* Oddech uwiązł Louisowi w gardle. Jego kończyny odmówiły posłuszeństwa, jednocześnie chcąc zrobić coś w błyskawicznym tempie. Jednak nie był w stanie. Harry właśnie został zastrzelony.
Słowa kłębiły się w jego głowie i za każdym razem wywoływało to ogromny ból. Louis czuł, że ciało wręcz błagało go, aby odwrócił się od uzbrojonego mężczyzny. I nawet, gdy jego wzrok spoczął na brązowookim człowieku, nie mógł przestać myśleć o bezwładnie leżącym ciele Harry’ego. Było to dla księcia jak kopnięcie w brzuch.
- Dlaczego go zastrzeliłeś?! - jego głos brzmiał mocniej, niż by się tego spodziewał, a jego ciało nadal było zmrożone w szoku. Ciemnowłosy, dobrze zbudowany mężczyzna, trzymający w dłoni pistolet, wyglądał na kilka lat starszego od Louisa.
- Był zbyt niebezpieczny, aby zostawić go przy życiu, oczywiście – odpowiedział z uśmiechem człowiek. - Nie wiem, czy jesteś świadomy, czy nie, Wasza Wysokość, ale to podobno jeden z najlepszych piratów.
- Wiem, kto to, kurwa, jest, w porządku? - Louis krzyknął niemal natychmiast, a jego oczy błysnęły niebezpiecznie. Harry potrzebował opieki lekarskiej, jeśli nie był już martwy, a teraz ten człowiek wszystko komplikuje. Louis zaczynał wariować. - On nie robił nic, prócz chodzenia! Jak niebezpieczne to było, kurwa?! Daj mi prawdziwy powód, dla którego go teraz zabiłeś?! - poczuł, jak jego ciało napina się na wskutek emocji, po czym ponownie przyłożył dłoń do szyi Harry’ego, by sprawdzić jego tętno.
W tym momencie naprawdę chciał, żeby Eleanor była tutaj i podzieliła się z nim jakąś wiedzą o tym, jak długo organizm pracuje. miał jakieś prawdziwej wiedzy o tym, jak organizm pracował kiedy jeden był martwy. Harry nadal nie reagował. Żaden jęk nie wydobył się z jego ust, gdy Louis dotknął jego jeszcze ciepłej skóry i książę starał się ignorować ból i łzy, które cisnęły mu się do oczu.
To zbyt bardzo bolało i musiał skupić się na tym, by chociaż on zdołał wydostać się z lasu żywy. Spojrzał ponownie na mężczyznę, który zabił Harry’ego na jego oczach. Zerknął też na pirata, który został postrzelony razem z Harry’m.
- Jestem tutaj, by zabrać się z powrotem do Londynu.
Oczy księcia rozszerzyły się natychmiast, gdy zwrócił uwagę na mężczyznę z bronią. Jeśli naprawdę był tu, by zabrać go do Londynu, to znaczy, że ktoś zaalarmował marynarkę. Oczywiście, że zastrzeliliby Harry’ego, ze względu na jego status.
Tak szybko, jak na pytanie jak oni go znaleźli trafiło do jego umysłu, Louis znalazł odpowiedź. Powrót do Whiteheaven, kiedy został zauważony i omal nie wyskoczył za burtę. To oznaczało, że cała flota wojenna albo była już na wyspie, albo właśnie tu zmierzała.
- Ja… - nie potrafił wydukać ani słowa. Louis kompletnie nie wiedział, co powiedzieć. Jeśli ten człowiek był z Londynu i pracował na rzecz Korony, miał całkowite prawo strzelać do Harry’ego. Niemniej jednak… - Życie jest życiem, naprawdę nie musiałeś go zastrzelić! On potrzebuje pomocy medycznej, dobrze? - Louis wiedział, że brzmi na zdesperowanego, ale nie dbał o to. Jeśli Harry umrze z jego powodu, nigdy sobie tego nie wybaczy.
- Pomoc medyczną? - mężczyzna uniósł jedną brew w górę niemalże z rozbawieniem. - Książę Louisie, proszę wybaczyć brak szacunku, ale on jest przestępcą. Zostaw go i niech zgnieje na ten ziemi tak, jak na to zasłużył, a teraz chodź, bo statek ratunkowy na ciebie czeka. Londyn tęskni za tobą
- Wiem, ale…
- Twoja rodzina tęskni za tobą.
- Rozumiem to – Louis zagryzł dolną wargę i zmarszczył brwi na wspomnienie o swojej rodzinie. - Ale przestępca, czy nie, nikt nie zasługuje na śmierć w taki sposób.
- Harry Styles… On cię porwał, a ty go teraz broni, skoro i tak nie żyje? Wasza Wysokość, czy rozumiesz jak śmiesznie to brzmi? - mężczyzna zachichotał. - Chodźmy, zanim reszta się zniecierpliwi.
Louis potrząsnął głową i pochylił się, aby spojrzeć na wciąż nieruchome ciało Harry’ego i pozwolił sobie przeczesać dłonią włosy młodszego mężczyzny. Nie mógł uwierzyć, że Harry nie żyje. Tak czy siak, potrzebował pomocy medycznej.
Książę trzymał uparcie głowę Harry’ego w swoich dłoniach, ale tak delikatnie, jakby chciał mu pokazać, że kapitan piratów jest dla niego ważny.
- Nigdzie nie idę, chyba że przyprowadzisz pomoc. I nie obchodzi mnie, co mi powiesz. To rozkaz księcia, zrozumiano? - Louis rozkazał stanowczo, nie odrywając wzroku od Harry’ego, jakby czekając, że brunet nagle się poruszy.
- Tak, ale mogę nakazać jednemu z moich ludzi, by przyszedł tu po niego – mężczyzna odchrząknął po chwili ciszy. - Ty i ja możemy iść teraz…
- Chciałbym pogryźć jedną z twoich kul, zanim zrobiłbym coś tak głupiego jak to – Louis warknął, spoglądając na pojedyncze loki w jego palcach. Wiedział, że jeśli teraz odejdzie, ciało Harry’ego zostanie tu bez nadziei na jakąkolwiek uwagę.
- Dlaczego? Nie ufasz mi?
- Mam cię dość – Louis rzucił ostro. - Niech ktoś, kurwa, po prostu mu pomoże, bo nigdzie z tobą nie pójdę.
Słysząc ten wybuch ze strony księcia, mężczyzna otworzył szeroko oczy, a po chwili Louis usłyszał dźwięk ładowania pistoletu. Spojrzał na nieznajomego, który podniósł broń w kierunku księcia.
- Szczerze mówiąc, nie chciałem tracić żadnego pocisku na ciebie, jak było w przypadku Kapitana Stylesa, ale jesteś bardziej irytujący, niż myślałem. Jestem pewien, że mogę podarować ci jedną kulkę w nogę, skoro jesteś tyle wart.
Louis siedział, gapiąc się w przerażeniu na mężczyznę, który przed chwilą wydawał się być sojusznikiem, a teraz był po prostu wrogiem. Otworzył usta, by krzyknął w proteście, lecz nim zdołał to zrobić, zauważył, jak palec przesuwa się na spust.
- Padnij!
Louis ciężko oddychał w zdziwieniu, gdy coś przyciągnęło go do ziemi, a głos, który rozbrzmiał w powietrzu był tak znajomy, że natychmiast dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Jego oczy otworzyły się szeroko na widok bladej szyi Harry’ego, która nie była już tak nieruchoma.
- Do kurwy nędzy - Harry syknął w ostrzeżeniu, gdy nadal trzymał w ramionach Louisa, a jego zielone oczy wpatrywały się w strzelającego mężczyznę.
- Harry! - Louis zawołał radośnie, nie mogąc się powstrzymać. Kapitan jednak nie zaszczycił go spojrzeniem, gdyż nadal wpatrywał się w tamtego człowieka.
- Ty… Ty nie powinieneś być żywy – mężczyzna jąkał się, a Harry wypuścił Louisa z objęć i podniósł się z ziemi.
- A ty nie powinieneś jeszcze tutaj stać, jak to dziecko, którego dopiero co nauczyło się, jak trzymać broń – Styles wyprostował się, poprawiając swój płaszcz.
- Kpisz ze mnie, a jeśli dobrze pamiętam, to ja byłem tym, który stawił ci czoła parę sekund temu. Nie myśl, że nie strzelę ponownie, Styles!
- Możesz spróbować – Harry wzruszył ramionami i w tym momencie Louis skrzywił się na widok ponownie podnoszonego w górę pistoletu. Usłyszał strzał, jednak krzyk wydobył się właśnie z ust ich wroga, po czym osunął się na ziemię, upuszczając broń i łapiąc się za udo, które natychmiast splamiło się krwią.
Książę przyłożył dłoń do ust, nie mogąc w to wszystko uwierzyć, a Harry skorzystał z okazji, by strzelić jeszcze raz i tym razem pocisk trafił w drugą nogę.
- Wątpię, jednak, że jeszcze strzelisz – kapitan piratów mruknął znudzonym głosem, po czym ruszył w stronę swojego napastnika.
Książę podniósł się z ziemi i przyglądał się, jak młody kapitan piratów podniósł jego miecz i wbił go dokładnie w miejsce, gdzie przed chwilą trafiła kula. Louis odwrócił wzrok, nie mogąc wytrzymać widoku krwi.
Harry pochylił się do przodu, by być z mężczyzną twarzą w twarz.
- Z tego, co słyszałem z rozmowy między tobą, a Księciem, zrozumiałem, iż zostałeś tu przez kogoś przysłany. Moje pytanie brzmi, kto cię przysłał i czego chciał od Louisa. Odpowiedz, a zabiję cię tak bezboleśnie, jak to możliwe.
- Nie sądzę, że… - Louis zrobił niepewnie krok do przodu, marszcząc brwi.
- Jeśli nie odpowiesz, będę przekręcał ten miecz, aż pozostawi on naprawdę duży otwór – Harry zagroził, a jego dłoń zaczęła sunąć po rękojeści miecz, który nadal tkwił w udzie mężczyzny. Ten skinął głową.
- Wysłał mnie człowiek z Wielkiej Brytanii. Odwiedziłeś go wcześniej ode mnie i gdy do niego poszedłem, powiedział mi, że masz Księcia i szukasz Skrzyni Stuarta. Powiedział, że jeśli zdobędę od ciebie zarówno Księcia, jak i skarb, wynagrodzi mnie.
Z opisu, jaki usłyszał, Louis szybko powrócił myślami do kapitana, którego odwiedził Harry w Irlandii, nie tak dawno temu. A przecież nie tak dawno, jak w jaskini, Harry powiedział Louisowi, że jego dawny mentor był szalony.
- Kapitan Cowell cię tu przysłał? - pirat zapytał, po czym pchnął miecz mocniej, na co mężczyzna krzyknął z bólu.
- Ta..a..Tak.
- Dlaczego mam ci wierzyć? - Harry pochylił głowę, obracając nieco broń i nawet Louis drgnął na wyobrażenie bólu.
- Nie mam po co kłamać, przysięgam - mężczyzna chrząknął w bólu.
- Kłamiesz teraz. Kapitan Cowell nie mógł cię posłać. Powiedz mi, kto to zrobił teraz, albo zostawię cię tutaj, aż umrzesz z mieczem w nodze.
- Myślę, że on mówi prawdę, Harry – Louis odezwał się. - Kto inny mógłby mu powiedzieć o tym, gdzie byliśmy? Tylko z nim rozmawiałeś wtedy, w Wielkiej Brytanii, prawda?
- Nie, rozmawiałem jeszcze z kimś innym – Harry chłodno odpowiedział. - I nawet, jeśli ten bezużyteczny złodziej boi się mi powiedzieć, to nie ma znaczenia. Wiem, kim on jest i to mi wystarczy.
- Skoro już rozmawiamy, możesz mi wyjaśnić, jak cudem nie jesteś martwy, skoro jeszcze jakieś dwie minuty temu nie żyłeś, po czym wskoczyłeś do akcji tak szybko? - Louis zapytał sarkastycznie.
- Myślałeś, że umarłem? - Harry zakpił, a Louis poczuł, że się czerwieni. Kapitan westchnął, po czym spojrzał na księcia z uśmiechem. - To, że myślisz, iż mógłbym umrzeć tak szybko, mnie zraniło.
- Ale ty… - Louis zamarł, nie wiedząc, co powiedzieć. Podszedł do kapitana i drżącymi dłońmi przeczesał jego włosy. Harry był w porządku. Był cały i zdrowy.
- Jestem wyszkolonym drapieżnikiem, Księżniczko – Harry powiedział znudzonym głosem. - Wiem, jak działa umysł tego, który zabija. Udawanie martwego, kiedy dostało się kulkę w pierś nie jest łatwe, ale do zrealizowania – podniósł ręce by rozpiąć płaszcz i koszulę, po czym pokazał dość szerokie cięcie, którego dokonała zapewne kula.
Blada skóra Harry’ego była lekko podrażniona, ale nie było to nic wielkiego, nawet na tyle, by zostawić jakąkolwiek bliznę. Niezwyciężony Harry Styles kontynuował swoją passę od lat. Nawet wtedy, gdy upadł na ziemię od strzału, która przecież mogła być śmiertelną. A on tylko czekał na odpowiednią okazję, by pokazać, że żyje, co najzwyczajniej stało się nieco wcześniej, bo Louis był w niebezpieczeństwie.
- Sprawa wygląda tak - Harry zauważył, gdy jego ręka przesunęła się po piersi, a na twarzy pojawił się grymas, gdy spojrzał na leżącego mężczyznę. - Szczerze mówiąc, nie byłem przygotowany na zasadzkę, gdy wyszedłem na zewnątrz. Prawie mnie miałeś – jego wzrok był pełen pretensji. - Niestety, nie zrozum mnie źle, ale twój los był przesądzony już od chwili, gdy podniosłeś na mnie broń, niezależnie od twoich zamiarów.
- Które były gówniane już na samym początku – Louis dokończył sucho. - Nie jest pierdolonym przedmiotem, dupku.
- Nazywanie go dupkiem to zbyt dobre, jak na jego charakter – Harry stwierdził. - To żałosny, zakłamany robal. Potrafi tylko kraść i oszukiwać. Nawet w obliczu śmierci nie potrafi mówić prawdy, chociaż został złapany na kłamstwie. Jakie to obrzydliwe – kapitan piratów zaśmiał się ironicznie.
Z napiętym wyrazem twarzy Louis zauważył, jak mężczyzna podnosi głosi, by złapać kontakt wzrokowy z Harry’m, zaciskając zęby.
- Uważam, że to strasznie ironiczne, jak właśnie ty nazywasz mnie obrzydliwym, kiedy to właśnie ty i Książę macie jakieś dziwne sprawy, Styles.
Serce Louisa zabiło mocno, kiedy usłyszał te słowa. Zarówno on jak i Harry zesztywniali w milczeniu.
- Książę nie jest lepszy od najgorszych przestępców! Odrzucił swe oddanie Koronie, swoją własną krew! Tylko po to, by spać z jednym z najokrutniejszych, grzesznych istot, jakie siedem mórz kiedykolwiek widziały. Książę zdradził nie tylko swoją rodzinę, ale takżę cały kraj! Jeśli myślisz, że ja jestem obrzydliwy, to chyba nie chcę wiedzieć, co myśli jego rodzina o nim i tobie, Styles.
Słowa te uderzyły w Louisa mocniej, niż się spodziewał. Naprawdę zabolało.
- Tomlinsonowie myślą, że stracili swego syna z winy piratów, gdy w rzeczywistości on sam oddał się w wasze ręce. Wydaje ci się, że on lubi z tobą przebywać, że jest w stanie porzucić swoją rodzinę tylko po to, by kochać ciebie? Księcia Szkarłatnego Morza? Najbardziej poszukiwanego przez Zjednoczone Królestwo? Obaj postradaliście zmysły.
Nie chcąc tego słuchać, Louis odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Nie wiedział, gdzie idzie, ale nie dbał o to. Musiał uciec od tych natrętnych myśli.
Znów usłyszał dźwięk pistoletu i zadrżał, gdy szedł między drzewami. W ciągu ostatnich czterech tygodni usłyszał wystrzał broni więcej razy, niż w swoim całym, poprzednim życiu. To było szalone, gdy teraz o tym myślał.
Praktycznie zapomniał o swojej rodzinie i wyglądało to tak, jakby właśnie z niej zrezygnował na rzecz życia na One Direction. Naprawdę był obrzydliwy. Słyszał, jak Harry go nawołuje, ale po prostu szedł przed siebie, nie zwalniając nawet na moment.
Jeśli jest coś, co Louis cenił bardziej niż własne życie, to właśnie jego rodzina. Kochał swoje siostry i rodziców tak bardzo, że bolało go, iż w ich oczach był niczym więcej, a zdrajcą.
- Poczekaj! Louis, to ty?
- Liam, opuść broń, to Louis!
Zaskoczony, Louis zatrzymał się i obrócił, po czym dostrzegł Zayna, Liama i Nialla. Liam odłożył broń, nim spojrzał z powrotem na swoich kochanków, którzy siłowali się z koszulą blondyna, by pokryć nią krwawiące ramię Zayna.
Dopiero teraz dostrzegł cztery ciała, leżące u nóg Liama, a widok krwi tak mocno uderzył Louisa, że wręcz zakręciło mu się w głowie. Chciał zapytać, czy wszystko w porządku, ale zamiast tego pokręcił głową i odszedł szybko. Słyszał, że go wołają, ale nie zatrzymał się. Nagle ktoś złapał go za rękę i już miał się wyrwać, kiedy stanął z Harry’m twarzą w twarz.
- Nie możesz tak po prostu iść sam, jesteś głupi w tym momencie. Nie wiem, czy ten facet nie miał jakichś swoich przyjaciół na wyspie. Musisz trzymać się blisko mnie.
- Okej, nieważne, po prostu mnie puść – Louis rzucił, odpychając Harry’ego.
Po prostu patrzył na Harry’ego i zaczynał czuć wyrzuty sumienia. Nie miał wątpliwości, że człowiek, który próbował go zabić, sam jest teraz martwy, to było bardziej, niż pewne. Harry zamarł na chwilę, otwierając usta, jakby już miał coś powiedzieć. Louis westchnął.
- Dlaczego jesteś zdenerwowany? - kapitan piratów zapytał po chwili.
- Jestem zły na siebie, dobrze? Myślę, że mam prawo być – Louis odpowiedział zirytowany. Harry uniósł brwi w zaciekawieniu.
- Zły na siebie? Zwariowałeś? Przecież nie zrobiłeś nic złego!
- On miał rację – Louis wziął głęboki wdech, gdy zacisnął dłonie w pięści. - Moja siostra, moja matka, mój ojciec, wszyscy w domy mnie nienawidzą, muszą być mną naprawdę rozczarowani, Harry. Przez cały czas wmawiałem sobie, że mogę przyzwyczaić się do życia na statku i wszystko będzie w porządku, ale jestem takim cholernym egoistą, że to aż śmieszne! Jestem dziedzicem tronu! - krzyknął, ale oczywistym było, że Harry go nie powstrzyma. Pirat po prostu stał i słuchał. Louis wziął jego milczenie za prośbę o kontynuowanie. - Mam prowadzić cały pieprzony naród przez wiele lat! Mam tak wiele obowiązków, nie tylko wobec rodziny, ale wszystkich tych ludzi w Europie i na koloniach! Wszystko robiłem dla własnej wygody, pomijając najważniejsze dobro i jestem najgorszą osobą na świecie, kurwa! Gdyby mój ojciec mnie zobaczył, powiedziałby jak wielką hańbę przyniosłem. Moje siostry będą wstydzić się nazywać mnie bratem, a moja mama… Gdyby mnie widziała… Ona… - nie potrafił nawet sobie wyobrazić, jak zachowałaby się jego matka. Poczuł, że się rozpada, gdy schował twarz w dłoniach i po prostu się rozpłakał. Czuł się, jakby każdy był przeciwko niemu. - Harry… Jeśli oni wszyscy by mnie teraz zobaczyli, byłbym dla nich martwy.
Zaczął drżeć i wtedy Harry wziął go w ramiona, mocno obejmując i tuląc do swego ciała.
- Nie rozumiem, jakim cudem ktokolwiek na tej planecie mógłby być tobą rozczarowany – Harry powiedział spokojnie, a Louis wziął głęboki oddech i przymknął oczy.
Czuł się bezpiecznie w ramionach Harry’ego i gdy kapitan trzymał go tak blisko, po prostu trwał i milczał.
- Jeśli ktokolwiek z nich myśli o tobie w taki sposób, to po prostu na ciebie nie zasługuje, Louis.
Jego słowa uderzyły jak piorun w księcia, który potrząsnął głową i otworzył usta, by zaprotestować.
- Nie, Harry, to nie…
- Po prostu nic nie mów i posłuchaj mnie, dobrze? - przerwał mu Harry.
- Okej – Louis odpowiedział po kilku sekundach ciszy.
- Ty naprawdę nie zrobiłeś nic złego. Zaufaj mi, zrobiłem wiele rzeczy, z których nie jestem dumny i rozumiem, jak to jest myśleć, że twoja rodzina cię nienawidzi. Jak to jest, gdy wszyscy uważają cię za najgorszego człowieka na tej planecie. Ale musisz mi uwierzyć, kiedy mówię, że twoja rodzina nie będzie czuła wobec ciebie nic innego niż miłość. Możesz wierzyć mi na słowo, bo w przeciwieństwie do mojej, twoja rodzina nadal żyje i możesz ją zobaczyć. Ja nie mam pojęcia, czy moja mama i siostra byłyby w stanie spojrzeć mi w oczy po tym, co zrobiłem.
Jego słowa sprawiły, że Louis zaczął czuć się winny, ale nie miał zbyt wiele czasu, by o tym myśleć, bo Harry kontynuował wypowiedź.
- Louis, jesteś najbardziej wyrozumiałą i najmilszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkałem w moim życiu. Zmieniłem twoje życie w piekło, co mi wybaczyłeś i dzięki temu nadal potrafię spojrzeć na siebie w lustrze. Zraniłem cię więcej razy, niżbym chciał, a mimo to, wszystko mi przebaczyłeś. Byłeś gotów zacząć od nowa. Jesteś współczujący i otwarty, sympatyczny i pocieszający, i jesteś doskonały. Nienawidzę tego, że możesz myśleć inaczej. Kocham cię zbyt mocno, by móc patrzeć jak przechodzisz przez coś, z czym ja mierzę się każdego dnia.
Louis natychmiast przytulił go mocno, chowając twarz w ramieniu Harry’ego, jednocześnie walcząc ze łzami, cisnącymi się do jego oczu. Dwójka stała tak przez parę chwil, z ramionami owiniętymi wokół siebie i książę naprawdę przestał czuć do siebie obrzydzenie. Harry go kochał, chociaż go nie znał. Wiedział, że ostatnim razem niemal stracił szansę, by dać Harry’emu odpowiedź.
- Powiedziałeś wcześniej, że mnie kochasz, a ja ci nie odpowiedziałem, prawda? - Louis zapytał cicho i poczuł, jak ciało Harry’ego napina się na tę wzmiankę. - Cóż, Harry Stylesie, nie mogę dokładnie powiedzieć, że też cię kocham, to denerwujące. Naprawdę nie wiem, co jest ze mną nie tak, ale jeśli dałbyś mi trochę czasu, myślę, iż mógłbym pokochać cię równie mocno – powiedział z uśmiechem, wpatrując się w młodszego mężczyznę. - Wiem, że to może nie być dla ciebie wystarczająco dobre, ale…
Jego słowa zostały przerwane przez usta Harry’ego, który pocałował go stanowczo. Pocałunek trwał kilka sekund, po czym Harry odsunął się i uśmiechnął się szeroko.
- Dziesięć lat czekałem na ciebie. Myślę, ze mogę poczekać jeszcze parę miesięcy.
- Nie jestem wyjątkowy.
- Dla mnie jesteś.
Louis zaśmiał się cicho, a jego policzki zapłonęły czerwienią, gdy zsunął dłonią w dół, aby złapać Harry’ego za rękę. W momencie, kiedy jego śmiech ucichł, wrócił myślami do rodziny. Wiedział, że nie może zatrzymać się na pokładzie One Direction na stałe, póki nie zobaczy swojej rodziny chociaż raz.
- Chcę wrócić do domu – wymamrotał. Wiedział, że brzmiał jak dziecko, ale nie dbał o to. Spuścił wzrok na podłogę, nie potrafiąc tym razem spojrzeć Harry’emu w oczy.
Tęsknota doprowadzała go do obłędu. Był świadom, że gdy wróci do domu, to będzie musiał zostawić Eleanor. Zostawi statek, załogę, Danielle, Liama, Nialla i Zayna, a przede wszystkim, zostawi Harry’ego.
Nawet jeśli tak musiało być, wiedział, że musi zobaczyć się z rodziną tak szybko jak to możliwe. Tak długo był z dala od nich, iż mimo uspokajających słów Harry’ego musiał upewnić się, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli oznaczało to późniejsze rozstanie.
Zielone oczy Harry’ego, zwykle zimne i puste, w tym momencie emanowały spokojem i szczęściem, gdy kapitan skinął głową w zrozumieniu.
- Cokolwiek zechcesz, Księżniczko.
Louis ponownie odetchnął ciężko, nim ukrył twarz w ramieniu Harry’ego, a ten przytulił go mocno do siebie.
- Dziękuję, Harry.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz