białymi kropkami, gdy próbował otworzyć oczy, ale szybko zorientował się, że to nie ma sensu. Właśnie był porywany i był zbyt zamrożony, by to w jakikolwiek sposób zatrzymać. Czuł się jak posąg. Posąg, który był zimny i zapomniany. Którym nikt się nawet nie przejmował. Gdyby tylko ktoś widział jego bezwładne ciało zawieszone na ciele Harry’ego, gdy ten go prowadził. Zadzwoniliby na policję lub coś podobnego?
Gdy Louis poczuł jak unosi się do góry w powietrzu dostał swoją odpowiedź. Nie, nikt go nie widział i nikt nie zadzwonił po policję. To było wspaniałe, prawda?
Gdy się obudził był zaślepiony białymi kolorami i spocony przez grube koce, którymi był przykryty. Najwyraźniej był w łóżku bo gdy tylko przyzwyczaił się do światła dojrzał białe prześcieradła i koce. Nie był w stanie się ruszyć, mimo tego, że zaskoczył go fakt, że nie jest nawet przywiązany do łóżka lub coś w tym stylu. Był wolny, ale jego ciało było sparaliżowane, tonąc w prześcieradłach.
Próbował podnieść swoje ramiona, by móc unieść się w górę, ale fala bólu przelała się przez jego ciało więc znów upadł na puszystą poduszkę, która pachniała jabłkami i czymś jeszcze, czego Louis nie potrafił określić. Niebieskooki westchnął głęboko, gdy po kilku sekundach się poddał. Nie był w stanie myśleć trzeźwo przez straszliwy ból głowy i nóg, więc nawet nie był pewien gdzie się znajdował. Było cicho. Niemal zbyt cicho, a Louis zaczął obracać głowę w poszukiwaniu okna. Znalazł je po swojej lewej stronie i zobaczył jasnoniebieski kolor nieba, które pokrywały chmury. Ściany były tak białe jak kołdra i Louis zamrugał, a jego oczy powędrowały w stronę okna, gdy zdał sobie sprawę z tego, że jest otwarte. Czy mógłby się przez nie wydostać? Możne znalazłby taksówkę, albo chociaż zadzwoniłby po jedną? Uciekać? Nawet jeśli Louis nie wiedział jak daleko był zdecydował, że warto spróbować. Powoli zaczął poruszać swoimi palcami. Tak, mógł nimi ruszać. Tak samo palcami u stóp, gdyż czuł jak poruszają się pod kocem. Udało mu się nawet przenieść odrobinę swoją rękę do góry, a czubki jego palców zetknęły się z tkaniną marynarki, którą najwyraźniej wciąż miał na sobie. Była jednak przemoczona i spocona. Louis wziął głęboki oddech i próbował się skupić, spoglądając na sufit. Właściwie to tutaj nawet nie było sufitu, a biały materiał, który Harry – lub ktoś inny nałożył przez dach nad łóżkiem i w dół jego boków. Louis gapił się na niego. Musiał mieć kobietę. Jeden człowiek nie mógł włożyć tyle wysiłku w dekorację i meble.
Zawarczał. Rzeczywiście został porwany, prawda? Do jakiegoś innego miejsca? Bo to na pewno nie był jego apartament. Czuł obrzydzenie i mdłości, ale miał wystarczająco dużo energii, aby podnieść się na łokciach i wytoczyć z łóżka. Ale niestety świat rzucił mu kłodę pod nogi i spadł na podłogę czując, że upadł na coś. To coś złamało się, a Louis odwrócił twarz w stronę podłogi, jęcząc. Czuł się znacznie cięższy niż powinien, ale lżejszy niż to konieczne. Wciąż czuł słony posmak w ustach, przez który myślał, że za chwilę zwymiotuje. Nawet się zakrztusił, ale nic nie wydostało się na zewnątrz. Wymioty zatrzymały mu się w gardle.
Gdy myślał, że już gorzej być nie może usłyszał cichy odgłos kroków, które coraz bardziej się zbliżały. Wkrótce usłyszał nawet dźwięk otwieranych drzwi i odwrócił się nieznacznie dostrzegając dwie blade dłonie, które owinęły się wokół jego bioder i pod udami. Podniósł rękę, by je odepchnąć, ale opadła. Biedny niebieskooki usiłował ulokować na czymś swoje oczy, ale został z powrotem posadzony na łóżku.
- Powinieneś zostać w łóżku, narkotyki nie przestały jeszcze działać. – powiedział szorstki głos, a Louis wiedział, że był to Harry. Senny Harry. Spojrzał na niego. Loczek uśmiechał się blado, jego oczy były śpiące, a na sobie miał jedynie białą koszulkę i parę szarych bokserek. Przesunął dłoń na kark, a Louis dopiero teraz zauważył, że połowa jego włosów była związana w kucyk z tyłu głowy. Usta Louisa wyschły jeszcze bardziej o ile to w ogóle możliwe.
- Narkotyki? – westchnął Louis, a Harry skinął głową i położył szklankę wody na drewnianej szafce nocnej.
- Tak, narkotyki. – potwierdził oblizując wargi. Louis chciał go uderzyć, ale jego ręce wciąż były zbyt ciężkie – Przepraszam, ale musiałem jakoś sprawić byś dostał się tu razem ze mną.
Z ust Louisa wydostał się mały oddech. Miał nadzieje, że brzmiało to jak ryk, a przynajmniej jak gniew. Ale zrozumiał, że to mu się nie udało, gdy Harry jedynie spojrzał na niego z uśmiechem.
- Faszerowanie mnie narkotykami to nie sposób na to. – szepnął desperacko starając się odsunąć, gdy loczek podszedł bliżej. Zobaczył, że wzrusza ramionami.
- Może nie. – powiedział po prostu i sięgnął po szklankę podając ją Louisowi, który odmówił na co Harry zmarszczył brwi – Daj spokój, musisz pić. Spałeś przez dwa dni. Jesteś odwodniony.
- Nie wezmę od ciebie niczego. – prychnął rzucając mu spojrzenie. Harry westchnął.
- Wiem, że nie jesteś ze mną teraz szczęśliwy, ale…
- Masz całkowitą kurwa rację. – splunął Louis odwracając wzrok. Usłyszał jak Harry bierze głęboki oddech.
- Kochanie, musisz mnie przez chwilę posłuchać…
- Nie muszę robić niczego co mi każesz. – syknął Louis starając się podnieść rękę – Jestem spocony, głodny i spragniony. Nie mam pojęcia gdzie do kurwy nędzy się znajduję i jestem stu procentowo pewny, że to łóżko tonie w moich pieprzonych szczynach. Czuję mdłości i dosłownie w każdej chwili mogę w tym łóżku wymiotować. Więc nie muszę cię słuchać. Nie muszę nawet na ciebie patrzeć. I nie mów do mnie kochanie.
Harry obserwował go jak mówił odkładając szklankę z wodą na stół. Louis zauważył mały skurcz w kącikach jego ust. Warknął ponownie i był stu procentowo pewny, że chłopak niemiałby nic przeciwko, gdyby wymiotował.
- Nie sądzę. – powiedział Harry i ponownie spojrzał na Louisa. Położył dłonie na kolanach, a Louis ponownie przełknął ślinę. Tak naprawdę nie zauważył tego wcześniej, ale teraz był całkowicie pewny, że rzeczywiście zmoczył łóżko. Odwrócił wzrok. To nie było niczym innym niż upokarzającym.
- Zabierz mnie do domu. – szepnął i mimo, że nie mógł go zobaczyć wiedział, że Harry pokręcił swoją głową.
- Jesteś w domu. – odpowiedział na co Louis prychnął.
- Ja nawet nie wiem gdzie jestem. Nie zaczynaj z tym gównem. – mruknął krztusząc się ponownie. Wciąż nic z niego nie wyszło. Zamknął oczy, a Harry ponownie westchnął. Ciało Louisa obniżyło się odrobinę na materacu, gdy loczek się z niego zsunął, ale chwilę później z jakiegoś powodu znów na nim usiadł. Louis spojrzał na niego. Ponownie trzymał w ręku szklankę z wodą.
- Wypij trochę. – powiedział, ale Louis jedynie patrzył na niego gniewnie. Z pewnością nie zrozumiał spojrzenia mówiącego „Nie lubię cię, więc nie będę jeść ani pić niczego co mi dasz”.
- Nie – splunął, a Harry po raz kolejny westchnął. To było jak nawyk. Harry wzdychał z powodu Louisa. Rozmawiali ze sobą dosłownie pięć minut, ale Louis nienawidził go z całego swojego serca. Miał chociaż powód.
- Musisz pić. Nie robiłeś tego od dwóch dni. Organizm ludzki może przetrwać jedynie trzy dni bez wody. – powiedział, a Louis spojrzał na niego.
- Dlaczego cię to obchodzi? – zapytał cicho – Nie chcesz mnie zabić lub coś takiego? To właśnie robią wszyscy gwałciciele, prawda? Inaczej byś mnie tu nie przywiózł.
Milczał, gdy Harry przeniósł na niego swoje spojrzenie. Gapił się, gdy Louis mrugał. To się stanie. Umrze tutaj. On po prostu to wiedział.
- Myślisz, że jestem gwałcicielem? – zapytał, a Louis nie skłamałby, gdyby powiedział, że nie jest zaskoczony. Nie wyglądał nawet na złego. Jego brwi były zmarszczone, a twarz surowa, ale zdecydowanie nie wyglądał na złego. Może był po prostu dobrym aktorem.
- Oczywiście. – wymamrotał Louis – Bolą mnie plecy.
Harry zaśmiał się cicho.
- Siedziałeś tutaj przez dwa i pół dnia, to pewnie dlatego. Nigdy nie zgwałciłbym kogoś takiego jak ty.
- Więc zgwałciłbyś kogoś innego?
- Absolutnie i zdecydowanie nie.
Louis milczał, gapiąc się na niego. Harry jedynie się uśmiechnął. Był obrzydliwy. Louis z pewnością by go uderzył, gdyby tylko mógł podnieść ręce.
- Nie wierzę ci. – wyszeptał – Skoro mnie nie zgwałciłeś to na pewno zrobiłeś ze mną coś innego.
- Tak, naćpałem cię. – Harry roześmiał się, a niebieskie oczy spojrzały na niego ze złością, czując jak jego palce zaciskają się i zwijają. Musiał iść do domu. Do domu do Anglii. Do domu do Eleanor i Nialla. Do domu w Londynie, do domu, w którym miał prowadzić swoje życie z żoną i trójką dzieci, a może nawet psem.
- Zabierz mnie do domu. – powiedział ponownie, ale tym razem bardziej precyzyjnie. Jego zdolność do mówienia powoli wracała – Teraz.
- Jesteś już w domu. – powiedział loczek, a Louis poczuł, że coś w jego twarzy zgrzytnęło. Harry zmarszczył brwi – Wszystko w porządku?
Louis jakimś cudem przyłożył dłoń do ust i usiadł pochylając głowę. Jego oczy mimowolnie zamknęły się tak mocno, że niemal był w stanie zobaczyć gwiazdy, gdy pochylił się do przodu. Poczuł dłoń na swoich plecach i natychmiast ją zrzucił. Harry nie powinien go dotykać. Nie powinien. W ogóle. W ogóle powinien znajdować się tysiące mil z dala od niego. Nie powinien nawet istnieć.
- Napij się wody, mówię poważnie. – spróbował Harry, a Louis podniósł rękę. Wytrącił szklankę z jego uścisku, chociaż celował w jego policzek. Szklanka upadła na podłogę, a woda rozlała się na dywan, ale ku rozczarowaniu Louisa nie usłyszał by się rozbijała. Chciałby żeby Harry przeciął sobie stopy. Wyższy milczał i obserwował Louisa kaszlącego i dławiącego się. Szatyn odpowiedziałby mu coś, gdyby tylko mógł, ale chyba nawet nie chciał. Może on nawet nie był tego wart. Może powinien po prostu odwrócić się do niego i wykrzyczeć mu to w twarz? Louis nawet próbował, a niebieskie oczy spotkały zielone. Wziął głęboki oddech, by spróbować, ale nie udało mu się i poczuł jak jego ciało wygina się.
- Potrzebujesz wymiotować? – zapytał cicho wyższy, a Louis jedynie pochylił się jeszcze bardziej, biorąc głęboki oddech. Jego ręka przeniosła się z jego ust na prześcieradło i zacisnęła na nim jakby to miało pomóc mu przez to przejść. To było całkiem śmieszne działanie, naprawdę, ale było już za późno. Poczuł jak to nadchodzi, a Harry znów umiejscowił swoją dłoń na jego plecach nie pomagając tym ani trochę. Poczuł, że loczek odsuwa się nieznacznie, ale wciąż zostaje na łóżku. Jeśli Louis dobrze go widział chwytał ponownie szklankę. Założył, że zaczął wszystko czyścić, ale niestety nie mógł zarejestrować nic więcej bo sekundę później zakrztusił się, a jego żołądek wykręcił się na wszystkie strony i zwrócił całą zawartość, która jeszcze w nim była.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz