*Louis wcale nie wypił żadnej herbaty. Wciąż bał się zatrucia, nawet jeśli wiedział, że Harry pije z tego samego dzbanka. Oboje milczeli przez co najmniej czterdzieści minut, a Louis wciąż rzucał spojrzenia w kierunku otwartych drzwi. Jeśli zacząłby biec z całej siły mógłby najwyżej dobiec do jeziora zanim Harry by go złapał, ale to byłoby na tyle. Nie byłby w stanie dotrzeć do lasu czy coś - zawróciłby. Bał się, nawet jeśli nie chciał się do tego przed sobą przyznać.
Może właśnie dlatego nie poruszył ani jednego swojego mięśnia odkąd usiadł w kuchni. Jego palce były owinięte wokół filiżanki, próbując się ogrzać. Z biegiem czasu robiło się coraz zimniej, a pokój robił się coraz bardziej i bardziej pomarańczowy, wraz z zachodem słońca. Nie podobało mu się to, że siedział w ubraniach Harry’ego, w jego domu, udając, że wcale nie chce go zabić. Potwierdził również to, że rzeczywiście był zupełnie nagi pod jego dużą koszulką i to na pewno nie sprawiało, że ta cała sytuacja wyglądała lepiej.
Louis spojrzał na Harry’ego, który siedział naprzeciwko niego pijąc swoją herbatę. Jego zielone oczy były wbite w książkę, którą czytał. Louis nie mógł zobaczyć co to była za książka i nie chciał nawet pytać. Nigdy żadna przypadkowa rozmowa się między nimi nie odbędzie.
Odwrócił wzrok, gdy Harry spojrzał na sekundę w górę, patrząc na schody. Może mógłby wymknąć się przez okno, w środku nocy, gdy Harry spał? Nie byłby w tedy w stanie go złapać.
- Nie zamierzasz pić swojej herbaty? – zapytał Harry, a Louis powoli pokręcił głową. Przygryzł wnętrze swojego policzka, a Harry westchnął – W porządku. Tak myślałem, że nie wypijesz. – dodał, a Louis prychnął.
- Jak to możliwe? – mruknął zdając sobie sprawę, że właśnie odrzucił swoje „nie przypadkowym rozmowom” na bok – Nie wiesz jak myślę lub się zachowuję. Nie znasz mnie.
- Bo nie często się zdarza, że ktoś taki jak ty wypije herbatę, którą zaoferują mu ludzie tacy jak ja.
- Masz rację – wymamrotał Louis. Spojrzał w górę, gdy Harry wstał i sięgnął po kubek Louisa, który włożył do swojego. Zostawił książki na stole. Louis bardzo chciał na nie spojrzeć, ale musiał przestać. Nie mógł pozwolić sobie na bycie ciekawym. Nie przed Harrym. Nigdy. Skrzyżował szczelnie ramiona na piersi, tonąc w ciemnym, drewnianym krześle. Zerknął na tył głowy chłopaka w kręconych włosach, próbując nie myśleć o tym jak by to było, gdyby go teraz zastrzelił. Lub może dźgnął. Albo i jedno i drugie, nie miałby nic przeciwko.
Niebieskooki przełknął ślinę, gdy usłyszał małe burknięcie ze swojego żołądka. Harry mówił, że spał przez dwa dni. To również znaczyło, że przez dwa dni nie dostał nic do jedzenia. Od kanapki w kawiarni Foreign. Był głodny. Bardzo głodny. Patrzył na Harry’ego, ale ten nie wyglądał jakby cokolwiek usłyszał. Na początku odetchnął z ulgą, ale później poczuł się rozczarowany. Ulgę, że nie oferował mu zatrutego jedzenia i rozczarowanie bo wciąż żadnego nie dostanie. Mógłby prawdopodobnie sam sobie coś zrobić. Nie był jednak pewien, że Harry ma jakieś dobre zasoby.
- Wychodzę na jakiś czas. – powiedział po chwili Harry, a Louis niemal mrugnął okiem ze zdziwienia – Wrócę za kilka godzin.
Szatyn zmarszczył brwi, ponieważ nie mógł uwierzyć własnym uszom.
- Nie boisz się mnie tu zostawić? – zapytał, a Harry potrząsnął swoją głową.
- Robi się coraz zimniej, a ty nie masz nic oprócz tej koszulki.
- Dałbym sobie radę. – powiedział Louis.
- Wątpię. Poza tym tam na zewnątrz nic nie ma. Tylko mile pól.
Louis wziął głęboki oddech, czując jak jego uda drżą.
- Nie wierzę ci. – wyszeptał – Gdyby tak było nie zatrzymywałbyś mnie.
- Jesteś mądrzejszy niż myślałem. – uśmiechnął się Harry, podchodząc do drzwi i zdejmując ze ściany kurtkę. Louis odwrócił wzrok, gdy ubrał ją na swoje ramiona – Ale to nie z tego powodu. Nie chciałem, żebyś tam umarł.
- Nie umrę. – powiedział prosto, a Harry już się nie odezwał. Po prostu wciągnął na stopy swoje buty, a później pomachał i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Louis spojrzał na białe drewno, patrząc tak przez jakieś dziesięć sekund, aż poderwał się z krzesła i do nich podszedł. Otworzył je najdelikatniej jak tylko potrafił byleby tylko nie zaskrzypiały. Wyjrzał przez małą szparę, w której później pojawiła się cała jego głowa. Rozejrzał się po okolicy. Harry’ego nie było, więc zdecydował się otworzyć drzwi szerzej. Było wietrznie i o wiele zimniej niż powinno być. Słońce powoli zachodziło za górami i Louis musiał zmrużyć oczy. Harry miał rację. Zamarzłby jak cholera, gdyby nie włożył czegoś cieplejszego.
Ale nie miał za wiele czasu, wrócił z powrotem do domu i rozejrzał się za jakąś kurtką lub czymś podobnym. Niemal eksplodował ze szczęścia, gdy znalazł parę butów i beżowo czerwony koc. Owinął nim swoje ciało, a następnie wsunął stopy w buty. Wyglądał okropnie, ale nawet jeśli buty były za duże musiał to zrobić. Ponownie wymknął się z domu i na palcach przemknął przez trawę. Jego serce biło tak szybko, że miał wrażenie iż lada moment wyskoczy mu z piersi.
Wskoczył za duże drzewo, gdy usłyszał jak ktoś zakaszlał. Jego ciało zaczęło drżeć, gdy się rozejrzał. Wiedział, że Harry wciąż tam był, ponieważ nie było mowy, by udało mu się odejść w ciągu zaledwie dziesięciu sekund, ale kraciasta kurtka, beanie i strzelba w ręku, były ostatnimi rzeczami, które spodziewał się zobaczyć. Chyba nie zamierzał użyć tego na Louisie, prawda?
Szatyn przygryzł wargę i przykucnął, gdy Harry poszedł. W duszy dziękował Bogu, że go nie zobaczył. Gdy chłopak w kręconych włosach zniknął między drzewami Louis szybko zorientował się, że idzie na polowanie lub coś podobnego, więc nie zastanawiał się nad tym więcej.
Najciszej jak tylko potrafił wymknął się do lasu, ale kilka metrów od miejsca, w które poszedł Harry. Upewnił się, by nie nadepnąć na duże gałęzie, które mogłyby chrupnąć i narobić niepotrzebnych hałasów. Spojrzał w górę, gdy dotarł do wąskiej ścieżki.
Musiał jeszcze dowiedzieć się gdzie jest, starając się odczytać to z obserwacji drzew, ale nie udało mu się. W szkole nienawidził biologii i ledwo co wiedział jak wygląda dąb, więc próba dowiedzenia się w jakim kraju się znajduje przez naturę była jak pytanie ślepego o odczytanie mapy. Mimo tego, tak jak przypuszczał był na północy, ponieważ wieczory były chłodniejsze, a nie cieplejsze. Nie zdziwiłoby go, gdyby obudził się, a na oknach zobaczyłby szron.
Louis prychnął nieznacznie, gdy uderzył ramieniem w drzewo. Pocierając w ciszy bolące miejsce ominął przeszkodę i wyszedł na dość sporą skałę. Niestety natrafił nogą na coś co wydawało się być bagnem lub jeziorem i jęknął, gdy zimna woda przeszła przez tkaninę jego buta dostając się do stopy i sprawiając, że był teraz cały mokry i śmierdzący.
Chłopak poruszył się i stanął na skałę, opierając się o drzewo i wylewając z buta trochę wody. Nienawidził natury. Był tak bardzo przyzwyczajony do miasta i życia w mieście, że rzadko kiedy widział na żywo jakąś rybę, chyba, że było to w telewizji lub akwarium. Nienawidził robaków i pająków, brudu i błota. Według niego to wszystko było bezużyteczne.
Westchnął, zmuszając się do kontynuowania drogi. Robiło się coraz chłodniej, a wiatr podwiewał w górę koszulę, którą miał na sobie i sprawiał, że jego ciało stawało się zimną kostką lodu. Syknął, odrzucając na bok oba buty, a następnie wchodząc do wody, z oczami ulokowanymi daleko na horyzoncie. Bóg jeden wiedział gdzie szedł.
Dwadzieścia minut zajęło mu wyjście z lasu. Jego uda drżały z zimna, a stopy były niemal niebieskie od zimnej wody. Na jego ciele widniało już sporo siniaków, które nabił sobie wchodząc w różnego rodzaju gałęzie i krzaki. Dygotał na całym ciele i prawie upadł na ziemię, zatrzymując się na kolanach tylko przez chwilę. Próbował złapać oddech i przyciągnął do siebie swoje uda, pocierając stopy, które próbował zagrzać, ale niestety nie mógł tego zrobić. Były tak samo zimne jak reszta jego - teraz bladego i sinego - ciała. Podniósł głowę i spojrzał do góry z nadzieją, że zobaczy jakieś budynki. Chociaż wieżowce, ale nie.
Nie było tam nic oprócz pól i pól i jeszcze więcej pól. Natura ubrała góry i drzewa. Najwyraźniej zdecydowała, że nie chce być naga. Louis patrzył, a może nawet i gapił się tępo, aż zaczął głośno krzyczeć. Jego płuca bolały, ale wciąż krzyczał. Tym razem jednak ze strachu, nie złości. Krzyczał przez zmęczenie i wyczerpanie, a może nawet i głód. Gdy był głodny nie był w najlepszej formie.
Harry jednak mówił prawdę. Tutaj nie było kompletnie niczego. Może gdzieś tam, daleko tak, ale na pewno nie tutaj.
Chwiejąc się, z powrotem podniósł się na nogi, potykając się o niewidzialny przedmiot i upadając. Chwilę później znów stał na nogach. Wolał umrzeć niż wrócić tam ze swojej własnej woli, a to miejsce wydawało się nawet bardziej atrakcyjne na śmierć. Nie jakaś wanna czy pokój.
Przełknął ślinę, wciąż trzymając wokół siebie koc. Zaczął iść dalej, a niebo nad nim robiło się coraz ciemniejsze, prawie czarne. Nie było żadnych gwiazd, co Louis uznałby za wyjątkowo dziwne, gdyby zauważył. Ale nie zauważył. Zaszlochał cicho, gdy jego palce otarły się o coś. Prawdopodobnie o kolejną skałę, nie widział tego. Było zbyt ciemno, a on nawet nie trudził się by spojrzeć. Po raz kolejny upadł, uderzając policzkiem o miękką trawę. Była o wiele bardziej przyjemniejsza niż trawa u Harry’ego. Pomyślał, że to miejsce będzie idealne jako jego łoże śmierci.
Nie zapadł w sen, ponieważ umarł. Wszystko przez chodzenie po lesie boso, niejedzenie przez trzy dni i okropne zimno. Więc, oczywiście, nie zauważył dwóch ramion, które owinęły się wokół jego ciała po raz drugi tego dnia, a jakieś dwie godziny później zapadał w sen. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że chodził w kółko, lub tego, że znów został zabrany do domu jego porywacza. Po raz kolejny leżał na łóżku.
Gdy się obudził czuł się dziwnie. Jego głowa była duża i ciężka, a nos odrobinę zapchany. Czuł ciepło. Myślał, że śni, ale najwyraźniej nie spał, sądząc po filiżance parującej herbaty, która stała na stoliku nocnym wraz z tym co wyglądało na zupę. Louis spojrzał na to kątem oka i przez chwilę myślał, że to wszystko odpłynie, ale nic takiego się nie stało więc sięgnął po to ręką. Jego palce zadrżały, gdy poczuł gorący kubek. Próbował powąchać jego zawartość, ale jego nos wciąż był zatkany, więc zamiast tego chwycił łyżkę.
To mogło być zatrute, ale również mogło być całkiem dobrą zupą. Dlatego właśnie zawahał się, zanim powoli wysunął język i przeklął głośno, gdy go sparzył. Powinien się domyślić, że skoro zawartość parowała to na pewno była gorąca. Westchnął i podmuchał odrobinę zanim włożył sobie zawartość do ust i przełknął. Zamknął oczy. To nie było dużo, ale zdecydowanie wypełniło pustkę w jego żołądku.
Skończył jeść zupę, ale zostawił herbatę, wiedząc, że w tej chwili może być już zimna. Harry musiał się trochę natrudzić żeby to wszystko zrobić, ale Louis i tak z tego zrezygnował.
Gdy dziesięć minut później przewrócił się na łóżku i usiadł na jego krawędzi, mógł prawidłowo pomyśleć nad tym wszystkim co przeszedł, nie mając wrażenia, że jest pijanym facetem na swoich urodzinach.
Miał małe zawroty głowy, ale udało mu się wywnioskować i przypomnieć, że Harry go znalazł i przyniósł tutaj, co oznaczało, że nie stracił całkowicie przytomności. To było jedyne wytłumaczenie.
Jęknął cicho, gdy wyciągnął swoje ręce i palce, czując ciepło z rannego słońca, oraz zupę, która grzała jego żołądek. Powoli przesunął się z łóżka, zaraz po małym kaszlnięciu, a następnie z ciekawością otworzył drzwi.
Nigdy wcześniej nie był na pierwszym piętrze, biała sypialnia przekształciła się w korytarz, który rozciągał się po jego lewej i prawej stronie, gdzie prawa kończyła się schodami. Rozpoznał je jako te, którymi wchodził poprzedniego dnia, gryząc wargę i wspinając się na palcach. Schylił się odrobinę, by móc zobaczyć co jest na dole bez schodzenia w dół i zobaczył kogoś siedzącego na kanapie i czytającego książkę. Harry’ego oczywiście. Louis przełknął ślinę, gdy przesunął się zaledwie o centymetr lub dwa. Pochylił się, by móc zajrzeć do kuchni, ale nie mógł, ponieważ była nieco za nim. Westchnął odrobinę. To nie miało sensu.
- Możesz zejść na dół jeśli chcesz. – powiedział nagle Harry, a Louis drgnął, schodząc trzy stopnie w dół. Milczał, chwytając się poręczy tak, jakby zależało od tego całe jego życie. Spojrzał na Harry’ego, który teraz mu się przyglądał. Jego loki tym razem nie były spięte w kucyk. Opadały mu nieznacznie na oczy, a nie na tył głowy. Louis odwrócił wzrok – Wszystko w porządku? – usłyszał.
- W porządku – odpowiedział cicho, kiwając powoli głową. Ponownie wstał, ale nie ruszył się miejsca. Nie ważył się schodzić.
- Zjadłeś swoją zupę? – zapytał po krótkiej chwili chłopak w kręconych włosach – Mam nadzieję, że nie była zimna.
- Nie, była… była w porządku. – odpowiedział, a Harry zmarszczył brwi.
- Jesteś pewien, że wszystko dobrze?
- Dlaczego nie jesteś zły? – wymamrotał szatyn, biorąc powolny krok w dół, a następnie ponownie się zatrzymując.
- Dlaczego miałbym być? – zapytał Harry. Zagiął róg strony w książce, którą czytał, a później zamknął ją i odłożył na stolik, tuż obok. Przeniósł łokieć na oparcie kanapy, a następnie oparł o niego swoją brodę. Wciąż przyglądał się Louisowi, który dalej uciekał wzrokiem.
- Bo uciekłem.
Harry uśmiechnął się, pozwalając sobie na mały chichot. Potrząsnął głową.
- Wiedziałem, że będziesz próbował. – powiedział – Nie widzę powodu, abym miał być zły.
- Powiedziałeś, że nie trzymasz mnie tutaj bez powodu. – odezwał się Louis, ale tym razem jego głos był bardziej stanowczy – Gdybym uciekł byłbyś zły. Dlaczego nie jesteś?
Harry wzruszył ramionami, które uniosły się odrobinę i opadły.
- Jedyne o co mogę być zły to o zostawienie moich butów w środku lasu. – powiedział na co Louis skrzyżował swoje ramiona.
- Skąd wiesz?
- Ponieważ nie było ich, gdy wróciłem i pewnego małego buntownika również. – uśmiechnął się. Szatyn przewrócił oczami.
- Dam sobie rękę uciąć, że jestem starszy od ciebie.
- Być może jesteś.
- Ile w ogóle masz lat? Siedemnaście?
- A wyglądam jak siedemnastolatek? – zapytał Harry, przechylając odrobinę głowę, z małym, ledwo zauważalnym uśmiechem. Louis spojrzał w dół, na niego.
- Jesteś za wysoki jak na siedemnastolatka.
- Wysokość nie ma nic wspólnego z wiekiem kochanie.
- Mówiłem ci, nie mów do mnie „kochanie”. – rzucił Louis, spoglądając na pierwsze piętro. Harry zaśmiał się miękko – Nie wyglądasz na więcej niż dwadzieścia.
- W końcu masz rację.
- Więc ile masz lat? – zapytał, ale Harry jedynie się uśmiechnął, kolejny raz wzruszając ramionami.
- Tyle ile chcesz żebym miał.
- Jesteś beznadziejny. – westchnął Louis i odwrócił się, by ponownie wyjść na drewniane schody. Zatrzymał się jednak zanim dotarł do drzwi sypialni i kucnął na podłodze, by móc zobaczyć Harry’ego, który wciąż na niego patrzył.
- Co? – zapytał brunet, mrugając.
- Dlaczego ja? – zastanowił się Louis – Dlaczego tutaj jestem? Dlaczego wybrałeś mnie?
Harry ponownie się uśmiechnął i sięgnął po książkę, otwierając się. Przerzucał stronami, aż znalazł tą na której skończył wcześniej czytać, zanim przyszedł Louis. Jego ręka przeczesała loki, a Louis dostrzegł jak wzdycha głęboko.
- Ponieważ masz niebieskie oczy. – odpowiedział, a Louis uznał to za wystarczającą odpowiedź, wiedząc, że Harry i tak nie powie mu nic więcej.
Odwrócił się i ponownie wszedł do sypialni, zamykając za sobą drzwi. Jego plecy oparły się o nie, a on sam spojrzał w dół, na podłogę, przyglądając się swoim zwiniętym palcom. Miał na sobie inną koszulkę. Tym razem szarą, której brzeg sięgał do połowy jego ud, tak samo jak we wcześniejszej, czerwonej. Louis zawiesił na niej swój wzrok, a później oparł głowę o drzwi.
Słyszał Harry’ego poruszającego się na parterze, jak wychodzi z domu, a później pracuje w małym ogrodzie, który był za oknem Louisa. Szatyn podszedł do oniego i obserwował. Harry w zgiętej pozycji, w tej samej kurtce, którą miał poprzedniego dnia wyrywał chwasty, ocierając swoje czoło od czasu do czasu. Musiało być gorąco, pomyślał Louis, czując się niewygodnie w koszulce, którą miał na sobie. Zdmuchnął kosmyk włosów z czoła, po cichu otwierając okno, tak, by móc wpuścić do środka trochę powietrza.
To ledwo pomogło. Jedynie więcej ciepłego powietrza dostało się do środka. Louis pokręcił głową i odwrócił się, wychodząc z pokoju na palcach, a następnie schodząc ze schodów.
Koce Harry’ego wciąż były na kanapie, a ten, który Louis zabrał ze sobą, gdy próbował uciec, leżał złożony na podłokietniku na jednym z foteli. Nadal był rozczarowany, że nie udało mu się wydostać z lasu. Mimo wszystko z tego miejsca wciąż była jedna droga ucieczki i niebieskooki zamierzał ją znaleźć.
Przełknął ślinę i rozejrzał się po pokoju w ciszy. Spojrzał na półki naprzeciwko niego i jak zauważył nie było na nich nic ciekawego. Klasyka, w większości, jak Sherlock Holmes czy Charles Dickens. Nawet trochę Jules Verne, autora, którym interesował się Louis. Według niego to wszystko było dość trudne do zrozumienia.
Poza tym na półkach były głównie słowniki i książki edukacyjne, co najmniej cztery dolne półki były zapełnione książkami o przyrodzie i nauce. Małe papierki wystawały z pomiędzy stron w niektórych z nich. Louis spojrzał na drzwi, zanim wyciągnął jedną z nich, w brązowej okładce. Była to stara książka, ze złotymi literami. Stara książka związana z astronomią, jak zauważył. Nie wiedział wiele na temat przestrzeni kosmicznej więc zamknął ją z powrotem i odłożył na miejsce.
Półki nie były bardziej interesujące od tego. Louis wydął dolną wargę, a chwilę później wszedł do kuchni. Teraz przynajmniej była czysta. Garnek z jakiegoś gulaszu znajdował się na piecu, parując, ale Louis wciąż nie mógł czuć żadnego zapachu, więc nie mógł dowiedzieć się co to było.
To była raczej duża kuchnia, podłoga wykonana z jasnego drewna, tak jak reszta domu. Różniła się tylko tym, że zamiast zielonych ścian miała białe ściany i białe szafki. Louis otworzył kilka z nich, by zobaczyć co jest w środku i oswoić się z otoczeniem. Wyjął ze środka kilka talerzy przyglądając się wzorom, którymi były pokryte, oraz popękanym krawędzią, a następnie odkładając je z powrotem na miejsce. Nie chciał narobić Harry’emu bałaganu, nawet jeśli go nie lubił. Został lepiej wychowany.
Louis odwrócił głowę, przesuwając opuszkami swoich palców po blacie, wyciągając szuflady, które były wypełnione sztućcami i nożami kuchennymi. Po raz kolejny pomyślał o zaatakowaniu Harry’ego, ale nie był mordercą, więc po prostu znowu je zamknął, marszcząc brwi, gdy dotarł do trzeciej szuflady, której nie mógł otworzyć. Ciągnął i ciągnął, dopóki nie usłyszał cichego pęknięcia. Wtedy natychmiast puścił. Nie chciał nic złamać, ani zniszczyć. Wciąż nie był pewny temperamentu Harry’ego.
Pochylił się, unosząc brwi, gdy dostrzegł blokadę zrobioną z jakiegoś mosiężnego zamku, z kręconym wzorem. Wyglądał na bardzo stary, zupełnie jak książki i Louis nie był pewien jak powinien to rozumieć. Próbował nawet zajrzeć przez zamek, ale było zbyt ciemno więc po prostu zrezygnował.
Jęknął i zamruczał do siebie, gdy wstał i otworzył ponownie drzwi, które uderzyły w ścianę. Prawdopodobnie zostawiły na niej ślad, ale nie za bardzo się tym przejmował. Ruszył w kierunku Harry’ego i zatrzymał się tuż obok, gapiąc się, aż chłopak podniósł na niego wzrok, mrużąc oczy od jaskrawego słońca. Louis zacisnął swoją szczękę.
- Co jest w trzeciej szufladzie w kuchni? – zapytał, krzyżując ramiona. Harry przetarł nadgarstkiem swoje oczy, czego nie powinien robić, ponieważ jego ręce były brudne z ziemi. Po tym oparł łokieć na swoim kolanie, pozwalając by jego ramię bezwładnie wisiało.
- Nic ważnego. – powiedział potrząsając głową, by jego loki nie wpadały mu do oczu. Louis zaczął wykręcać swoje palce.
- Jeśli to nic ważnego możesz mi po prostu powiedzieć.
Harry zaśmiał się cicho.
- Jak widzę uparty jak zawsze. – powiedział z uśmiechem. Louis prychnął.
- Nie jestem uparty. – mruknął.
- Wierzę, że jesteś. – odpowiedział Harry, wracając do przekopywania roślin z łopatą ogrodniczą w ręku – Naprawdę, nic ważnego. W każdym razie nic ważnego dla ciebie.
- Więc ważnego dla ciebie? – zapytał Louis, pozwalając by ramiona wisiały mu luźno wzdłuż jego boków. Harry skinął głową.
- Niestety tak. – powiedział, a Louis przełknął ślinę spoglądając na rośliny. Znów zmarszczył brwi – A teraz przestań pytać.
Szatyn westchnął, a później rozejrzał się dookoła. Tak naprawdę nigdy wcześniej nie przyglądał się wodzie, lasom i górą. Nie widział ogrodu, a już na pewno nie małego domku, który stał w rogu, na małym polu, które można było nazwać terenem Harry’ego. Równie dobrze mógł być skradziony.
- Co jest w domku? – zastanowił się, utrzymując na nim swój wzrok. Harry również na niego spojrzał i zaśmiał się cicho.
- Rzeczy. – zażartował. Louis jedynie przewrócił oczami. Harry wstał, zostawiając łopaty na błocie. Otarł ręce o jeansy, zostawiając na nich brudny ślad.
- A tak naprawdę to mogę ci pokazać.
Louis ponownie spojrzał na Harry’ego, kręcąc odrobinę palcami.
- To nic niebezpiecznego, prawda? – zapytał. Brunet potrząsnął głową i wyciągnął do niego rękę, którą Louis odrzucił. Sam ruszył do przodu. Harry przewrócił oczami i schował dłonie do kieszeni kurtki, a Louis nie odważył się na niego spojrzeć.
Kilka metrów, które musieli przejść, by dostać się do domku wydawały się milami, a Louis szedł co najmniej trzy metry od Harry’ego. Harry jednak nie wydawał się o mieć coś przeciwko. Gdy dotarli do dużych, drewnianych drzwi, wyłowił z kieszeni klucz. Louis ugryzł wnętrze swojego policzka, gdy Harry zaczął je otwierać. Czuł się odrobinę nerwowo. Weszli do środka.
Nie spodziewał się zobaczyć dwóch krów i czterech koni, które stały w osobnych zagrodach Louis gapił się, słysząc jak Harry wiesza klucze na gwoździu na ścianie, a później przeczesuje ręką loki.
- Jest tu trochę zimniej. – powiedział, ale niższy pozostawił to bez odpowiedzi. Powoli podszedł do jednego z koni i ostrożnie wyciągnął w jego kierunku rękę, zabierając ją natychmiast, gdy zwierze wydało z siebie zły dźwięk. Cofnął się do tyłu, decydując, że zamiast tego będzie stał i jedynie podziwiał z daleka.
- Piękna jest, prawda? – zapytał Harry, więc powoli pokiwał głową. Żachnął się, gdy wyższy z łatwością położył rękę na pysk zwierzęcia, które trąciło ją delikatnie. Skrzyżował ramiona na piersi.
- Tak – powiedział cicho, rumieniąc się odrobinę, gdy Harry chwycił jego nadgarstek prowadząc go do konia. Louis pociągnął ręką. – Nie dotykaj mnie. – rzucił, a Harry potrząsnął głową.
- Nic ci nie zrobię. – powiedział – Daj spokój.
- Gówno prawda. – mruknął Louis, wciąż jednak pozwalając by Harry ją wziął. Przeszły go dreszcze, gdy pod jego palcami poczuł ciepłe futro konia. Spojrzał na Harry’ego, który skiną głową z aprobatą, przesuwając swoją rękę na tył zwierzęcia i klepiąc go. Louis również ostrożnie poklepał konia, powoli przesuwając dłoń wzdłuż niego, głaszcząc jego biodro.
- Widzisz? – uśmiechnął się Harry – Lubi cię.
Louis spojrzał na niego, kiwając powoli głową, a potem oparł swój policzek o ciepłe futro.
- Jak ma na imię? – zapytał cicho.
- Superbia. – odparł chłopak w kręconych włosach. Louis ponownie na niego spojrzał – To po łacinie.
- Co to znaczy? – zapytał niższy. Jego palce wciąż przesuwały się po beżowej sierści, dotykając grzywę.
- Duma. – wyjaśnił Harry – Nie wiem dlaczego, ona po prostu wygląda jak Superbia.
Szatyn wzruszył ramionami.
- Chyba tak. – wymamrotał głaszcząc konia i rozglądając się. Podszedł do innego, tego który stał tuż obok. Był duży i zadowolony z tego, gdzie stał.
- Hiems. – powiedział Harry – Zima.
- Pasuje do niego. – wyszeptał Louis, złączając swoje nogi, tak, by mogły się trochę ogrzać – Ponieważ jest biały, tak myślę.
- Zgadza się.
Louis spojrzał na pozostałe konie, jeden biały z brązowymi plamkami i grzywą, a ostatni czarny jak noc. Ugryzł róg swojej wargi.
- Ty… dbasz o nie, prawda? – zapytał – Mam nadzieję, że nigdy nie są głodne.
- Nigdy. – zapewnił Harry, podchodząc do niebieskookiego i zatrzymując się przy ciemnym koniu. Louis patrzył jak Harry głaska go i uśmiecha się, gdy koń przytulił się do jego ramienia. Zaśmiał się odrobinę – Hej, hej, Caeruleus. – zaśmiał się – Zachowuj się.
- Caeruleus? – spytał Louis.
- Tak. – zamruczał Harry, spoglądając na jedną z krów, która zamuczała. Louis również na nią spojrzał, odwracając się od Harry’ego na sekundę lub dwie.
- To skomplikowane nazwy.
- Być może. – odparł Harry, ponownie wzruszając ramionami – Ale są ładne, prawda?
Louis mruknął w odpowiedzi i spojrzał na otwarte drzwi, dotykając palcami tkaniny koszuli, którą miał na sobie.
- Jeździsz na nich? – zapytał.
- Oczywiście.
- Kiedy?
- Często.
Louis zadrżał, ponownie krzyżując ramiona. Tak jak Harry powiedział robiło się coraz zimniej, a słońce zniknęło. Louis usłyszał nawet mały huk na zewnątrz.
- Jest ci zimno? – zapytał chłopak w kręconych włosach. Skinął głową – Chodźmy więc. Nie chcę żebyś rozchorował się jeszcze bardziej niż jesteś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz