*Około tygodnia później Louis zszedł po schodach na dół, by zrobić sobie kanapkę, ubrany w swetry i owinięty kocami. Na stopach miał grube skarpetki, które ślizgały się na gładkiej podłodze bo jak zauważył, powoli robiło się coraz zimniej. Poprzedniego dnia nawet popadał trochę śnieg. Harry wydawał się być tym trochę zestresowany. Biegał tam i z powrotem do stajni, przynajmniej dwadzieścia razy. Na początku Louis myślał, że to Mary będzie miała nowego cielaczka, ale gdy zapytał Harry’ego ten potrząsnął swoją głową, mówiąc mu, że po prostu musi się upewnić, że zwierzętom będzie ciepło i wygodnie. To było to, Louis teraz drżał, podchodząc do siedzącego na podłodze przed kominkiem Harry’ego przed, którym leżała malutka buteleczka atramentu. Uniósł brwi i z ciekawością obserwował go przez kilka sekund, aż usiadł obok, zauważając małą igłę między jego palcami.
- Co robisz? – zapytał cicho, a Harry podniósł na niego swój wzrok, tak jakby Louis zaskoczył go swoją obecnością. Potem uśmiechnął się i odwrócił górną część ciała pokazując tatuaże, które pokrywały ramię.
- Maluję. – powiedział, gdy Louis odchylił się odrobinę do tyłu.
- Malujesz? – zastanowił się, na co wyższy skinął głową. Niebieskie oczy Louisa podążyły za igłą, gdy Harry zamoczył ją w butelce czarnego tuszu. Przełknął ślinę, gdy Harry umieścił końcówkę na obszarze swojej skóry, na której jeszcze nie było żadnych rysunków i wykonał małą linię, ocierając trochę tuszu ściereczką, której Louis wcześniej nie zauważył.
- Możesz dostać zakażenia od atramentu. – wymamrotał niebieskooki, owijając się szczelniej kocem i naciągając go sobie na głowę tak, że teraz było widać tylko jego twarz.
Harry zaśmiał się cicho i potrząsnął głową zanurzając ponownie atrament.
- Jestem ostrożny. – powiedział uspokajająco, gdy Louis przyglądał się jak robi kolejną linię. Wszystko wyglądało bardzo boleśnie, a z ust Harry’ego wydobywało się małe syknięcie za każdym razem gdy wbijał igłę.
- …dlaczego to robisz? – tchnął niższy – Przestań!
- Wiesz, wokół nie ma za wielu artystów. – uśmiechnął się brunet, ocierając atrament. Dmuchnął trochę na linie – To najlepsze co mogę zrobić w tej sytuacji. – powiedział. Louis wciąż patrzył.
- Nie lubię tatuaży. – powiedział cicho – Nigdy żadnego sobie nie zrobię.
- Naprawdę? – zapytał Harry, spoglądając na niego. Pozwolił igle pozostać w tuszu i zaczął wycierać dłonie szmatką. Jego głowa przechyliła się odrobinę, a loki, które były zebrane w kucyk z tyłu głowy dotknęły jego karku. Louis zaczął się zastanawiać czy rzeczywiście są takie miękkie na jakie wyglądają – Więc nie lubisz moich?
- Nie nienawidzę ich. – wymamrotał – Wyglądają fajnie na innych, ale mi na pewno by nie pasowały.
- Nigdy nie wiesz. – powiedział Harry, ponownie biorąc igłę – A co gdybym zrobił ci jeden? Malutki, oczywiście.
- Absolutnie i zdecydowanie nie. – powiedział Louis i wyprostował się, potrząsając swoją głową – Nigdy ci na to nie pozwolę.
- Oh – mruknął Harry i wydął wargi w dziecięcy sposób co oczywiście było fałszywe. Louis westchnął i przetarł oczy.
- Zrób mi śniadanie Harry. – poprosił, a Harry spojrzał na niego i odłożył igłę, wstając i kierując się do kuchni. Louis przygryzł wargę, nienawidząc siebie za to, że jest tego taki ciekawy. Sięgnął po cienką igłę, która wciąż leżała w tuszu i dźgnął ją palcem. Zajęczał cicho, gdy poczuł ukłucie, a malutka kropelka krwi spłynęła po jego skórze. Louis mrugnął i spojrzał na nią, a później na swoje przedramię, zastanawiając się jak wyglądałby na nim tatuaż. I co by to było? Cytat lub coś podobnego byłoby nudne, prawda? Spojrzał szybko na Harry’ego, a później zanurzył igłę w atramencie i przyłożył ją do prawego ramienia, powoli zaczynając pisać. Syknął odrobinę tworząc malutkie „H”. Chciał napisać „Home”, ale Harry zbyt szybko wrócił z kuchni z kanapką i kubkiem herbaty. Louis pospiesznie odłożył igłę z powrotem i usiadł na kanapie. Wyglądał na odrobinę przestraszonego, a Harry zaśmiał się wręczając mu biały kubek, który zdobiły małe kwiaty. Louis pamiętał, że to on zazwyczaj z niego pił.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. – uśmiechnął się, siadając obok niego i kładąc talerz z kanapką na kolanach niższego. Wziął gryz swojej własnej kanapki i odchylił się do tyłu, wpatrując przez chwilę w płomienie tańczące w kominku. Uśmiechał się do Louisa, a Louis zawiesił swoje spojrzenie na igle, która wciąż była zanurzona w czarnym płynie. W ciszy zaczął przeżuwać kawałek ogórka.
- Nie przestraszyłeś. – szepnął, a Harry skrzyżował pod sobą nogi i sięgnął po szklankę z herbatą, którą położył na podłodze. Pociągnął łyk.
- Więc dlaczego wydałeś się tak zaskoczony? – zastanowił się Harry.
- Bo tak. – odpowiedział prosto Louis, wzruszając ramionami i biorąc kolejny gryz kanapki, przeżuwając tak jakby bał się, że złamie zęba lub coś podobnego. Harry zachichotał.
- Jesteś dziecinny. – powiedział, a Louis zamruczał pod nosem, starając się nie myśleć o bólu, który łaskotał jego ramię.
*
- Nie mam nawet pojęcia jak to się robi. – powiedział Louis kilka godzin później, gdy razem z Harrym stali w stajni. Obydwoje mieli na sobie grube kurtki i duże szaliki, a Louis miał na sobie nawet niebieską, szarą i białą beanie. Trzymał siodło i usiłował włożyć je na Maculę, białego konia z brązowymi plamami, którego imienia Louis nigdy wcześniej nie poznał, ale nie wychodziło mu to najlepiej. Harry był już gotowy, siedząc na Caeruleusie i czekając na szatyna przy drzwiach. Palce jego dłoni zasłaniały usta, by Louis nie mógł zobaczyć na nich uśmiechu, ale on już go dostrzegł i bardzo mu się to nie podobało. Nie lubił być zawstydzony. Przynajmniej nie przez coś takiego. Był zabawną osobą, która nie miała nic przeciwko robienia z siebie idioty, ale na pewno nie na oczach swojego oprawcy.
- Chwyć mocno jego plecy. – powiedział Harry i Louis mruknął do niego z grymasem. Harry uśmiechnął się i zszedł z Caeruleusa, a później podszedł do niebieskookiego. Delikatnie trącił jego biodro, by się przesunął i Louis zrobił to z małym bełkotem, obserwując jak Harry bierze siodło i rzuca na grzbiet Maculi, z dużo większą łatwością niż Louis chciałby. Wszystko zajęło mu odrobinę więcej niż dwie minuty, aż w końcu koń był gotowy. Harry chwycił biało brązowego konia i czarnego i wyprowadził je na zewnątrz. Louis cicho podążył za nim.
- Weź kask. Są na ścianie obok Mary. – powiedział wyższy, a Louis potrząsnął swoją głową, krzyżując ramiona.
- Nie, nie ubieram żadnego kasku. – powiedział uparcie – Ty go nie masz, więc ja też nie zamierzam.
Harry westchnął i wzruszył ramionami, podając Louisowi lejce. Szatyn wziął je z małym westchnięciem.
- Dasz radę wejść na niego sam? – zastanowił się.
- Ta. – wymamrotał w odpowiedzi Louis i postawił nogę na strzemię, jęcząc, gdy próbował wcisnąć się w górę, ale oczywiście nie miał tyle szczęścia. Po czterech próbach para dużych rąk chwyciła jego talię.
- Połóż ręce na przedniej i tylnej części siodła. – poinstruował Harry, a Louis przysiągł, że w normalnych okolicznościach odtrąciłby ręce Harry’ego. Gdyby oczywiście nie zależało mu tak bardzo by dostać się na konia. Dlatego odpuścił i zrobił tak jak polecił mu Harry, a potem poczuł jak zostaje podnoszony do góry i chwilę później przerzucił nogę przez grzbiet zwierzęcia i chwycił lejce, tak mocno, że jego palce zbielały. Momentalnie zaczął się bać.
- Jest w porządku? – zapytał cicho, odrobinę trzęsącym się głosem – Spadnę z niego?
- Nie jeśli pojedziesz powoli. – uśmiechnął się Harry i podciągnął na Caeruleusa zaraz po tym jak zamknął drzwi od stodoły. Czarny koń wydał z siebie mały dźwięk i ruszył się odrobinę. Harry klepnął delikatnie jego grzywę, a Louis poczuł ukłucie zazdrości – Jesteś gotowy by jechać?
- Tak myślę. – odpowiedział Louis, obserwując jak wyższy delikatnie kopie zwierzę gdzieś z tyłu, a ono od razu zaczyna iść naprzód. Przełknął ślinę i zrobił to samo, jęcząc z paniką, gdy Macula ruszyła – Jak go zatrzymać? – jęknął ponownie, czując jak jego oddech przyspiesza. Nigdy wcześniej nie jeździł na koniu i nie przyszło mu do głowy to, że jazda może być aż tak straszna.
- Po prostu pociągnij. – powiedział Harry, pociągając wodze, a koń natychmiast się zatrzymał. Louis zrobił to samo i Macula również stanęła. Harry skinął głową i ponownie ruszył do przodu, tym razem trochę szybciej. Louis obserwował go, a później kopnął lekko Maculę, a potem ponownie, by koń ruszył odrobinę szybciej. Starał się oddychać spokojnie.
- Dobrze ci idzie. – pochwalił go Harry, gdy znalazł się tuż obok niego. Uśmiechnął się do niego, a Louis czuł jak odbija się w górę i w dół na grzbiecie zwierzęcia, co prawdopodobnie wyglądało komicznie, ale Harry nic nie powiedział – Chcesz przejechać się do lasu? Zaraz za nim jest duże pole kwiatów, więc możemy pojeździć tam swobodnie.
Szatyn ledwo zauważył, że skinął głową, gdy Harry ponownie odjechał. Musiał zmusić się do tego samego, gdyż naprawdę nie chciał się zgubić. Nie wiedział kiedy będzie w stanie ponownie się wydostać. Kopyta Maculi uderzały o ścieżkę w bardzo przyjemny dla ucha sposób, gdy razem z Harrym wkroczyli na szerszą dróżkę. Louis uchylił delikatnie usta, dostrzegając jak mocno pomarańczowe były teraz drzewa. Wszystko wyglądało naprawdę pięknie. Spojrzał na tył głowy Harry’ego, obserwując jak gruba kurtka, którą miał na sobie rusza się na jego ciele, gdy jechał. Miał doświadczenie, przyznał w myślach Louis, przygryzając odrobinę wargę. Spojrzał w dół, na grzywę Maculi, która była dość długa i obserwował jak odbijała się, wraz z biegiem konia. To było fascynujące. Konie zupełnie nie przejmowały się tym, że ktoś je prowadzi lub, że muszą nosić ludzi na grzbietach. Spojrzał ponownie w górę, gdy Harry kliknął ustami, a koń zaczął biec jeszcze szybciej. Louis zaczął panikować, gdy chłopak w kręconych włosach coraz bardziej i bardziej się oddalał.
- Zaczekaj na mnie! – krzyknął, a Harry odwrócił głowę i Louis usłyszał słaby śmiech. Wyższy zwolnił odrobinę, a Louis szybko go dogonił, patrząc na niego – Nie waż się mnie zostawiać na tym cholernym czymś. – rzucił – Mogłem umrzeć.
- To coś to Macula. – uśmiechnął się Harry, a Louis wystawił w jego stronę język, zwalniając jeszcze bardziej, aż koń zaczął po prostu iść. To o wiele bardziej mu się podobało.
- Nie ważne. – wymamrotał i kątem oka zobaczył jak Harry również zwalnia, pozostając w ciszy, z małym uśmiechem na ustach. Rozejrzał się wokoło, a niebieskooki ponownie na niego spojrzał.
Louis nie mógł uwierzyć, że ktoś kto wyglądał tak jak Harry mógł być taki… inny. Zakładając, że to właściwe słowo, obserwował jak jeden z loków Harry’ego wypada z jego kucyka i szczotkuje jego policzek, tworząc duży kontrast wraz z jego bladą skórą. Louis zauważył, że tak samo było, gdy byli w drodze do Foreign, ale tym razem coś było innego. Loki Harry’ego były miękko zwinięte w kucyk. Odwrócił wzrok na ścieżkę, gdy Harry odwrócił się by spojrzeć na niego. Nie przeszkadzało mu, że patrzył. Zdążył się już do tego przyzwyczaić.
- Czy to daleko? – zapytał Louis. Harry potrząsnął przecząco swoją głową.
- Nie, to zaraz za tym wzgórzem. – powiedział. Louis skinął głową, mrużąc oczy, gdy słońce wyjrzało spomiędzy drzew. Poklepał delikatnie bok Maculi. Koń był ciepły i miękki.
- Jak je znalazłeś? – zastanowił się cicho, gdy zaczęli dochodzić do wzgórza – Nie były zawsze twoje, prawda?
- Nie. – zgodził się Harry – Nie były. Superbia i Hiems były w stajni, gdy je znalazłem. Po krótkim czasie znalazłem też Caeruleusa i Malucę.
- To nie jest twój dom? – zapytał Louis.
- Nie, ja… nie. – powiedział otwarcie Harry i ulokował swoje spojrzenie gdzieś na szczycie wzgórza.
- W takim razie czyj był?
- Nie wiem. – westchnął Harry, wzruszając ramionami – Nie wiem dużo o tym gospodarstwie, naprawdę.
- Ale… dlaczego tu jesteś? – naciskał Louis, patrząc się na Harry’ego i nawet nie zauważając wzgórza, które rozprzestrzeniało się między nimi – Co się stało z rolnikiem? – zapytał cicho. Harry spojrzał na Louisa, nic nie mówiąc. On… nie mógłby, prawda? Nie, Harry by nigdy nikogo nie zabił – Ty… ty nie… nie zrobiłeś tego, prawda? – wyszeptał, zaciskając lekko ręce.
- Oczywiście, że nie. – mruknął Harry – Wciąż myślisz o mnie w ten sposób? Po tych wszystkich miesiącach?
- Minęły tylko dwa. – wymamrotał Louis – To nie tak jakby minął cały rok.
- Czy po roku przestaniesz myśleć, że jestem mordercą?
- Nie będę tutaj przez rok.
- Zostaniesz tutaj dopóki nie powiem, że możesz wrócić do Anglii. – syknął Harry.
- A kiedy to będzie?
- Nigdy.
Louis w ciszy patrzył na Harry’ego, a Harry patrzył na Louisa, aż wyższy prychnął i odwrócił głowę. Louis podążył wzrokiem i wtedy po raz pierwszy zobaczył te pola, które wydawały się nie mieć końca, słabo widoczne góry gdzieś na horyzoncie, pomarańczowe drzewa i zielonkawo szarą trawę, która malowała ziemię. Brunet był już dużo dalej, więc Louis kliknął ustami i Macula zaczęła biec za nim. Szatyn wciąż przyglądał się Harry’emu i zatrzymał się dopiero, gdy ten również stanął. Szli jakąś trasą, jak zauważył Louis, ciągnąc konia w bok. Zwierzę przeskakiwało kłody i kamienie, które były niemal wszędzie. Louis obserwował go, a Harry spojrzał, gdy jechał w jego stronę. Wszystko robił z niesamowitą gracją. Ruszał się tak jakby uczył się tego latami i prawdopodobnie tak było. Koń czuł się niesamowicie komfortowo mając Harry’ego na grzbiecie. Może był ulubieńcem Harry’ego. Louis prychnął cicho, a Macula zadreptała na ziemi. Wyglądało na to, że również ma ochotę biec. Szatyn przełknął ślinę, gdy delikatnie kopnął zwierzę po dwóch stronach i razem zaczęli się ruszać, Louis wciąż obserwując Harry’ego.
Wyglądał na całkowicie skoncentrowanego i szatyn uznał, że to niesamowicie piękne. Sposób w jaki jego brwi marszczyły się nieznacznie za każdym razem, gdy koń podskakiwał, jak dolną wargę chwytały zęby, gdy się odwracał i to jak jego ubrania ruszały się z wiatrem. Być może Harry był odrobinę przystojny. Nic więcej, ale tylko… odrobinę. Może jego nos był odrobinę za krzywy. Louis uśmiechnął się odrobinę, gdy Harry przeklął, najwyraźniej robiąc coś złego. Według Louisa wyglądało to perfekcyjnie, chociaż może tak nie było. Harry poklepał Caeruleusa w bok, a później ruszył ponownie. Louis nie zauważył nawet, że Macula zatrzymał się i zaczął jeść trawę. Pogłaskał go po grzywie, zsuwając się.
- Byłeś dobry. – powiedział cicho, patrząc na zwierzę, na jego brązowe oczy, które teraz spoglądały na niego. Wyglądał prawie jak szczeniak, który siedział przy kuchennym stole z rodziną i błagał o jedzenie. Louis przebiegł delikatnie dłonią wzdłuż jego grzywy i wziął w dłoń małą część, mierzwiąc. Spojrzał do góry, gdy Harry nagle pojawił się u jego boku. Jego pierś unosiła się i opadała dość szybko. Dyszał. Nic jednak nie powiedział, jedynie patrzył jak Louis mierzwi grzywę zwierzęcia. Poklepał Maculę w udo, trzymając drugą ręką lejce. Potem uśmiechnął się lekko.
- Chcesz spróbować? – zastanowił się Harry, a Louis zamrugał.
- Spróbować czego? – zapytał.
- Jazdy w ten sposób. – powiedział Harry – Jestem pewien, że Caeruleus udźwignie jeszcze ciebie.
- Nie. – Louis przełknął ślinę – Macula może uciec.
- Niee, jest zbyt dobra. – zaśmiał się Harry i wyciągnął rękę w kierunku Louisa, który patrzył na nią chwilę, aż spojrzał na zielonookiego.
- Spadnę. – wymamrotał.
- Pojadę powoli. – uśmiechnął się Harry – Biorąc pod uwagę fakt jak wolno jechałeś na swoim koniu zakładam, że chcesz jechać wolno.
Louis ugryzł wewnętrzną stronę policzka, podnosząc rękę, by chwycić dłoń Harry’ego, ale cofnął ją spoglądając na niego ponownie.
- Obiecaj. – powiedział, a Harry uśmiechnął się szerzej i skinął głową. Louis prawie wybuchnął głośnym śmiechem, gdy ten podniósł do góry mały palec.
- Obiecuję. – powiedział – Na mały paluszek.
- I mówisz, że to ja jestem dziecinny. – uśmiechnął się niższy, podnosząc swój mały palec do góry, a później pozwalając by Harry chwycił jego nadgarstek i pomógł mu wejść na konia, zaraz po tym jak sam cofnął się do tyłu. Louis usiadł przed nim i chwycił lejce i Harry również je chwycił, blisko dłoni szatyna, ale na szczęście nie dotykając ich. Spojrzał do góry, gdy czarny koń nagle zaczął się poruszać. Spiął się, ale Harry potrząsnął głową, więc starał się uspokoić.
- Denerwuje się jeśli ty się denerwujesz. – szepnął, a Louis pochylił się odrobinę, gdy zauważył jak blisko jego ucha były usta Harry’ego. Odwrócił się, rzucając mu krótkie spojrzenie, a później znów spojrzał przed siebie. Harry kopnął ponownie konia, który przyspieszył odrobinę - Nie spadniesz. – powiedział i Louis zdecydował, że mu uwierzy. Przede wszystkim dlatego, że starał się jakoś uspokoić – Złapię cię gdybyś miał spadać, ale nie spadniesz.
- Okej – wyszeptał Louis i ponownie zesztywniał, gdy Caeruleus nagle zrobił mały skok. Louis skrzywił się, słysząc mały, chrapliwy śmiech przy swoim uchu. Spojrzał w dół, na swoje ręce, które były teraz kilka milimetrów od rąk Harry’ego. Nie wyglądały na takie zimne jak Louisa. Jeśli by je dotknął mógłby sprawić, że wyglądałoby to jak przypadek. Harry odetchnął, gdy zaczęli skręcać i Louis poczuł jego oddech na policzku, zaczynając zastanawiać się, czy Harry go obserwował. Wstrzymał oddech, gdy znów szykowali się do kolejnego skoku. Koń przeskoczył i Louis puścił lejce, czując jak ciepłe palce dotykają jego dłoni, ale natychmiast ponownie po nie sięgnął, czując jak powoli zaczyna zsuwać się z konia. Harry owinął rękę wokół jego talii i pociągnął go z powrotem, uśmiechając się odrobinę, mimo tego, że Louis nie mógł tego zobaczyć.
- Ręce na lejcach, słońce. – powiedział, a Louis prychnął, kiedy Harry ponownie dotknął jego rąk i wypuścił z siebie powietrze, przesuwając dłonie po paśmie skóry. Może to nawet nie była skóra, nie wiedział.
- Więc nie dotykaj moich rąk. – wymamrotał i pisnął głośno, gdy wykonali kolejny skok. Harry zaśmiał się.
- Właśnie miałem je przesunąć. – powiedział, ale Louis wiedział, że to kłamstwo.
- Myślałem, że powiedziałeś mi, że nigdy mnie nie okłamiesz. – mruknął.
- Jeden wyjątek nie zaszkodzi. – powiedział cicho i Louis westchnął, potrząsając głową. Zawrócili, a niższy chłopak poczuł, że powoli przybliża się do Harry’ego i podciągnął się znów do przodu, wtedy, gdy poczuł jak jego plecy dotykają klatki piersiowej Harry’ego. Ale ten ponownie owinął rękę wokół talii Louisa i ponownie przyciągnął go do siebie. Niższy pokręcił głową.
- Nie. – wymamrotał i Harry poluźnił uścisk, ale wciąż go trzymał. Louis przełknął nerwowo wiele razy, czując jak jego serce bije tak szybko, że nie zdziwiłby się, gdyby nagle wyleciało mu z piersi. Pozostali w ciszy, aż z powrotem dotarli do Maculi. Harry pochylił się i wziął lejce, trzymając je, aż koń zaczął iść z nimi w stronę lasu. Louis nawet nie protestował. Zacisnął ręce na lejcach na Caeruleusie, a jego policzki były tak mocno zaróżowione, że był wdzięczny, że Harry nie może go teraz zobaczyć. Jego ręka wciąż była owinięta wokół jego talii.
- …czy to również po to żebym nie spadł? – szepnął, a Harry zachichotał ponownie, uderzając ciepłym powietrzem ramię satyna. Skinął głową, prowadząc obok nich posłuszną Maculę.
- Tak. – mruknął w odpowiedzi i Louis spojrzał w dół, na ziemię, chcąc zejść z konia i uciec jak najdalej, ale jego ciało nie ruszyło się. Ani drgnęło. Nawet nie mrugnął.
- …czy dwa wyjątki również nie zaszkodzą? – wymamrotał, nawiązując do wcześniejszego. Harry pozostał w ciszy i Louis wiedział, że to nie zmierza w dobrym kierunku. Nic z tego nie zmierzało w dobrym kierunku.
- Myślę, że nie. – szepnął w końcu. Louis zaczął czuć się dziwnie i zaprzeczył, całkowicie zaprzeczył przyznania tego, ale może… może, Harry nie był wcale taki zły. Może.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz