*Louis przeklął do siebie, gdy wciągnął na swoje ciało ten okropny, niebieski sweter, który Harry dał mu razem z kraciastą kurtką. Wcześniej sam ją nosił. Dla Louisa wszystko było za duże, ale Harry powiedział „To najcieplejsze rzeczy jakie w tej chwili mam, więc chcę żebyś je ubrał”, więc tak oto stał, ubierając się na środku swojej sypialni. Harry czekał na niego na werandzie, Louis wyczuł dym papierosowy przez swoje okno i skrzywił się. Nienawidził ludzi, którzy palili, ale w tej chwili niewiele mógł zrobić.
Spojrzał w lustro, obracając swoje ciało, aby zobaczyć jak wygląda. Jeansy były w porządku, sweter obrzydliwy, a kurtka sięgała mu do połowy ud. Buty, które miał na sobie właściwie były całkiem przyzwoite, ale o wiele za duże. Doszedł do wniosku, że Harry musiał mieć gigantyczne stopy.
Westchnął, wychodząc z pokoju i schodząc schodami w dół, a przy okazji potykając się trochę przez za duże buty. Przynajmniej był słoneczny dzień. Louis zamknął za sobą drzwi i wyszedł na ganek. Tak jak przewidywał, Harry pochylał się nad krawędzią barierki, trzymając papierosa między palcami. Szatyn znów się skrzywił i postanowił, że będzie tutaj stać, dopóki Harry nie skończy. Oparł się o ścianę i czekał z małą dezaprobatą na twarzy. Znał ludzi, którzy zmarli od palenia, więc możliwe, że dlatego tak bardzo tego nienawidził. Obserwował Harry’ego nic nie mówiąc bo tak naprawdę to była Harry’ego sprawa czy pali czy nie. Spojrzał na sweter, który miał na sobie i w którym wyglądał sto razy lepiej niż Louis. Sweter wyglądał na cienki. Louis zamarzłby w nim, gdyby nie miał na sobie kurtki.
Minęło piętnaście minut zanim Harry skończył palić, a jego zielone spojrzenie przez cały czas utkwione było gdzieś na górach. Papieros został rzucony na ziemię, a Harry odetchnął, wypuszczając z ust ostatnią chmurę dymu. Potrząsnął swoją głową, by odrzucić z czoła kilka loków i westchnął odrobinę, odwracając się prosto do Louisa, który był prawie zaskoczony tym faktem. Nie wiedział, że Harry wie, że on tam stoi.
- Gotowy by iść? – zapytał Harry, będąc już w połowie trzech schodków, które oddzielały ganek od trawy. Louis po prostu ruszył za nim, trzymając się kilka metrów z tyłu i owijając kurtkę wokół siebie tak jak koc i zdał sobie sprawę, że tak naprawdę na zewnątrz jest bardzo zimno. Spojrzał ponownie na Harry’ego, podążając za nim do małej szopy przy domku. Został jednak na zewnątrz. Wciąż nie ufał mu aż tak bardzo. Nie żeby w ogóle mu ufał.
- Nie zamierzasz ubrać kurtki? – zapytał, gdy Harry wyszedł na zewnątrz, z, w połowie naładowaną, lśniącą strzelbą i nabojami. Louis niemal natychmiast poczuł się tak, jakby miał zaraz zemdleć. Harry spojrzał na niego i pokręcił głową. Uśmiechnął się odrobinę.
- Nie, dam sobie radę. – powiedział, rzucając broń na plecy – Poza tym, ty ją masz.
- Mam co?
- Moją kurtkę. – uśmiechnął się wyższy. Louis spojrzał na chwilę w dół.
- Dlaczego w takim razie ty jej nie weźmiesz? – wymamrotał – Jest twoja.
- Wtedy byłoby ci zimno.
Louis pokręcił swoją głową, myśląc, że to wszystko jest beznadziejne. Uniósł ręce, w podobnym geście jak Harry dzień wcześniej, przed kolacją i odwrócił wzrok.
- Chodźmy. – powiedział po prostu i przeszedł obok niego, potykając się do tyłu, gdy Harry chwycił jego nadgarstek. Przechylił się na jego stronę i chwilę później odzyskał równowagę, stojąc prosto – Nie dotykaj mnie.
- Idziemy tędy. – wyjaśnił Harry, wskazując inny kierunek, a Louis ruszył tam bez żadnego słowa. Buty Harry’ego szurały po trawie, gdy chodził, a Louis uznał, że to wszystko jest irytujące i przerażające bo właśnie idzie za nim ktoś, z wielką strzelbą za plecami. Zatrzymał się i spojrzał na Harry’ego przez chwilę.
- Mogę iść za tobą? – zapytał, a Harry spojrzał w górę, z czegoś interesującego co znalazł wcześniej na ziemi. Jego brwi ściągnęły się odrobinę, a małe zmarszczki pojawiły na czole.
- Dlaczego? – zapytał.
- Masz strzelbę. Jeśli… jeśli coś wyleci będziesz mógł zastrzelić to szybciej. – skłamał, ale przecież nie powiedziałby, że się bał. Harry wydawał się w to uwierzyć, chociaż, wzruszył odrobinę ramionami, gdy przeszedł obok niego. Louis ruszył za nim.
Las wydawał się być o wiele gęstszy. Louis pamiętał, że było w nim o wiele mniej drzew i krzewów, ale las przecież nie musiał wszędzie być taki sam. Harry mógł z łatwością wspinać się i przedzierać przez gąszcz, ale Louis za to musiał walczyć z wielkimi kamiami pod niskimi gałęziami, podczas gdy Harry pchał je na bok. Ale nie było źle bo to Harry był tym, który przeciął sobie od tego ręce i zarobił kilka siniaków.
Louis spojrzał na ziemię, kopiąc przez chwilę kolorowe liście. Jeśli dobrze liczył była już wczesna jesień. Całkowicie stracił rachubę. Był w tym miejscu już tydzień, a może dwa. Nie wiedział bo tak naprawdę tego nie liczył. Podniósł wzrok na Harry’ego. Jego loki odbijały się trochę na karku. Wyglądały na świeżo umyte. Teraz musiało być zdecydowanie za zimno, by brać kąpiel w jeziorze, więc musiał podgrzać sobie trochę wody i umyć się w wannie – tak jak zrobił to z Louisem kilka dni wcześniej. Louis zarumienił się lekko, z zakłopotaniem, gdy przypomniał sobie co się wtedy właściwie wydarzyło. Harry umył jego nagie ciało tak, jakby to było zupełnie nic takiego. Louis spał, wiec nie wiedział co się działo, ale to było oczywiste, że umył go całego.
- Uważaj, tam jest guz. – powiedział Harry, a Louis od razu się potknął, upadając twarzą do ziemi. Jęknął, czołgając się na kolanach wśród żółtych i czerwonych liści. Splunął na nie, czując degustacje i brud w swoich ustach, a potem usiadł. Harry siedział już na swoich kolanach, zgarniając brud z Louisa, a właściwie ze swojej własnej kurtki. Louis jednak był zbyt zajęty strzepywaniem ziemi ze swoich rąk, by się tym przejmować – Wszystko w porządku? Nie zraniłeś się, prawda?
- Jakby cię to obchodziło. – wymamrotał, stając na bolących kolanach. Otarł mokre błoto ze swoich ramion.
- Oczywiście, dlaczego miałoby nie obchodzić? – zapytał Harry, naprawdę zdezorientowany. Louis ponownie splunął na ziemię, kaszląc. Jego ręce powędrowały do brudnych włosów, które przetrząsnął, pozbywając się z nich liści. Westchnął.
- Zapomnij. – powiedział, zderzając się ramieniem z Harrym, gdy przechodził obok niego i ponownie patrzył się w wąską ścieżkę. Jego ręce trafiły do kieszeni kurtki, a palce poruszały się w środku. Harry podbiegł do niego.
- Nie chcesz żebym szedł pierwszy? – zastanowił się.
Louis pokręcił swoją głową.
- Nie musisz. – powiedział, a Harry wzruszył ramionami, ponownie zarzucając strzelbę na plecy. Po tym zamilkli.
Godzinę zajęło im dotarcie do rzeki, a gdy dotarli, Louis podszedł do niej i zanurzył w wodzie ręce, czyszcząc je. Była zimna, a ryby wyskakiwały z wody prawie wszędzie. Szatyn wyciągnął ręce i usiadł, machając dłońmi i próbując je wysuszyć. Później otarł je o kurtkę Harry’ego.
Byli bliżej gór, słońce znajdywało się tuż za nimi, więc musiało być wcześnie. Las był pomarańczowy i żółty po dwóch stronach rzeki, a skały szare, lekko różowe, z dużymi kamieniami. Przez rzekę można było z łatwością zobaczyć dno i Louis uznał to za coś wyjątkowo pięknego. Harry usiadł obok niego, a jego łokieć oparł się o kolana. Louis odsunął się odrobinę, o jakiś metr.
- Ładnie, prawda? – zapytał Harry. Szatyn rozpoznał to pytanie, gdyż Harry zadał je niedawno w pokoju, gdy patrzyli przez okno w domu.
- Tak. – odpowiedział cicho, opierając podbródek o swoje kolana. Zaczął liczyć drzewa, ale szybko mu się to znudziło, więc zamknął oczy, słuchając wody.
- Tutaj łapię wszystkie ryby, które jemy. – wyjaśnił wyższy, a Louis przewrócił oczami, odrobinę znudzony.
- Gdzie są orły? – wymamrotał.
- Powinny pojawić się wkrótce. Cierpliwości.
Louis westchnął, opierając czoło na swoich ramionach. Jeśli ktoś zobaczyłby, że polują na orły, prawdopodobnie poszliby do więzienia. Przynajmniej wtedy Louis mógłby im powiedzieć co się działo i może mógłby wrócić do domu. Z dala od Harry’ego. Z bardzo, bardzo dala od Harry’ego.
Niebieskooki ostrożnie spojrzał na siedzącego obok Harry’ego i zobaczył, że obserwuje niebo, szukając oczywiście orłów. Odetchnął, a Louis poczuł jak ciepłe powietrze uderza jego kurtkę. Przedramiona Harry’ego były blade i zimne i szatyn patrzył na nie, aż chłopak w kręconych włosach opuścił rękawy w dół, zupełnie jakby czytał Louisowi w myślach. Szatyn bawił się pasmem swoich włosów, które zawiesił za uchem, a następnie ugryzł wargę.
- Nie jest ci zimno? – zapytał.
- Jest. – zaśmiał się Harry, kiwając głową – Bardzo. Ale jestem do tego przyzwyczajony.
- Nie zachorujesz?
- Może, nie wiem. – westchnął Harry, a jego głowa przekręciła się na bok, tak, by mógł na niego spojrzeć – Zaopiekujesz się mną jeśli zachoruję?
- Nie. – warknął Louis, odwracając się – Sam się sobą zaopiekuj.
- To by było uczciwe. Ja się tobą zajmuję.
- Byłoby mi o wiele lepiej w Anglii. Z prysznicem.
- Dalej ci chodzi o ten prysznic? – zaśmiał się Harry, kręcąc głową i krzyżując ramiona na piersi. Louis nie mógł tego zobaczyć, ale był stu procentowo pewny, że wciąż na niego patrzył i się uśmiechał, mimo tego, że byli cicho od dobrych pięciu minut.
- …to obrzydliwe kąpać się w jeziorze i wiesz o tym.
- Dlatego najpierw gotuję wodę, a później myję się w wannie.
Louis musiał spojrzeć na niego ze zmarszczonymi brwiami i małym dreszczem, ponieważ zimne powietrze wtargnęło pod jego rękawy. Zagryzł wewnętrzną stronę policzka.
- Mówiłeś, że kąpiesz się w jeziorze. – wyszeptał.
- Prawdopodobnie źle się wyraziłem. – uśmiechnął się Harry, podnosząc głowę do nieba, gdy usłyszał dźwięk. Louis również go usłyszał. Orły – Biorę wodę z jeziora, a następnie gotuję ją, usuwając bakterie. Później się w niej myję, w łazience.
Louis obserwował go przez chwilę, a później spojrzał w niebo, zauważając dwa duże ptaki latające w kółko, wysoko nad nimi. Louis bardzo chciał móc zobaczyć je z bliska. Nigdy wcześniej nie widział orła.
- Chodź, wstań. – powiedział Harry i szatyn dopiero teraz zauważył, że stoi za nim ze strzelbą w rękach. Zrobił tak jak mu powiedziano, niespodziewanie zaczynając się denerwować. Co jeśli nie trafi? – Chcesz, żebym pokazał ci najpierw jak to się robi?
Powoli skinął głową, robiąc krok w bok i patrząc jak Harry podnosi broń, skierowaną wprost do latających na niebie zwierząt. Louis czuł się z tym bardzo źle.
Minęło kilka długich sekund zanim Harry przymknął jedno oko i wymierzył. Louis przyciągnął ręce do głowy, by zakryć uszy i ugryzł swoje usta, gdy całe ciało Harry’ego poruszyło się, gdy pociągnął za spust. Dźwięk poniósł się echem po całym lesie, a ptaki wyleciały z drzew. Szatyn przełknął ślinę. Rzeczywiście jeden z dwóch orłów zaczął spadać, wydając przy tym wrzeszczący dźwięk. Louis czuł, że za chwilę wymiotuje.
Patrzyli obydwoje jak ptak ląduje na skałach, po drugiej stronie rzeki. Niższy chłopak wziął głęboki oddech. Nie był teraz już niczego pewien. Harry wypuścił z siebie mały chichot i przeczesał ręką kilka kosmyków włosów z czoła, a potem spojrzał na Louisa i uśmiechnął się.
- Było głośno? – zapytał. Niższy skinął głową, odkrywając uszy. Harry przeładował broń, gdyż Louis kompletnie nie wiedział jak ona działała – Przepraszam, nie mogę z tym nic zrobić.
Niepewnie wziął strzelbę, gdy została mu podana, a chwilę później poczuł zimny metal na swoich palcach. Wziął głęboki oddech.
- Drugi odleciał. – powiedział cicho. Harry pokręcił głową.
- Wiem. – powiedział, spoglądając ponownie w niebo – Ale będzie ich więcej w zaledwie minutę.
Louis ponownie spojrzał w górę i był prawie zdumiony widokiem tak dużej ilości ptaków na niebie, zaledwie sekundę później. Wyglądało na to, że są przyciągane do niebezpieczeństwa.
- Więc, trzymaj strzelbę w ten sposób. – powiedział Harry, jakimś cudem pojawiając się za nim i poprawił ramię Louisa, tak, że teraz trzymał broń w ten sam sposób co Harry wcześniej.
- Trzymaj palec na spuście.
Louis zrobił tak jak Harry mu powiedział, czując jak serce mocno bije mu w klatkę piersiową. Jego wzrok ulokował się na jednym z ptaków, który wciąż latał nad nimi.
- Rozłóż trochę nogi. – poinstruował Harry i Louis zarumienił się, ale powoli rozsunął swoje nogi. Spojrzał na Harry’ego ponownie, obserwując jak jego oczy wędrują po jego ciele. Przełknął ślinę, czując ręce Harry’ego na swoich żebrach. Mimowolnie zachichotał, natychmiast się powstrzymując. Harry również się zatrzymał, spoglądając na niego z ciekawością. Walczył z uśmiechem.
- Masz tam łaskotki? – zapytał, a Louis zaczerwienił się jeszcze bardziej, spoglądając w górę na ptaki, jakby nagle stały się najbardziej interesującą rzeczą w całym wszechświecie.
- Po prostu mów dalej. – wymamrotał, starając się uspokoić, chociaż jego twarz wciąż płonęła. Wziął kilka głębokich oddechów.
- Racja, przepraszam. – zaśmiał się Harry, kładąc ręce na talii Louisa i przekręcając go trochę na bok, a Louis uznał, że to konieczne. Mimo tego, że nie podobał mu się dotyk Harry’ego – Więc zamknij jedno oko, żebyś mógł patrzeć prosto.
Louis zrobił dokładnie tak, drżąc odrobinę. Spieprzy to. Wiedział o tym.
- Ptak powinien być tuż nad końcem rury. – poinformował Harry – Kiedy tak będzie, nie ruszaj się i pociągnij za spust.
Louis pokiwał głową, drżąc ponownie. Przez więcej niż trzy minuty próbował wycelować. Potem pociągnął za spust i krzyknął, potykając się do tyłu z dużą siłą.
- Uderzyłem go? – zapytał.
- Nie. – uśmiechnął się Harry – Jesteś okropny w mierzeniu do celu.
- Och, odpieprz się. – mruknął Louis i oddał Harry’emu strzelbę, krzyżując ramiona. Harry ustawił ponownie broń na plecach, uśmiechając się odrobinę. Zaczął odchodzić od niego i Louis zaczął zastanawiać się gdzie idzie, aż zrozumiał, że idzie po swojego orła. Szatyn żachnął się i podążył za nim, spiesząc po wodzie, gdy Harry ją przekroczył. Jego buty i jeansy zmoczyły się, a on kopnął coś, rozpryskując wszędzie wodę. Obserwował jak Harry pochyla się nad leżącym obok orłem i przygląda mu się przez chwilę. Louis również chciał to zobaczyć, ale tak naprawdę nie chciał być blisko Harry’ego, po tym jak ten dotykał go w taki sposób. Więc został tam, po prostu przyglądając się jak Harry podnosi zwierzę do góry i kładzie palce blisko oczu ptaka.
- Zakryj uszy. – powiedział nagle, a Louis zmarszczył brwi.
- Dlaczego? – zapytał.
- Po prostu to zrób.
- Wciąż nie możesz mi mówić co mam robić. – odpowiedział niższy i skrzyżował ramiona. Harry odwrócił się do niego, patrząc i Louis zrobił krok w tył, ale nie zatkał swoich uszów.
- Jak chcesz. – powiedział Harry, a jego długie i smukłe palce wkroczyły pod pióra ptaka. Louis zastanawiał się co robi, gdy Harry obrócił ptaka na bok i owinął obie ręce wokół jego szyi. Gdy zdał sobie sprawę z tego co chce zrobić i jego ręce ruszyły do uszu, ale było już za późno.
Dźwięk łamanej szyi orła wypełnił uszy Louisa. Szatyn wzdrygnął się, a nogi zaczęły drżeć mu tak bardzo, że musiał usiąść, gdy cały świat zaczął wirować. Czuł się chory i nawet zwymiotował, gdy wszystko wokół zaczęło się rozmywać. Wydał z siebie cichy dźwięk, który mógł być czymś w rodzaju szlochu i śmiechu i który można by zaliczyć do czegoś w rodzaju jęku. Usiadł prosto i prawie całkowicie upadł, a gdy udało mu się wyprostować spojrzał na Harry’ego, który zawiązywał coś wokół nóg ptaka i skrzydeł, a później zarzuca go sobie na plecy. Szyja zwierzęcia była wiotka, a martwe oczy patrzyły prosto na Louisa. Odwrócił wzrok.
- Mówiłem. – powiedział Harry i wyciągnął rękę do Louisa, by pomóc mu wstać, ale Louis ją odtrącił i sam wstał. Świat ponownie zaczął się kręcić i znów upadł, zanurzając swoje ciało w wodzie.
Teraz wiedział jaki dźwięk wydałaby jego szyja, gdyby Harry się na niego rzucił.
Szatyn podniósł się na nogach, gdy odrobinę się uspokoił, a swój wzrok ulokował gdzieś na drzewach. Zaczął przedzierać się przez drzewa, ale wtedy został podniesiony do góry, więc zaczął walczyć, kopiąc nogi Harry’ego.
- Uspokój się, kurwa mać. – powiedział Harry i wypuścił Louisa, gdy znaleźli się po właściwej stronie rzeki. Louis oddychał chrapliwie w stronę skał – Co się dzieje?
- Nie dotykaj mnie więcej. – wychrypiał Louis, czując mdłości – Nigdy więcej mnie nie dotykaj.
Harry milczał, stojąc tam z ociekającymi od wody nogami i rękawami. Louis wstał, patrząc na niego. Musiał wyglądać ohydnie.
- Dlaczego? – zapytał cicho Harry, a potem jego oczy rozszerzyły się. Zaczął się śmiać – Nie zamierzam przystawiać rąk do twojej szyi, jeśli to jest to o czym myślisz.
Louis warknął i odwrócił się od niego, ponownie idąc do lasu i drepcząc wzdłuż ścieżki. Harry ruszył za nim, z rękami schowanymi głęboko w kieszeniach.
Szatyn nie odezwał się ani słowem, gdy wracali do domu, a gdy tylko znaleźli się przy domku, popchnął drzwi frontowe i wpadł do środka, biegnąc na górę i czując jak jego ręce drżą przez cały czas.
Minęło wiele godzin, zanim Louis wyszedł ponownie. Dokładnie dwa dni, a w tym czasie skradał się do kuchni, by wziąć trochę wody lub zrobić coś do jedzenia, gdy Harry wychodził do stajni czy ogrodu. Strach przed Harrym budował się w nim ponownie i ta mała cząstka, której wcześniej się pozbył, zaczęła pojawiać się ponownie. Zobaczyli się znowu dopiero drugiego wieczoru. Louis schodził właśnie na dół, by wziąć jabłko, gdy Harry wyszedł z łazienki. Jego oczy były przekrwione, a skóra blada jak duch. Louis myślał, że bardzo możliwe, że płakał. Gdy wyższy go zauważył nie powiedział nic i Louis również się nie odezwał. Wziął pomarańczę z miski na stole w kuchni, a później pobiegł schodami do góry i to było to.
Trzeciego dnia Louis został obudzony przez małe pukanie do drzwi. Przewrócił się na bok i przetarł oczy, rażony światłem dziennym. Jego oczy spotkały się z oczami Harry’ego, który stał tam w szarych spodniach dresowych i koszulce. Jego włosy były zawiązane z tyłu w kucyk. Louis miał zamiar go przekląć, gdy chłopak w kręconych włosach otworzył usta i powiedział coś, czego szatyn się kompletnie nie spodziewał.
- Co chciałbyś dostać na święta? – zapytał Harry, bębniąc palcami po swoim udzie. Louis zamrugał, zaskoczony, że w ogóle pyta o coś takiego.
- Jest wrzesień. – powiedział cicho, przejeżdżając rękami po białym prześcieradle na którym spał od jakiegoś czasu. Chciał je zmienić, ale zdecydował, że jeśli ktokolwiek będzie miał je zmieniać to będzie to Harry.
- Wiem. – powiedział, kontynuując bębnienie po swoim udzie – Ale jeśli mam zaoszczędzić na coś pieniądze, muszę wiedzieć ile to będzie.
Louis nie mógł uwierzyć własnym uszom. Harry? Oszczędzający pieniądze? By kupić Louisowi prezent na gwiazdkę?
- Ja… uhm… - zaczął, przekręcając się odrobinę na łóżku - …Chcę bilet na samolot do Londynu.
- Zobaczę co da się zrobić.
Harry zniknął, a Louis ponownie został sam, czując mały dźwięk w jego żołądku. Odchrząknął.
- Harry? – zawołał, a chłopak w kręconych włosach ponownie pojawił się w drzwiach.
- Tak?
- Chcę śniadanie. – powiedział, a wyższy uśmiechnął się.
- Tost czy jajecznica? – zapytał.
Louis przełknął ślinę, czując jak jego żołądek wydaje głośniejszy dźwięk. Harry zaśmiał się.
- Rozumiem, że i jedno i drugie.
Później, tego samego dnia Louis podniósł wzrok na Harry’ego, gdy otrzymał duży dzbanek parującej wody wraz z białym ręcznikiem i kostką mydła.
- Szampon i inne podobne rzeczy są w szafce obok wanny. – powiedział, a Louis miał nadzieję, że nie upuści dzbanka. Powoli skinął głową, biorąc krok w tył, tak w razie czego – Jeśli będziesz potrzebował więcej wody po prostu mnie zawołaj, dobra?
- Nie wejdziesz do środka – powiedział Louis, patrząc w dół na parującą wodę z mydłem. Ugryzł dolną wargę – Prawda?
- Oczywiście, że nie. Nigdy bym nie wszedł. – zapewnił chłopak w kręconych włosach i wskazał na drzwi łazienki. Louis odwrócił się i spojrzał w tą stronę, ostrożnie idąc, by nie wylać wody i nie poparzyć sobie ud. Trącił palcami otwarte drzwi, patrząc na Harry’ego po raz ostatni, zanim wszedł do środka i zamknął drzwi.
Wcześniej po tym jak Harry wyszedł z pokoju, by przygotować śniadanie Louis poszedł za nim i zapytał czy może wziąć kąpiel, a on po prostu wzruszył ramionami i się zgodził. Musiał więc wyjść i przynieść trochę wody, a Louis cierpliwie obserwował go, gdy gotował wodę. Miał dostać coś co chciał dostać, dlatego nie miał prawa narzekać.
Tak znalazł się w łazience, rozbierając się, aż został całkiem nagi i usiadł w wannie, zaczynając się myć jakby nigdy wcześniej tego nie robił. Cały brud z lasu spłynął ze ściekami, a Louis przeklął przez gorącą wodę, biorąc drżący oddech. Zawsze wolał gorący prysznic, to było oczywiste, ale wrząca woda była czymś kompletnie innym.
Odetchnął ponownie, biorąc mydło i trzymając je przez chwilę w ręce, czując jak ciepła woda spływa po jego plecach, na uda. Ostatnim razem, gdy tutaj był, był razem z Harrym. To było coś co Louis obiecał sobie, że nigdy, przenigdy więcej się nie zdarzy. Westchnął głęboko, odchylając się do tyłu i długo wpatrując w sufit, gdzie farba wciąż wyglądała jakby miała odejść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz