czwartek, 20 marca 2014

* Nigdy nie podejrzewał, że wpakuje się w taką sytuację jak ta. Ciężkie łańcuchy były mocno zaciśnięte na jego obu nadgarstkach i kostkach. Ciemne i wilgotne pomieszczenie, w którym się znajdował, oświetlane było tylko przez jedną świecę, która wisiała nad nim w kaganku i, jak podejrzewał, była ona o krok od wypalenia się w nie mniej, niż następne dwadzieścia minut. Powoli podniósł jedną rękę i przebiegł nią przez swoje brudne włosy.


Louis nigdy nie wyobrażał sobie siebie samego w tej sytuacji kilka godzin temu, kiedy był nadąsany faktem, iż przekracza Kanał La Manche w kierunku Francji, by rozpocząć studia kulturoznawstwa z dala od domu, które rzekomo miały pomóc mu po wstąpieniu na tron króla Wielkiej Brytanii. Teraz była to myśl o przeszłości, a wszystko przez piratów.

Piraci… Pojawili w nocy jak uderzenie pioruna, precyzyjniej i szybciej, niż można się spodziewać. Statek został zaatakowany przez rój morskich przestępców, a on próbował się ukryć, chociaż wiedział, że gdy statek zostanie przejęty, nic ich nie powstrzyma. Powiedział, że mogą zabrać wszystko, co chcą, byle tylko oszczędzili statek i załogę wraz z nim.

Nie, żeby jego królewskie słowa miały jakikolwiek wpływ na to obrzydliwe grono. Już miał umrzeć przez kulę, która wycelowana była w jego gardło, gdy Eleanor wykrzyknęła jego imię, walcząc zaciekle w ramionach innego pirata. Jego tożsamość jako księcia natychmiast została ujawniona i, zamiast śmierci, jeden z załogi piratów wystąpił o oszczędzenie go. Mieli brytyjski akcent, ale to w żaden sposób nie zapobiegło temu, że statek został przejęty, a sam książę skuty i zakneblowany z zawiązanymi oczami.

Tak po prostu, Louis Tomlinson został zabrany ze swego królewskiego statku na okręt nieznanej grupy piratów. Po tym, jak chłopiec przyprowadził go do pokoju, przykuł do ściany i zostawił zamkniętego, Louis złapał się na myśleniu o wielu rzeczach zwłaszcza, gdy poczuł, że statek ruszył.

Prawdopodobnie był jedynym ze swojej załogi, który wciąż żyje.

Prawdopodobnie każdy inny był martwy.

Starał się nie myśleć o tym tak intensywnie. Perspektywa tego, że martwe ciało Eleanor może znajdować się gdzieś w falach Kanału wystarczyła, by w jego zawiązanych oczach pojawiły się łzy. Nie dość, że nie wiedział, jak okrutni i bezwzględni piraci mogą być, to jeszcze jego życie najprawdopodobniej skończy się gdzieś wzdłuż linii brzegowej.

To wszystko było beznadziejne. Kto by pomyślał, że książę Wielkiej Brytanii zginie w ten sposób?

Czas mijał niewiarygodnie powoli w wilgotnym pomieszczeniu. Louis czuł każdy ruch okrętu i chociaż fale były dość posłuszne i spokojne, księciem nadal miotały nudności. Skrzywił się, kiedy usłyszał strzępy rozmów mężczyzn w korytarzu, mijających jego drzwi. Piraci najwyraźniej byli mieszanych narodowości. Teraz słyszał ich dwóch i jeden z pewnością był Irlandczykiem.

Kiedy odgłosy rozmów i kroków ucichły, Louis nieznacznie się zrelaksował. Jeśli oni nie szli po niego, ktoś z pewnością to zrobi. Dlatego jego myśli wróciły do każdego innego…

Jak zareagują rodzice, gdy dowiedzą się, że jego okręt nie przybył do Francji w godzinach porannych zgodnie z planem? Jak państwo zareaguje?! Jedyny męski dziedzic tronu brytyjskiego zniknął. Równie dobrze mogą uznać go za zmarłego.

Matka będzie płakać, nie ma wątpliwości. Ojciec także będzie smutny na duszy. Z pewnością będą obwiniać się za to, co się stało, bo przecież oni wysłali go na studia za granicę. Louis tak bardzo chciałby powiedzieć im, że to nie jest ich wina.

To tylko ci przeklęci piraci. Cholerni, samolubni i lepiej, kurwa, martwi piraci. I jeśli książę miałby możliwość, od razu wysłałby ich prosto na szubienicę, i to milion razy. Wszyscy byli tak samo samolubni. Ale to przecież nic. Tylko kilka drobnych kradzieży, grabieży statków i zabijanie niewinnych ludzi.

Znów usłyszał kroki na korytarzu, szybko zbliżające się do jego drzwi i Louis skoncentrował się na nadchodzącej parze, która rozmawiała za cienką ścianą pokoju.

- Powiedz Zaynowi, że dziękuję mu za wyjaśnienie wszystkiego. Chryste, gdybym tam był jestem pewien, że wszyscy wylądowaliby za burtą - śmiech słychać było dalej od głosu, który był najwyraźniej przy drzwiach.

- Mam cię, Kapitanie! Odnośnie tego całego jedwabiu, który mamy, razem z Liamem zastanawialiśmy się, czy należy trzymać go w skarbcu czy w naszych pomieszczeniach prywatnych - głos miał irlandzki akcent i Louis od razu skojarzył go jako jeden z tych, przechodzących koło drzwi wcześniej.

Grymas pojawił się na twarzy księcia; wiedział, że jedwab zabrali z jego statku. Był cholernie wiele wart, a teraz został skradziony przez tę brudną bandę, jakby to było nic znaczącego.

- Skarbiec jest w porządku, Niall. Teraz, jeśli mi wybaczysz, mam ważną randkę z kimś specjalnym - ton głosu rozmówcy nie zrobił nic szczególnego, a sprawił, że krew zagotowała się Louisowi w żyłach. Nie podobało mu się jak ten facet mówi. Był zbyt zarozumiały.

- Och? Masz na myśli księcia? To jego pokój, nie?

- Tak. Byłem zbyt zajęty obsługą innych technicznych pierdół* na statku, więc po prostu chciałbym spędzić resztę nocy z nim.

-O, ho, ho! No cóż, Kapitanie Styles! Nie pozwól mi zatrzymywać twojej gry**! Właśnie zmierzam do skarbca! - Irlandzki głos zaśmiał się i zaczął zanikać w korytarzu.

Skrzypienie drzwi rozbrzmiało w uszach Louisa i natychmiast zesztywniał, kiedy dotarły do niego myśli. Drzwi były otwarte, a obecność innej osoby w pomieszczeniu sprawiła, że książę naprawdę starał się utrzymać spokojny oddech.

Kapitan Styles. Człowiek na zewnątrz nazwał tę osobę: Kapitan Styles.

Louis, im więcej myślał o tej sytuacji, tym bardziej zaczynał panikować. Ten sam Kapitan Styles, który najechał, splądrował i zatopił tylko sześćset statków w ciągu roku. Kapitan znany na Wyspach Brytyjskich jako Książę Szkarłatnego Morza, ze względu na ilość krwi przelanej w oceanie, gdy okradał okręty. Kapitan, który był podobno najbardziej brutalnym i najgroźniejszym z piratów, dominujących na wodach świata.

Niesławny Harry Styles, Książę Siedmiu Mórz. Louis był na jego statku. I śmierć była blisko - nieważne, co by zrobił.

Przygotowany na coś takiego jak uderzenie w twarz, Louis chrząknął pokornie i spuścił głowę w stronę desek. Zagryzł cicho dolną wargę, jakby czekając na kulę do przykucia przy nodze, lecz to nie nadeszło. Zamiast tego zesztywniał, gdy tylko poczuł, jak para rąk obejmuje jego głowę.

Był w stanie praktycznie zobaczyć sylwetkę pirata, gdy opaska na jego oczach zaczęła się poluźniać. Jego tęczówki natychmiast spotkały się ze światłem, po raz pierwszy od godziny, a nowa twarz, bruneta o kręconych włosach, uśmiechała się.

- Hm… Masz ładne oczy.

Musiał zamrugać kilka razy, by upewnić się, że wszystko przetworzył prawidłowo. Ten młody człowiek, dosłownie młody to był Harry Styles? To musiał być żart. On nie mógł mieć więcej, niż siedemnaście lat!

Louis sam nie był wiele starszy, jedyna dwudziestka na karku, ale niezależnie od tego, to był Harry Styles? Pirat, którego bali się żeglarze na całym świecie? Morderca Siedmiu Mórz z zimną krwią? To musiał być, kurwa, on.

- Nie dotykaj mnie! - Louis natychmiast syknął, odsuwając głowę w tył i skupiając się z powagą na twarzy Harry’ego. - Łapy z dala ode mnie, paskudny przestępco!

Pozornie nieprzygotowane do tej reakcji, usta Harry’ego rozciągnęły się w kształcie litery “o”, gdy spojrzał na Louisa, a jego zdezorientowany wzrok ustąpił rozbawieniu. Louis mruknął, próbując wręcz wcisnąć się w ścianę za nim, a jego ręce płynnie przesuwały się po podłodze.

- Żądam uwolnienia mnie! W tym momencie, słyszysz?! Nie będę więźniem jakiegoś dziecka-pirata! - upierał się.

Harry jednak nie wyglądał na zastraszonego. W rzeczywistości, jego uśmiech wydawał się rosnąć, gdy patrzył na Louisa szeroko otwartymi oczami.

- Wiesz, nawet wśród piratów, gdy kogoś spotykasz, z reguły się przedstawiasz. Myślałem, że jako książę, masz lepsze maniery, niż mężczyźni, z którymi mam do czynienia. Co z ciebie za książę!

Ten chłopak nie mógł być poważny. Zwyczajnie go wyśmiał.

- Mam gdzieś maniery, nie chcę tu być! Rozkuj mnie i wyślij do Anglii, teraz! - Louis zacisnął zęby.

- Wszystko, czego chcę od ciebie, to byś się mi przedstawił. To nie jest trudne, wiesz? A teraz przestań krzyczeć, bo jestem tuż obok ciebie - zauważył Harry, kręcąc głową, gdy zamiast nadal kucać, zwyczajnie usiadł na podłodze.

Widząc, że ich dwójka będzie w tym pomieszczeniu przez dłuższą chwilę, w ramach zapoznania się, Louis przeklął w duchu.

- Jeśli ci się przedstawię, wypuścisz mnie? - znał odpowiedź, ale warto było spróbować.

- Może. Kto wie? - Harry zamruczał, spoglądając na niego chytrze.

To było bez sensu, ponieważ oboje wiedzieli, że nie zrobi nic takiego, a jeśli by zrobił, byłoby to natychmiastowe działanie Boga na jakiejś części Louisa.***

Książę skrzywił się, jednocześnie odwracając uwagę od twarzy Harry’ego.

- Jestem Louis Tomlinson, Książę Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, choć śmiem uważać, że to już wiesz - starał zachować się wyższy ton głosu podczas wymawiania swego tytułu, by ten chłopak wiedział, iż nawet mimo niewoli jest wyższego rzędu, niż on.

- Jesteś bezwarunkowo bezczelny jak na księcia. Już prędzej jak księżniczka. Ale niemniej jednak, miło mi poznać, Wasza Wysokość - Harry zaśmiał się szyderczo i Louis tak bardzo chciał, by jego ręce były wolne, aby mógł zakneblować temu aroganckiemu gówniarzowi usta. Zarozumiały uśmieszek na jego ustach był męczący.

- Nazywam się Harry Styles, Książę Siedmiu Mórz i kapitan statku One Direction, choć śmiem uważać, że to już wiesz - zaszydził, łapiąc Louisa za podbródek. Ten ledwie zdążył się przeciwstawić, gdy jego głowa siłą została odwrócona w stronę młodego kapitana, który uśmiechał się egoistycznie. - Witamy na pokładzie mojego okrętu, ponieważ nie zamierzasz go w najbliższym czasie opuścić.

- Nie. Dotykaj. Mnie - Louis potrząsnął głową, by się uwolnić i spojrzał chytrze na niego.

- I muszę jeszcze przedstawić ci kilka zasad, które obowiązują na One Direction, bo wydajesz się dość dzikim pasażerem - Harry potrząsnął głową niemal żałośnie, nim stanął na równych nogach. Louis wbił wzrok w podłogę, zanim usłyszał jak kędzierzawy chłopiec zaczyna znów mówić. - Ale pierwsze i najważniejsze prawo powiem ci już teraz, księżniczko.

Louis uwolnił z siebie zduszony krzyk, gdy bez ostrzeżenia jego szyja została wyciągnięta w górę, a zimny, metalowy łańcuch został mocno zaciśnięty wokół niej przez Harry’ego, który spojrzał w oczy Louisa, pochylając się w dół. Jego oczy wypełnione były niczym innym, jak brutalnością, co pozwoliło mu na zatrzymanie wszelkich protestów ze strony brytyjskiego księcia.

- Każdy, naprawdę każdy na tym statku należy do mnie, Kapitana. Bez znaczenia, kim jesteś i jak się z tym czujesz. Jeśli jesteś na tym statku, jesteś mój. I nie waż się myśleć inaczej - Harry wypuścił ochrypły oddech, patrząc w dół na Louisa ze stoickim spokojem.

Nim Louis zdołał w ogóle zarejestrować te groźnie spokojne słowa w swojej głowie, Harry puścił łańcuch, oplatający jego szyję i wybiegł z pokoju.

Jego uwolnione gardło zaczerpnęło świeżego powietrza, lecz srebrna obroża wciąż znajdowała się na szyi. Louis sapnął pokornie, gdy dotknął szczelnie opiętej skóry. Mrużąc oczy pod przyćmionym światłem w pokoju, jego wzrok powędrował do łańcucha, za który ciągnął Harry chwilę temu.

Znów opanowała go skrajna gorycz i gniew, bo kto by pomyślał, że Książę Wielkiej Brytanii wpakuje się coś takiego?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz