wtorek, 18 marca 2014

*Louis siedział w tym samym fotelu, w którym siedział poprzedniego dnia i opierał swój podbródek na przedramieniu. Padał deszcz, a on obserwował błyski i słuchał grzmotów, które dobiegały z zewnątrz. Było całkiem przytulnie, gdy pokój oświetlił się w czerwonoszare kolory, a niebo na zewnątrz przybrało ciemnoniebieski odcień z odrobiną pomarańcza, wychylającego się słońca. Szatyn postanowił, że skoro może, to będzie cieszył się tym widokiem. W Anglii nigdy tak nie było.

Odkąd się tutaj znalazł, myślał o swoim kraju bardzo dużo. Rzeczy takie jak na przykład prysznic czy telewizor uważał za pewne w swoim życiu. To zabawne jak szybko je stracił. Tak samo Eleanor, czy Nialla. Nie był nawet pewien, czy oni już wiedzą, że zniknął. Wycieczka do Los Angeles miała trwać kilka miesięcy, a teraz nie wiedział nawet kiedy będzie mógł wrócić. Jeśli w ogóle będzie mógł wrócić.

Wypuścił z ust powietrze, sprawiając, że szyba w oknie zaparowała odrobinę, a później patrzył jak powoli zanika. Nudziło mu się i mimo tego, że Harry dał mu koc, który na początku odmówił przyjąć, było mu zimno. Harry zostawił go dla niego na łóżku, a później wyszedł. Louis przez dłuższą chwilę po prostu gapił się na leżący koc, aż w końcu sięgnął po niego i owinął go wokół siebie.

Zastanawiał się czy jesień przychodziła tutaj szybciej, ponieważ liście zaczynały już zmieniać odrobinę swój kolor. Mimo tego dni wciąż były ciepłe, a noce zimne i Louis nie miał pojęcia co się dzieje. Myślał tylko, że można uznać to za lato.

Patrzył przez okno, gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, a później kroki u jego boku. Przygotował się na to, że za moment poczuje rękę na swoim ramieniu lub plecach, ale wszystko co słyszał to dźwięk otwieranej i zamykanej szafki, tuż obok niego. Usłyszał jeszcze małe chrząknięcie, które poinformowało go, że Harry wciąga na siebie grubszą koszulę. Milczał, a jego niebieskie oczy wpatrywały się w swoje bose stopy. Harry był blady i również musiał uznać, że zrobiło się zimno.

- Jesteś głodny? – zapytał Harry, a Louis pokręcił przecząco głową, nie chcąc nic mówić – Jesteś pewien?

- Jestem pewien. – wymamrotał.

Harry zamruczał coś pod nosem, wciąż nie ruszając się z miejsca. Niższy rzucił na niego okiem, myśląc, że wyjdzie, ale Harry nawet na niego nie spojrzał. Patrzył gdzieś za okno, a na Louisa spojrzał dopiero wtedy, gdy ten zaczął się ruszać. Szatyn nie zawarczał na niego bo jeszcze chwilę wcześniej sam robił dokładnie to samo. Przejechał wzrokiem w górę i w dół po jego ciele, po obcisłych jeansach i granatowej bluzie. Louis przełknął ślinę, gdy jego oczy zatrzymały się na metalowych łańcuszkach, które wisiały u szyi wyższego. Nie zauważył ich wcześniej, albo Harry po prostu nie miał ich na sobie. Nie wiedział, nigdy nie był spostrzegawczy.

Harry westchnął ponownie, obejmując grubą tkaninę koca palcami. Zadrżał trochę i spojrzał na bok, gdy na zewnątrz ponownie rozbłysły światła.

- To Alaska. – powiedział nagle. Louis ponownie na niego spojrzał.

- Alaska? – zapytał – Dlaczego Alaska?

- Dlaczego nie? – uśmiechnął się wyższy – Według mnie to najlepszy stan ze wszystkich.

Louis przyglądał mu się, czując jak jego zęby gryzą wewnętrzną stronę jego policzków.

- Dlaczego postanowiłeś mi to powiedzieć? – wyszeptał – Teraz mogę powiedzieć to policji i mnie znajdą.

- Być może. – wyższy wzruszył ramionami, krzyżując ręce na piersi i bębniąc palcami w biceps – Myślę, że zasługujesz zna to by wiedzieć, gdzie jesteś.

- Jesteś beznadziejny. – mruknął Louis, odwracając wzrok.

- Mówiłeś mi to.

Louis ponownie zamrugał, przesuwając się na fotelu. Przyciskał swoje zgięte nogi do górnej części ciała. Jego pięty były zimne. Westchnął w duchu.

- Zimno mi. – powiedział – Mogłeś wybrać Hawaje, albo Australię.

- Nie lubię ciepła, więc nie. – zaśmiał się Harry. Louis przesunął palcami po swoich włosach, krzywiąc się, gdy poczuł, że są brudne.

- Dlaczego w takim razie opuściłeś Anglię? – wymamrotał – Tam wcale nie ma upałów.

- Powiedzmy po prostu, że nie byłem tam najszczęśliwszy.

Szatyn ponownie na niego spojrzał, marszcząc brwi, gdy zauważył wyraz twarzy Harry’ego. Wpatrywał się w podłogę, a na jego twarzy gościł uśmiech, gdy kopał paznokciami w ramiona. Mimo wszystko nie wyglądał na bardzo szczęśliwego.

- Jesteś teraz? – zapytał Louis – Tutaj, mam na myśli?

- Przynajmniej szczęśliwszy niż wcześniej. – powiedział Harry, patrząc na drzwi sypialni. Louis podążył za jego wzrokiem.

- Co w takim razie sprawia, że jesteś nieszczęśliwy? – mruknął – Masz dom, konie i piękny widok.

Harry ponownie wzruszył ramionami.

- W życiu chodzi o coś więcej niż o posiadanie rzeczy. – powiedział, uśmiechając się łagodnie w dół, na Louisa, który musiał oderwać od niego swój wzrok.

Szatyn prychnął.

- Jak można być szczęśliwym nie mając domu?

- Uwierz mi, że można. – powiedział Harry, przyglądając się przez chwilę swoim palcom – Myślę, że bezdomny może być szczęśliwszy niż ktoś z rezydencją, samochodem i całą rodziną.

- Jak? – zapytał oczekując odpowiedzi, ale jej nie dostał. Zmarszczył brwi, zaciskając pięści – Odpowiedz mi, kiedy cię o coś pytam.

Harry zaśmiał się i pokręcił głową, odwracając się, by spojrzeć na mniejszego chłopaka, który siedział z kocem owiniętym wokół jego ciała.

- Możesz być niechciany.

Louis podniósł na niego wzrok, gryząc odrobinę usta, niepostrzeżenie, tak, że sam ledwo to zauważył. Już miał zapytać go, czy był niechciany, ale Harry uśmiechnął się i wyszedł, zanim zdążył to zrobić.

Drzwi zamknęły się za nim i Louis zdał sobie sprawę z tego, że wstaje i idzie za nim, zatrzymując się w połowie schodów. Harry również się zatrzymał, gdy zdał sobie sprawę, że za nim idzie. Spojrzał do góry na Louisa z małym uśmiechem.

- W czym mogę pomóc? – zapytał, a szatyn odchrząknął, czyszcząc swoje gardło.

- Niechciany? – zastanowił się, a na twarzy wyższego pojawił się uśmiech.

- No wiesz. Że jesteś niechciany przez ludzi, których kochasz.

- Byłeś niechciany?

- Zostawmy to na kiedy indziej.

- Co jeśli nie będzie kiedy indziej? – wziął głęboki oddech.

- Będzie. – powiedział Harry, cicho żując gumę – Kiedyś.

Louis warknął odrobinę, a Harry wskazał mu górę, z małym uśmieszkiem. Ukłonił się odrobinę.

- Może wróciłbyś na górę? – zasugerował – Mogę zabrać cię na zewnątrz jutro.

- Nie możesz mi mówić co mam robić. – wymamrotał do niego Louis, a Harry zaśmiał się miękko, grając palcami na rąbku swojego swetra.

- Cóż, może zrobiłbyś to sam z siebie? – powiedział – Myślałem, że mnie nienawidzisz.

- Bo nienawidzę. – mruknął niższy – Ale wciąż mogę jeszcze pytać.

Harry skinął głową, ponownie wskazując na schody.

- Jeśli nie masz więcej pytań równie dobrze możesz wrócić na górę. – powiedział. Louis spojrzał na niego.

- Gdzie idziesz? Zostawiasz mnie tutaj samego?

Harry potrząsnął swoją głową.

- Nigdy nie zostawię cię tutaj samego na dłużej niż dzień. – powiedział – Idę tylko do łazienki.

Niższy chłopak przełknął ślinę. Wyglądało na to, że zamierza trzymać go tutaj do śmierci. To było niewygodne i Louis był pewien, że Harry również o tym wiedział. Na pewno pomyślał o tym samym. Załapał to od samych jego spojrzeń i jeśli nie stanie się to z braku żywności lub wody to nie miał pojęcia od czego. Nawet jak uciekał Harry prawie wciągnął go z powrotem jakby był małym, nieposłusznym dzieckiem, a on jego matką.

- Dlaczego nie masz prysznica? – wyszeptał.

- Toaleta była wystarczająco droga. – uśmiechnął się Harry i to było to, Louis odwrócił się i wrócił do swojej sypialni, rzucając się ponownie na łóżko. Harry udał się do kuchni, sięgając do trzeciej szuflady, z której wyjął zawartość, a chwilę później poszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi.

Louis stracił poczucie tego jak długo już tam przebywał. Przynajmniej przestało padać, a nawet słońce wyjrzało odrobinę zza chmur, malując bose stopy i uda Louisa słonecznymi promieniami. Chwilę później podniósł się i usiadł, przyciągając swoje kolana do klatki piersiowej i przez chwilę bawił się palcami, patrząc na szafę przed nim. Nawet zwlekł się z łóżka i ją otworzył, ale nie było tam nic więcej oprócz jakiś koszulek i koszul. Były czyste i rzadko używane, więc Louis zorientował się, że Harry nie często ubiera się w ten sposób. W każdym razie i tak tego nie potrzebował. Był przecież w samym środku niczego, w Alasce.

Alaska.

Louis nie przywiązywał dużej uwagi do przedmiotów takich jak geografia, więc mógł jedynie wskazać to miejsce na mapie, ale to było to. Nic więcej. Nie znał żadnych miast, ani nic podobnego, więc to zdecydowanie nie pomogłoby mu, gdyby jakimś cudem udało mu się stad wydostać.

Wciąż jednak nie rozumiał dlaczego Harry spośród wszystkich miejsc wybrał akurat Alaskę. Mógł przecież wybrać Kanadę, Francję, albo Finlandię. Może nawet Szwecję.

Potrząsnął głową i westchnął, opierając się plecami o wezgłowie łóżka, a jego opuszki palców rysowały cicho jakieś małe, beznadziejne wzory na prześcieradle. Jego policzek spoczywał mu na nadgarstku, a sam siedział na kolanach, oddychając cicho, gdy rysował nowe, małe i bezsensowne wzory. Co gdyby wybrał Anglię? Londyn?

Zagryzł wargę, gdy przewrócił się z łóżka i wylądował na podłodze. Podnosił się na kolanach z małym jękiem. Były trochę obolałe, więc Louis nie mógł ich za to winić. Prawdopodobnie chodził po lesie przez całe wieki, więc nie zdziwiłby się, gdyby jego nogi okazały się całe czerwone z zadrapań, a kolana sine z zimna.

Wstał i podszedł do okna, które później otworzył, popychając je do tyłu i wspinając się na dach. Jęknął odrobinę, gdy się poślizgnął, ale po raz kolejny nie spadł. Zszedł z awaryjnej drabiny tak cicho jak mógł, nie chcąc narobić niepotrzebnego hałasu. Harry wciąż tutaj gdzieś był i coś robił, a niebieskooki uznał, że jest to coś w czym nie powinien mu przeszkadzać. Jedynym co teraz czuł był strach, dlatego właśnie musiał się zatrzymać, chwytając rąbek swojej koszuli. Zatrzymał się tuż za oknem i ugryzł dolną wargę, w ciszy spoglądając przez szparę, która była między progiem, a głównymi drzwiami. Obserwował Harry’ego, który siedział znów na kanapie. Jego spojrzenie utkwione było w książce, którą trzymał. Tym razem była inna niż poprzednio. Okładka była biała z jakimiś zdjęciami. Louis nawet zmrużył odrobinę oczy, próbując odczytać tytuł, ale nie udało mu się, więc jedynie pokręcił z niezadowoleniem głową. To nie miało sensu. Harry był za daleko, a Louis stracił swoje soczewki kontaktowe dawno temu. Od wszystkiego zaczęła boleć go głowa.

Wstał, czując, że powoli zamarza i w połowie drogi Harry nagle odwrócił się i spojrzał mu w oczy, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Wejdź do środka, na zewnątrz jest zimno. – powiedział i Louis zrobił to co mu kazał. Nie dlatego, że chciał być posłuszny dla tego chłopaka, ale dlatego, że naprawdę było zimno jak diabli. Jego uda zaczęły trochę drżeć, gdy zamknął za sobą drzwi i spojrzał na buty, które stały obok niego, obydwa mokre i brudne. Od razu je rozpoznał, wiedząc, że były to dokładnie te same buty, które ukradł, próbując uciec. Zamrugał, a później podniósł swój wzrok na Harry’ego.

- Znalazłeś je. – powiedział cicho na co Harry jedynie skinął głową, wracając do lektury, a Louis zauważył, że oprócz tego trzymał kartki papieru, między niektórymi stronami i notował.

- Tak – odpowiedział – Zajęło mi to trochę czasu.

- Nie masz więcej par?

- Mam, ale są na jesień i zimę. – powiedział i Louis przewrócił oczami.

- Nie zatrzymam się tutaj na tak długo.

- Nigdy nie wiesz. – powiedział i była to ostatnia rzecz, zanim podkurczył na kanapę swoje nogi i ponownie zaczął czytać. Louis warknął na tył jego głowy i zupełnie nie chciał uwierzyć w to, że nie będzie w stanie się stąd w żaden sposób wydostać. Nie ważne czy będzie musiał iść, biec czy nawet znaleźć gdzieś samochód, był pewien, że jakoś wróci do domu. Miał życie, na miłość boską.

Odwrócił się i poszedł do kuchni, patrząc na puste ściany i regały, które były wzdłuż schodów. Zamrugał.

- Masz samochód? – spytał, a Harry westchnął, pocierając oczy za plecami szatyna.

- W garażu, tak. – potwierdził, a jego łokieć znalazł się na oparciu kanapy, gdy obserwował swojego zakładnika, chociaż nienawidził nazywać go w ten sposób – Ale nie powiem ci gdzie są kluczyki.

- Skąd wiesz, że nie uda mi się go odpalić inaczej?

- Nie uda ci się.

Louis spojrzał na niego, obserwując jego niepotrzebnie surową, a jednocześnie spokojną twarz. Udało mu się nawet dostrzec mały uśmiech na jego twarzy i od razu poczuł się niedobrze. To wyglądało tak jakby się z niego śmiał, jakby znajdywał radość w tym, że go po prostu porwał. Louis wziął drżący oddech, patrząc gdzieś w bok. Jego powieki błysnęły ponownie i Harry zdawał się to zauważyć bo wstał i podszedł do Louisa, który wpatrywał się w swoje bose stopy przed sobą. Chłopak w kręconych włosach pochylił się i wyciągnął rękę i tak szybko jak Louis poczuł trzy ciepłe palce na policzku, tak zrobił szybki krok do tyłu uderzając mocno plecami o ścianę. Jęknął, zamykając oczy. Jego długie rzęsy posklejały się, gdy zaczęły wypływać spod nich łzy. Louis chwycił kołnierz koszuli i wytarł je, a potem spojrzał na Harry’ego. Ale Harry miał tylko na twarzy niewielki uśmiech, którego Louis nienawidził. Jego nienawidził. Wszystkiego.

- Nie dotykaj mnie. – wyszeptał, a Harry zmarszczył brwi, ale opuścił rękę. To było wystarczająco dobre dla Louisa, który po raz kolejny odwrócił wzrok. Nie lubił patrzeć mu w oczy. Były jak małego dziecka.

Przez chwilę obydwoje byli cicho i Louis wiedział, że Harry przez cały czas go obserwował. Wiedział to bo obserwował go kątem oka i widział, że się nie ruszył. W tym czasie bębnił posiniaczonymi palcami o swoje uda. Louis czuł się tak, jakby znalazł się nago w pokoju pełnym kamer. Nawet zastanawiał się czy to może być powód dla którego Harry go tutaj trzymał. By go związać, nakręcić, a później sprzedać materiał. Możliwe, że oczywiście przesadzał, ale to była ostatnia rzecz, którą Louis miał w głowie. Harry, który chciał go zamordować również nie był numerem jeden. To było dość przerażające.

- Jestem głodny. – wyszeptał po chwili Louis, która wydawała się trwać wiecznie. Jego małe palce zawinęły się na jasnej, drewnianej podłodze. Zamrugał w dół na podłogę – I jest mi zimno.

Na szczęście zaczął się uspokajać i jego oczy nie łzawiły już tak bardzo. Niebieskooki był szczęśliwy, myśląc, że Harry prawdopodobnie nic nie zauważył. Wyższy chłopak kiwnął głową, obserwując Louisa z małym uśmiechem. Przebiegł dużą dłonią po lokach.

- Mam trochę ubrań w komodzie na górze. Możesz je wziąć. – powiedział, ciszej niż zazwyczaj jak zauważył Louis. Szatyn potrząsnął głową.

- Chcę moje. – wymamrotał – Nie chcę twoich. – powiedział i Harry westchnął w miejscu, wzruszając ramionami. Podniósł ręce w poddającym się geście.

- Dobrze. Pójdę po nie i ci je dam, a później zrobię ci obiad. – powiedział i Louis pozostał cicho, spokojnie kopiąc swoimi palcami podłogę. Jego ręce splecione były za jego plecami.

Harry również milczał, gdy odwrócił się i wyszedł na górę pokonując dwa stopnie za jednym razem. Louis wpatrywał się w jego nogi przez sekundę, stojąc w tym samym miejscu i słuchając jak Harry mamrocze coś na górze. Możliwe, że mówił do siebie bardzo dużo. Louis nigdy nie mówił do siebie. Harry wrócił na dół kilka chwil później z czymś, co wyglądało jak para spodni dresowych i sweter. Louis od razu pokręcił głową.

- Powiedziałem, że chcę moje.

- To wszystko co mam, kochanie.

- Nie mów do mnie kochanie. – mruknął Louis i po prostu wziął od niego ubrania. Był zbyt zmęczony by się kłócić. Spojrzał do góry, na Harry’ego, a później wkradł się do małej łazienki i zamknął drzwi, siadając cicho na krawędzi wanny. Siedział tam przez jakiś czas, jakoś się ubierając. Jego nagie palce poruszały się po podłodze. Westchnął, odchylając głowę i patrząc w sufit. Biała farba odchodziła. Nie żeby było to jakimś ważnym szczegółem, czy coś.

Gdy Louis ponownie wyszedł z łazienki, jego wcześniejsza koszulka leżała starannie złożona na desce klozetowej, a on został powitany wspaniałym zapachem. Był wdzięczny, że jego nos znów działał poprawnie. Louis natychmiast mógł wyczuć, że Harry robił kurczaka, a fakt ten został potwierdzony, gdy z ciekawością zajrzał za rogiem do kuchni i zobaczył Harry’ego przerzucającego coś na patelni. Obserwował go przez chwilę, zastanawiając się czy dla innych ludzi też tak gotował jak dla niego. Ugryzł wewnętrzną część swojego policzka, gdy Harry zaczął kroić paprykę i również wrzucając ją na patelnię. Może to był zwykły zbieg okoliczności, ale Louis kochał paprykę.

Musiał się ukryć, gdy Harry odwrócił się, by wziąć coś z półki. Stał tam przez chwilę, aż jego nozdrza uderzył znajomy zapach curry. Możliwe, że to również był przypadek, ale Louis dodawał curry do prawie każdego posiłku, który jadł. Odwrócił się, by spojrzeć na wyższego, gdy ten nagle pojawił się obok niego. Jego policzki były delikatnie zaróżowione od ciepła pieca, a włosy przylgnęły mu do czoła. Stał strasznie blisko niego, więc Louis cofnął się, szarpiąc swój sweter przez chwilę.

- Obiad gotowy. – uśmiechnął się chłopak w kręconych włosach i Louis skinął głową, nie patrząc na niego, gdy przechodził, by usiąść przy stole. Wszystko było już przygotowane, dwa białe i odrobinę popękane talerze stały naprzeciwko siebie, razem ze szklankami i sztućcami. Harry nawet umieścił na stole jakieś zielone serwetki, ale Louis był raczej pewien, że nie będzie ich używać. Westchnął odrobinę, obserwując ręce Harry’ego jak bierze z patelni jedzenie i nakłada je na jego talerz. Louis, choć tego nienawidził, musiał przyznać, że wszystko pachniało absolutnie cudownie.

Niższy chłopak nie podziękował mu za jedzenie, gdy Harry usiadł naprzeciwko niego, chociaż chłopak wyglądał tak jakby na to właśnie czekał. Niebieskooki po prostu wziął do ręki widelec i zaczął jeść, bez żadnego słowa. Nie chciał mu też powiedzieć, że wszystko smakowało wyśmienicie, dopóki nie został o to zapytany.

- Smakuje ci? – zapytał Harry, a Louis przeklął w duchu.

- Tak – wymamrotał, kontynuując przeżuwanie tych cholernych kawałków kurczaka, które smakowały jak kawałek nieba. Z ust Harry’ego wydostał się niski pomruk zadowolenia. Louis warknął, dźgając kawałek papryki, zanim włożył go sobie do ust. Później odsunął od siebie talerz, zostawiając na nim dwa kawałki warzyw i trochę kurczaka. Oddałby życie, by zjeść i to, ale nie było mowy o tym, by sprawił, że Harry poczułby się zadowolony z tego, że zrobił coś dobrego. Wyższy chłopak zauważył, że Louis zostawił trochę jedzenia i przesunął je na swój własny talerz, zjadając. Louis skrzyżował ramiona i odchylił się do tyłu.

- Sądzę, że nie masz ochoty na deser? – powiedział cicho Harry, z małym śmiechem, gdy wpakował ostatni kawałek kurczaka do ust i sięgnął po wodę.

- Nie. – mruknął w odpowiedzi Louis i wstał, a później przysunął krzesło bliżej stołu co prawdopodobnie było niepotrzebne, ale czuł taką potrzebę. Zaczął iść po schodach na górę, czując się znacznie lepiej, gdy trochę zjadł.

Jego ręka znalazła się na poręczy, gdy szedł, a palce zetknęły się z zimnym drewnem. Tak samo schody były zimne. Był śmieszny, narzekając na coś tak bezużytecznego, naprawdę.

- Zabieram cię gdzieś jutro. – usłyszał.

Louis ponownie spojrzał na Harry’ego, obserwując dołeczki na jego policzkach, które pojawiły się tam na skutek uśmiechu. To był cud, jak ktoś tak chory mógł się uśmiechać w taki sposób. I Louis myślał, że śmianie się z takich małych rzeczy jest całkowicie głupie. Niebieskooki był tutaj tak szczęśliwy, że nie uśmiechnął się jeszcze ani razu. Oczywiście nie było powodu by miał się uśmiechać.

- Jadę do domu? – zapytał z małą iskierką nadziei wewnątrz niego, która umarła tak szybko jak tylko Harry potrząsnął swoją głową. Nie, oczywiście, że nie. Co on sobie w ogóle myślał? Że Harry po prostu pozwoli mu odejść?

- Nie, zabieram cię na polowanie. – powiedział wyższy i Louis prychnął.

- Oh wow. Skaczę z radości.

Harry zaśmiał się, idąc do kuchni z pustymi talerzami i szklankami. Włożył je do zlewu, a Louis oparł łokieć na poręczy, w ciszy uderzając o nią własnymi paznokciami.

- …Na co będziemy polować? – zapytał po krótkiej chwili. Przynajmniej mógł zapytać.

Harry wydawał się zamyślony przez chwilę.

- Ptaki – powiedział w końcu – Orły.

- Czy to w ogóle dozwolone? – wymamrotał Louis, patrząc na górę schodów. Nigdy wcześniej nie był na polowaniu, więc nie miał pojęcia jak to wygląda. Harry wzruszył ramionami.

- Nie wiem. – powiedział, a jego ciało obniżyło się odrobinę, gdy wziął duży oddech – Nikt do tej pory mnie nie złapał.

Louis westchnął, przecierając trochę swoje oczy. Czuł się zmęczony, mimo tego, że przez cały dzień nie robił kompletnie nic. Był przyzwyczajony do życia w szybkim tempie, więc nie robienie niczego wyciskało z niego więcej niż mógłby przypuszczać.

- A co jeśli to jest niezgodne z prawem? – wymamrotał.

- Porwałem cię. Nie wydaje mi się, że zabicie kilku orłów jest uważane za coś gorszego. – Louis spojrzał na niego na dół, zauważając, że znów przeczesuje swoje włosy. Musiał mieć to w zwyczaju, domyślił się Louis. Miał tylko nadzieję, że nie robił tego przygotowując mujedzenie.

- Dobrze powiedziane. – powiedział, skręcając się odrobinę w miejscu, w którym stał. Wyjście na polowanie z Harrym nie było najbardziej atrakcyjną rzeczą jaką słyszał, ale było znacznie lepsze niż siedzenie tutaj samemu przez cały dzień i umieraniu z zimna, próbując uciec. Poza tym, możliwe, że Louis będzie mógł chwycić broń Harry’ego i go zastrzelić. Nie, on wciąż nie był mordercą. Być może wkrótce się nim stanie, ale nie teraz.

- Dobrze. – powiedział Louis, zgadzając się – Pójdziemy jutro na polowanie.

Harry odwrócił się odrobinę i podniósł wzrok, mrużąc lekko oczy.

- Dobrze. Zaczniemy wcześnie rano, więc idź i odpocznij trochę.

- Nie możesz mówić mi co mam robić.

- Proszę, idź do łóżka kochanie.

- Nie mów do mnie kochanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz