- Okej, jestem gotowy – rzekł Louis, gdy wyszedł z gabinetu Harry’ego na otwarty pokład. Gdy Harry przedtem dał mu nowy zestaw ubrań, Louis był święcie przekonany, że należały one do kapitana. Jeśli oczywiście zasuszona plama krwi na jednym z rękawów i dziwny zapach zwierzęcego futra są jakimikolwiek dowodami.
Czuł się nie na miejscu w tych ubraniach. Nie mógł zobaczyć, jak naprawdę wygląda z powodu braku lustra w pokoju Harry’ego, więc był przekonany, iż wygląda śmiesznie w stroju pirata. Eleanor wyglądała dość zabawnie, gdy raz nosiła piracki strój Danielle, wcale nie dlatego, że były to męskie ubrania, ale w ogóle.
Oni nie byli stworzeni do noszenia ubrań piratów. One w ogóle na nich nie pasowały. Jego myśli znów wróciły do Nialla, który raz stał na szczycie świata, na szczycie swego kraju wraz z elitą, a teraz spadł do poziomu, w którym nosił postrzępione szmaty, będąc na statku pełnym przestępców.
Jak on dokonał takiej zmiany w tak krótkim czasie? Żyłoby mu się niesamowicie błogo jako szlachcicowi, a on po prostu to odrzucił ze względu na Zayna i Liama, przez “miłość od pierwszego wejrzenia” czy cokolwiek to było. Louis wiedział, że on nigdy taki nie był i nigdy nie będzie.
Harry analizował go wzrokiem, gdy Louis poprawił spodnie, wciśnięte do mocno zawiązanych butów.
- Wyglądasz dobrze – Harry pochwalił go zdawkowym skinieniem.
- Dlaczego muszę to nosić? - Książę skrzywił się lekko, ciągnąc za mankiet rękawa.
- Bo ja tak mówię – odpowiedź była natychmiastowa i Louis spojrzał na niego spode łba.
- Nie chcę złapać jakiejś wysypki lub jakiejś innej choroby, bo nawet nie wiem, do kogo to należy. Jak długo muszę to nosić?
Harry potrząsnął głową, krzyżując ramiona na piersi, nim ruszył w kierunku mostu, prowadzącego ze statku na ląd. Louis natychmiast pobiegł za nim, podziwiając okolice, gdy zszedł na dół po schodach.
- Jeśli złapiesz jakąś chorobę, udasz się do panny Calder. Ona nie jest na pokładzie za ładną twarz, wiesz o tym – spojrzał na księcia, który obserwował inne statki, unikając wzroku kapitana, gdy Harry uśmiechnął się i mrugnął. - Ty, w przeciwieństwie do niej, właśnie za to tu jesteś.
- Cóż, - Louis prychnął, czując, że się rumieni. - biorąc pod uwagę, jak wiele dupnych twarzy jest na tym statku, ktoś musi mieć ładną – szybko odpowiedział.
Nawet bez chichotu Harry’ego, Louis wiedział, że żartuje. Był świadomy, dlaczego naprawdę Harry chciał go mieć na pokładzie – dla kontrolowania Brytyjskiej Korony. Louis próbował nie myśleć o tym w ten sposób, zwłaszcza w połączeniu z faktem, że pirat mógłby być szalenie bezwzględnym draniem, którego nic nie obchodzi i o nic nie dba.
W chwili, gdy postawili krok w porcie, serce Louisa biło szybciej, niż powinno. Tak blisko do miasta. Tak blisko…
- Załóż to – Louis sapnął, gdy Harry uderzył go kapeluszem w twarz, jednocześnie łapiąc go w dłonie. Fantazje Louis zostały przerwane, kiedy spojrzał w dół na piracki kapelusz w swoich rękach.
Był to ten sam, który Harry nosił od czasu do czasu na One Direction, czerwony ze złotymi nićmi i jednym, niebieskim klejnotem z boku, do którego przyłączonych było kilka piór, przez co wyglądał na warty naprawdę dużą sumę pieniędzy.
Louis spojrzał ze zwątpieniem na Harry’ego, dlaczego musiał włożyć kapelusz, lecz Harry po prostu się zaśmiał, biorąc Louisa za rękę, prowadząc ją w górę, by założyć mu kapelusz. Książę zamrugał, gdy ostrożnie opuścił ręce, a Harry odsunął własne.
- Teraz wyglądasz jak prawdziwy książę.
Tomlinson zmarszczył brwi, chcąc coś powiedzieć, lecz wtedy palce dłoni Harry’ego splotły się z jego raz jeszcze, a kędzierzawo-włosy pirat posłał mu uśmiech, jakiego Louis nigdy wcześniej nie widział.
- Rozumiem, że nie byłeś nigdy w Irlandii, nie wspominając już o Dublinie? - przez nagłe pytanie Harry’ego, Louis nie potrafił sformułować odpowiedzi.
- Ja… Uch… No, cóż… Nie.
Ledwo podróżował poza Anglię, jedynie do Walii i Szkocji, może dwa razy w swoim życiu. Było to w pewnym stopniu zaskoczenie dla Harry’ego, który skinął głową.
- Mamy zamiar się trochę dziś zabawić!
- Że co? - głos Louisa zamarł w krzyku, gdy Harry szarpnął go do przodu.
Louis ledwo mógł nadążyć, co tylko przypomniało mu, że albo Harry był zdolny do pracy w nadmiernej prędkości, albo był mutantem. Jednak nawet w biegu, jego oczy błyszczały, gdy spojrzał przed siebie. Był na suchym lądzie. Na drodze ku wolności.
Gdy Harry wreszcie się zatrzymał, byli przy wejściu do centrum miasta. Przekraczając je, przez cały czas czuł na sobie ciekawskie spojrzenia ludzi, kiedy kapelusz Harry’ego zsunął mu się na oczy, a on sam walczył z nim, jak dobrze ułożyć go na głowie bez konieczności ponownego zdejmowania go.
Ciężko dysząc, Louis oparł dłonie na kolanach, garbiąc się, by złapać oddech, który uciekał z jego ust w szybkim tempie, jednocześnie czując w płucach, że jest w stanie przewrócić się ze zmęczenia.
- To był zabawny truchcik, ale moje serce drży z podekscytowania – Harry zaśmiał się, patrząc jak Louis ociera czoło. - Zgadzasz się ze mną, księżni…
- Spierdalaj – Louis syknął, a słowa wyleciały z jego ust mimowolnie, przez co skarcił się w myślach.
Był w miejscu publicznym. Otaczała go paplanina cywilów w zatłoczonym centrum, połączona ze stukotem kopyt koni, które biegły w dół wybrukowanej drogi, oraz krzyki reklamujące ulicznych sklepikarzy. To przypomniało Louisowi, że znów jest wśród cywilizacji.
Jego wzrok patrzył na wszystko z zachwytem. Ludzie wokół byli tacy zabiegani, nawet kobiety i dzieci, wszyscy zdawali się być zbyt uwikłani w swej codziennej rutynie, by w ogóle zwrócić uwagę na patrzącego na nich Louisa.
- Nigdy nie byłeś w centrum miasta, hm? - Harry uniósł brew, gdy Louis wreszcie na niego spojrzał.
Był przygotowany na żartowanie z niego, ale jedno zerknięcie na Harry’ego wystarczyło, by wiedzieć, że był szczerze ciekawy. Louis nagle poczuł się zawstydzony.
- Czy moje wizyty w mieście powozem, w Anglii, się liczą? - nie mógł nic na to poradzić, ale w rzeczywistości tak naprawdę się to nie zdarzyło. Tylko raz miał okazję wizytować w mieście, ale tylko przejazdem z jednego do drugiego. Nawet nie wyjrzał przez okno, by rzucić okiem na to, co dzieje się poza murami.
Harry po prostu skinął głową ze zrozumieniem. Louis ponownie przeniósł wzrok z kapitana na krajobraz, który go otaczał. Jego ręka ponownie uniosła się w górze, by poprawić kapelusz Harry’ego, ciągle spadający mu na twarz.
- Cóż, możemy się rozejrzeć, skoro wydajesz się być tak zaciekawiony – Harry stwierdził beztrosko, prowadząc Louisa za nadgarstek. Kapitan ruszył do przodu, a książę, nie mając wyboru, za nim.
Przepychając się przez ludzi, Harry utorował sobie i Louisowi drogę w kierunku, gdzie tragarze uliczny negocjowali ceny z kilkoma mężczyznami. Było tu wszystko, począwszy od żywności jak ziemniaki, aż do drobiazgów, jak naszyjniki voodoo, co ciągło się do samego dołu, gdzie rozłożony był drewniany stół. Gdy Harry zatrzymał się i uwolnił jego nadgarstek, Louis prychnął pod nosem.
- Nie jestem dzieckiem – rzekł i ruszył, by obejrzeć biżuterię na stole.
Jeśli chodziło o prawdziwe klejnoty, był zdecydowanie ekspertem, by rozróżnić, co jest prawdziwe, a co nie. Louis zaśmiał się sucho, trzymając w rękach jeden z naszyjników. Harry pochylił się, by spojrzeć na lśniący rubin.
- Jeśli chcesz znać moje zdanie, to jestem pewien, że wyglądałbyś w tym naprawdę ślicznie.
- Och, zamknij się – Louis wywrócił teatralnie oczami. - Po prostu śmiać mi się chce, gdy widzę jak fałszywe i tandetne są te rzeczy. Tylko głupiec bez grama gustu byłby w stanie kupić coś takiego – rzucił beztrosko naszyjnik z powrotem na stół, nim rozejrzał się dookoła.
- Bezczelny – Harry zagwizdał.
- Co to było?
- Mówiłem, że wyglądasz ślicznie.
Z czarującym uśmiechem, którym błysnął w stronę Louisa, książę zmrużył oczy.
- Dobrze, powiedz mi coś, czego nie wiem – wymamrotał nieprzytomnie, próbując zgasić czujność kapitana i zwrócić jego uwagę znów na klejnoty, gdy kapelusz Harry’ego znów opadł mu na czoło, jednocześnie szukając miejsca, gdzie mógłby po prostu uciec.
Jeśli zacznie biec, było bardziej niż pewne, że Harry zaraz go złapie. Miał do czynienia z przestępcą, ba! Z jednym z najlepszych, cholernych przestępców na całym, kurwa, świecie. Chcąc uciec, nie mógł polegać na swojej stronie fizycznej, która była znacznie gorsza od kondycji Harry’ego. Musiał go przechytrzyć i wiedział o tym, że jedynie jego strategiczny umysł jest w stanie rywalizować z przebiegłością Stylesa.
Gdy ucieknie, pierwszym miejscem, do którego będzie musiał się udać, będzie Katedra Świętego Patryka. Biskup z pewnością mógłby mu pomóc.
- Jeśli planujesz zakup czegokolwiek, po prostu mi powiedz – Harry nalegał, przysuwając się do Louisa, gdy brunet spojrzał w dół, by znaleźć cokolwiek.
Louis zamruczał pod nosem, wciąż krzywo patrzeć na towary wieśniaka. Musiał przyznać, że ludzie z Dublina z pewnością mieli dużo ziemniaków i ryb. Co oczywiście miało sens, gdyż Dublin znajdował się przy morzu, a ziemniakami Irlandczycy mogli wręcz oddychać.
- Dlaczego ktoś chciałby się w ogóle tym bawić? - Louis zapytał głośno, gdy spojrzał na szeroki wachlarz latawca.
Wzory na nich były dość kreatywne i twórcze, musiał to przyznać, lecz samo latanie latawca wydawało się nudne. Stoisz na ziemi, trzymasz linę, podczas gdy to coś latało w powietrzu. Co było w tym takiego zabawnego?
- Moja siostra kochała latawce – Harry zauważył miękko, podnosząc pudełeczko z latawcem, który był pomalowany na różne kolory. Louis zamarł, nie będąc przygotowany na tę rozmowę. - Nigdy nie rozumiałem, dlaczego – kapitan spojrzał na Louisa z uśmiechem. - Znaczy się, co takiego jest w zwykłym staniu i trzymaniu sznurka?
- Może po prostu lubiła podziwiać krajobraz? - Louis skinął słabo głową.
Nie chciał o tym mówić. Czuł się niekomfortowo, miał wrażenie, że powietrze wokół niego zrobiło się dziwnie uciążliwe, by normalnie oddychać. Harry mówił mu o swojej zmarłej siostrze, która nie żyła z powodu ojca Louisa, co sprawiło, że czuł się winny.
Harry przechylił lekko głowę, z dezaprobatą na jego ustach.
- Może. A może dlatego, że latawce były jednymi z niewielu zabawek, jakie mieliśmy.
- Och – to było wszystko, co Louis był w stanie powiedzieć. Bo co innego mógł zrobić? Ciągle patrzył na kapitana, który smutno trzymał latawca i książę decydowanie pierwszy raz widział go w takim stanie.
Wyglądał tak odlegle, jakby myślami nie był tutaj. To było dziwne. Widzieć smutnego Harry’ego było dziwne.
- Wiesz, Harry, też mam siostry – Louis stwierdził, podnosząc dłoń i przeciągając nią po kręconych włosach mężczyzny, aż zdjął ją i ułożył na ręce, która wciąż bawiła się latawcem. - Czasami są z nimi same kłopoty. A ponieważ jestem jedynym facetem, to nieco frustrujące. Dziewczyny potrafią być bardzo skomplikowane – uśmiechnął się lekko.
Harry westchnął, kręcąc głową. Opuścił latawca i zwyczajnie odwrócił się do Louisa.
- Och, ironio, to jeden z powodów, dla których zawsze chciałem cię poślubić, gdy byłem młodszy – Harry wyjaśnił, odsłaniając broń, na co Louis był coraz bardziej zażenowany, gdy kapitan uważnie go obserwował. - Wszystkie kobiety wokół mnie były piękne, ale mimo wszystko z dala od mego gustu – zaśmiał się, chowając ręce w kieszeniach. - Wtedy zobaczyłem ciebie, a w mojej głowie pojawił się obraz kochanka idealnego. Gdybym mógł cofnąć się w czasie, powiedziałbym sobie, by się nie martwić, bo książę i tak będzie mój. Wszelkie szczegóły techniczne pomińmy.
- Już miałem powiedzieć, że jesteś słodki, ale wszystko zepsułeś ostatnim zdaniem. Dupek – Louis warknął, patrząc leniwie na pirata, który wzruszył ramionami.
Louis już miał przygotowany tysiąc obelg w swojej głowie, lecz zanim mógł zaatakować kapitana, ten spojrzał na jeden ze swoich złotych zegarków.
- Musimy iść – Harry powiedział cicho do siebie.
- Dokąd? - Louis uniósł brew.
Nie dając odpowiedzi, Harry odwrócił się i zaczął po prostu iść, unosząc jedną dłoń, skinąwszy nią na Louisa, by ten podążył za nim.
Książę rozważał opcje. Mógł uciec teraz. Harry nie zwracał na niego uwagi. Gdyby teraz odwrócił się i zaczął biec, prawdopodobnie udałoby się uciec od Harry’ego i ruszyć do katedry po pomoc od duchownych.
Gdy Louis już robił krok w tył, Harry zerknął przez ramię ze zniecierpliwieniem, jakby chciał powiedzieć: Pospiesz się. Przełykając gulę w gardle, Louis ruszył chwiejnym krokiem, by nadrobić zaległości. Musiałby dostać kolejną szansę.
- Więc, gdzie dokładnie idziemy? - Louis spytał na wdechu, idąc dumnie krok w krok obok kapitana. Harry odrzucił niedbale włosy, nie zatrzymując się, by spojrzeć na Louisa.
- Odwiedzić mojego starego przyjaciela.
Skoro mowa o znajomych…
- Wiesz, gdzie są Liam, Zayn, Danielle i Eleanor? Poza tym, czemu zamknęliście Nialla na statku?
- Wiem tylko, że cała moja załoga jest w mieście. Znajdą Zayna i Danielle, prawdopodobnie poszli do burdelu, a Liam i Danielle zapewne ich przed tym powstrzymują. Niall jest zamknięty, ale nie sam, przypominam ci. Jest z nim Josh i kilka innych, ponieważ jesteśmy w Leinster i byłoby zupełnie idiotyczne przyprowadzić go tu, skoro Horanowie wciąż go szukają – Harry parsknął arogancko.
To, że Niall nie opuści statku z tego powodu, miało sens i Louis doszedł do wniosku, że musi więcej myśleć, nim zada Harry’emu kolejne pytania.
- Okej… Jak daleko jest to miejsce? Bo nie czuję się komfortowo – Louis wymamrotał szczerze, gdy od dziesięciu minut szli w ciszy, pomijając pomruki Louisa, spowodowane zjeżdżającymi mu spodniami, oraz warknięcia Harry’ego w stronę bezdomnym żebraków, którzy uważnie obserwowali idących w dół mężczyzn.
Louis zauważył, że im dalej szli, tym bardziej zniszczone było otoczenie. Centrum nie było takie złe, mimo biednych ludzi na ulicach, bo budynki wyglądały na zamieszkałe. Tutaj każdy był chudszy, niż książę był w stanie sobie nawet wyobrazić, że to możliwe, do tego mieli najbardziej zniszczone szmaty na swych ciałach.
Nie mógł nic na to poradzić, ale zastanawiał się, co się z nimi stanie, gdy nadejdzie zima. Te cienkie ubrania, które nosili oraz małe koce raczej nie były stworzone, by uchronić ich przed burzliwym deszczem, który z pewnością się pojawi. To było smutne, myśleć i patrzeć na to, zwłaszcza gdy zobaczył dzieci bez opiekunów.
- To obrzydliwe, nie? - Harry zaśmiał się ponuro i potrząsnął głową, a jego kroki nie słabły. - To, jak oni wszyscy tu cierpią, nie?
Louis nie wiedział, jak zareagować, kiedy jego myśli ponownie wróciły do Nialla, który opowiadał mu o walkach w Irlandii z powodu szlachty i korony brytyjskiej. Po raz kolejne poczuł, jak wina rozlewa się w jego żołądku. Niall mówił, że to było złe… Ale to było naprawdę straszne!
Jak wiele takich miejsc jest w Dublinie? W Irlandii? Wiedział, że liczba może być większa, niż jego nauczyciele w Anglii kiedykolwiek mu powiedzieli. Był świadom, że gdzieś są biedni ludzie i wiedział, iż oni cierpią… Ale to było po prostu smutne.
Patrzył, jak matka bezskutecznie próbuje uspokoić płaczące niemowlę. Kobieta spojrzała w górę i jej oczy spotkały się na chwilę z oczami Louisa. Marszcząc brwi, książę szybko odwrócił wzrok i spojrzał na Harry’ego, który westchnął.
- Jesteśmy na miejscu – Harry zamruczał, gdy stanął przed drzwiami w jednej z uliczek.
Louis niepewnie rozejrzał się po okolicy, kiedy w tym samym czasie Harry zapukał podwójnie w drewniane wejście.
Zasuwa została zdjęta, a przez prostokątny otwór w drzwiach, para oczu wyjrzała na dwóch brunetów, na zewnątrz.
- Tożsamość, Styles – rzekł Harry. Oczy skinęły powoli, zanim spojrzał w prawo, gdy kapelusz Harry’ego opadł Louisowi na twarz. - On jest ze mną – Harry stwierdził krótko.
Gdy Louis poprawił kapelusz, mężczyzna podszedł do drzwi, otwierając je bardzo powoli. W środku było ciemno i tylko słabe światło kilku lamp naftowych, oświetlało pomieszczenie, które okazało się barem.
- Witamy ponownie, Rotmistrzu Styles – krzepki mężczyzna, który otworzył drzwi, powitał ich niskim głosem, a Louis ruszył prędko za Harry’m, który ruszył spokojnie w stronę lady lokalu.
- Przepraszam? - Harry odezwał się do kobiety pracującej za barem, która nosiła męskie ubrania, lecz jej długie włosy opadały na ramiona, a twarz była zbyt kobieca, by mogła uchodzić za faceta. - Czy wiesz, o której porze tego popołudnia pojawi się tu Kapitan Cowell, kochanie? - uśmiechnął się czarująco do kobiety, co rozdrażniło Louisa.
Harry brzmiał tak fałszywie. Czy naprawdę wystarczyło użyć “uroku” względem tej kobiety? Dlaczego nie mógł po prostu użyć swojego terroru, który towarzyszył sławnemu Kapitanowi Stylesowi? Szczerze mówiąc, był uśmiechnięty i zachowywał się tak obrzydliwie słodko, kiedy normalnie krzywił się rażąco do tej dziewczyny. Nawet nie była jakaś wyjątkowa.
Kobieta zachichotała i pochyliła się nad ladą, a jej piersi praktycznie pokryły całą powierzchnię blatu, gdy zatrzepotała rzęsami w kierunku Harry’ego.
- Przepraszam, ale nie jestem w stanie tego powiedzieć. Jednakże, możesz tutaj zostać tak długo, jak to możliwe, póki on nie wróci.
Z jej loków i brązowych oczu, przypominała Louisowi Danielle, ale ze względu na nieciekawy wygląd, to było obraźliwe postawić Dan w tej samej lidze, co ta kobieta.
- Hm… Ale będę się nudził. Chyba, że możesz zapewnić mi jakieś towarzystwo, gdy będę czekać, młoda panienko? Dlaczego Harry z nią flirtował? Zawsze był nieustępliwy, prawda?
Potrafił przypomnieć sobie praktycznie każdego na statku, kto mówił, iż poznał dobrą stronę Harry’ego. Każdy, lecz nie on. Więc dlaczego ta suka otrzymuje uśmiechy, które powinny być skierowane do Louisa? Nie potrafił się powstrzymać przed spojrzeniem na nią z irytacją. (Och, księżniczka jest zazdrosna ♥ - przyp. Tłum.)
- Och? Ale co z twoim przyjacielem? - nawet nie zerknęła w stronę Louisa.
- Co z nim? - Harry uśmiechnął się złośliwie, gdy kobieta zaśmiała się ironicznie. - Nie musi brać w tym udziału.
Louis odchrząknął i rzucił Harry’emu gniewne spojrzenie.
- Ja…
- Dobrze, Kapitanie Styles. Widzę, że nadal pamiętasz hasło – barmanka odezwała się tym razem poważnym głosem, a jej figlarny ton odszedł na bok, nim fachowo przerzuciła nogi przez ladę i zeskoczyła z krawędzi. - Kapitan Cowell zobaczy się z tobą teraz – jej oczy zmierzyły Harry’ego.
Zdezorientowany, Louis spojrzał na kapitana szukając jakiejś odpowiedzi, skąd ta nagła zmiana u kobiety, lecz ten zdawał się w ogóle nie zauważyć zdziwienia księcia. Uśmiech Harry’ego zniknął, kiedy surowo ocenił jej ciało.
- Nie zmieniłaś się ani trochę.
- Przestań gapić się na moje cycki, heteryku. Oboje wiemy, że jesteś taki prosty, jak moje loki* – kobieta prychnęła, odwracając się na pięcie, by poprowadzić ich na tył baru.
- Czy to oznacza, że się nie zabawimy, gdy skończę spotkanie? - Harry parsknął.
- Możesz ssać mojego kutasa, jeśli to jest to, czego chcesz, chłopczyku**. Albo jeszcze lepiej, ssij twojego przyjaciela. Jego penis jest zdecydowanie wystarczająco duży dla twojej wielkiej gęby.
- Że co, proszę? - Louis sapnął z niedowierzaniem.
- Nie przejmuj się nią – Kapitan One Direction zachichotał, puszczając Louisowi oczko. - To po prostu moja stara znajoma z LionHeart.
- Razem z tym Kapitanem Cowellem? - Louis zapytał, marszcząc brwi.
Kiedy Harry nie odpowiedział, a zamiast tego od razu ruszył w stronę miejsca, gdzie siedział jakiś człowiek, z dala od wszystkich świateł, Louis zatrzymał się, nie będąc pewnym, czy powinien tam podejść.
Jego głowa odwróciła się w tył, by spojrzeć na wolną możliwość ucieczki.
*- w oryginale jest słowo straight, co oznacza prosty, ale słowem tym określa się też heteroseksualistów. Mam nadzieję, że rozumiecie.
**- prawdopodobnie barmanka to tak naprawdę facet, w sensie transwestyta. Stąd ten tekst, że Harry może ssać jego/jej kutasa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz