Okazuje się, że Louis posiada Chevroleta Camaro z 1967 roku, którego kupił całkowicie rozwalonego, kiedy miał szesnaście lat i spędził cały ostatni rok szkoły, ratując go.
Kiedy Harry zgadza się prośbę (nie przejmując się tym, gdzie go zabiera, tak długo jak będzie mógł spędzić trochę czasu ze starszym mężczyzną), niebieskooki chłopak uśmiecha się, a jego uśmiech rozprzestrzenia się na całej twarzy, powodując że oczy marszczą się, a na jego nosie pojawiają się wgłębienia (widok, który chciałby wiedzieć o wiele częściej, widok, który Harry chce widzieć codziennie do końca jego życia) i mówi przyjacielowi, żeby spotkali się na zewnątrz za pięć minut i aby przyniósł kilka ubrań do przebrania.
Harry całkowicie zdezorientowany tylko kiwa głową, kiedy wchodzi po cichu do swojego mieszkania, zaskoczony tym, że wyjeżdżają tak szybko. Jednak nie pytając o nic, szybko wkłada do swojej torby kilka ubrań i zawiesza ją na ramieniu, wychodząc na korytarz. Kiedy tylko zamyka drzwi, widzi stojącego obok Louisa, który zaklucza własne mieszkanie, jak najciszej się da. Włożył na stopy buty, a w ręce trzyma łańcuch z kluczami, ale nie ma żadnej torby. Harry zaczyna otwierać usta, aby zapytać o to, ale Louis przykłada palec wskazujący do jego ust, uciszając go, co ma być przypomnieniem, że ściany tutaj są cienkie, a dźwięk szybko się rozprzestrzenia. Schodzą w ciszy po schodach, a kiedy tylko wchodzą na chodnik, Harry chwyta nadgarstek drugiego mężczyzny, zatrzymując jego szybkie tempo.
- Nie bierzesz nic ze sobą? I gdzie jedziemy? – Louis wzrusza ramionami, starając zachowywać się tak obojętnie, jak to tylko możliwe, ale jego oczy (jak zawsze) pokazują prawdziwe emocje, że chce iść, aby odejść stąd jak najdalej i najszybciej się da.
- Szafa robi za dużo hałasu. I jedziemy na zakończenie szkoły mojej siostry. Obiecałem, że tam będę. – Na jego ustach znajduje się małe rozcięcie, które zaczęło się dopiero leczyć, ale kiedy mówi, przygryza dolną wargę, sprawiając że rana ponownie otwiera się i spływa z niej lekka strużka krwi. Nawet tego nie zauważył, tylko podtrzymując to co powiedział (obiecałem) i odwraca się, wędrując wzdłuż ścieżki, a Harry po chwili idzie za nim.
Niecałe dziesięć minut później, docierają do garaży, gdzie można wynająć miejsca do przechowywania samochodów (co znowu sprowadza nas do Camaro Louisa). Używając karty, Louis otwiera wejście do garażu i wprowadza tam Harry’ego, po czym idą wzdłuż linii samochodów, aż nie docierają do czerwonego Chevroleta. Jego uśmiech powraca, kiedy ściąga materiał z samochodu, przebiegając dłońmi przez brudny przód, jakby witał się ze starym znajomym.
- Harry, poznaj Sharonę. Mój przyjaciel i ja odnowiliśmy ja, kiedy mieliśmy szesnaście lat. - Louis daje kolejne czułe klepnięcie, po czym rzuca kluczyki do Harry’ego, który był zbyt zbity z tropu, żeby je złapać, więc te lądują u jego stóp. Louis czeka na siedzeniu pasażera, kiedy Harry wsiada do samochodu i zajmuje mu chwilę zanim nie rozgryza tego, jak się go uruchomić (manualna skrzynia biegów jest trudna, więc nie oceniajcie). Są już w drodze, siedząc w komfortowej ciszy, ale Harry’ego denerwują pytania, które nie chcą go zostawić w spokoju i chociaż wie, że jest wiele (naprawdę wiele) ważniejszych rzeczy, o których powinien porozmawiać z Louisem, nie może się na to zdobyć.
- Lou, czemu nie możesz sam prowadzić? Nie to, żebym nie był szczęśliwy, że to ja cię wiozę czy coś, bo jestem. Po prostu ciekawość. – Louis wzrusza ramionami, patrząc w okno.
- Może później. – Harry nie wspomina, że to właściwie nie była odpowiedź na jego pytanie i nie mówi nic, kiedy Louis bawi się w schowku, wyciągając zakurzoną płytę. Uśmiechając się triumfalnie, wkłada płytę do odtwarzacza i po chwili samochód wypełnia muzyka Beatlesów. Niedługo później Louis śpiewa do Sargent Pepper’s Lonely Hearts Club Band i Harry nie może powstrzymać śmiechu, kiedy obserwuje Louisa, który jest tak dramatyczny w ruchach swoich rąk. Przesłuchują jeszcze With a Little Help from my Friends, Lucy in the Sky with Diamonds and Getting Better, kiedy Louis każe Harry’emu się zatrzymać. Wjeżdżają na parking McDonalda i biegną w stronę wejścia, próbując zakryć swoje głowy od lekkiej mżawki. Jest pusto (tylko kilka osób, błagających usilnie o swojego hamburgera o pierwszej w nocy) a kasjerka zachowuje się, jakby to było normalne, że dwóch młodych mężczyzn chichotających z niczego zamawiają wystarczająco dużo jedzenia, aby nakarmić grupę głodnych nastolatków. Zajmują siedzenia w rogu restauracji i Harry udaje, ze jego żołądek nie trzepocze niekontrolowanie, kiedy Louis zahacza nogą o nogę drugiego i przez to, że siedzą o wiele bliżej niż to potrzebne. Jedzą jakby nie mieli w ustach niczego od tygodni, a Louis słucha i śmieje się w odpowiednich momentach, kiedy Harry opowiada mu o tym, jak kiedyś przypadkowo podpalił swój salon, bawiąc się ze swoim młodszym kuzynem, a Harry desperacko próbuje powstrzymać śmiech, kiedy Louis mówi mu o czasach, gdy on i jego przyjaciel kupili krowę na kampusie ostatniego dnia college’u. Spędzają prawie godzinę, siedząc przy stoliku, jedząc frytki i wymieniając się swoimi historiami. Wydaje się, że tylko minuty minęły odkąd Louis śpiewał album Sargent Pepper ( i przez ten czas Harry zakochał się tylko trochę bardziej w tym chłopaku), przerywając tylko aby dać Harry’emu wskazówki, gdzie ma jechać. Jest trzecia, kiedy zbliżają się do domu z dzieciństwa Louisa, a chłopak cichnie w miarę docierania do celu.
- Lou, co się stało? - Starszy chłopak odpina pasy, ale nie robi nic więcej, aby wydostać się z samochodu, bawiąc się rękoma na kolanach i przygryzając już zranioną wargę.
- Może powinniśmy po prostu jechać do domu. Moglibyśmy wrócić na czas, jedźmy. - Louis próbuje ponownie zapiąć pasy, ale Harry sięga ręką, układając dłoń na tej Louisa, która jest na zapięciu.
- Już tu jesteśmy, a chciałeś przecież zobaczyć siostrę, prawda? Czego się boisz? - Louis wzrusza ramionami, ale po chwili jednym płynnym ruchem obraca się, aby ukryć twarz w szyi młodszego chłopaka, a jego dłonie chwytają krańce kurtki Harry’ego.
- Nie rozmawiałem z nimi od trzech lat. Jedyną wiadomością, jaką im przesłałem, to potwierdzenie że przyjadę na zakończenie szkoły Lottie przez maila. Co jeśli mnie nienawidzą? - Harry, trochę zszokowany, otacza ręką biodro chłopaka, a drugą kładzie na jego włosy, ciągnąc je delikatnie.
- Myślę, że nienawidzenie ciebie jest niemożliwe, Lou. Założę się, że będą pełni zachwytu, kiedy cię zobaczą. Wiem, że tak będzie. Nie martw się Louis, jestem tutaj. Teraz chodźmy, dobrze? Wyglądasz na naprawdę zmęczonego. – Kiwa głową z twarzą nadal schowaną w szyi przyjaciela, ale po chwili odsuwa się na tyle, że Harry może zobaczyć drganie niebieskiego oka zza grzywki.
- Jak zawołamy moją mamę, żeby otworzyła drzwi? Nie chcę budzić moich sióstr. – Harry odpina pasy, a Louis usadawia się ponownie na swoim siedzeniu, subtelnie wycierając łzę, która spłynęła po jego policzku. – Moglibyśmy zapukać cicho w drzwi i mieć nadzieję, że usłyszy. Jej sypialnia jest jedyną na parterze. – Harry zgadza się i po chwili dwójka wchodzi na ganek. Louis puka i Harry drętwieje, kiedy czuje jak mała dłoń wślizguje się w jego, ale ściska ją mocno, jakby to miało być zapewnienie, że go nie zostawi. W tym momencie, Harry jest pewny, że nie opuści go, aż do śmierci.
Kiedy czekają w ciszy, mając nadzieję, że ktoś otworzy drzwi, Harry obserwuje Louisa. W ostrym świetle, wygląda na zbyt zmęczonego jak na swój wiek, a pod oczami widnieją sińce, które są rezultatem bezsennej nocy. Jego włosy desperacko potrzebują przystrzyżenia, a grzywka wpada mu do oczu. W drodze uformował się nowy siniak pod jego okiem i są jeszcze cztery wściekle fioletowe plamy z jednej strony jego szyi, rezultat dłoni trzymającej jego gardło. Nosi ten sam za duży sweter, który miał w momencie pierwszego spotkania z Harrym na balkonie miesiąc temu i brunet sięga wolną ręką, aby podnieść sweter w miejscu, w którym opada z jego ramienia.
- Dlaczego nosisz ubrania, które są za duże na ciebie? – Louis puka ponownie w drzwi, tym razem z większą siłą i spogląda na buty.
- Zrzuciłem trochę wagi ostatnio i nie miałem czasu kupić nowych. Ale nie jest tak źle, prawda? – Unosi wzrok z cichą prośbą, aby zgodził się z nim, ale zanim Harry może zdecydować, co odpowiedzieć, drzwi otwierają się, a drobna kobieta w pidżamie w paski stoi przed nimi z groźnym spojrzeniem. Kiedy powoli zdaje sobie sprawę, kto dokładnie obudził ją o trzeciej nad ranem, jej twarz łagodnieje i próbuje opanować coś (łzy), kiedy przyciąga niższego chłopaka do uścisku, ściskając jego sweter, jakby jej życie od tego zależało. Louis puszcza dłoń drugiego chłopaka, kiedy odwzajemnia uścisk z taką samą radością, desperacko próbując (co mu się nie udaje) powstrzymać łzy.
Matka i syn stoją tam przez dobre pięć minut, jedynie trzymając się, kiedy z ich oczu spływają kaskady łez. Kobieta odsuwa się delikatnie, aby zobaczyć twarz syna, przejeżdżając palcami po siniakach pokrywającą dobrą część jego twarzy i staje na palcach, aby pocałować go w czoło.
- Pada, musicie wejść do środka. – Wciąga syna do środka i próbuje być dzielna (ale nie udaje się jej to, ponieważ za chwilę ponownie wybucha płaczę i przytula swojego syna, chlipiąc w jego ramię). Kończą znajdując się w kuchni, gdzie kobieta robi dzbanek herbaty, podczas kiedy Louis siada przy stole, a Harry stoi obok niego, nie wiedząc jak się zachować. Matka i syn wymieniają się grzecznościami, także nie wiedząc, co powiedzieć po przerwie w ich związku. Kiedy herbata jest już gotowa, matka opiera się o ścianę, wpatrując się w syna, jakby widziała kogoś, kto powstał z martwych, a Louis gapi się na herbatę w jego dłoniach, nie nawiązując kontaktu wzrokowego z nikim w pokoju. Harry siada naprzeciwko przyjaciela, obserwując go i powoli pijąc napój. Tak jest dopóki Louis nie spogląda na niego i posyła mu delikatny uśmiech, przypominając sobie, że nie przedstawił go jeszcze swojej matce.
- Och, mamo. To mój przyjaciel Harry, przywiózł mnie tu z Londynu. – Kobieta potrząsa głową, jakby chciała obudzić się z głębokich przemyśleń i spogląda na nieznajomego w jego kuchni. Harry wstaje i oferuje jej uściśnięcie ręki, ale ona przytula go. Harry jest o głowę wyższy od niej i właściwie nie wie, jak funkcjonować z ludźmi o tej wysokości, więc w końcu układa brodę na jej głowie, zdając sobie sprawę, że kobieta nie zamierza go szybko puścić. Louis chichocze, kiedy to widzi, ale nic nie mówi.
Jay prowadzi ich chwilę później do starego pokoju Louisa, obiecując że porozmawiają rano, kiedy wszyscy się wyśpią. Oferuje dmuchany materac Harry’emu, ale Louis odmawia, tłumacząc się, że są zbyt zmęczeni, aby przygotowywać to wszystko, więc po prostu położą się razem. Harry wie, że mógłby spać na kanapie, ale przemilcza to, nie chcąc pominąć okazji, aby być blisko starszego chłopaka. Louis przytula matkę, ale ta odsuwa się zanim kolejne łzy wydostaną się z jej oczu i zamyka za sobą drzwi. Oboje rozbierają się do bokserek, ponieważ żaden nie ma siły, aby wkładać na siebie coś innego i zapominają o higienie (nawet jeżeli wiedzą, że ich oddech będzie niezbyt świeży rankiem) i zakopują się w pościeli. Łóżko jest pojedyncze, więc kończą zaplątani w siebie, ale żaden z nich nie narzeka, kiedy w końcu kładą głowy na poduszkach i zasypiają.
***
Harry budzi się, słysząc chichotanie. Otwiera oczy i widzi dwie identyczne dziewczynki (które wyglądają na jakieś osiem lat), wychylające głowy zza drzwi. Kiedy widzą, że nieznajomy się obudził, ich oczy stają się komicznie wielkie.
- Och przepraszamy, mama powiedziała, żeby was nie budzić. Wracaj do snu – szepcze dziewczyna po lewej, a ich głowy znikają. Harry spogląda w dół i orientuje się, że Louis poruszył się podczas snu i teraz jego głowa spoczywa na klatce piersiowej Harry’ego, a dłoń trzyma się jego ramienia, podczas kiedy druga otacza biodro bruneta. Harry porusza ręką, tak że teraz spoczywa na biodrze chłopaka, po czym robi to co kazała mu dziewczynka i zamyka oczy.
***
- Myślisz, że ktoś tam jest?
- To znaczy?
- Bóg lub coś. A może po prostu jesteśmy sami?
- Nikt nie jest sam, Lou.
- To nieprawda. Wszyscy jesteśmy sami. Ktoś może umrzeć, a inni będą prowadzili swoje życie, jakby się to nie wydarzyło. Szczerze, ludzie są stworzeni do tego, aby być samotni, nawet jeżeli próbujemy i oszukujemy samych siebie, mówiąc że potrzebujemy kogoś. To nasza natura, robimy wszystko, żeby zadbać tylko o siebie, a mówienie że potrzebujemy innych jest tylko żartem.
- To nieprawda, potrzebuję cię.
- Och, naprawdę? Wiesz co myślę? Myślę, że Bóg jest stworzony przez ludzi, ponieważ czują się samotni. Stworzyli Boga, żeby ktoś ich obserwował, aby mogli czuć, że są najważniejsi na świecie. Myślę, że Bóg został stworzony, ponieważ chcieliśmy, aby ktoś się o nas troszczył; ludzie są niezdolni do opieki, wiec stworzyliśmy kogoś, kto będzie umiał to robić.
- Ale ja troszczę się o ciebie.
- O to chodzi, prawda? Co znaczy troska? Do czego uprawnia opieka? Możesz mówić, że się o mnie troszczysz, ale co jeżeli moja troska nie oznacza tego samego, co twoja? Troska, Harry, to jest to jak postrzegamy świat. Troszczenie się o kogoś oznacza, że kładziesz kogoś ponad siebie, a to jest, Harry, przeciwko naszej naturze. Możesz mówić, że się teraz o mnie troszczysz, ale niedługo będę tylko wspomnieniem, a ty będziesz tylko osobą, którą kiedyś znałem.
***
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz