piątek, 21 marca 2014

* Kiedy Louis myślał o domu, wiele rzeczy przyszło mu do głowy. Korytarze olbrzymiego pałacu, zawsze jasne i błyszczące, wielkie okna dające sporą ilość naturalnego światła, a także piękny widok na ogród różany z boku budynku. Jego lekcje, które miał ze swoim ostrym i wymagającym nauczycielem, gdzie nauczył się więcej, niż było potrzebne, by objąć tron.


Późne eskapady nocne z Lottie, podczas których dwójka biegała w środku nocy, unikając strażników, którzy próbowali zamknąć ich w swoich pokojach, by nie przemieszczali się do swoich sypialni nawzajem i nie robili zamieszania, gdy pozostali śpią.

Te szczególne popołudnia z Eleanor w ogrodzie różanym, kiedy mógł po prostu być sobą, z dala od politycznego bałaganu i presji jego instruktora, który ciągle mu o tym przypominał.

Przypomniał sobie, że z jednej strony bardzo chciał wciąż być księciem, ale bez tej politycznej gówno-prawdy, którą musiał znosić, lecz Eleanor kazała mu nie myśleć tak nieodpowiedzialnie, skoro jest błogosławiony.

Louis sapał, kontynuując swój niedbały bieg wzdłuż ulicy.

-Uważaj! - jakiś mężczyzna sapnął na niego gniewnie, gdy Louis zderzył się z nim, nie zwalniając.

Książę złapał się boleśnie za ramię, jego twarz zwróciła się do ziemi, a serce dudniło mocno w piersi. Louis pamiętał obiady rodzinne, które dzielił z siostrami i rodzicami. Zawsze żartował, że zostanie uznany za nieodpowiedniego przez swojego ojca, na co ten go często karcił, ale to wszystko było tak beztroskie, że szybko o tym zapominał.

Już nie potrafił przypomnieć sobie śmiechu jego rodziny. Kiedy widział ich ostatni raz? Rzeczywiście, to nie było aż tak długo, ale biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło do tej pory, wyglądało jak wieczność.

Louis skręcił ostro wokół budynku, aż znalazł się w środku grupy kobiet, które nagle krzyknęły w zaskoczeniu, kiedy potknął się obok nich z pomrukiem. Ostatecznie znalazł równowagę i mógł biec dalej. Przypomniał sobie, jak zdenerwowany był, gdy dowiedział się, że zostaje wysłany na studia za granicę.

Jego nauczyciel był nieustępliwy, ale mężczyzna był jeden z najlepszych, jakich Louis mógł mieć. Jego rodzice grali dobrych do momentu, gdy ojciec ze złością zamachnął się na niego. Louis mógł jedynie odejść, ze złością przyjmując swój los.

Słowo jego ojca było prawem we wszystkim. Będąc księciem, opuścił go, jednocześnie będąc uziemionym na dobre. Wszystkie jego siostry odwiedzały go w pokoju w nocy, aby go pocieszyć. Louis nie był na to zbyt otwarty, wciąż marudząc na temat wyjazdu z domu do Francji.

Louis próbował się zatrzymać, gdy jeździec na koniu galopował równolegle w dół ulicy. Mężczyzna wyglądał na naprawdę zmęczonego, młodego człowieka.

Teraz, gdy zatrzymał się pierwszy raz, odkąd opuścił bar, Louis mógł poczuć moc adrenaliny, która po raz pierwszy wypłynęła z jego ciało. Płuca płonęły, ale wiedział, że musi biec dalej, nawet jeśli go to zabije.

Gdy wreszcie złapał oddech, zimna kropla uderzyła go w nos i Louis w duchu zaczął przeklinać swe straszne szczęście. Spojrzał w górę, a potem przypomniał sobie o kapeluszu Harry’ego, który w jakiś cudowny sposób nadal był na jego głowie, od początku tego szalonego biegu.

Kolejna kropla deszczu spadła z nieba, a kolejne leciały coraz szybciej i szybciej, gdy Louis rozejrzał się za odpowiednim miejscem dla schronienia przed ulewą, która przybierała na sile.

Louis przyparł plecami do ściany jednego z budynków na kamiennej ulicy, zdjął kapelusz i pozwolił sobie uderzyć tyłem głowy do powierzchni za nim. Uderzenie w okno zabolało go i Louis skrzywił się, kiedy prawą ręką trzymał mocno lewe ramię.

Wbijając w jakiś punkt swe niebieskie spojrzenie, starał się przeanalizować wszystko, co wydarzyło się do tej pory. Było dobrze, bo był wystarczająco daleko od Harry’ego. Jednak ta bardziej logiczna jego strona powiedziała mu coś innego. Postąpił głupio.

Skok przez okno, by uciec, nie mając zielonego pojęcia o mieście, w którym się znajdował. I nawet, jeśli on i Harry byli daleko od siebie, pirat miał tę zaletę, iż znał układ miasta, nie wspominając już o tym, że wiedział, iż Louis nie wie nic na temat Irlandii czy Dublina.

Kiedy wspinał się do okna w toalecie, jedyną rzeczą, o której myślał, było uciec od Harry’ego. Było to możliwe tylko raz, kiedy został rozdzielony z kapitanem, który był z kolei rozproszony. To doskonała okazja, ale w końcu… Możliwości nie miały znaczenia, kiedy wciąż był marnym pionkiem szachowym na planszy Harry’ego. To wszystko było zbyt trudne.

Louis przygryzł swoją dolną wargę, ześlizgując się po ścianie budynku, znajdującego się za nim. Błyskawica uderzyła w ziemię, a chwilę potem huknął grzmot, na co Louis spojrzał w niebo, które wyglądało, jakby płakało. Och, ironio, jeśli ktoś powinien tu płakać, to tylko on. Wszystkie bzdury, które musiał znosić, nagle stanęły naprzeciw niemu.

Harry zabije go, kiedy tylko go znajdzie. To było pewne. Louis mógł sobie wyobrazić wściekłość kapitana, kiedy zorientował się, że Louis uciekł, bo pirat był wystarczająco inteligentny, by domyślić się, jak tego dokonał. Był przecież przestępcą.

Jeśli Harry go znajdzie, wszystkie myśli o wolności znikną. Jeśli Louis naprawdę chciał dostać się do domu, musiał to zrobić teraz, albo umrzeć.

Biorąc głęboki wdech, brunet podniósł się na nogi. Deszcz wciąż ciężko padał i Louis spojrzał w zamyśleniu na kapelusz. Byłoby głupio go tu zostawić, bo gdyby potem Harry go znalazł, miałby jakąś wskazówkę, gdzie zmierzał książę.

Katedra Świętego Patryka. To miejsce, gdzie musiał się udać. Gdyby tylko znał drogę.

Ludzie nadal spacerowali po wybrukowanych ulicach, pod parasolami, całkowicie nieświadomi losu Louisa.

- Przepraszam, proszę pani, może mi pani poświęcić trochę czasu – Louis wychrypiał, gardło miał suche od wszystkiego, co zrobił i miał nadzieję, że nie wygląda aż tak źle, kiedy wyszedł na ulicę, by podejść do kobiety, która wracała z owocami z sklepu z centrum.

Zamrugała, a jej parasol przesunął się w dłoni, gdy spojrzała na Louisa ostrożnie.

- Bardzo proszę, czy może mi pani wskazać kierunek do Katedry Świętego Patryka? - zapytał zmęczonym głosem.

Wskazówki, które otrzymał powiedziały Louisowi, że jego podróż nie będzie tak długa, jak się obawiał. Pochwalił siłę, która zdawała się być po jego stronie chociaż raz.

Deszcz złagodniał i w połowie jego podróży do katedry, całkowicie przestał padać. Ręka wciąż go bolała, na co w duchu się skarżył. Nie sądził, by było to złamanie, a przynajmniej, miał nadzieję.

Po powrocie do Anglii był pewien, że wszystko zostanie naprawione, gdy nagle zobaczył duży budynek kościoła na dole ulicy, co sprawiło, iż miał wrażenie, że ramię przestało boleć.

Ponownie założył kapelusz Harry’ego – ale tylko dlatego, by nie zmoczyć włosów jeszcze bardziej! To wszystko! -, i w tym momencie, gdy zaczął biec wzdłuż ulicy, uśmiech na jego twarzy rósł, gdy spojrzał na budynek.

Był bliżej z każdym, kolejnym krokiem, czuł jak serce bije mu szybko, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Gdy przeszedł przez ciemne, zardzewiałe bramy, by ruszyć do wejścia, poczuł promieniującą z niego radość. Oślepiony szczęściem, książę sięgnął po zatrzask, by otworzyć drzwi i wejść do kościoła.

Jego uśmiech zniknął, kiedy tylko podniósł głowę.

- Hej, Louis.

Świat Louisa pogrążył się w ciemności i czuł, jak jego serce bije szybko w panice.

- Dlaczego? - zapytał z frustracją w głosie, odrzucając głowę w tył, by spojrzeć w niebo. - Dlaczego?

- Wydaje mi się, że to moja trasa – Liam skrzywił się lekko, a jego brązowe oczy były bez wyrazu. - Wiem, co się wydarzyło z tobą i z Harry’m. Ja…

- Nie obchodzi mnie, co masz do powiedzenia, jasne? - nie mogąc się powstrzymać, Louis mruknął. - Po prostu nie. Mam już dość was, kurwa, oszustów jak na jedno życie – uniósł dłoń, by uciszyć pirata.

Louis nie spodziewał się, że to się stanie, bo jakim cudem to się właśnie dzieje?! Jak Harry był w stanie skontaktować się z Liamem tak szybko? Skąd Liam wiedział, że zmierza właśnie tutaj? Czy to takie oczywiste?

Kiedy o tym myślał, coś jeszcze przykuło jego uwagę. Dlaczego to Harry nie przyjechał, a Liam? Coś nie tu pasowało. Ale była to tylko jedna przeszkoda na drodze do wolności i, na szczęście, było to jedno z najsłabszych ogniw One Direction. Harry był głupcem, jeśli myślał, że ktoś tak miły jak Liam będzie w stanie powstrzymać Louisa przed powrotem do domu.

- Jestem tak blisko i nie pozwolę ci tego zrujnować, Liam. Wiem, że to, co zrobiłem, by uciec od Harry’ego było złe, ale wiesz, jak byłem traktowany. Przysięgam, że jeśli mi nie przeszkodzisz, nie powiem im, że to byliście wy. Wymyślę jakąś historyjkę o porywaczach, a Zjednoczone Królestwo zostawi was w spokoju. Przysięgam, tylko proszę, nie… - próbował uargumentować, że jeśli Liam go nie wypuści, będą z tego same problemy.

- Nie mam zamiaru cię zatrzymywać, Louis – Liam rzekł zdecydowanie, na co Louis otworzył szeroko oczy, gdy patrzył, jak pierwszy oficer One Direction z westchnieniem wsuwa dłonie do kieszeni.

To nie może być takie proste.

- To nie takie proste – Louis odpowiedział nagle, na co Liam pokręcił głową.

- Rozumiem, że cholernie mocno chcesz wrócić do domu. Ale chcę tylko, byś się zatrzymał i przez chwilę pomyślał.

Louis oblizał spękane wargi, nim Liam kontynuował, jego wzrok był poważniejszy, niż wcześniej.

- Harry jest najbardziej zabójczym piratem, pływającym po morzach i oceanach. Jest nazywany Księciem Szkarłatnego Morza, bo jest bardziej chory, niż chciałbym powiedzieć. Zabił wielu i dla każdego życia, które odebrał, jestem więcej niż pewien, że nie poczuł ani szczypty wyrzutów sumienia. Ale z tobą, Louis, kiedy mówię, że coś dla niego znaczysz…

- Znaczę coś dla niego? - Louis zaszydził w jego stronę. Włożył rękę pod koszulę, by wyciągnąć smycz, przymocowaną do obroży i pomachał nią w powietrzu, w kierunku Liama. - Masz myśli to samo, jak szmaciana lalka znaczy coś dla psa? Bo to jedyne, co przychodzi mi do głowy.

- Myślałem, że między wami lepiej się układa.

- Nigdy nie powinniśmy być razem – Louis odpowiedział. - Nie powinienem być na tym statku. Nie powinienem był zostać porwanym. Nie znaczę dla Harry’ego nic więcej, za wyjątkiem kolejnej osoby, z którą może się zabawiać, a to jest coś, czemu się sprzeciwiam. Nie jestem zabawką, Liam. (Louis, jak możesz?! Tylko w tym opowiadaniu moje serce Was shippuje! XD – tłum.)

- Mówisz to tylko ze względu na swoje wcześniejsze życie i dlatego, że nie znasz Harry’ego. Louis, po prostu mnie posłuchaj. Harry traktuje cię jak nikogo przedtem, jasne? Mówi o tobie w taki sposób, iż nie potrafimy ci nie dokuczać. Gdyby nie miał jakiejś słabości do ciebie, nie sądzisz, że już dawno by cię zabił? - Liam bronił kapitana, na co Louis tylko zmarszczył brwi.

On nie chce tutaj stać i debatować o tym, dlaczego powinien chcieć wrócić do bycia więźniem. To było głupie.

- Mam dość tej rozmowy – Louis westchnął, kręcąc głowę i ruszył do przodu, a Liam wciąż stał z założonymi rękoma. Szczerze mówiąc, książę oczekiwał, iż oficer po prostu go złapie, gdy ten go minie, ale nie zrobił tego.

Gdy Louis przekroczył wejście do kościoła, usłyszał głos Liama, który zauważył grzecznie:

- Masz kapelusz Harry’ego.

Louis zatrzymał się, by spojrzeć w tył na pirata, który nie zmienił pozycji. Marszcząc brwi, Louis spojrzał w górę, na kapelusz na głowie.

- Tak… On dał mi to wcześniej – zastanawiał się, czy powinien oddać go Liamowi dla Harry’ego, ale gdy zbyt dużo czasu minęło pomiędzy zdaniami, wiedział, że będzie to zbyt niewygodne.

- Widzę – Liam zerknął przez ramię z małym ukłonem i stoickim wyrazem twarzy.

Książę skinął głową, nim wrócił do kontynuowania spacery schodami, w prawo, gdzie widniały kolejne drzwi. Nagle znów usłyszał rozdrażniony ton Liama.

- Louis, nie możesz powiedzieć, że nie starałem się pomóc.

- Do widzenia – zdezorientowany Louis, uniósł brew.

Wzruszając ramionami, przebiegł szybko dłonią przez włosy, po czym odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

Miał nadzieję, że nie wyglądał zbyt strasznie, zwłaszcza, że ma spotkać biskupa. Wypuszczając spokojny uspokajający oddech, chwycił klamkę nim pchnął ją, by otworzyć. Drzwi zaskrzypiały głośno w porównaniu z martwą ciszą w miejscu kultu i oczy Louisa rozszerzyły się w zachwycie.

Dzieła sztuki, które pokrywały ściany i sufit były piękne, a on przypomniał sobie ogromne ilości czasu, który spędził w kościele w Anglii, kiedy był młodszy i brał udział w chrztach swych sióstr.

Idąc dalej, odchylał mocno szyję, podziwiając niezwykłe obrazy, jednak wyraz jego twarzy zmienił się w przerażenie, gdy jego wzrok zatrzymał się na ołtarzu.

Harry usiadł na podeście, jego nogi wisiały swobodnie, gdy patrzył ponuro na Louisa.

- Co za niespodziewane spotkanie, Louis.

Kurwa. Kurwa. Kurwa.

Wszystko w umyśle Louisa dosłownie wymknęło się spod kontroli. Dlaczego Harry tutaj był?! Przecież Liam był na zewnątrz! Dlaczego Harry był tutaj!? Dlaczego?!

Pytania dudniły wewnątrz jego czaszki, odbijając się od ścian mózgu (kurwa, jakiego mózgu, Tomlinson? >.< - tłum.), kiedy zorientował, że trzęsie się ze strachu. Nie było dobrze. Naprawdę nie było dobrze.

- Ja…Jak ty tu? - nie potrafił walczyć z jąkaniem się, gdy zrobił krok w tył.

Harry przechylił głowę w bok i, w przeciwieństwie do tego, co zwykle, nie uśmiechał się arogancko, a tylko spoglądał na Louis pustym, obojętnym wzrokiem.

- Chciałbym powiedzieć, że jest mi przykro za przebicie twojej bańki marzeń, ale nie jest – warknął z założonymi na piersi rękami. - To moja gra, nie twoje. W tej grze, pozwól mi wyjaśnić: nie jesteś nawet graczem. Louis, jesteś częścią tej gry – jego słowa wyszły z jego ust spokojnie, gdy podniósł się na nogi.

Harry odwrócił się i zaczął spacerować po ołtarzu, na co serce Louisa poczęło tłuc się w strachu, kiedy zobaczył mężczyznę przywiązanego łańcuchami to wielkiego krzyżu, w centrum kościoła.

Człowiek miał na ustach biały knebel, ale i tak zdało się usłyszeć jakiś bełkot i protesty. Jego oczy śledziły ruchy Harry’ego, w jego wszech rozpoznawalnym terrorze.

Kapitan piratów pochylił się w stronę pojmanego mężczyzny, szepcząc mu coś na ucho, a gdy Harry odwrócił się, zaczął rozważać ucieczkę.

Nie potrafił znaleźć czucia w nogach, by to zrobić, bo w tym momencie miał do czynienia z innym Harry’m. Tego samego Stylesa widział tamtej nocy na pokładzie The Rose. Z tym wyjątkiem, iż teraz to Louis był adresatem jego furii.

Jeśli by tu został, Harry prawdopodobnie go zabije, bo wszystko, co kiedykolwiek zrobił, dopiero teraz do niego dotarło. Uciekł i zrobił dokładnie to, czego Harry nie chciał i teraz otrzymywał reakcję na to.

W momencie, gdy Harry odsunął się od mówienia do biskupa, odwrócił się z powrotem do księcia i Louis nagle zrozumiał, co Eleanor miała na myśli, mówiąc, że boi się Harry’ego. (no Tommo, szykuj się na mocny wpierdol! *idzie po popcorn* - tłum.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz