1.
Nie spał najlepiej dzisiejszej nocy. Przewracał się z boku na bok, a gdy już udało mu się zasnąć, to spał tak lekkim snem, że po godzinie znów się wybudzał. Poszedł nawet do kuchni coś zjeść, bo koło pierwszej zgłodniał. Jednak i najedzony nie zapadł choćby w drzemkę. Męczyły go nieprzyjemne przeczucia i z tego wszystkiego szyby w oknach jego pokoju, pokryły się finezyjnymi wzorami szronu.
Louis usiadł na łóżku, odgarniając z czoła kasztanową grzywkę i sięgną po okulary leżące na szafce, które nosił, gdy nie używał szkieł kontaktowych. Wsunął je na nos, a obraz od razu się wyostrzył. Spojrzał na zwiędły już bukiet kwiatów od Zayna, które dostał, gdy widzieli się ostatni raz.
Odrzucił kołdrę i wyskoczył z łóżka. Założył na ramiona wyciągnięty, wełniany sweter wsunął na stopy trampki i wyszedł na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi. Odkąd Liam powiedział mu, że brunet wyjechał na misję, co rano wychodził przed zamek i czekał do wschodu słońca. Miał nadzieję, że zobaczy jego samochód wjeżdżający na dziedziniec, a potem się z nim przywita, przeprosi i pogodzą się.
Pchnął ciężkie drzwi i wyszedł na schody. Chłodny wiatr otulił go co ani trochę mi nie przeszkadzało. Mimo to owinął się szczelniej swetrem i wlepił spojrzenie swoich niebieskich oczu w bramę. Wiatr zatańczył z jego kasztanową, grzywką, która opadła na czoło, przysłaniając mu widok na moment. Odgarnął ją, a wtedy usłyszał nadjeżdżający samochód.
Wyprostował się, a jego serce zabiło szybciej mając nadzieję, że to brunet. Posmutniał jednak, gdy przez bramę przejechał czarny mercedes Liama, który zatrzymał się z piskiem opon. Westchnął głośno i doszedł do wniosku, że sokoro już tu jest, to przywita się chociaż z nim. Zszedł więc po schodach i skierował do auta, które się zatrzymało. Moment potem wysiadł z niego przerażony chłopak. Ich spojrzenia się skrzyżowały, a na twarz Payne’a wkradł się smutek.
Louis podszedł do auta, mijając brązowookiego i otworzył drzwiczki samochodu. Na tylnym siedzeniu leżał Zayn, cały zalany potem. Jego oddech był płytki oraz nierówny, a rana pod żebrami, była prowizorycznie opatrzona przez chustę i bandaże z apteczki podręcznej. Wpatrywał się w ten widok przez chwilę, mając nadzieję, że to co widzi jest nieprawdą. Jednak na kolanach jakiejś dziewczyny spoczywała głowa Malika, który umierał.
- Zayn – szepnął jego imię, a łzy zaczęły zbierać się w jego oczach. – Zayn! Zayn. Zee!
Powtarzał jego imię, schylając się i chwytając w chłodne dłonie nienaturalnie gorące policzki Mulata. Przejechał kciukami po jego kościach policzkowych, a spod powiek wyłoniły się czekoladowe tęczówki pełne bólu oraz cierpienia.
- Zayn – zawył płaczliwie, a pierwsza łza spłynęła po jego policzku. Szron zaczął zbierać się na brzegach drzwi i rozprzestrzeniać na cały samochód pokrywając go cienką warstwą. W jego wnętrzu zrobiło się chłodniej, a oddechy zaczęły zmieniać się w obłoczki.
- Lou – odezwał się słabo brunet, gdy kolejne łzy zaczęły spływać z policzków szatyna. – Ty… Płaczesz.
- Nie – zaprzeczył, pocierając słone kropelki i przekrzywiając okulary na nosie. Chwilę potem jego dolna warga zadrżała niebezpiecznie. – Tak. Zayn. Nie zostawiaj mnie, proszę.
Rozpłakał się na dobre, a cichy szloch uleciał z jego ust. Przebiegł palcami przez czarne włosy młodszego mężczyzny, który uśmiechnął się do niego słabo i sięgnął dłonią do policzka.
- Wyglądasz uroczo w okularach – wysapał, a Tomlinson zapłakał głośniej i oparł czoło na piersi Mulata, który resztkami sił, podniósł rękę, by wpleść palce w kasztanowe włosy. Słone łzy moczyły brudną i potarganą koszulkę Zayna, a w samochodzie robiło się coraz zimniej.
- Louis, zrobisz coś dla mnie? – wydyszał, a on wyprostował się, energicznie kiwając głową. – Porozmawiaj z Li.
- D-Dobrze – zająknął się i wyszedł z samochodu, prostując się. Otarł policzki i spojrzał na Payne’a, który w geście pocieszenia położył mu dłoń na ramieniu.
- Zabiorę Zayna do jego pokoju, a ty idź po Nicka – polecił mu, na co on Lou przytaknął. – Teraz. Biegnij.
Szatyn odwrócił się na pięcie i puścił biegiem w stronę bramy zostawiając za sobą lodowe ślady, na których można było się pośliznąć. Wypad na ulice dolnego miasta i skierował się do małego domku niedaleko głównej siedziby ISMIO. O mało nie zabił się na chodach, a po chwili zaczął łomotać w drzwi.
- Czego – na progu pojawił się zaspany brunet, którego włosy sterczały we wszystkie możliwe strony. Ciemne oczy patrzyły na niego niezadowolone spod wachlarz długich rzęs. Z ramienia zsuwała się koszulka, a bokserki wisiały nisko na biodrach.
- Zayn. Został ranny. Liam właśnie go przywiózł. Jest ledwo żywy – mówił Louis.
- Czekaj. Pięć minut – odparł mężczyzna i zamknął drzwi. Wrócił po wyznaczonym czasie ze skórzaną torbą i obaj szybkim krokiem ruszyli w stronę zamku. Gdy weszli na korytarz, gdzie znajdował się pokuj bruneta niebieskooki wręcz biegł w stronę drzwi. Otworzył je przepuszczając Nicka przodem, a Liam odsunął się od łóżka i podszedł do Tomlinsona, którego złapał za ramiona.
- Puść mnie – wręcz rozkazał, a place Payne’a mocniej zacisnęły się na ramionach chłopaka. – Puść mnie do niego. Ja muszę koło niego być.
- Spokojnie… - zaczął Li, ale medyk mu przerwał.
- Ma wysoką gorączkę. Trzeba ją czymś zbić.
- Ja mogę! – krzyknął Louis i wyrwał się z rąk młodszego kolegi. Wskoczył na materac i klękając po obu stronach głowy Zayna, jedną dłoń przyłożył do rozgrzanego czoła, a drugą ułożył na ciepłej piersi. Skupił się i zaczął wpuszczać chłód tuż pod oliwkową skórę. Ciche westchnienie uleciało spomiędzy warg mężczyzny, gdy ból głowy zmalał pod wpływem kojącego dotyku.
Szatyn nie patrzył co robi Nick. Wystarczyło, że widział grymasy na twarzy swojego opiekuna. Mówiły mu wszystko. On jednak wpatrywał się w zmęczoną i bladą buzię. Usta były popękane. Pod zamkniętymi oczyma rysowały się cienie ze zmęczenia.
- Śpij – odezwał się do niego. – Potrzebujesz tego.
- A będziesz tu, taki sam jak w tej chwili, kiedy się obudzę? – spytał cicho Zayn, przekręcając głowę i opierając policzek na udzie Tomlinsona.
- Będę – odpowiedział, przeczesując ciemne włosy i z powrotem układając dłoń na czole. Przyglądał jak twarz Mulata łagodnieje, a oddech wyrównuje się, gdy zapada w leczniczy sen.
2.
Od samego rana, atmosfera w całym zamku była ponura, a zwykle głośną Salę Jadalną, wypełniały tylko niechętne pomruki. Krążyły pogłoski o jednym z opiekunów, który wrócił kilka godzin wcześniej i to w naprawdę beznadziejnym stanie. Jedni twierdzili, że do Violet Hill jakimś cudem wkradł się demon, a inni, że rany są wynikiem nieudolności w walce z wysłannikiem mroku. Jednakże większość opowieści była zmyślona lub przeinaczona, co nie było niczym dziwnym przy tak dużej liczbie osób.
Niall, siedzący w kącie pomieszczenia, razem z Harrym, rozglądał się dookoła z nadzieją, że zobaczy Liama. Kiedy tylko usłyszał o rannym opiekunie, nieprzyjemne uczucie ścisnęło jego serce, ponieważ nieznane było imię owego mężczyzny. Czyli mógł być nim Payne.
- Ja nie wytrzymam tej bezczynności – sapnął Irlandczyk, podnosząc się gwałtownie z krzesła, które przewróciło się i z głuchym hukiem uderzyło o posadzkę. – Idę się dowiedzieć, o kogo chodzi i co się stało, zanim tutaj zwariuję – warknął, łapiąc przyjaciela za nadgarstek i zdecydowanym ruchem pociągnął go w stronę wyjścia.
Brunet wywrócił oczami w odpowiedzi i w ostatniej chwili chwycił jedną z kanapek, leżących na talerzu. Chciał ją od razu skonsumować, ale powstrzymał się, widząc niebieskie tęczówki, ciskające w niego pioruny. Na początku nie odpowiedział nic, wzruszając lekceważąco ramionami, na widok niezadowolonej miny.
- Słuchaj, co cię tak nosi? – zapytał, mierzwiąc długimi palcami swoje czekoladowe sprężynki, oklapnięte bardziej niż zwykle. – Nie sądzisz chyba, że chodzi o… Och, okej. Sądzisz – westchnął ciężko i, chcąc nie chcąc, podążył za niższym mężczyzną.
Niebieskooki spuścił głowę i wcisnął pięści do kieszeni spodni, próbując nie wybuchnąć. Z jednej strony, poczułby ulgę, gdyby okazało się, że to nie jego opiekun, jednak z drugiej… Cała ta sprawa wydawała mu się podejrzana. Przecież takie rzeczy nie mogły się dziać po raz pierwszy. Więc dlaczego panowała taka, a nie inna atmosfera? Blondyn zagryzł dolną wargę i rozejrzał się po pustym korytarzu, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo zaniepokojony się stał.
Zastanowiwszy się nad kierunkiem „spaceru” po korytarzach, Niall wypchnął policzek językiem i wzniósł oczy ku niebu. Nie miał pojęcia jakim cudem miał się dowiedzieć, kto został zraniony, skoro nie wiedział gdzie go szukać. Z tego, co wiedział, ranni przebywali zazwyczaj w swoich sypialniach, które były odpowiednio przygotowywane, jako miejsce odpoczynku chorego.
- Dobra. Czekaj tutaj, zaraz coś wykombinuję – mruknął pod nosem, zerkając spod grzywki na rozbawionego Harry’ego. – No nie patrz tak! To był impuls. Zestresowałem się… – przyznał, także przed samym sobą, a jego serce znowu zacisnęło się w piersi. Bo co, gdyby jego przeczucia okazały się trafne?
Zielonooki pokręcił głową z niedowierzaniem i trącił niższego ramieniem, a potem ruszył do swojego pokoju, nie reagując na krzyki. Jasne, rozpierała go ciekawość, o kogo chodzi w tych wszystkich plotkach, ale uznał, że paniką czy domysłami, w niczym nie pomoże. A właściwie nawet zaszkodzi.
Horan zmarszczył brwi z niezadowoleniem i wyszedł przed zamek, gdzie za dwie godziny miał odbyć kolejne zajęcia z Podstaw Obrony. Uznawszy, że ma jeszcze dużo czasu, przysiadł na jednym z kamieni i zapatrzył się na zieloną trawę. Nim się zorientował, przy jego stopach wykwitły białe kwiaty, kołyszące się radośnie na wietrze. Uśmiechając się pod nosem, Irlandczyk ześlizgnął się z głazu i szybko zerwał roślinki, układając je w niewielki bukiet.
Kiedy Niall podniósł się z kolan i rzucił szybkie spojrzenie na okna zamku, dostrzegł coś, co nie było widoczne w środku. W jednym z pokoi, znajdowało się coś, przypominające kroplówkę czy inny tego rodzaju sprzęt. Zaniepokojony tym odkryciem, szybko policzył okna i wrócił z powrotem do budowli. Jego serce kołatało w piersi, wybijając nierównomierny rytm i nie uspokoiło się ani na chwilę, kiedy szedł zimnymi korytarzami. Gdy stanął przed – jak mu się wydawało – odpowiednimi drzwiami, zapukał niepewnie i wszedł, usłyszawszy ciche „Proszę”.
- Hej – szepnął blondyn, wsuwając się do sypialni i przesunął wzrokiem po postaci, leżącej na materacu.
Nic więcej nie zdążył powiedzieć, ponieważ jego gardło zacisnęło się, a w oczach stanęły łzy. Pośród pościeli leżała znajoma mu osoba, która wyglądała naprawdę źle, jeśli miał to oceniać. Ciemne cienie pod oczami i płytkie oddechy na pewno nie świadczyły o dobrym stanie mężczyzny, którego Niall zdążył już polubić.
- J-jak on się czuje? – zapytał niepewnie, zbliżając się do łóżka i przesuwając spojrzeniem po twarzy Zayna, pogrążonego w śnie. – Wydobrzeje – stwierdził, kucając obok Louisa, który także nie wyglądał kwitnąco. – Hej, na pewno nie będzie chciał zobaczyć, jak się smucisz – powiedział cicho, posyłając szatynowi pokrzepiający uśmiech, na co ten po prostu zgromił go spojrzeniem i mocniej zacisnął palce na bezwładnej dłoni swojego opiekuna.
Horan wypuścił z ust cichutkie westchnienie i podniósł się z kucek, a potem na palcach przeszedł do łazienki. Znalazł tam niewielki pojemniczek, który napełnił wodą. Wsunął do niego, przygotowany wcześniej, bukiet i położył go na parapecie, ożywiając nieco pomieszczenie.
Nie mając najmniejszego zamiaru zostawiać obu mężczyzn w takim stanie, Niall usadowił się pod ścianą i zaczął bawić swoimi palcami. Spod grzywki nieustannie obserwował poczynania Louisa oraz stan Zayna, który nie poprawił się w tak krótkim czasie.
- Myślisz, że mógłbyś mu jakoś pomóc? – nagle w pomieszczeniu rozległ się zachrypnięty głos, a wciąż zaszklone tęczówki wbiły w Irlandczyka palące spojrzenie. – Niall, proszę cię. Czy mógłbyś mu jakoś pomóc? – powtórzył z naciskiem Tomlinson, wprawiając młodszego w osłupienie.
Blondyn odchrząknął cicho i podniósł się niezdarnie z podłogi, a potem podszedł do łóżka. Dłonie oparł delikatnie na materacu, jakby bał się wyrządzić Zaynowi krzywdę przez ten gest. Jego spojrzenie nie wyrażało zbytniej pewności, odnośnie obietnicy, jaką zamierzał złożyć.
- Nie wiem tego, Louis – odparł zgodnie z prawdą, przechylając głowę, by lepiej przypatrzyć się zabandażowanym ranom. – Mogę tylko powiedzieć, że się postaram, ale naprawdę nie wiem co to da. Nie chcę mu jeszcze bardziej zaszkodzić, przez jakieś nieudolne eksperymenty – przyznał z wahaniem w głosie, odwracając głowę, by nie widzieć błagalnej miny. – Spróbuję – powiedział niebieskooki i od razu zacisnął wargi, przeklinając się w myślach. – Wrócę po zajęciach, dobra? Poszukam czegoś w książkach… A teraz, to będę zmykał – dodał na koniec z lekkim uśmiechem na ustach i odruchowo cmoknął szatyna w policzek, a potem powoli ruszył do drzwi.
Przez cały czas obwiniał się w myślach za durne przyrzeczenie, które właśnie złożył. Prawdopodobnie nie był w stanie go dotrzymać, ale odmówić też nie potrafił. Zwłaszcza w obliczu przeczucia o nadchodzącym niebezpieczeństwie, stale powracającym do jego świadomości.
3.
Wcale nie był zadowolony, że musiał iść dziś na trening. Nie spał całą noc, bo jechał jak szalony, byle by uratować Zayna. Potem poszedł z Demi do Simona, która podpisała odpowiednie dokumenty i na razie został jej przydzielony jeden z pokoi w zamku. Chciał się przespać, ale gdy przechodził przez błonia, zaczepił go pan Reynolds i powiedział, że ma dziś przyjść na trening. I dobrze by było aby wziął swoje sztylety. Poszedł więc do siebie, by choć trochę się odświeżyć i przebrał w szare dresy i czarną dopasowaną koszulkę.
Zszedł na błonia zdecydowanie niezadowolony. Z daleka dostrzegł rząd tarcz i już wiedział dlaczego miał wziąć swoje sztylety. Będą się uczyć rzucać do celu. Prychnął gdyż znów nauczyciel wysługiwał się nim. Zaczął się zastanawiać czy coś potrafi, choć wątpił. Z tym brzuchem?
Odnalazł w tłumie Nialla stojącego na linii z innymi. Jak zawsze miał swoją czarną bluzę i trochę się denerwował. Delikatny uśmiech wkradł się na jego wargi, gdy go zobaczył. Zdał sobie sprawę, jak bardzo brakowało mu jego widoku. Tych błękitnych oczu, rumieńców na policzku oraz złotych kosmyków.
Spojrzał na nauczyciela, który przystaną i zlustrował go swoimi małymi oczkami. Cwaniacki uśmieszek wkradł się na jego usta.
- Spóźnił się pan, Panie Payne – zawołał, a głowy wszystkich odwróciły się w jego stronę. Od razu wyłapał spojrzenie Horana, którego niebieskie oczy rozbłysły, a na wąskie wargi, wkradł się uśmiech. Trawa nagle pokryła się połacią stokrotek i szatyn przystanął by na to spojrzeć. Następnie podniósł wzrok na blondyna, który spuścił wzrok na swoje tenisówki, a na policzkach wykwitły dorodne rumieńce.
- Zademonstruje nam pan rzut do celu – oznajmi mężczyzna, gdy przed nim stanął.
- Jasne. Nie ma sprawy. Myślę, że pański opasły brzuch jest idealnym celem – odparł i poklepał go po nim, przez co zebrana grupa zachichotała. – Wystarczająco szeroki. A do tego miękki, więc broń na pewno się odbije.
- Panie Payne – sapnął nauczyciel, mrużąc groźnie oczy i podnosząc palec do góry. – Niech pan zważa na słowa, bo…
- Nie jestem już pana uczniem – odpowiedział i uniósł do góry jeden ze sztyletów przykładając do podbródka Reynoldsa. – A pan nie nadaje się na nauczyciela Praktycznych Podstaw Obrony. Więc niech z łaski swojej zejdzie mi pan z drogi, bo nie ręczę za siebie. Nie spałem całą noc, mój przyjaciel leży na w pół żywy w łóżku i nie wypiłem mojej porannej herbaty malinowej. Nie jestem w najlepszym humorze jak widzisz.
Spiorunował mężczyznę, który przełknął ślinę i odsunął się od Liama robiąc kilka kroków. Ten rozluźnił mięśnie, które napięły się, jak zawsze gdy szykował się do walki. A tego pacana zdecydowanie trzeba było zwalczyć, gdyż oni niczego się nie nauczą.
- Będę musiał porozmawiać z wujem na pana temat – odparł, a gdy odwracał się na pięcie do uczniów, kątem oka dostrzegł jak twarz nauczyciela kompletnie pobladła. Poczuł satysfakcję. Wiedział, że to cios poniżej pasa, ale i tak porozmawia o tym z Simonem.
- Dzisiejsze zajęcia poprowadzę ja. Tamten matoł – wskazał za siebie – niczego was nie nauczy. Widzę, że będziecie uczyć się rzucać do celu – zawołał, spoglądając na zebranych uczniów. – Jednak za nim pokaże wam jak to robić musicie nauczyć się przywoływać rzeczy, które zastąpią wam sztylet. Zawsze może wam wypaść.
Powoli przechadzał się wzdłuż linii, na której stali zebrani uczniowie. Zatrzymał się przed szczupłym blondynem o szarych oczach, który spojrzał na niego z nieukrywaną wyższością. Był to ten sam, który poturbował Nialla na poprzednim treningu.
- Panie Horan – zawołał wciąż miesząc się z Tomem. – Czy mógłbyś pokazać pozostałym tego wielkiego kolca, którym zabiłeś demona?
I po raz kolejny zgasił dziś osobę, która miała się za nie widomo kogo. Dostrzegł w szarych oczach blondyna zaskoczenie i niedowierzanie, a jego usta lekko się rozchylił. Kącik warg Liama drgnął, gdy usłyszał szepty przebiegające przez grupę.
Wyprostował się i spojrzał na Nialla, który wystąpił przed wszystkim. Wyciągnął dłoń, a z ziemi wyskoczyło małe pnącze, które powoli wiło się w górę. Na jego zakończeniu pojawił się długi na dziesięć cali, ciemno brązowy kolec, który został zerwany przez blondyna.
- To jeden z pomysłów, ale może wy macie jakieś inne. – wyznał. – Jednak dokładnie taki sam kolec przebił serce demona.
Zerknął kątem oka na swojego podopiecznego, który znów się zarumienił i lekko podenerwowany przeczesał jasną grzywkę. Zaczął obracać w palcach swoją broń i wrócił do szeregu. Liam natomiast odwrócił się w stronę tarcz i chwycił w prawą dłoń jeden ze swoich sztyletów. Polecił uczniom by uważnie obserwowali pracę jego rąk oraz nóg, a on sam posłał czy smukłe mini mieczyki w sam środek jednej z tarcz. Rozległy się brawa, które zignorował i kazał każdemu wyczarować takie same kolce, które zaczęli posyłać do celów z mniejszą lub większą celnością.
Krążył miedzy uczniami co jakiś czas poprawiając to jednego to drugiego, dając rady lub mówiąc co robią źle. Pan Reynolds zmył się w połowie zajęć pozwalając Liamowi kompletnie przejąć pałeczkę. Równo o szesnastej dał znak do zakończenia zajęć i uczniowie zaczęli się rozchodzić.
Zbierał swoje sztylety, które już po chwili z powrotem spadły na ziemię, gdy Niall rzucił się na niego. Nie spodziewał się tego. A już na pewno nie spodziewał się jego smukłych palców zaciskających się na czarnej koszulce. Uśmiechnął się jednak i odwzajemnił jego uścisk, mocno oplatając go w talii i gładząc po plecach.
- Bałem się o ciebie – wyznał blondyn w jego ucho. – Od rana krążyły plotki, że któryś z opiekunów wrócił ledwo żywy. Bałem się, że to ty.
- Nie tak łatwo się mnie pozbyć – odpowiedział z uśmiechem i odsunął się, by spojrzeć w niebieskie oczy. – Radziłeś sobie przez ten tydzień.
- Tak. Jakoś dałem radę – wyznał. – A kiedy wróciłeś?
- Dziś rano – odparł, a wyraz jego twarzy zmienił się. Posmutniał i odwrócił wzrok, po czym odsunął od Irlandczyka, zaczynając zbierać sztylety. – To ja przywiozłem Zayna.
- Och… To znaczy. Dzięki tobie pewnie wyjdzie z tego – próbował go pocieszyć młodszy mężczyzna.
- To ja go namówiłem na tę misję – wyznał, prostując się. Spojrzał na zamek gdzie w jednym z pokoi leżał jego najlepszy przyjaciel. Zastanawiał się jak mógł do tego dopuści. A po chwili zdał sobie sprawę, że coś mu w tym wszystkim nie pasowało. Bo Zayn został ranny w potencjalnym gnieździe demonów, a gdy przyjechał na miejsce nie było śladu po nich. Jakby czekały na Mulata. Czy to równie dobrze mógł być Aiden lub jakikolwiek inny szpieg?
- Nie obwiniaj się – wyrwał go z rozmyślań głos Nialla. – To nie twoja wina. A jak twoja misja?
- Em… Moja misja. Tak. Udała się, bez większych problemów – odpowiedział. – Sam zresztą zobaczysz. A teraz wracajmy. Muszę odpocząć.
Objął blondyna ramieniem przyciągając blisko siebie. Ucałował go w czubek głowy i obaj powoli skierowali się do zamku. Miał tez nadzieję, że jego przyjaciel szybko wróci do siebie i będą mogli iść na piwo. Albo soczek. Na cokolwiek. Byle by oblać kolejną misję, z której obaj wyszli cało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz