środa, 19 marca 2014

*Czwartego dnia listopada Louis się rozchorował i był zmuszony przeleżeć trzy dni na sofie. Harry wyśmiewał sposób, w jaki brzmiał głos Louisa. Te nosowe dźwięki wydobywające się z jego ust, uważał za bardzo zabawne, chyba nawet bardziej niż powinien. Louis jedynie warczał na niego, następnie starając się go ignorować. Odmawiał także zjedzenia czegokolwiek, co przygotował mu Harry… dopóki młodszy nie odwrócił wzroku. Wtedy Louis szybko nabierał kilka łyżek zupy do ust, po czym odkładał łyżkę na miejsce, udając, że nawet jej nie tknął. Jednak Harry o tym dobrze wiedział. Często wracając do domu, zastawał pusty talerz po sałatce owocowej czy zupie. Gdy Louis udawał, że śpi, co również nie umknęło uwadze Harry’ego, zabierał brudne naczynia i odnosił je do kuchni.

To było drugiego dnia, gdy Louis jęknął przeciągle, a Harry spojrzał na niego znad kominka, w którym miał zamiar rozpalić ogień. Louis leżał rozłożony na kanapie z czerwonym nosem oraz nieustającym katarem, a po całej podłodze porozrzucane były chusteczki. Harry planował je wyrzucić, ale równie dobrze mógł je po prostu spalić.

- Nudzi mi się – Louis się odezwał, spoglądając w sufit, na co Harry delikatnie zachichotał.

- Niestety, nie mogę dla ciebie zbyt wiele zrobić – odpowiedział i wrócił do wrzucania drewnianych patyków do paleniska, przeglądając kieszenie w poszukiwaniu zapałek. Louis zakaszlał, nie mogąc przez kilka chwil odpowiedzieć Harry’emu, leniwie jednak spoglądając w jego kierunku.

- Powinieneś sobie sprawić telewizor – Louis mruknął. – W jaki sposób możesz przeżyć bez tych gównianych reality show? Albo facebooka?

- Nie mam pojęcia – Harry zaśmiał się, przeczołgując się w kierunku sofy, gdy tylko udało mu się rozpalić w kominku. Przyłożył dłoń do czoła Louisa, ale szatyn strzepnął ją w mgnieniu oka, przyglądając się jedynie loczkowi. – Jesteś rozpalony. Może chciałbyś herbaty?

- Przez ostatnie kilka dni wypiłem przynajmniej czterdzieści kubków tej twojej cholernej herbaty – Louis pociągnął nosem, sięgając do opakowania chusteczek. Wydmuchał nos, po czym rzucił zwiniętym w kulkę materiałem w stronę kominka. Niestety chybił, co go jeszcze bardziej rozzłościło.

- No dobrze, a czujesz się choć odrobinę lepiej? – Harry zapytał.

- Nie. Czuję się chory. Już nigdy nie będę w stanie wziąć herbaty do ust.

Kąciki ust Harry’ego drgnęły, by za chwilę na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech. Przeczesał dłonią swe loki, kiedy Louis jeszcze mocniej naciągnął koc na swoje zmarznięte ciało. Przymknął oczy, delektując się przez chwilę ciepłym powietrzem dochodzącym z kominka, muskającym jego twarz.

- W takim razie, co robisz dla zabawy? – wymamrotał. – Przecież musisz robić coś, co nie jest związane z gospodarstwem.

Harry zanucił bliżej nieokreśloną melodię, kiedy zatonął w myślach, wbijając wzrok w sufit. Łokciem opierał się o sofę, tuż przy udach Louisa. Ten nagły kontakt zmusił szatyna do wciśnięcia swego ciała bardziej w sofę.

Harry wypuścił powietrze z ust. – Czytam – wzruszył ramionami, odwracając głowę, by spojrzeć na Louisa, a na jego twarzy automatycznie pojawił się uśmiech. – To chyba wszystko. Lubię też jeździć konno. A tak poza tym, to już chyba nic.

- Niezbyt ekscytujące życie posiadasz – Louis wymamrotał. – Ty nie, no wiesz… nie grasz w piłkę nożną czy w cokolwiek innego?

- Sam ze sobą? – Harry zaśmiał się, wzruszając ponownie ramionami. – Kiedyś trochę grałem, jak jeszcze chodziłem do szkoły. A potem po prostu przestałem.

Louis westchnął. – Nadal się nudzę.

- Przykro mi, ale nic tobie na to nie poradzę. Chyba, że masz ochotę bym tobie poczytał – posłał szatynowi uśmiech.

- Sam potrafię czytać, dziękuję ci bardzo – splunął, krzyżując ręce na piersi, naciągając jednak wcześniej koc po sam czubek głowy i przymknął oczy.

Oboje byli cicho przez dłuższy czas. Harry zdążył skorzystać z toalety, a gdy wrócił ponownie zajął to samo miejsce. Louis nienawidził być chory. - … w porządku – mruknął, spoglądając na Harry’ego. – Ale tylko, jeśli ta książka będzie naprawdę dobra.

- Zaraz czegoś poszukam – odpowiedział, po czym wstał. Przechadzał się wzdłuż regału wypełnionego po brzegi, w domniemaniu Louisa, cholernymi arcydziełami, rozglądając się w poszukiwaniu książki. A Louis mógł mu się jedynie przyglądać, stając się nieco zmęczonym. Kilka minut później Harry wrócił z trzema książkami w dłoni, podając je Louisowi, który zdążył już usiąść. Niebieskooki lustrował dokładnie każdą z okładek, czytając opis umieszczony na końcu. Ostatecznie zdecydował się na tę o tytule ‘Buttoned’, po czym znów ułożył się wygodnie na miękkich poduszkach. Harry również zajął miejsce na kanapie, na wysokości żołądka Louisa. Szatyn mruknął coś niezrozumiałego, ale oboje postanowili to zignorować. Usłyszał jak Harry otworzył książkę i przerzucił kilka stron, przeczyszczając delikatnie swe gardło, po czym rozpoczął lekturę. Jego głos przybrał tak delikatnego i subtelnego tonu, że Louis niemal nie uwierzył, że należał on do Harry’ego.

Książka nie była w najmniejszym stopniu taka, jak to sobie wyobrażał Louis, podnosząc się odrobinę, gdy Harry przebrnął przez kilka pierwszych stron. Przyglądał się Harry’emu, który głowę opierał na dłoni, opowiadając mu historię Jane McKenzie. Kobiety, która wybrała się w podróż do Paryża, po tym jak wygrała ogromną sumę pieniędzy na loterii i została zabita, spędzając całe swe życie-po-życiu na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego została zamordowana.

Harry westchnął, gdy połowa książki była już za nimi, spoglądając na Louisa.

- Masz dosyć? – zapytał, na co Louis pokręcił przecząco głową, trącając delikatnie jego udo.

- Nie. Kontynuuj – rozkazał. Harry przetarł oczy dłonią i powrócił do lektury. Louis w końcu przerwał mu, gdy pozostało im około 1/4 książki, a na zewnątrz zapadł już mrok.

- Na dziś koniec? – Harry mruknął, a Louis skinął głową, patrząc w stronę kominka, w którym strzelały już pojedyncze iskry, a ogień się dawno wypalił.

- Tak – wypuścił powietrze, przygryzając dolną wargę. – Dokończymy później.

Harry zagiął róg kartki, po czym podał książkę Louisowi, który ją wdzięcznie od niego przyjął, delikatnie przejeżdżając opuszkami palców po okładce. Starał się znaleźć nazwisko autora, jednak z marnym skutkiem, więc ponownie podniósł wzrok na Harry’ego, który wyglądał jakby już zasnął, z zamkniętymi oczami, nadal podtrzymując głowę dłonią. – Harry – odezwał się, a Harry otworzył oczy, po chwili znów je jednak zamykając.

- Hm? – mruknął, biorąc głęboki oddech. Louis zmarszczył brwi i ponownie trącił jego udo.

- Harry, kto to napisał?

Harry mruknął coś pod nosem, ale Louis nie chciał dać za wygraną, stale kopiąc go w udo. Podbródek Harry’ego zsunął się z jego dłoni, a całe jego ciało drgnęło. Przetarł oczy, po czym spojrzał na Louisa bardzo zmęczonym wzrokiem. Louis prawie poczuł się źle za zmuszenie go do czytania przez tyle godzin. Prawie.

- Kto to napisał? – zadał pytanie jeszcze raz, tym razem nieco łagodniej.

Harry wzruszył ramionami. – Tego nikt nie wie – wymamrotał, co niezbyt usatysfakcjonowało Louisa, ale postanowił porzucić już temat. Harry równie dobrze mógł mówić przez sen.

Louis zwlókł się powoli z sofy, szczelnie owijając koc wokół swego ciała. Harry wydał z siebie cichy pomruk, na co szatyn wywrócił oczami i z kocem oraz książką ciasno przyciśniętą do piersi, pobiegł na palcach do pokoju.

Zaczynała mu doskwierać niewielka samotność, ponieważ od kiedy poznał Eleanor, łóżko zawsze dzielił właśnie z nią. Gdy znalazł się w pokoju, usiadł na skraju łóżka, tak by jego stopy nie dotykały zimnej podłogi. Westchnął, przeczesując dłonią swe włosy, które zdążyły już sporo urosnąć. Wtedy zdał sobie sprawę z pewnej rzeczy, że z każdym dniem myślał o Eleanor znacznie mniej.

Pamiętał oczywiście jak wyglądała, jak delikatnie marszczyła brwi, gdy coś ją irytowało – ale nie mógł sobie przypomnieć jej głosu albo co było pierwszą czynnością, jaką wykonywała, gdy Louis wracał do domu z pracy. Nie pamiętał też jak smakowało jedzenie przez nią przyrządzone. Albo jak wyglądała jej piżama. Odetchnął, gdy przesunął się w głąb łóżka, po czym zamknął oczy, wcześniej odkładając książkę na szafkę nocną. Z dołu dochodziły jedynie bardzo ciche odgłosy pochrapywania Harry’ego. Przez ten czas zdążył się nauczyć, że pomiędzy każdym chrapnięciem Harry’ego mijały trzy sekundy. Ostatnio często leżał w łóżku nie mogąc zasnąć, więc może dlatego zaczął zauważać te małe rzeczy. Widział już wszystko, co było do zobaczenia, więc możliwe, że zaczął dzięki temu skupiać swą uwagę na niewielkich detalach. Zasnął dość cicho, po raz pierwszy zapominając o tym, że tęsknił za domem. Ponieważ być może tęsknił za nim znacznie mniej.

Następnego dnia został obudzony przez Harry’ego, który stał nad nim ze srebrną tacą z przyrządzonym śniadaniem. Louis przekręcił się na drugi bok i zakopał się pod warstwami pościeli.

- Wynoś się stąd, Harry – mruknął. – Jestem zmęczony.

- Spokojnie, po prostu przyniosłem śniadanie – zaśmiał się, a Louis uchylił lekko kołdrę i wyjrzał zza niej, spoglądając niepewnie. Harry był odrobinę blady, jak zawsze z resztą, a jego włosy były po prostu wszędzie. Bokserki i biała podkoszulka były jedynymi rzeczami, które zasłaniały jego wysokie i chude ciało. Louis wypuścił powietrze z ust, przypominając sobie, że nadal miał na sobie szare spodnie od dresu i czerwoną koszulkę, prawdopodobnie wyglądając jak żywy trup. Przygryzł wnętrze policzka, obserwując jak Harry zmierzał w kierunku drzwi, po czym usiadł, owijając koc wokół swego ciała.

- Hej, Harry – odezwał się i odwrócił wzrok, gdy tylko Harry na niego spojrzał, bębniąc palcami o delikatny materiał pościeli. – Pamiętasz jak kiedyś zapytałeś się mnie, czy możemy zjeść razem śniadanie?

- Tak? – Harry odpowiedział, opierając się o framugę. – I co w związku z tym?

- Dzisiaj mógłby być ten dzień – odparł niepewnie. Harry zamrugał kilkakrotnie, prostując się odrobinę, nie wiedząc czy dobrze usłyszał. Zmarszczył brwi, ale po chwili uśmiechnął się, kręcąc głową.

- Przykro mi, kochanie. Już jadłem. Teraz muszę iść do stajni, sprawdzić jak się ma Whiskey.

- Oh – wydusił Louis, czując się niezręcznie. Gdy Harry przechylił delikatnie głowę, Louis pomyślał, że Harry wyglądał jak baranek. Wielki baranek.

- Ale… jutro, może? – zasugerował. Louis powoli skinął głową, a kąciki jego ust drgnęły, tylko odrobinkę.

- W porządku – zgodził się, sięgając po miskę z owsianką i jogurt, a Harry wyszedł, zostawiając go samego.

Razem z Harry’m oczywiście mieli zamiar jedynie jadać wspólne śniadania, żeby nie czuć się tak samotnie. Oczywiście. I nawet jeśli Louis nie myślał już o zamordowaniu go, nie był też tym, który przyznałby się do tego, że wybrałby z własnej woli mieszkanie z nim. Ponieważ nadal tęsknił za Niallem i siostrami, no i oczywiście za Eleanor. Spojrzał na swoją dłoń, przeżuwając kawałek chleba i skupił wzrok na palcu serdecznym. Gdyby Harry go nie porwał, właśnie na tym palcu znajdowałaby się teraz obrączka. Westchnął lekko i podciągnął się wyżej, słysząc jak drzwi frontowe się otwierają i zamykają. Gdy chwilę później kroki Harry’ego za oknem stały się bardziej słyszalne, Louis zjadł resztę posiłku w mgnieniu oka. Czuł niewielką gulę w gardle, a dreszcze przebiegły przez całe jego ciało. Nogi drżały niekontrolowanie, kiedy wstał i udał się w kierunku szafy, otwierając ją na jednym tchu. W tej chwili znajdowało się w niej wiele swetrów i kardiganów. Louis cichutko zdjął z siebie t-shirt i pozwolił materiałowi opaść na ziemię, po czym wyciągnął żółtą koszulkę, którą wybrał zamiast czerwonej, chociaż ten jeden raz. Przeciągnął szary sweter przez głowę, a następnie rozwinął nogawki dresów, które miał na sobie. Mruknął coś pod nosem, gdy dodatkowy materiał zwinął mu się pod stopami.

- Po prostu świetnie – wymamrotał, przeczesując dłonią włosy, po czym zszedł po schodach. Gdy znalazł się przy drzwiach, ubrał kurtkę w kratę, którą zwykł nosić oraz buty Harry’ego. Zamknął za sobą drzwi, gdy tylko wyszedł z domu i ruszył w kierunku stajni.

Owinął się szczelniej kurtką, gdy poczuł zimny podmuch wiatru. Harry zdążył już mu wytłumaczyć, że podczas zimy klimat się ocieplał, natomiast latem ochładzał, dzięki czemu zwierzęta miały stale odpowiednią temperaturę – a Louis założył, że to musiała być prawda. Zamknął drzwi stajni, gdy tylko przekroczył jej próg, rozglądając się po pomieszczeniu. Od razu zauważył Harry’ego z jakimiś widłami w dłoniach, który gdy usłyszał Louisa, posłał mu uśmiech, nie przerywając jednak pracy. Whiskey spał w kącie swojego boksu, a Mary przeżuwała źdźbła suchej trawy, które Harry niedawno musiał jej dać.

- Śpi – Harry szepnął, gdy Louis podszedł do boksu i pochylił się przy drewnianym słupku, obserwując jak spokojnie wnosi się i opada klatka piersiowa zwierzęcia.

- Mogę pomóc? – na pytanie Louisa, Harry na chwilę zaprzestał swoich czynności i spojrzał na niebieskookiego, po czym zaśmiał się cicho.

- Ty? W stajni? – zachichotał, kręcąc głową. – Przecież ty nawet nie potrafisz założyć prawidłowo siodła.

- Po prostu pozwól mi coś zrobić – warknął. – W domu jest zbyt nudno.

- Mógłbyś dokończyć książkę – odpowiedział, na co Louis wywrócił oczami, krzyżując ręce na piersi.

- Nie. Pozwól mi pomóc – odparł stanowczo.

Harry westchnął, a jego reakcja zadowoliła Louisa, bo wiedział, że wygrał, kiedy Harry podał mu do rąk widły.

- Co ty na to, byś dokończył dawać siano zwierzętom? – zaproponował. – A ja w tym czasie wydoję krowy.

Louis uznał, że to dobry pomysł i wziął się do pracy. Zwierzęta wydawały z siebie przeróżne dźwięki i poruszały się, gdy tylko się do nich zbliżał. Uśmiech wkradł się na jego usta, gdy delikatnie poklepał pysk Caeruleusa.

– Dziękuję za wczorajszą jazdę – powiedział, a koń trącił go, co wywołało chichot ze strony Louisa. Odwrócił się, by zobaczyć, co robił Harry. Zamrugał, gdy dostrzegł go siedzącego na niskim stołku, głaszczącego krowę, a pod nią stało przygotowane już wiadro. Miał przymknięte oczy, a czoło opierał o nią. Gdyby Louis nie wiedział lepiej, pomyślałby, że słuchał odgłosów wydobywających się z jej żołądka, ale zapewne tego nie robił.

- Co ty robisz? – zastanowił się, a Harry uniósł głowę, uśmiechając się niepewnie.

- Nic szczególnego – odpowiedział, zabierając się za jej wydojenie, na co Louis skrzywił się lekko. – Jest ciepła.

- Powinna być – Louis odparł, wracając do przerzucania siana.

- Chyba tak – zamruczał, a Louis nie potrafił odwrócić od niego wzroku. Obserwował jak jego wargi się wydęły, a oczy zamrugały kilkakrotnie.

- Jak ona ma na imię? – Louis odezwał się, gdy już skończył i podszedł do Harry’ego, siadając tuż obok niego, krzyżując ręce na kolanach.

- Anne – Harry uśmiechnął się. – Po mojej mamie.

Louis roześmiał się. – To nie jest ani trochę miłe – odparł, strzepując grzywkę z twarzy. – Porównujesz swoją mamę do krowy?

- A co jest nie tak z krowami? – Harry zastanowił się, spoglądając całkiem poważnie na Louisa, powodując automatyczne zniknięcie uśmiechu z jego twarzy.

- Znaczy… no nic, ale… zazwyczaj to po prostu nie jest miłe – wymamrotał.

- Myślę, że krowy są pięknymi zwierzętami, więc nie widzę najmniejszego problemu, by ją tak nazywać – loczek odegrał się. Na te słowa Louis oblał się szkarłatnym rumieńcem. Postanawiając nie drążyć tematu, obserwował jak Harry sobie radził ze zwierzętami. Po pewnym czasie jednak wstał, idąc w kierunku Maculi, który trącił delikatnie jego ramię. Louis ostrożnie poklepał go po pysku, podobnie jak to zrobił też w przypadku Caeruleusa kilkanaście minut wcześniej. Potem pieszczoty przeniósł na jego grzywę, rozplatając warkocza, którego zaplótł mu podczas ostatniej przejażdżki. Westchnął lekko.

- Czy ona jest miła? – zapytał. Harry spojrzał na niego, gdy podszedł z drugiej strony Anne, siadając przy niej. Louis nie był pewien, czy Harry go usłyszał, ponieważ przez dłuższą chwilę nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Jednak po chwili Harry skinął głową.

- Można tak powiedzieć – przyznał. – Po prostu myślę, że jest nieszczęśliwa.

- Dlaczego? Ona… zrobiła coś?

- Tak – Harry dodał ściszonym głosem, na co Louis zmarszczył brwi, a nutka zainteresowania przeszła przez jego ciało.

- Co zrobiła?

- Innym razem – Harry mruknął.

- Harry—

- Powiedziałem, innym razem - warknął, posyłając Louisowi wymowne spojrzenie, po chwili wracając do dojenia krowy. Louis jedynie prychnął. Gdy w końcu udało mu się rozplątać warkocz, pozostawił dłonie na Maculi. Westchnął cicho, wtulając w niego twarz. Harry miał rację. Zwierzęta były niezwykle ciepłe. Louis przymknął oczy, wtulając się w ciepłe ciało zwierzęcia, delikatnie głaszcząc je. Odetchnął, zdając sobie sprawę, że możliwe, że był zbyt nachalny.

- Dobrze - mruknął. - Innym razem.

Chciał, żeby Harry odpowiedział cokolwiek w celu potwierdzenia, ale kiedy żadne słowo nie zostało już wypowiedziane, Louisowi nie pozostało nic więcej jak zaakceptowanie tego i porzucenie tematu. Odszedł od Maculi, ponownie podchodząc do Harry’ego. Gdy stanął tuż obok niego, zielonooki chłopiec spojrzał na niego. - Co chciałbyś dostać na święta? - zapytał, nieco ostrzej niż zamierzał. Harry zamrugał wyraźnie zaskoczony, prawie spadając ze stołka, a Louis zmarszczył brwi na jego reakcję.

- Święta? - Harry powtórzył, spotykając spojrzenie Louisa.

- Tak, no wiesz. Prezenty, Mikołaj i masa tuczącego jedzenia.

Harry zaśmiał się cicho. - Wiem, co to święta - powiedział, wstając. Najwyraźniej skończył już doić. - Po prostu nie miałem pojęcia, że chciałbyś mi coś dać.

- W takim razie wymyśl coś, zanim zmienię zdanie - Louis wymamrotał, krzyżując dłonie na piersi, co wywołało uśmiech na twarzy Harry’ego. Loczek umieścił dłoń, którą nie trzymał wiadra, w kieszeni kurtki, wbijając wzrok w sufit, wyraźnie się zastanawiając.

- … Nic - odpowiedział po namyśle, spoglądając na Louisa, który znajdował się niebezpiecznie blisko.

- Nudy - mruknął. - Wszystko, tylko nie to.

- Nie chcę niczego - uśmiechnął się, wzruszając ramionami. - A poza tym nie możesz mi za wiele zaoferować.

- Harry - Louis jęknął. - No proszę.

Harry przygryzł wargę, spoglądając na ziemię, zmieniając kilka razy dłoń, trzymającą wiadro. Louis zaczął się niecierpliwić. - Jeżeli mogę wybrać cokolwiek chcę… - zaczął, puszczając wargę spomiędzy zębów. - … chciałbym dostać sałatkę owocową.

- To najgorszy prezent świata - Louis mruknął.

- Cóż, nie możesz mi dać niczego innego, więc… - Harry posłał mu uśmiech, trącając go delikatnie w ramię, przez co Louis się zachwiał. Po chwili jednak skrzyżował ramiona, odwracając się od niego.

- Dobra - mruknął. - Dostaniesz tę swoją cholerną sałatkę owocową.

Przez kolejny tydzień nie wydarzyło się nic szczególnego. Harry wychodził co jakiś czas, by doglądać zwierząt, nakarmić je, sprawdzić jak się mają, kiedy Louis spędzał ten czas w sypialni albo na kanapie, rzucając zużyte chusteczki w kierunku kominka, przez praktycznie cały dzień.

Pewnego dnia, pod koniec listopada, Harry powiedział mu, że nie będzie go w domu przez cały dzień. Louisowi automatycznie przyszła do głowy myśl o ucieczce, ale zaraz wszystko prysło, ponieważ przypomniał sobie, że byli w środku lasu, a za drzewami rozciągały się połacie pól. Więc gdy Louis stanął przy drzwiach, przyglądając się Harry’emu, który zakładał właśnie na siebie kurtkę, którą zwykł nosić Louis, nie miał pojęcia, jaką decyzję podjąć.

Po około trzech godzinach od wyjścia Harry’ego, Louis rozpoczął wędrówkę po domu, przeszukując każdy zakamarek w poszukiwaniu jakiejkolwiek formy rozrywki. Niemal eksplodował ze szczęścia, gdy znalazł jakieś stare puzzle. Pędząc po schodach w dół, rozłożył się wygodnie na środku pokoju, wysypując wszystkie elementy na podłogę. Jak na ironię przystało, motywem były góry i jezioro, ale Louis nie miał zamiaru narzekać, poświęcając wiele godzin nowemu zajęciu.

Około północy zrobił się senny, postanawiając po prostu przespać się na sofie w salonie. Puzzle ułożone były mniej więcej w 1/4, kiedy ułożył się wygodnie na poduszkach i opatulił się kocem Harry’ego. Zasnął w przeciągu kilku minut, nie zauważając nawet, kiedy drzwi frontowe się otworzyły, a przez nie wszedł Harry z niewielką kopertą w dłoni. Odłożył ją do czwartej szuflady kuchennej szafki, po czym ruszył w stronę kanapy, by wreszcie odpocząć. Zatrzymał się, gdy zauważył najpierw puzzle, a potem Louisa. Jego usta wygięły się w delikatnym uśmiechu. Cicho pochylił się nad szatynem, by odgarnąć kilka niesfornych kosmyków z jego czoła, a oddech Louisa delikatnie owiał jego dłoń. Harry wsunął ręce pod ciało Louisa i podniósł go, starając się być przy tym jak najbardziej ostrożnym, by go nie obudzić. Gdy znaleźli się już w sypialni, Harry wczołgał się na łóżko, po czym położył Louisa na materacu, upewniając się, że był on szczelnie owinięty kocami. Ostatnie spojrzenie na szatyna podpowiedziało mu, że może… możliwe, że to wszystko nie poszło tak, jak sam sobie zaplanował.

Kiedy następnego dnia, Louis powoli otworzył oczy, czuł się o niebo lepiej. Niebieskooki jęknął, gdy zdał sobie sprawę z tego, że jego aktualnym budzikiem było słońce. Nie słyszał żadnych dźwięków dobiegających z dołu, więc założył, że Harry musiał na chwilę wyjść. Po chwili postanowił wstać i zejść na dół, by przygotować sobie jakieś śniadanie. Nucił pod nosem jakąś melodię, przeglądając wszystkie szafki i lodówkę. Zamrugał kilkakrotnie, gdy znalazł torbę czegoś, co przypominało truskawki. Nigdy wcześniej ich tutaj nie widział, dlatego wydało mu się to nieco dziwne, ale nie miał zamiaru się nad tym zastanawiać. Zamiast tego wyjął je wszystkie, układając na blacie. Sapnął, kiedy wyciągnął garnek i otworzył drzwi, czując chłodne powietrze. Jęknął, gdy przebiegł na palcach po zimnym ganku i wilgotnej trawie, zatapiając garnek w rzece tak długo, dopóki nie był po brzegi wypełniony wodą. Trzymał ramiona prosto, gdy wycofał się odrobinę i ruszył w stronę domu. Gdy przekroczył próg, odwracając się, pchnął drzwi nogą, stale wbijając wzrok w wodę, by nie uronić żadnej kropli. Louis wydał z siebie krzyk przerażenia, kiedy coś uderzyło w jego plecy, przez co zachwiał się, a woda z garnka częściowo wylała się na jego stopy. Zamarł, nie potrafiąc wykonać żadnego ruchu. Po chwili jednak odwrócił się, a przed jego oczami ukazał się Harry, który wpatrywał się w niego z taką samą intensywnością, jak on sam w niego. Zarumienił się, kiedy Harry wybuchnął śmiechem, sięgając po garnek, by zabrać go od niego na bezpieczną odległość.

- Uważaj - zaśmiał się, a Louis uderzył go delikatnie w ramię, biorąc duży krok nad kałużą, która zebrała się pod jego stopami.

- Zamknij się - Louis mruknął, susząc swe stopy na dywanie naprzeciwko kanapy, dodatkowo krzyżując dłonie na piersi. - To tylko i wyłącznie twoja wina.

Harry zaśmiał się jeszcze głośniej, na co Louis odwrócił się znowu w jego kierunku. Obserwował jak pewnie złapał garnek, spoglądając kątem oka na Louisa, a na jego twarzy stale malował się uśmiech. Niebieskooki przełknął ciężko, gdy zdał sobie sprawę jak blady był Harry i jak jego oczy były czerwone. Zdarzało mu się widywać go wcześniej w takim stanie, ale kiedy Harry minął go i wszedł do kuchni, by zagrzać wodę, Louis nie miał pojęcia, co Harry mógł robić w łazience. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że był lekko przerażony poznaniem prawdy.

- Masz może ochotę na lunch? - Harry odezwał się. - Pora śniadaniowa już dawno minęła.

Oddech Louisa stał się płytszy, a palce zaczęły bawić się luźną nitką wystającą z jego koszulki.

- Tak, ja… tak.

Harry odwrócił się jego kierunku, marszcząc brwi. - Wszystko w porządku?

- Tak, ja tylko… Wszystko w porządku. Nawet bardziej niż w porządku.

- Jesteś pewny? - Harry nie dawał za wygraną.

- Jestem pewny - odpowiedział bez wahania, chociaż prawda była zupełnie inna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz