- Harry?
Harry nie rozpoznawał głosu. Jego głowa pulsowała, a ostre światło sprawiało, że zmrużył oczy. Było tak jasne, jak lampa na tamtej ulicy. Ale to było światło w pokoju.
Pokój.
Czuł, jak ciężar głowy krępował każdy jego ruch, ale on czuł się bardziej komfortowo. Nie leżał na betonowym chodniku. Zamiast tego, znajdował się na miękkiej poduszcze. Usłyszał szelest gdzieś obok siebie i odwrócił głowę w tamtą stronę. Zobaczył postać, jednak wciąż nie był pewien, kim ta osoba jest. Styles próbował mrugać i wtedy usłyszał głos ponownie.
- Harry! Obudź się dla mnie, dobrze?
Uderzyło go to. Wysokość jego głosu. To było tak dziwne, że prawie poczuł, jak słowa walnęły go w pierś. Tym razem nie mógł się mylić. To był on. To był Louis Tomlinson.
W mgnieniu oka wstał, nie dbając o głowę, ani o ból gdzieś w brzuchu. Skręcił w kierunku Louisa. Miał rację. Widział, jak emocje Louisa mieszały się ze sobą, tworząc coś na wzór niepokoju i złości. Patrzył na niego niebieskimi oczami z mnóstwem pytań, słowami gotowymi do obrażenia go, a jednak było tam ciepło, coś, czego Harry’emu brakowało przez cały czas.
- Czy ty kurwa –
Harry przerwał Louisowi, przyciągając go do siebie. Zamknął go wewnątrz swoich ramion i ukrył twarz w zagłębieniu jego szyi.
- Louis… To ty… BOŻE. Nie wiem, co mam robić. Tęskniłem za tobą tak mocno. Tęskniłem za tobą tak cholernie mocno… - Wszystko w tym samym czasie. Harry’ego nie obchodził, co Louis słyszał, a czego nie chciał słyszeć. Potrzebował, żeby mu to powiedzieć, powiedzieć mu wszystko. Wszystko, co bał się powiedzieć wcześniej i gdyby miał powtórzyć to jeszcze raz, zrobiłby to.
- Nigdy nie pozwolę ci znów odejść, Lou. Przysięgam. Nigdy nie pozwolę ci odejść – przytulił go mocno. Łzy spływały mu po policzkach, próbował utrzymać swoje emocje. Mógł wreszcie trzymać Louisa w swoich ramionach, pozwolić sobie wdychać jego zapach i czuł pocieszające ciepło, gdy z nim przebywał.
- Bardzo mi przykro. Proszę. Proszę, wybacz mi. Proszę, obiecaj mi, że nigdy mnie już nie zostawisz.
- Harry. Uspokój się… Musiałem się upewnić, że dobrze się czujesz! – Louis odsunął się, jednak odległość między nimi pozostała na tyle bliska, że czuli swój wzajemny oddech.
– Co ty, do cholery, robiłeś poza barem? Leżałeś tam nieprzytomny, z krwią na koszuli… Jak mogłeś pokazać się mi tak i… I… Tak cholernie się martwiłem o ciebie, idioto…
Głos Louisa załamał się, kiedy ukrył twarz w dłoniach, a jego całe ciało drżało.
- Dobrze, ze Liam przyszedł ze mną. I nie wiedziałem, co z tobą zrobić, nawet, kurwa, nie odpowiadałeś, ani nic. Musiałem czekać, aż się obudzisz, żeby wiedzieć, że wszystko z tobą w porządku…
- Lou, jest w porządku…
- To dlaczego, do cholery, masz krew na koszuli?! – Louis krzyczał. Jego oczy spotkały się z oczami kędzierzawego.
- J-ja byłem na parkiecie, kiedy do mnie zadzwoniłeś, lub do mnie nie zadzwoniłeś, nie wiem. I byłem tak bardzo pijany. Zobaczyłem kogoś podobnego do ciebie i natychmiast złapałem go w pasie i pocałowałem…
- Pocałowałeś go? – Louis nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. To było tak słodkie i zabawne jednocześnie, że nie mógł się powstrzymać od delikatnego uśmiechu.
- Byłeś aż tak pijany?
- Po prostu tak bardzo tęskniłem, że chyba wariowałem – ręce Harry’ego sięgnęły do dłoni Louisa. Jego kciuk delikatnie ścisnął kostki Tomlinsona.
Louis spojrzał na Harry’ego, który miał na ustach bolesny uśmiech, gdy spojrzał w dół na ich złączone ręce. Nie zdawał sobie sprawy, ile bólu zadał osobie przed nim i było mu przykro. Przykro, za nie zrozumienie jego sytuacji; przykro, za zostawienie go.
- Ja za tobą też, Haz. Nie potrafiłem myśleć prawidłowo. Płakałem całą noc. Chciałem być z tobą, ale nie wiedziałem jak – Louis chwycił dłonie Harry’ego, kładąc je na swojej twarzy i całując je.
- Ale już ze mną jesteś, Lou. Jesteśmy tutaj razem – Harry pochylił się i pocałował czoło szatyna. Drugi chłopak zamknął oczy na ten dotyk, czując rozpoznawalne ciepło warg Stylesa na swojej skórze.
Harry wyciągnął się i zatrzymał, podczas gdy oboje mierzyli się nawzajem spojrzeniem. Nie potrzebowali już żadnych wyjaśnień. Oboje wiedzieli, co zrobili, czego nie byli w stanie zrobić i tysiące słów nic by im nie dało, aby wiedzieli, że potrzebowali siebie każdym kawałkiem ciała. To po prostu było wiadome.
Styles umieścił swoje usta na ustach Louisa i przysiadł się bliżej niego. Tęsknił za tym, jak Louis wplątywał palce w jego włosy i pogłębiał pocałunek, słysząc słodki jęk przy każdym ruchu jego języka. Ich ciała ocierały się o siebie, a wzajemne ciepło rozjuszało ich zmysły.
Harry siedział na kolanach, pozostawiając usta Louisa na chwilę, po czym rozebrał siebie i Louisa. Wrócili do całowania, mocniejszego i zachłanniejszego; nie mieli jak oddychać, ani jak mówić.
Harry przyparł Louisa do łóżka. Wpatrywali się w siebie, kiedy Styles przeniósł usta na szyję szatyna, a następnie na jego ramiona, złośliwie gryząc je lekko, w odpowiedzi słysząc jęki chłopaka. Dłonie Harry’ego wylądowały na czerwonych spodniach Tomlinsona, uśmiechając się na fakt, że widział identyczne w barze; rozpiął je z łatwością i przygryzł dolną wargę, patrząc na Louisa, która rozpaczliwie mierzył go wzrokiem, gdy ściągał swoje spodnie.
Kędzierzawy zgiął nogi Louisa, kiedy wszedł między nie, zarówno dysząc przez ciepło ich długości i Harry nie musiał dłużej czekać, aby położyć palce na ustach Louisa.
Szatyn posłał mu słodki uśmiech i zassał wszystkie palce, wyginając plecy w przód dzięki ruchom języka na palcach Harry’ego, powoli, jednak dokładnie liżąc każdy palec.
- Kurwa – wymsknęło się Harry’emu, jak wyciągnął dłoń. Podniósł nogi Louisa do góry, żeby dać mu lepszy dostęp. Musnął swoje wilgotne palce przy jego wejściu, pozwalając Tomlinsonowi na odrobinę radości.
- Dalej. Nie drażnij mnie! – Louis podniósłszy głowę, zacisnął mocno ręce na pościeli. Harry się uśmiechnął, wchodząc w niego palcami. Szatyn wypuścił głośne westchnięcie. Krążył palcami w nim, czyniąc go mniej ciasnym, a Louis krzyczał jego imię za każdym razem, gdy trafiał w czułe miejsce, co doprowadzało go do szaleństwa.
Harry wyciągnął palce i owinął sobie nogi Louisa wokół bioder, aby być jak najbliżej.
- Kocham cię tak bardzo, Louis.
- Ja ciebie też, Haz.
Harry powoli pchnął w jego wnętrzu, będąc coraz bliżej i bliżej, pochylając się i wchodząc głębiej. Louis nie mógł pomóc, jednak ciężko oddychał z każdym ruchem loczka. Gdy twarz Stylesa była o cal od jego twarzy, trzymał go za włosy i przyciągał do pocałunku. Harry spojrzał na niego pytającym wzrokiem, czy czuł się dobrze, na co Louis tylko pocałował go ponownie w odpowiedzi.
Harry poruszał się w Louisie. Robił to powoli, jednak czując, że Louis był przygotowany na więcej, zaczął pchać szybciej.
- Kurwa. Jesteś tak cholernie ciasny… Ah…
- Miesiąc to jednak długo, Styles – Louis podrapał plecy Harry’ego, a czując jego penisa uderzającego w czułe miejsce, tracił zmysły. – Szybciej… Boże… Dobrze.
- Nigdy taki nie byłeś, jak uprawialiśmy seks, Lou – Harry przygryzł wargę, gdy poruszał biodrami mocniej. Louis zaplątał palce w jego loczkach, przyciągając go bliżej siebie.
- Nadchodzi! – Louis jęknął w ramię chłopaka.
Harry zacisnął zęby i poruszył się kilka razy więcej, zanim razem nie doszli. Louis puścił Harry’ego, czując, jak cała energia opuściła jego ciało.
Harry powoli odsunął się i położył obok szatyna. Obaj skulili się przy sobie, zmartwieni, czy Liam zobaczy ich nagich wcześnie rano. Louis owinął ramiona wokół Harry’ego, który nie protestował; wręcz przeciwnie, oparł głowę na piersi Tomlinsona.
- Przepraszam za wszystko – Harry wyszeptał, mając nadzieję, że Louis jeszcze nie zasnął.
- Byłeś zdezorientowany, a ja powinienem to zrozumieć. Również przepraszam – Louis pocałował go w skroń, przytulając mocniej. – Bałem się, że zdasz sobie sprawę, że mnie nie chcesz i zostawisz mnie na dobre.
- Nigdy cię nie opuszczę, Lou. Będę cię chronić. A jeśli ktoś poprosi mnie, żebym zrobił takie coś drugi raz, uderzę go w twarz i powiem „jesteśmy razem, więc spierdalaj” – Harry zachichotał, podnosząc głowę, by zobaczyć niebieskie oczy Louisa zwrócone na niego. Te same oczy, w których się zakochał. Powód tego wszystkiego.
- Obiecaj mi, że nigdy mnie nie opuścić.
- Nigdy, Haz. Obiecuję.
Harry obserwował, jak powieki Louisa opadają i podniósł się, żeby ułożyć sobie Louisa na swoim ramieniu, przy okazji głaszcząc jego włosy. Zamknął oczy i przypomniał sobie wszystko. Jak głupi był, nie zdając sobie sprawy, że od momentu, gdy tylko go zobaczył, zakochał się w nim. To było głupie z jego strony, że myślał, że to tylko zazdrość lub konkurenkcja. Wszystko tam było od początku. Głos, który zwyczajnie ignorował. Głos w nim, który mówił mu, co jest dobre, lecz on temu zaprzeczał i wreszcie głos, który wreszcie mu uświadomił, że powiedział mu prawdę, ale wtedy, gdy prawie stracił Louisa.
Nigdy więcej. Nigdy więcej już nie straci tej osoby. Ponieważ od tego dnia nie był już dłużej zmieszany. Usłyszał jego wewnętrzny głos, który mówił mu:
chroń Louisa i kochaj go, choćby nie wiem co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz