wtorek, 18 marca 2014

*Louis poczuł jak jego zęby się zaciskają, gdy podciągnął kolana do swojej klatki piersiowej, by zakryć nagie ciało przez nową białą osłonę, którą podał mu Harry. Nie mógł pomóc, ale wpatrywał się w niego, obserwując jak ten pochyla się nad łóżkiem, by zerwać z niego pościel i prześcieradła. Louis był zażenowany. Zażenowany, że ktoś musi czyścić jego brudne prześcieradła, ponieważ sam nie jest w stanie tego zrobić. Zwłaszcza ktoś taki jak Harry.

Szatyn wciąż nie mógł zrozumieć tego jak ktoś taki jak Harry mógł go porwać. Był przecież taki miły, a teraz Louis siedział tam nago, zawinięty w materiał i patrzył jak Harry rozbiera łóżko by usunąć z zalanych prześcieradeł jego siki i wymioty. Louis był tak bardzo zawstydzony, że mogłoby się to wydawać śmieszne. Harry zasłużył na to by ktoś zrujnował jego łóżko, ale Louis spodziewał się tego, że będzie wściekły, że może nawet go uderzy, ale zamiast tego on po prostu pomógł mu wyjść z ubrań ignorując protesty Louisa i próby uderzenia go – które oczywiście się nie udały. Loczek podniósł go i dał mu inny biały koc, a potem został posadzony na fotelu, który obecnie stał w samym rogu pokoju. Harry’emu w jakiś sposób udało się przekonać Louisa by napił się odrobinę, ale to było to. Louis bał się, że woda znowu może być zatruta, albo coś w tym rodzaju, ale teraz, pięć minut później czuł się lepiej. Nadal strasznie, ale zdecydowanie lepiej. Jego głowa i plecy wciąż bolały, a nogi były tak bardzo zamrożone, że był to jedyny powód dla którego jeszcze nie wstał i nie wyszedł. Harry wydawał się być wystarczająco zajęty by to nawet zauważyć. Wiedział, że twarz Harry’ego wykrzywia się w obrzydzeniu, ale nie narzekał. Louis nie był do końca pewien co powinien z tym zrobić.

Spojrzał w górę, gdy usłyszał jak prześcieradła upadają na ziemię. Harry westchnął odrobinę, aż podszedł do białej szuflady, otwierając ją i nawet na niego nie patrząc. Louis zerknął do szuflady i zdążył zauważyć, że jest wypełniona w grube swetry. Harry zamknął ją z powrotem, a następnie otworzył kolejną szufladę, wyciągając z niej czyste prześcieradła. Te również były białe, zupełnie jak każda jedna rzecz w tym pokoju oprócz jasnej, drewnianej podłogi i kilku dekoracji takich jak plecione kosze czy świeczki.

Przyglądał się Harry’emu, gdy ten wrócił do łóżka i szybko je pościelił, ustawiając poduszki przed rzeźbionym nagłówkiem. Przeciągnął się, gdy skończył, a Louis odwrócił wzrok, patrząc w okno zamiast na niego. Niebo było czyste i niebieskie, a on zauważył, że byli w lesie, albo coś w tym stylu. Drzewa otaczały jezioro, które również znajdowało się na zewnątrz. W oddali dostrzegł góry oraz pola zielonej trawy i wtedy jego szczęka opadła. Nie było mowy, że porywacz tu mieszkał. To absolutnie niemożliwe.

- Ładnie, prawda? – powiedział Harry podchodząc do Louisa, który natychmiast próbował odsunąć się najdalej jak to możliwe, nawet jeśli był to jedynie cal lub dwa. Fotel nie był bardzo duży.

- Nie stój przy mnie. – mruknął Louis, a Harry niespodziewanie cofnął się o krok do tyłu. Wciąż kontynuował patrzenie przez okno, a Louis razem z nim. Upewnił się, że całe jego ciało było przykryte kocem. Harry nie mógł zobaczyć nawet jego stóp. Prędzej wolałby umrzeć.

- Nie mam prysznica, więc jeśli chcesz się umyć możesz zrobić to w jeziorze. – powiedział na co Louis skrzywił się.

- To jest obrzydliwe.

- Nie bardzo. Woda tutaj jest czystsza od wody w Londynie. – wyjaśnił Harry. Louis milczał przez chwilę, opierając usta o białą narzutę.

- Dlaczego tutaj jestem? – wyszeptał – Nie masz prawdziwego powodu, aby mnie tutaj trzymać. Nie będę robić nic tylko jeść twoje jedzenie i marnować twoje zasoby. – odwrócił wzrok, gdy Harry zaczął się delikatnie śmiać. Louis owinął się bardziej w ciepły koc. Zamrugał.

- Mam wystarczająco dla nas obu. – powiedział i poprawił swoją koszulkę by było mu wygodniej. Louis wciąż wpatrywał się w okno.

- Na jak długo? – wyszeptał.

- Bardzo długo.

Louis pokręcił powoli swoją głową, nawet nie zauważając, że to zrobił.

- Jak długo zamierzasz mnie tutaj trzymać?

- Nie wiem. – Harry wzruszył ramionami. Nic więcej nie powiedział, więc Louis spojrzał na niego, a potem odwrócił wzrok, gdy Harry również na niego popatrzył.

- Nie możesz trzymać mnie tutaj na zawsze.

- Być może nie.

- Więc dlaczego tutaj jestem? – syknął Louis – Wypuść mnie.

- Mam swoje powody. – odpowiedział Loczek, a Louis warknął, zgromadził w ustach ślinę i splunął w stronę Harry’ego, ale niestety nie trafił i jego ślina zatrzymała się na podłodze. Zapadła cisza, podczas, gdy Louis wpatrywał się w ziemię.

Ale Harry nie powiedział nic. Nie, on po prostu odwrócił się i odszedł, wyszedł z pokoju. Louis spojrzał za nim, a gdy tylko drzwi się zamknęły podniósł się z fotela i potoczył w stronę okna, z resztką energii, którą udało mu się zebrać. To było zaledwie kilka metrów, więc Louisowi rzeczywiście się udało, jego ręce niezdarnie powędrowały wzdłuż okna do zamku, który oddzielał go od świata zewnętrznego. Udało mu się je otworzyć i unieść nogę by móc wspiąć się do góry, zapowietrzając się, gdy uświadomił sobie, że był na piętrze. Nie złamałby nogi, albo czegoś innego, prawda?

Musiał podjąć próbę, piszcząc odrobinę, gdy jego stopy wylądowały na małym dachu, który był na zewnątrz. Był czarny i prawdę mówiąc bardzo czysty. Louis zamknął za sobą okno zanim przykucnął. Może faktycznie udałoby mu się uciec. Może w rzeczywistości byłby w stanie wrócić do domu i zapomnieć o tym wszystkim. Ponadto, już nigdy nie będzie musiał wracać do Stanów. Dzięki Bogu.

Louis potknął się trochę, gdy zaczął iść, a koc tak mocno owinął na swoje ramiona, że równie dobrze mógłby być jego drugą skórą. Zaczął też drżeć, ponieważ okazało się być zimniej niż przypuszczał. Nie byli na południu. Tego był pewien.

Jęknął głośno, gdy upadł i stoczył się w dół dachu, ale udało mu się chwycić drabiny, która stała oparta o ścianę, tuż obok okna, więc niezupełnie stoczył się w dół. Odetchnął głęboko i zmusił się, by ponownie stanąć na nogach, nawet jeśli wciąż bardzo bolały. Musiał dostać się do swojego domu. To było wszystko czego chciał.

Jego stopy zaczęły boleć go jeszcze bardziej, gdy ustawił pierwszą stopę w dół drabiny, czuł jak łzy grożą mu opuszczeniem jego oczu. Ale trzymał je w sobie. Harry nie był tego wart. On nigdy nie płakał, a Harry był absolutnie ostatnią osobą przez którą mógłby chcieć płakać. Zamiast tego wziął głęboki i chrapliwy oddech i po prostu wyprostował się, szybko schodząc na dół, aż dotarł do trawy. Przynajmniej suchej i martwej trawy. Potrzebowała naprawdę poważnego nawodnienia.

Louis rozejrzał się wokół. Musiało tutaj gdzieś być coś w rodzaju ścieżki. Może nie drogi, albo ulicy, ale coś co po prostu prowadziło przez las. Musiało tu być. Znów zaczął iść, a jego oczy ulokowane były na drzewach, które były tuż obok stosunkowo małego jeziora. Jeśli tylko udałoby mu się przejść przez las na drugą stronę, byłoby w porządku, prawda? Harry nie byłby w stanie go znaleźć, a on mógłby odszukać jakąś drogę lub coś czym mógłby podążać. Byłoby w porządku. Nie widziałby go i po prostu mógłby o nim zapomnieć. Louis zadzwoniłby na policję, a oni aresztowaliby Harry’ego. I to byłoby to.

Louis mógł poczuć mały uśmiech na jego ustach, gdy był coraz bliżej i bliżej i nawet nie słyszał głosu, który za nim wołał. Dopiero, gdy dwa ramiona przesunęły się wokół jego talii i złapały go jego uśmiech padł. Od razu wiedział, że był to Harry, więc zaczął z nim walczyć, próbując wydostać się z jego uścisku. Krzyczał i nawet uderzył go w szczękę i oko, ale mimo tego, że Harry poluzował odrobinę uścisk, wciąż było zbyt ciasno dla Louisa by mógł się wydostać. Został ciągnięty przez trawę. Louis wrzeszczał i rzucał przekleństwami w stronę ucha Harry’ego by ten tylko go puścił i pozwolił mu wrócić do domu. Jednak chłopak w kręconych włosach tego nie zrobił. Jedynie syknął cicho, gdy Louis próbował go uderzyć, ale nie udało mu się, ponieważ w jego krwi wciąż było coś z narkotyków co bardzo go osłabiało. Harry dalej ciągnął go do domu. Louis czuł jak koc, którym był owinięty upada na ziemię i z jakiegoś powodu przestał krzyczeć, gdy Harry schylił się, by go podnieść. Ale trwało to tylko sekundę, może dwie, ponieważ niebieskooki ponownie zaczął uderzać klatkę piersiową Harry’ego, gdy tylko koc znów owinął się wokół jego ciała.

Razem weszli do środka domu i Louis był odrobinę oszołomiony otoczeniem. Były tam białe drzwi, tuż obok niego po lewej stronie, a ściany miały jakiś blado żółtawy odcień zielonego. Kuchnia była otwarta i bardzo staroświecka i można było zobaczyć, że była bardzo często używana bo ręczniki i podobne rzeczy były porozkładane, a garnki wciąż stały jeszcze na piecu. Po prawej stronie był salon z kominkiem i kanapą oraz dwoma fotelami i półką z książkami, która zdobiła ścianę zaraz obok. Zielona pościel i poduszki spoczywały na kanapie.

Czy to tutaj Harry spał?

Oddech Louisa urwał się, gdy został wepchnięty do pokoju z białymi drzwiami, a jego krzyki potoczyły się echem. Jego stopy uderzyły o coś i upadł, szlochając, gdy zdał sobie sprawę z tego, że jest to wanna. Spojrzał na Harry’ego, który szarpnął za koc i rzucił go gdzieś na podłogę, a potem skulił swoje ciało i zwinął się, nie chcąc by Harry widział go w takim stanie. Nie mógł powstrzymać płaczu, więc łkał, pozwalając by wszystko z niego wyszło, kryjąc twarz w dłoniach.

- Zostaw mnie samego. – odetchnął, biorąc drżący oddech, gdy poczuł coś ciepłego spływającego po jego ciele. Woda. Ciepła woda. Przyjemne uczucie. Louis spojrzał na brązową miskę, którą trzymał Harry i obserwował jak nabiera wody z innej, większej. Przełknął ślinę, popychając miskę, gdy się zbliżała i ponownie się odwrócił.

- Jesteś brudny. – szepnął Harry.

- Nie obchodzi mnie to. – zapiszczał z płaczem Louis, zwijając się w samym rogu wanny. Ukrył całą swoją twarz w przedramionach – Idź sobie.

- Po prostu pozwól mi cię umyć, poczujesz się o wiele lepiej.

- Proszę.

I Harry posłuchał bo podniósł się i odszedł do drzwi, które nawet za sobą zamknął. Louis wiedział, że była to jego szansa na ucieczkę, ale nawet nie próbował. Został tam, płacząc w swoje ramiona. Nie miał nawet siły by kontynuować.

Musiał usnąć, ponieważ, gdy ponownie otworzył swoje oczy, leżał owinięty kocem w inny koc. Tym razem był to koc z dzianiny, beżowy, z jakimś wzorem. Leżał na kanapie przed kominkiem, jednak nie był on zapalony. Czuł się tak jakby był nieprzyzwyczajony do światła bo gdy tylko próbował bardziej otworzyć oczy, mógł jedynie zrobić zeza. Usiadł rozglądając się po pokoju. Pusty, ale drzwi wejściowe były otwarte. Louis wstał, ale znów opadł na kanapę. Czuł się o wiele lepiej, ale wciąż był odrobinę zmęczony i miał zawroty głowy. Więc zamiast próbować ponownie wyszedł z koca, mrugając, gdy nie odsłonił swojego nagiego ciała. Był ubrany w koszulkę, która była na niego zdecydowanie za duża. Mogła należeć jedynie do Harry’ego, nie było innego wyjaśnienia.

Postanowił ponownie spróbować wstać, zsuwając się na podłogę, gdy górna część jego ciała wciąż pozostawała na kanapie. Powoli podniósł się na nogach, czując jak jego uda drżą. Nic więcej nie bolało. Jeśli już coś to jedynie głowa.

Powoli, ale pewnie wyprostował również ramiona, oddychając, gdy udało mu się ustać prosto. Zrobił jeden krok, a potem kolejny w kierunku drzwi. Szło mu całkiem dobrze, gdy pokonywał trzeci, czwarty i piąty krok. Gdy zrobił szósty stał już przy drzwiach, wyglądając.

Musiał spać przez dłuższy czas, ponieważ słońce już zachodziło. Całe otoczenie na zewnątrz było bardziej pomarańczowe i żółte, a woda w jeziorze wydawała się być zielona zamiast niebieska. Louis zrobił powolny krok na zewnątrz, a później szybko się cofnął, gdy usłyszał plusk. Na początku pomyślał, że była to ryba, ale wtedy zobaczył białe kawałki materiału. Zrozumiał, że był to Harry, który prał koce Louisa. Czyścił jego mocz i wymioty. Wyglądał zbyt swobodnie robiąc to i Louisowi się to nie podobało.

Patrzył przez chwilę jak Harry zanurza materiał w wodzie, a następnie powtarza tą czynność i biała koszulka, którą miał na sobie moczy się przy tym. Louis mógł dostrzec przez nią słabe wzory i jeszcze więcej tatuaży. Odwrócił wzrok, cicho chowając się w rogu za drzwiami. Spojrzał w dół, na podłogę.

Nie rozumiał jednej rzeczy. Dlaczego Harry w ogóle trudził się, aby to wszystko wyprać? Czy porywacze nie powinni czasami nienawidzić swoich zakładników? Czy nie powinni unieszczęśliwiać ich życia najbardziej jak to tylko możliwe?

Louis przełknął gulę, która tworzyła się w jego gardle, a jego plecy dotknęły ściany za nim. Spojrzał w dół na swoje bose stopy i nogi. Naprawdę nie chciał patrzeć, ale był prawie pewien, że pod tym co miał na sobie był kompletnie nagi. Koszulka pachniała jabłkami, zupełnie jak poduszki na górze. Czy to oznaczało, że Harry dla jego dobra oddał mu swoje łóżko, a sam zamiast tego spał na kanapie?

Louis ponownie wyjrzał zza rogu i dostrzegł Harry’ego sprawdzającego czystość prześcieradeł. Spojrzał zadowolony, sięgając do czegoś, co było w wiaderku tuż obok jeziora, a Louis dostrzegł coś czego wcześniej nie widział. Jego usta rozchyliły się odrobinę, gdy dostrzegł kawałek mydła. On naprawdę włożył w to trochę energii, prawda?

Wzdrygnął się, gdy Harry odwrócił głowę i uchwycił jego oko, a potem ruszył z powrotem w kierunku domu. Czuł jak temperatura w jego twarzy wzrasta, więc przyłożył do niej dłonie. Co on do diabła robił? Musiał uciekać, a nie tak po prostu sobie tu stać.

Louis uniósł rękę do swoich włosów i przeczesał je, by odgarnąć je z czoła. Mrugnął ze zdziwienia, gdy poczuł, że są odrobinę wilgotne. Czy Harry w końcu go umył? Podczas, gdy on spał?

- Obudziłeś się. – powiedział głos, a Louis spojrzał na Harry’ego, obserwując jak jego głowa przechyla się odrobinę – Czujesz się już lepiej?

Szatyn otworzył usta, by coś powiedzieć, ale nic z nich nie wyszło. Jego ręka powędrowała z jego czoła do szyi, pocierając je w ciszy. Dosłownie nie mógł mówić. Bolało go gardło.

- Boli cię gardło? – zapytał Harry, ale on tylko cofnął się o krok do tyłu, gdy Harry wyciągnął rękę by go dotknąć – Mogę zrobić ci herbatę jeśli chcesz.

Louis spojrzał na niego. Znowu był miły. Potrząsnął swoją głową na boki.

- Trucizna. – wyszeptał, a Hary zmarszczył brwi. Potem roześmiał się i pokręcił głową.

- Nie, nie otruję cię. Obiecuję. – uśmiechnął się – Tylko zwykła herbata.

Ręce Louisa powoli ruszyły w kierunku koszuli, którą miał na sobie, chwytając ciemną, czerwoną tkaninę pomiędzy palcami. Zagryzł wargi i zaczął się wycofywać w kierunku schodów.

- Nie wierzę ci. – powiedział cicho, nie do końca pewien, że zielonooki go usłyszał. Prawdopodobnie nie. Louis patrzył na niego, aż ruszył w stronę kuchni, która była tuż za rogiem łazienki. Powoli zaczął przesuwać się po schodach, poruszając swoimi palcami tak wolno jak tylko mógł. Spojrzał na tył głowy Harry’ego i na jego głupi kucyk.

- Mleko i dwie łyżki cukru? – zapytał, a paznokcie Louisa wbiły się w poręcz na schodach. Zacisnął zęby.

- A może sam weźmiesz dwie łyżeczki cukru i wpakujesz je sobie w swój tyłek? – mruknął, obserwując plecy Harry’ego, gdy ten zaczął robić coś w kuchni, ale nie usłyszał go. Louis zatrzymał się, opadając w dół, aż mógł spojrzeć między poręczą.

- Może być z cytryną? – zapytał Harry.

- …nie. – powiedział Louis, krzywiąc się, gdy jego gardło zaczęło go kłuć. Zdecydował się oddychać przez nos.

- W takim razie co byś chciał?

Palce Louisa spokojnie owinęły się wokół dwóch desek.

- Borówki. – wyszeptał. Oparł swoją głowę o jeden filar balustrady, lekko marszcząc brwi, gdy poczuł jak jego siła w nogach wraca. Miał nadzieję, że narkotyki w końcu przestawały działać.

Harry skinął głową i odwrócił się w stronę pieca, wypełniając jeden garnek wodą. Louis wciąż na niego patrzył, co jakiś czas spoglądając na drzwi. Wciąż były otwarte i Louis byłby w stanie uciec, gdyby był wystarczająco szybki. Podjął nawet próbę i powoli, na pacach zaczął przesuwać się po schodach. Patrzył na Harry’ego, upewniając się, że się nie odwróci. Nie miał pojęcia co mógłby zrobić. Mógłby go zabić, tyle wiedział.

Odchrząknął, gdy tylko doszedł do podłogi i zagryzł wargi, gdy Harry wciąż się nie odwrócił. Może rzeczywiście mógłby uciec.

- Nie chcesz więc cukru? – zapytał Harry, a Louis zamarł patrząc na niego, gdy ten się odwrócił i uśmiechnął. Pokręcił przecząco głową.

Może jutro mu się uda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz