niedziela, 16 marca 2014

Następnego dnia Louis nie potrafi dłużej siedzieć w domu—a do tego naprawdę potrzebuje pieniędzy—więc wywleka się z mieszkania, czując się jak prawdziwe gówno i najprawdopodobniej tak samo wyglądając. Kiedy dociera do frontowych drzwi Cowell’s, zdaje sobie sprawę, że zapomniał swoich szkieł kontaktowych i wciąż ma stare, zepsute okulary, ześlizgujące się z jego nosa.

Przeklina się, kiedy przekracza próg sklepu i włącza światło, przechodząc za ladę i kładąc swoją głowę w dłoniach.

Nie obchodzi go klient, który właśnie wszedł do sklepu. Równie dobrze mogą go okraść, a on nie wyjmie swojego pistoletu, (na szczęście Pete’a) ale natychmiast się prostuje, kiedy ten ktoś kładzie przed nim coś dużego i metalowego na ladę.

- To toster – mówi Louis.

- Taa - odpowiada nieznajomy, którym jest Harry, oczywiście, że to Harry, więc Louis nie podnosi swojego wzroku, zamiast tego gapiąc się na urządzenie przed sobą.

- Chciałem pogadać – mówi Harry, trochę jakby brakowało mu oddechu. – I wiedziałem, że nie zignorujesz mnie jeśli będę udawał klienta. Nie miałem w domu nic co było zepsute i nie chciałem też, żeby było, a potem zobaczyłem swój toster i stwierdziłem, że nie jest zepsuty, ale tak czy inaczej mógłbyś na niego spojrzeć, prawda?

- … Nie naprawiamy tosterów.

- Oh – odpowiada Harry, po czym kręci się niespokojnie i podsuwa Louisowi swój telefon. iPhone’a. Oczywiście. – Proszę. Telefon mi się zepsuł.

Louis podnosi go i obraca się, wzdychając, kiedy po naciśnięciu guzika, pojawia się srebrne logo.

- Był wyłączony, Harry.

- Kurwa, Louis, wiem o tym, czy mógłbyś, proszę, na mnie spojrzeć? – Krzyknął Harry, a Louis powoli wypuścił powietrze i uniósł wzrok.

Harry wygląda jakby nie spał od ostatnich dwudziestu czterech godzin, a może nawet i więcej, a jego włosy są w całkowitym nieładzie. Bluzkę ma ubraną na lewą stronę, ale wciąż wygląda idealnie i Louis nie wie co ma do niego czuć. – Nie jesteś żadną organizacją charytatywną – zaczyna Harry, zatrzymując swój wzrok na Louisie, tak, żeby nie mógł spojrzeć w inną stronę. – Jesteś… jesteś geniuszem. Jesteś mądry i zdolny i chciałbym robić przynajmniej połowę rzeczy, którą ty umiesz, Louis.

Louis potrząsa wolno głową, ale Harry wciąż mówi.

- Jesteś niesamowity. Nigdy nie wykorzystałbym kogoś tak wyjątkowego jak ty, Louis. Nie wiedziałem, że ci się podobam, po prostu… wydawałeś się być niezainteresowany, kiedy wyszliśmy razem i, oczywiście, to nie było przyjemne, więc dlatego cię pocałowałem, ponieważ naprawdę bardzo tego chciałem i myślałem, że spławisz mnie i uśmiechniesz się lub coś takiego. Wciąż powtarzałeś, że źle wyglądasz, co jest kompletnym kłamstwem i myślałem, że nie chcesz, żebym mówił jak piękny jesteś, ponieważ, kurwa, Louis, jesteś piękny. I wiem, że nie powinienem wrzucać tych zdjęć bez twojej zgody, ale teraz folder jest już prywatny, bardzo, bardzo cię przepraszam. – Harry kończy głęboko oddychając. – Nawet nie wiesz jak niesamowicie gorąco wyglądasz w okularach, mówił ci już ktoś?

Louis nie zdaje sobie sprawy, że przestał oddychać, zanim nagle bierze głęboki wdech, kiedy Harry kończy mówić. Jego serce bije jak szalone, gdy patrzy na Harry’ego.

- Dlaczego ja? – pyta. – Możesz mieć każdego, dlaczego ja?

- Jesteś… idealny – odpowiada Harry, wzruszając ramionami.

Louis śmieje się niskim głosem. – Nie. Nie możesz tak mówić, nie ty.

- Louis, nie jestem idealny.

- Udowodnij.

- W porządku. Ch… chrapię.

- Proszę.

- Dziwnie ustawiam stopy jak chodzę.

- Wciąż urocze.

Harry jęczy i zatrzymuje się na chwilę. – Mam cztery sutki – oświadcza, na co Louis parska śmiechem.

- Taa, na pewno.

Harry przewraca oczami, po czym podnosi swoją koszulkę i, cholera, Louis musi siłą odciągnąć swój wzrok od długiego na milę torsu, żeby zobaczyć, na co wskazuje.

- Raz, dwa, trzy, cztery – mówi Harry, uśmiechając się. – Widzisz? Jestem genetycznie nienormalny.

Wzrok Louisa spada kilka centymetrów w dół. – Masz tatuaż motyla.

Harry spogląda w dół. – Uh, tak.

- Na twoim sześciopaku.

- Taa?

- Tak blisko i tak daleko – mówi Louis po kilku sekundach, a mały uśmiech pojawia się na jego twarzy.

Harry roześmiał się. – Ze wszystkiego wybrałeś tatuaż?

- Jesteś niedorzeczny. Co na to twoja mama?

- Przepraszam cię bardzo, pokochała go! – Krzyknął Harry, ścigając swoją bluzkę w dół, ale uśmiechając się.

- Dziwna rodzina – zauważa Louis. Bierze drżący oddech i uśmiecha się szerzej.

Ramiona Harry’ego luźno opadają, po czym zaczyna szczerzyć się jak głupi. Żołądek Louisa fika koziołka, tak jak zawsze na widok dołeczków Harry’ego, ale tym razem wyciąga rękę i ich dotyka, pocierając kciukiem zagłębienia.

Harry zamiera na kilka sekund i obraca się tak, że teraz jego policzek znajduje się w dłoni Louisa. Przygryza wargę.

- Mam coś dla ciebie – mówi, wyciągając małą pamięć z kieszeni.

Louis unosi brew w zakłopotaniu, ale nie zdejmuje swojej dłoni. Harry pochyla się nad ladą, tak samo jak i Louis, ich twarze dzielą centymetry.

- Tak? – Pyta, a Harry odchrząkuje.

- To playlista. Dla ciebie. Piosenki, które przypominają mi o tobie. Albo takie, które byś polubił. – Harry rumieni się. – Chciałem wypalić płytę, ale mój laptop nie ma napędu CD. Powiedz mi, jak bardzo to jest głupie?

I to wystarcza, żeby Louis zmniejszył pomiędzy nimi odległość i przyciągnął twarz Harry’ego do swojej. Całuje go mocno, przygryzając jego wargę, chcąc pozostawić go bez oddechu i zdenerwowanego. Kiedy Louis odsuwa się, jest tak jak chciał, a Harry znowu głupio się uśmiecha.

- Bardzo głupie – zgadza się Louis i uśmiecha się, kiedy Harry pochyla się ponownie.

——————

Łóżko Harry’ego jest miękkie. I duże. I ciepłe. I Louis w ogóle nie chce z niego wstawać.

Ale wstaje niechętnie, wzdychając, kiedy czuje zapcha naleśników. Wykrzywia się w grymasie, gdy wstaje – w końcu minęło trochę czasu, a Harry jest ogromny—ale mimo wszystko naciąga bokserki i pogniecioną koszulkę Harry’ego, uśmiechając się, kiedy widzi jak luźno zwisa na jego ramionach.

Idzie powoli do kuchni, a Harry uśmiecha się, kiedy go zauważa.

- Ładna koszulka – komentuje, na co Louis wystawia język, zanim pochyla się do pocałunku.

- Wszystko mnie boli – jęczy Louis, a Harry przygryza wargę, chichocząc, kiedy trzeci głos prycha.

Louis odwraca się i widzi blondyna, śmiejącego się nad swoim jedzeniem przy stole. Jego policzki stają się czerwone i ukrywa swoją twarz w ramieniu Harry’ego.

- Nienawidzę cię – mamrocze, a Harry się śmieje, prowadząc go do stolika, uprzednio kładąc małą poduszkę na jego krzesło i uśmiechając się, kiedy wykrzywił się z bólu.

Harry siada obok, podając Louisowi naleśniki. – Louis, Niall. Niall, Louis.

- Tak, stary, wiem jak się nazywa – odpowiada Niall z grubym irlandzkim akcentem. – Jestem pewien, że po ostatnie nocy cały kompleks wie.

Louis rumieni się, a Harry przewraca oczami. Niall śmieje się z nich. Jedzą w ciszy przez chwilę, podczas której Harry uderza pod stołem swoim kolanem o kolano Louisa, a ten nie może przestać się uśmiechać.

- Więc, niesławny Niall – odzywa się po chwili Louis, przerywając ciszę. – Dużo o tobie słyszałem i o twoich sprytnych sposobach.

Louis uśmiechnął się, puszczając oko do Harry’ego, który nagle stał się bardzo zainteresowany swoim śniadaniem.

- Naprawdę?

- Oczywiście. Dobra robota z hasłem na laptopie Harry’ego – odpowiada Louis, uśmiechając się, kiedy zabawnie klepnął Harry’ego po ramieniu.

Harry zamiera, a Niall patrzy na niego, potem na Louisa, a później znowu na Harry’ego.

- Nigdy nie używałem jego laptopa, kolego – mówi Niall, a Harry robi się cały czerwony. – On nikomu nie pozwala go dotknąć.

Louis patrzy z niedowierzaniem na Nialla, po czym zamiera i wszystko układa mu się w całość.

- Harry!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz